|
Tak jak na początku lat 90. powszechnie mówiono i dyskutowano o literaturze kobiecej, tak po roku 2000 pojawiło się inne modne określenie - literatura gejowska oraz lesbijska. Używam określenia „modne” z pełną świadomością nieco pejoratywnego zabarwienia tego terminu. Nie chcę przez to powiedzieć, że wprowadza się temat nieważny, jakąś nowinkę z zepsutego Zachodu. Z pewnością jednak to dające się zauważyć w popularnym obiegu recenzji i omówień zainteresowanie homoseksualizmem bywa niekiedy dość powierzchowne i odwołuje się do poetyki skandalu. Samo w sobie jest jednak znamienne. A pojawienie się czegoś, co można nazwać modą, jest sygnałem, że znaleźliśmy się w miejscu pewnego przesilenia. Kiedy to - powiedzmy otwarcie - nie tak znowu szeroko reprezentowane w literaturze wątki tematyczne napotykają sprzyjający odbiór, a nawet coś więcej - oczekiwanie, że nurt taki będzie się rozwijał.
Jeszcze kilka lat temu opowiadania Izabeli Filipiak, w których pojawiały się dość wyraźnie wątki lesbijskie (np. „Pershing” z tomu „Niebieska menażeria”), nie stawały się przykładem literatury lesbijskiej, funkcjonowały jako literatura kobieca lub feministyczna, nawet mimo coming outu [publicznego ujawnienia orientacji seksualnej - red.] autorki. Jeśli zatem mówimy dziś o literaturze lesbijskiej czy gejowskiej, to ważną częścią tego zjawiska jest gotowość do jej zaakceptowania.
Miłośnikom wszelkich klasyfikacji i szufladek pozostawiam zadanie precyzyjnego zdefiniowania, czym jest owa literatura. O ile pamiętam, również przy okazji debat nad literaturą kobiecą nie udało się stworzyć zadowalającej wszystkich definicji. Należy zatem uznać, że pojawienie się takiego określenia jest przede wszystkim oznaką rosnącej legitymizacji, „uważnienia” problemu w dyskursie publicznym i politycznym, oraz pojawienia się grupy, która z owym emancypacyjnym procesem się utożsamia. Grupa taka wraz z artykulacją swoich postulatów stwarza atmosferę, która sprzyja nie tylko ekspozycji pewnych wątków w literaturze, ale także rewindykacji, ponownym odczytaniom, reinterpretacji i renegocjacji tradycji literackiej. Często towarzyszy temu ujawnienie czy też wzięcie pod uwagę orientacji seksualnej autora.
Coming out zza grobu
Prekursorem był tutaj z pewnością szwajcarski slawista German Ritz. Według niego w polskiej literaturze środka XX wieku pojawiła się charakterystyczna „poetyka niewyrażalnego pożądania”. Literatura homoseksualna wyrażała niemożność wyrażenia. W zakamuflowany sposób opowiadała o tym, czego nie wolno było powiedzieć wprost i na głos. Była to literatura lokująca się w wyższych rejestrach kultury, chętnie operująca modernistycznym splotem miłości i śmierci. Mogła to być np. opowieść - ujmując rzecz modelowo - o niewyrażalnej miłość artysty do pięknego chłopca. Jednym słowem - homoseksualizm stawał się sztuką i opierał się jakiejkolwiek rzeczywistości społecznej.
Analizie takiej zostały poddane dzieła Jarosława Iwaszkiewicza czy Jerzego Andrzejewskiego. Szczególnie chętnie prześwietlano pod tym względem twórczość Witolda Gombrowicza. Na tym etapie literatura nie opisuje homoseksualistów, tylko wskazuje na „tajemnicę”. Tożsamość seksualna jest ukrywana, a stosunek do niej jest co najmniej ambiwalentny. Uniemożliwia to konceptualizację konfliktu, buntu, budowę tożsamości społecznej. Skrywaną tajemnicą jest zaś przynajmniej jakiś aspekt orientacji seksualnej autora.
Dziś postulat uwzględnienia wiedzy o preferencjach pisarzy zatacza szersze kręgi. Publicysta zajmujący się tematyką gender Krzysztof Tomasik w tekście „Szuflada z podwójnym dnem” („Krytyka Polityczna”, nr 9\10 2005) pokazuje, jak owocna może być lektura autobiografii polskich twórców dokonywana w kontekście wiedzy o ich orientacji. Czyni to między innymi na przykładzie Jana Lechonia, Pawła Hertza, Zygmunta Mycielskiego, Marii Dąbrowskiej. I zachęca do odważniejszego sięgania po ten klucz interpretacyjny.
Homoseksualizm kryjący się za metaforami, ukryty między wierszami, pojawiający się na marginesach może zaistnieć jako pewien wymiar interpretacji jedynie w zderzeniu z przygotowanym do tego odbiorcą. Interesujące jest, że taki klucz interpretacyjny stosuje się jedynie wobec autorów dawniejszych, jakby zakładając, że był to dla nich jedyny środek wyrazu i wiązał się bezpośrednio z ich sytuacją osobistą. W gruncie rzeczy więc te często na wskroś literaturoznawcze analizy są próbą opisu funkcjonowania jednostki homoseksualnej w opresywnym otoczeniu. Literatura taka odpowiada fazie przedemancypacyjnej, w której homoseksualizm był przede wszystkim kwestią przemilczaną i ukrytą. Poznajemy też sposoby radzenia sobie „odmieńców” z własną odmiennością - poprzez uwznioślenie, odwołanie do wzorów antycznych, sublimację w sztukę. A także - na co zwraca uwagę Tomasik - na to, że oni sami często podzielali wszystkie społeczne uprzedzenia wobec homoseksualizmu.
Nie sięga się w zasadzie po takie narzędzia wobec autorów współczesnych, jakby zakładając, że oni nie muszą już niczego ukrywać. A przecież, gdybyśmy w ten sposób potraktowali, powiedzmy, twórczość Olgi Tokarczuk, to znaleźlibyśmy w niej takie opowiadania jak „Ariadna na Naksos”. Historia zwykłej kobiety zafascynowanej sąsiadką-śpiewaczką. Znajdziemy tu i wysublimowane fizyczne pożądanie, i odniesienie do antyku. Wyjątkiem są może prace Błażeja Warkockiego, młodego krytyka i jednego z lepszych znawców tej problematyki, który śledził ukryte wątki homoerotyczne w prozie Andrzeja Stasiuka. Generalnie jednak współczesna literatura, jeśli chce być zaliczana do „nurtu lesbijsko-gejowskiego”, musi odnosić się do tego problemu wprost.
Ciota wychodzi z ukrycia
W powieści Mariana Pankowskiego „Rudolf” pewien stary Niemiec opowiada o swojej bujnej homoseksualnej przeszłości w Polsce i w Paryżu. Są to doświadczenia piękne, podniecające, wręcz ekstatyczne, ale jest to też przede wszystkim miłość „grzeszna”, sprzedajna, rozgrywająca się w kręgu domów schadzek, specjalnych miejsc spotkań homoseksualistów. To także miłość ukrywana, ale taka, o której już w literaturze można opowiedzieć.
Książka Pankowskiego ukazała się na początku lat 80. najpierw w Londynie, a potem w Warszawie i została właściwie zupełnie zapomniana. Czytana była tak, jakby w ogóle nie było w niej homoseksualizmu, albo kwitowana oburzeniem. (Przyznajmy jednak, że Pankowski nie trafił w Polsce na czasy sprzyjające obyczajowej rewolcie). I oto wróciła, wznowiona niedawno. Tym razem jednak informacja o niej natychmiast znalazła się na portalach gejowskich, a jej przyjęcie było pozytywne, wręcz entuzjastyczne. Powieść ta ukazała się w tym samym wydawnictwie Korporacja Ha!art, które nieco wcześniej wydało również bardzo dobrze przyjętą książkę Michała Witkowskiego „Lubiewo”. I jest to też książka do „Rudolfa” w jakimś sensie podobna. Wprowadza czytelnika w świat peerelowskich przegiętych homoseksualistów szukających miłości w szaletach i na pikietach. W środowisko dziwacznych ciot skoncentrowanych tylko na seksie.
I chociaż książki te prowadzą nas w rejony zakazane, tajemnicy i wyuzdania, to same oparte są na paradoksie - opowiedziana tajemnica, przestaje być tajemnicą. Granica między jawnym a ukrytym zostaje zakwestionowana, co sprzyja też zdynamizowaniu granicy między publicznym a prywatnym. Heteroerotyzm przestaje być doświadczeniem uniwersalnym. Homoseksualizm nadal nie należy do sfery publicznej, znajduje się poza normą, lecz nie jest już tylko indywidualną tajemnicą. Dowiadujemy się o istnieniu środowisk, w których obowiązują inne zasady, choć ci, którzy do tych środowisk należą, sami akceptują swoją pozycję dewiantów. Zamiast wytwornego i dyskretnego homoseksualisty, skrywającego się za maską estetyzmu, na scenę wkracza brudny pedał. To z nim jednak może zidentyfikować się czytelnik, by razem rzucić wyzwanie światu tradycyjnych norm. Może, ale nie musi, bowiem odmienną strategią odbioru jest fascynacja egzotyką świata dewiantów, oswajającą z innością, ale jeszcze niekwestionującą obyczajowych norm. I, jak się wydaje, właśnie taki odbiór „Lubiewa” dominował.
Drugą stroną tego medalu może być pojawienie się postaci homoseksualisty jako uosobienia zła, traktowanego w sposób homofobiczny. Tak rzecz się miała w najnowszej powieści Rafała Ziemkiewicza „Ciało obce”. Ale nawet taki sposób „wyjścia z szaletu” jest oznaką otwarcia.
Aby mogła się rozpocząć emancypacja, najpierw musi zostać postawiony pod znakiem zapytania dotychczasowy porządek. Porządek heteronormatywny. Dotychczasowe obyczaje muszą zostać pokazane jako nieoczywiste i nieobejmujące pełnego spektrum zachowań. Pojawia się dysonans między tym, co powszechnie przyjęte, a tym, co jest dla nas do przyjęcia. Dotąd przemilczany homoseksualizm musi zostać poddany publicznej dyskusji i osądowi, czego oczywistą konsekwencją staje się polaryzacja opinii.
Narzędziem jest tu literatura rewolucyjna, burząca społeczne tabu, paradoksalnie, obyczajowo odważniejsza od literatury odpowiadającej następnej fazie emancypacji.
W liberalnym szalecie
A jak to wygląda w wydanych ostatnio powieściach, które chyba najlepiej pasują do określenia literatura gejowska/lesbijska? Mowa tu o takich książkach, jak „Trzech panów w łóżku nie licząc kota” Bartosza Żurawieckiego, „Pozytywnych” Macieja Millera czy „Głupcu” Ewy Schiling.
Również w nich orientacja seksualna jest na tyle ważna, że to wokół niej budowana jest akcja. Zachowania homoseksualne traktowane są jednak jako normalne. Ponieważ bohaterowie już nie postrzegają siebie jako dewiantów, oczekują akceptacji także od innych. Znajdujemy tu także socjologizujące opisy środowisk gejowskich. Nawet jeśli pojawia się jakaś „gejowska specyfika”, to jest ona prezentowana jako jeden ze stylów życia możliwych do pomieszczenia w normie ogólnej. Gejom towarzyszą zazwyczaj przyjaciele-heterycy podzielający ich system wartości. Jest też społeczeństwo. Najczęściej kierujące się uprzedzeniami, które czasem mogą prowadzić do dyskryminacji. Przede wszystkim jednak to, co dla głównych, homoseksualnych bohaterów jest oczywistą normą, dla otoczenia jest niezrozumiałe. To nie jest zabójcza wrogość, to raczej nieumiejętność otworzenia się. Jest to jednak wystarczający powód, aby bohaterowie nie spieszyli się z ujawnieniem, chociażby w pracy. Na razie pierwszym krokiem do przejścia jest rodzina. Rodzice, którzy często wcale nie wyklinają swoich homoseksualnych dzieci, ale potrafią nie słyszeć, co się do nich mówi, albo przez lata powtarzać: spotkasz kiedyś odpowiednią dziewczynę, pobierzecie się i będziecie mieli dzieci.
Powoli liberalizujący się zewnętrzny świat nie jest już wrogiem, którego normy trzeba zakwestionować. Wydają się one wystarczające, pod warunkiem że zostaną zastosowane również wobec mniejszości seksualnych. Co najwyżej należy je poszerzyć, zaanektować dla siebie, pokazać, że homoseksualiści są tacy sami jak wszyscy. Tego świata nie trzeba zmieniać, należy tylko pokonać jego wrogów.
Tymi gorszymi od „ogółu społeczeństwa” wrogami są zaś konserwatywna prawica i Kościół. Ale także pozornie liberalne media, niestroniące od homofobicznego dyskursu. Nawet jeżeli bohaterowie są apolityczni w tym sensie, że nie podejmują żadnych działań na rzecz walki o prawa gejów, mają wyraźnie zdefiniowanego przeciwnika. Chętnie plują na niego ze swego ukrycia, lecz już mniej chętnie pójdą na demonstrację. W pewnym sensie wciąż chowają się w szalecie, tylko że jest to szalet coraz większy, lepiej wyposażony i bardziej liberalny. Można w nim spotkać koleżanki i kolegów o rozmaitej orientacji seksualnej. Zabawić się. Przechodnie zaglądają przez okna, wciąż zdziwieni, ale coraz rzadziej rzucają kamieniami. Chyba że pojawi się bojówka Młodzieży Wszechpolskiej.
Następny krok?
Dla homoseksualisty znajdującego się na określonym etapie emancypacji inne jej formy będą równie obce jak dla reszty społeczeństwa. Błażej Warkocki w bardzo ciekawym eseju poświęconym twórczości Grzegorza Musiała („Śmierć homoseksualisty”, „Fa-art” 1/ 2005) pokazuje, jak w powieści „Al fine” Musiał buduje opozycję między dyskretnym, uduchowionym homoseksualistą a złym, rozpustnym, zdemonizowanym pedałem. U Witkowskiego autentyczna ciota przeciwstawiona jest karykaturalnie pokazanemu gejowi wyzwolonemu, zadowolonemu ze swojej orientacji i gotowemu walczyć o swoje prawa. Normalni, przyzwoici geje u Żurawieckiego nieco nieswojo czują się na zebraniu organizacji gejowskiej.
W przypadku literatury „przedemancypacyjnej” wyraźnie widzimy, że jej strategia miała swoje zalety dla utrzymania systemu heteronormatywnego. Ukrycie, rozmycie tożsamości nieheteroseksualnej sprawia, że przestaje być ona niebezpieczna. Literatura w otwarty sposób pokazująca sytuację osób homoseksualnych może być także na swój sposób konserwatywna, zatrzymując rozumienie problemu na poziomie powszechnych wyobrażeń - oczywiście tych liberalnych. Gej jest w zasadzie normalny, ale musi pogodzić się z tym, że społeczeństwo jeszcze do tego nie dorosło, a za głównego swego wroga uznać skrajną prawicę i Kościół. Wydaje się to rozsądne, ale trudno przypisać takiemu podejściu walor transgresji.
Nie chcę przez to powiedzieć, że uważam, aby kresem emancypacyjnej literatury homoseksualnej miała stać się powieść o gejach organizujących Paradę Równości. Myślę tu raczej o literaturze odważniej grającej z rozmaitymi kombinacjami orientacji seksualnej. Odważniej dobierającej się do tradycyjnej rodziny. Krytycznie odnoszącej się do podstaw panującej kultury. Poza tym brakuje w Polsce literatury, w której orientacja bohatera jest bez znaczenia. Brakuje postaci geja lub lesbijki postrzeganych indywidualnie, a nie ze względu na „rolę homoseksualisty”. Postaci, której tylko jednym i nie zawsze najważniejszym wymiarem jest orientacja seksualna. Możliwe, że najbliżej takich możliwości jest Izabela Filipiak. I może dlatego jej wspaniały dramat o Marii Komornickiej „Księga em” nie doczekał się ani zbyt wielu recenzji, ani szans wystawienia. A poza tym Filipiak wyemigrowała z Polski.
Skrót wystąpienia na konferencji „Jak badać obyczaje” zorganizowanej przez Instytut Kultury Polskiej UW, Łowicz, 17-19 listopada 2005. Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 17 grudnia 2005.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...