Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Polska do Nietzschego? Drukuj
Sławomir Sierakowski   
Czyż dziennik
zdoła kiedy zastąpić proboszcza.
STENDHAL „CZERWONE I CZARNE”

Tak dalej być nie może! Nawet Adam Michnik, jeden z „ojców założycieli” III RP, po piętnastu latach wydawania „Gazety Wyborczej” czuje, że w Polsce coś jest nie tak. Jest wściekły, jak napisał w podsumowującym minione lata tekście „Polska na zakręcie, „Gazeta” na zakręcie” („Gazeta” z 8-9 maja 2004 r.). W wywiadzie dla „Życia” z 8 maja br. z kolei wyznaje: „Od początku traktowałem „Gazetę” jako instrument zmiany rzeczywistości, języka debaty w Polsce i polskiej duchowości”. Biorąc pod uwagę siłę „Gazety” - płynącą z jej nakładu, profesjonalizmu i osobowości jej twórców - trudno uznać roszczenia takie za bezzasadne. I warto zapytać: jaki język debaty kształtowała „Gazeta” i jak wpłynęła na polską duchowość, a także jakiej rzeczywistości chciała dla Polaków?

W imię celów wyższych

Michnik jest wściekły, lecz jednocześnie deklaruje, że mimo powszechnego upadku cnót obywatelskich i kryzysu wszelkich autorytetów cele jego pokolenia zostały zrealizowane. Weszliśmy do NATO i do UE. Najbardziej bolesne koszty transformacji były niezbędne i w gruncie rzeczy w Polsce wszystko poszło, jak należy - dla planu Balcerowicza nie było alternatywy („zapewne wielka reforma Leszka Balcerowicza była jedynym sposobem, by przerwać zaklęty łańcuch zacofania”), Kościół okazał się po krótkim okresie wahań przyjacielem pluralistycznego państwa („dzisiaj, dzięki Bogu, Kościół przemawia innym głosem. Dzisiaj Kościół mówi o pluralizmie, dialogu i tolerancji”), a kryzys demokracji i rozwój populizmu dotyczy przecież całego świata - nie tylko Polski. Wygląda na to, że lepiej być nie mogło. I jeśli czasem cienie, szczególnie cień populizmu, przyćmiewają blaski, to nie z winy „Gazety”, ale z winy ciemnych sił - polskich i globalnych. Jeśli „Gazeta” czasem nas zawodziła, to działała w imię wyższej konieczności.

Michnik bowiem przyznaje się w końcu do tego, co wielu mu zarzucało, choć nigdy na łamach „Gazety”: „Często mówiliśmy szeptem, aluzjami, półsłówkami o tym, o czym należało wrzeszczeć. Uważaliśmy, że są sprawy ważne, najważniejsze i - wreszcie - te fundamentalne. Dlatego też często w imię tego, co fundamentalne, ostrożniej pisaliśmy o tym, co ważne i najważniejsze”. W podobnym duchu wypowiada się Marek Beylin, gdy pisze: „Państwo, które powstało po wyborach w czerwcu 1989 roku, było największym darem. Ale oślepiło nas tak, że nie spoglądaliśmy uważnie na ciemniejące obszary rzeczywistości. I zakneblowało, gdyż zapalczywa krytyka polskiej demokracji brzmiała nam nierzadko niczym wojenny zew jej wrogów” („Gazeta” z 5-6 czerwca 2003 r.).

Rozliczenia te byłyby bardziej przekonujące, gdybyśmy mogli poznać więcej szczegółów. O jakich to zaniedbaniach „Gazety” mówimy poza brakiem dostatecznej krytyki Buzka, Millera i Kwaśniewskiego, o czym wspomina Michnik? Spróbujmy zatem dopowiedzieć, jakich to samoograniczeń dokonywała „Gazeta”. Jakie były te „wyższe cele”, a jakie w rezultacie osiągnięto?

W obawie przed narodowo-katolicką prawicą Michnik legitymizował pragmatycznych postkomunistów, utrudniając stworzenie miejsca dla ideowej lewicy. Trzeba było dopiero Rywinowego ataku na „Agorę”, żeby pragmatycy z SLD objawili się jako wrogowie demokracji. Przez lata „Gazeta” dbała o to, żeby nie burzyć ledwo skonstruowanego ładu prawno-politycznego, który w opinii jej szefów sprzyjał polskim priorytetom - modernizacji ekonomicznej i integracji europejskiej. Przyjęto za dogmat liberalizm ekonomiczny w gospodarce, a w kwestiach światopoglądowych zawarto w ostatnich latach niepisany układ z Kościołem. W zamian za poparcie integracji europejskiej zablokowano dyskusje o sprawach, w których Kościół zapewnił sobie korzystny kształt prawa. W imię powodzenia „kwestii fundamentalnych” nigdy poważnie nie przedyskutowano różnych możliwych wariantów transformacji ekonomicznej (pozostawiając w ten sposób krytykę neoliberalnej transformacji populistom), wyciszono spory dotyczące wychowania seksualnego w szkołach, aborcji, związków jednopłciowych, miejsca religii w życiu publicznym. Podczas gdy prawo pozostaje niezmienne, do ludzi puszcza się oko, że przecież żyjemy w wolnym kraju i nikt tak naprawdę nie jest prześladowany. Dało się przeżyć w PRL-u, da się przeżyć w III RP. Szczególnie jeśli ktoś jest bogaty, wykształcony i mieszka w dużym mieście. Klasy wyższe mają swój margines prywatnej wolności, zapomniano jednak o uczciwości i odpowiedzialności za jakość wspólnego życia, sankcjonując w ten sposób moralną hipokryzję.

Przyjęto, że istnieje tylko jeden możliwy „racjonalny” typ rozwoju ekonomicznego i jeden model życia, w którym najwyższą wartością jest kariera i konsumpcja na rynku. Oraz Bóg poza nim. Bóg albo rynek. Politycy zajmują się urynkowianiem nam życia, żeby w końcu zapanowała „wolność” i „racjonalność”, a Kościół pilnuje naszej tożsamości narodowej, kulturowej i religijnej. Oraz takiego wejścia Polski do Europy, by znalazł się tam nasz brzuch i ręce do pracy, a głowa i dusza pozostały w Polsce. Nie lepiej jest w kulturze. Literatura i sztuka spychane są na margines. Nie są bodźcem do dyskusji czy rozwoju myśli, tylko przedmiotem - na zmianę - rytualnej czci albo kołtuńskich skandali. Jedynym aktem artystycznym, jaki ma prawo zaistnieć na szerszym forum, jest domniemana obraza uczuć religijnych radnych i posłów LPR. W efekcie prowadzi to do ograniczenia wolności wypowiedzi.

”Gazeta”, a także inne media pretendujące do miana opiniotwórczych, zajmują się bezrefleksyjną reprodukcją ustanowionego przez siebie porządku. Wszyscy krytykują klasę polityczną i jednocześnie zadowalają się kolejną wymianą stołków między tymi samymi ludźmi. W rytualnych dyskusjach o kryzysie polskiej demokracji wymienia się wyświechtane argumenty, które zawsze sprowadzają się do jednego, że taniec jest piękny, tylko tancerze nie umieją go tańczyć. Trawiące Polskę problemy sprowadza się do korupcji, kolesiostwa albo zewnętrznych uwarunkowań, na które społeczeństwo nie ma żadnego wpływu (koniunktura gospodarcza, kurs złotego, integracja europejska, geopolityka). Przy czym media żyją z klasą polityczną w trwałej symbiozie, pilnując granic tego, co oczywiste i poważne, resztę wyrzucając na margines „wariactwa”, „radykalizmu”, „zachodnich mód”, „ideologicznego nawiedzenia”, „politycznej naiwności”… O Polsce dowiadują się głównie z tego, co najpierw same o niej napiszą. Tak ustala się niezmienna hierarchia ważności spraw i sensowności postaw. A przecież neoliberalna gospodarka i zgoda z Kościołem za wszelką cenę nie są celami bezdyskusyjnymi! I nie dość doskonała ich realizacja nie musi być jedynym powodem do wściekłości, szczególnie jeśli ktoś nie jest konserwatywnym liberałem. Paradoks polskiej sytuacji polega jednak na tym, że „Gazeta” i Adam Michnik uchodzą w Polsce za ekspozyturę liberalizmu. I to lewicowego.

Lewicowy liberał

Na przykład zdaniem Zdzisława Krasnodębskiego to Adam Michnik jest głównym ideologiem lokalnej imitacji skrajnie lewicowego liberalizmu nietzscheańsko-ponowoczesnego, opartego na zasadzie „radykalnego pluralizmu, który zachowuje uniwersalizm co najwyżej w postaci praw człowieka” (pisze o tym w książce „Demokracja peryferii”). Projekt wcielany w życie przez Adama Michnika i ludzi „Gazety” zakładać miał według Krasnodębskiego także „odrzucenie w ogóle problematyki tradycji, kolektywnej tożsamości i pamięci zbiorowej” oraz „wyznaczenie religii miejsca poza wszelką polityką”. Krasnodębski zarzuca więc „polskim liberałom”, że w pogoni za radykalnym pluralizmem nie zatroszczyli się o wspólne zasady, wspólne dobro, „nie pytają o to, co integruje, co mogłoby łączyć radykalnie pluralistyczne społeczeństwo”.

To kuriozalne tezy - jest bowiem dokładnie odwrotnie. W imię dobra wspólnego („kwestii fundamentalnych”), wobec troski o narodową spoistość, która - jak zaraz pokażę - od dawna towarzyszy wszelkim rozważaniom i działaniom Adama Michnika, budowa liberalnej, równie dostępnej dla wszystkich sfery publicznej zeszła na drugi plan. Krasnodębski żąda tego, co Michnik, posługując się liberalną frazeologią, już zrobił. Obaj zresztą mają podobną wizję polityki - spór i różnice są w niej czymś nienaturalnym. Krasnodębski chciałby się ich pozbyć, stawiając na tradycję i politykę pamięci (dekomunizacja, lustracja, rozliczenie PRL-u), a Michnik czyni to za pomocą nieliberalnego pragmatyzmu. Taki pragmatyzm, jak klucz francuski, pasuje do wszystkiego. Obiecuje realizację wszystkich wartości naraz, ujmując je w ogólnie słuszne hasła, które jednak mogą znaczyć bardzo różne rzeczy, gdy przyłożyć je do rzeczywistości. To pozwala być Michnikowi lewakiem-katolikiem, narodowym kosmopolitą, najtwardszym antykomunistą walczącym z antykomunistami, euroentuzjastą wspierającym twardą obronę Nicei, krytykiem Kościoła i jego obrońcą jednocześnie. „Już w 1980 (…) pytaliśmy - za Słowackim - sami siebie: Polska, ale jaka? I odpowiadaliśmy pełni niepewności: Polska samorządna, wielobarwna, oparta na wartościach chrześcijańskich, sprawiedliwa społecznie, Polska przyjazna sąsiadom, Polska zdolna do kompromisu i umiaru, do realizmu i lojalnego partnerstwa, ale niezdolna do niewolnictwa, niemożliwa do duchowego ujarzmienia. Polska pełna konfliktów normalnych dla nowoczesnych społeczeństw, ale przepojona zasadą solidarności” - pisze Michnik w swoim rocznicowym tekście. Polska oparta na wartościach chrześcijańskich brzmi jak z manifestu LPR lub PiS, Polska samorządna i sprawiedliwa społecznie - jak z manifestu UP, a Polska wielobarwna i pełna konfliktów normalnych dla nowoczesnych społeczeństw - jak z manifestu Zielonych. Z tak skonstruowaną wizją można zrobić wszystko. Można sprzyjać jednemu modelowi państwa, a zasłaniać je wizją innego.

Kłopot z Michnikiem

Skąd wzięła się taka postawa?

Po odzyskaniu wolności pokolenie opozycji miało poważny kłopot z tym, by zacząć postrzegać różnice i spory w polityce jako coś naturalnego, wręcz funkcjonalnego w demokracji. To nie tylko społeczeństwo przyzwyczajone do letargicznego rytualizmu komunistycznego życia ze zdumieniem i przesadnym oburzeniem przyglądało się konfliktom politycznym w III RP, także elity nie radziły sobie z respektowaniem innego zdania. Było to konsekwencją ukształtowanej w latach opozycji antykomunistycznej strategii - mimo różnic ideowych powinniśmy trzymać się razem, inaczej komuniści pokonają nas „taktyką salami”, odcinania po plasterku. „Drugorzędne” spory powinny ustąpić wobec tego „zasadniczego”. Zapewne dlatego ulubioną figurą tekstów Adama Michnika z lat 90. było manichejskie zestawianie „sił światła” i „sił ciemności”, scenariuszy wspaniałego sukcesu albo totalnej klęski, stawianie nas na rozdrożu demokracji i dyktatury. Zwolennik dekomunizacji stawał się z miejsca bolszewikiem. Zwolennik laickiego państwa „tramwajowym antyklerykałem”, jak na początku lat 90. określał to Adam Michnik. Krytyk wolnego rynku roszczeniowym homo sovieticus.

Wystarczy sięgnąć do któregokolwiek z tekstów Michnika, by przekonać się, że wciąż stoimy nad przepaścią albo u progu prawdziwej wojny: „Polska straciła swoją niepowtarzalną historyczną szansę. Polska zrujnowała swój międzynarodowy autorytet i prestiż. Polska zaczyna być traktowana jako bananowa republika. Bardzo chciałbym się mylić, lecz jeśli dekomunizatorzy będą kontynuować dekomunizację wedle receptury i technologii Antoniego Macierewicza, Polska może stanąć w ogniu. (…) zimna wojna przeobrazi się w gorącą” - pisał Michnik w 1992 roku („Krytyka”, nr 39). Rok później ostrzegał, że ostre spory polityczne w Polsce spowodują, że „możemy mieć wewnętrzną Jugosławię: krwawy konflikt, nad którym już nikt nie będzie w stanie zapanować. (…) Polska stoi na grani: między przepaścią katastrofy a nadzieją szansy. Co wybierze?”.

Prawicowi adwersarze Michnika reagowali na to agresją. Lewicowych „Gazeta” wolała nie dostrzegać, za lewicę uznając wyłącznie SLD. Koło się nakręcało, a „Gazeta” na tym korzystała. Bowiem żyjąc z tak dobranymi wrogami, w publicystycznym zwarciu zyskiwała alibi, by prezentować się w opozycji do skrajnej prawicy jako iście postępowa i liberalna. Jednocześnie mogła blokować - i to również przyznaje Beylin - możliwość artykulacji poglądów lewicowo-liberalnych, tłumacząc się obawami przed reakcją społeczeństwa, które zrodziło z siebie taką prawicową tłuszczę. Dlatego tak wiele uwagi i zaangażowania poświęcała pokazywaniu, co mówi się w Radiu Maryja albo pisze w „Naszym Dzienniku”, czy nieustającym polemikom ze środowiskiem „pampersów”, nawet kiedy było ono już dawno rozbite (Roman Graczyk jeszcze w zeszłym roku dobijał je na wszelki wypadek, recenzując powieść Cezarego Michalskiego „Siła odpychania” tak, jakby była ona manifestem prawicowej partii politycznej „Pampersi”). Bardziej liberalnej części polskiej inteligencji przez lata Michnikowa „Gazeta” przedstawiała się jako „antykonserwatywna” alternatywa dla Wołkowego „Życia”, w ramach tego pozorowanego spektrum udając „siły postępu”.

My i oni

Powszechnie uważa się, że Adam Michnik zmienił się po 1989 roku i z bezkompromisowego rewolucjonisty stał się elastycznym politykiem. Dziś potrafi już cieniować rzeczywistość (przypomnijmy jego tekst „Szare jest piękne” - „Gazeta” z 4 stycznia 1997 r.). To prawda, zmienił się jego stosunek do przywódców PRL-u, ale czy zmienił się sposób percepcji polityki? Biegunowy podział „my i oni” wcale nie odszedł w przeszłość z nadejściem demokracji! Od początku Michnik stawia nas przed wyborem: „Jakiej Polski pragniemy? Opartej na chrześcijańskich wartościach, pluralistycznej i europejskiej? Czy też zaściankowej i wiecznie prowincjonalnej, ciasnej i kultywującej własne kompleksy?” („Gazeta” z 10 listopada 1989 r.).

Przyjrzyjmy się, jak skonstruowany jest ten podział. „My” - jeśli nie chcemy się znaleźć w Polsce zaścianka - musimy być za Polską opartą na wartościach chrześcijańskich i pluralistyczną jednocześnie. Powinniśmy dyskutować wyłącznie o zagrożeniu, jakie płynie z „Polski zaścianka”, a nie o tym, czy i jak da się zarazem oprzeć państwo na wartościach religii dominującej i uczynić pluralistycznym. Ponieważ są to warunki nie do pogodzenia (albo przynajmniej nie dla wszystkich do pogodzenia), nie bardzo wiadomo, jaka jest ta „dobra” albo „właściwa” Polska. Zostaje więc tylko jeden jej czytelny wyróżnik - „właściwe” jest to, co aktualnie popiera „Gazeta”. A każda próba podjęcia dyskusji zostanie nazwana „niepotrzebnym powrotem do wojen ideologicznych z początku III RP”.

Niechęć Michnika do prawdziwego zróżnicowania ideowego daje się zresztą stosunkowo łatwo wyjaśnić. Ciągle jest on wierny wydanej pod koniec lat 70. słynnej książce „Kościół, lewica, dialog”, w której dokonał zapośredniczenia poglądów lewicowych i prawicowych, progresywnych i tradycyjnych. „Myślę, że na tej mapie [ideologicznej - red. > jest miejsce dla formacji duchowej, która zespoli [podkreślenie - S.S. > najcenniejsze wartości Polskiej Partii Socjalistycznej i całej polskiej lewicy demokratycznej z wartościami i dorobkiem polskiego katolicyzmu. Chciałbym, aby temu służyła moja książka” - pisał Michnik w 1981 roku w posłowiu do jej kolejnego wydania. Zauważmy, jak bardzo projekt ten przypomina „Gazetę Wyborczą” i determinuje jej coraz bardziej uderzający anachronizm. Z jedną różnicą - socjalizm został zastąpiony kapitalizmem.

Adama Michnika - powiedzmy sobie szczerze - nigdy specjalnie nie interesowały kwestie, mówiąc za Marksem, „bazy” (stąd tak łatwe i szybkie porzucenie frazeologii „demokracji samorządnej” i „socjalizmu demokratycznego” na rzecz pełnej akceptacji wolnego rynku), zawsze bardziej pociągała go „nadbudowa”. Z lewicowości pozostaje zatem wyłącznie krytyka nacjonalizmu i tradycyjnie rozumiane prawa człowieka. Nie ma tu nawet miejsca na krok, który lewica europejska wykonała już dawno.

W drugiej połowie XX wieku dla ruchów lewicowych stało się jasne, że - wbrew marksizmowi - kapitalistyczny rozwój nie doprowadził do przekształcenia wszystkich ludzi pracujących w miejskich, dorosłych, najemnych robotników płci męskiej - „proletariuszy”. Lewica musiała pogodzić się z tym, że nie reprezentuje żadnej „podstawowej klasy”, większości. Także wtedy, gdy odwołuje się do haseł wyzwolenia narodowego. Stało się bowiem jasne, że „narodowości” nie są niczym gotowym i jednoznacznym. Okazały się one raczej produktem złożonego procesu ich społecznego wytwarzania polegającego na kreowaniu świadomości narodowej oraz polityczno-prawnych kategoryzacji. Oznaczało to, że w ramach każdego narodu mogą i będą powstawać podnarody, w nich następnie podnarody i tak dalej. Oraz że każda transformacja jakiejś „mniejszości” w „większość” będzie wytwarzać nowe „mniejszości”. I dlatego dziś dla lewicy jedną z najistotniejszych spraw jest rewolucja w stosunku do inności - narodowej, rasowej, płciowej, dotyczącej orientacji seksualnej i każdej innej. Dotąd przyjmowano dwie postawy wobec różnic między ludźmi. Albo próbowano je znieść przez likwidację jednej grupy przez drugą, albo przez - charakterystyczne dla pełnego dobrych intencji i negatywnych konsekwencji oświeceniowego uniwersalizmu - „cywilizowanie nieucywilizowanych”. Dziś lewica występuje z innym projektem. Obecny projekt lewicy polega na takim połączeniu uniwersalizmu i partykularyzmu, aby dostrzegać w drugim człowieku to, co wspólne, i zarazem afirmować to, co różne. Skończyć z mitem jednego narodu połączonego jednym państwem i jednym wspólnym systemem wartości, przeciwstawiając mu mozaikę rozmaitych identyfikacji wynikających z uczestnictwa w różnych grupach. I dla takiej właśnie nowej tożsamości lewica poszukuje wspólnego mianownika prawnego i aksjologicznego. Domaga się także stworzenia światowej alternatywy politycznej dla ekonomicznej globalizacji. Nie może być przecież tak, że coraz więcej decyzji istotnych dla żywotnych interesów ludzi podejmowanych jest przez instytucje lub korporacje, które nie podlegają żadnej demokratycznej kontroli.

Michnik w cytowanym już posłowiu do książki „Kościół, lewica, dialog” pisał: „Podział lewica - prawica odnosił się do rzeczywistości społeczeństw rządzonych przez system parlamentarnych demokracji. W społeczeństwach rządzonych totalitarnie ten podział stracił społeczną doniosłość. Lecz co będzie w społeczeństwach funkcjonujących na gruzach systemu totalitarnego? Doświadczenia Niemiec, Włoch, Portugalii czy Hiszpanii zdają się wskazywać, że te podziały jakoś się rekonstruują”. Jednak w III RP zdaniem Michnika okazały się one zbyteczne. I ciągle kwestionuje on zasadność podziału na poglądy lewicowe i prawicowe. „Dzisiejszy podział w istocie nie biegnie po osi lewica - prawica. Gdyby mu się tak dobrze przyjrzeć, jest to podział - mówimy językiem symboli - na Polskę Wałęsy i Polskę Mazowieckiego” - twierdzi Michnik w wywiadzie dla „Polityki Polskiej” w 1991 roku. Nie będziemy więc korzystać z doświadczenia innych państw, które wyszły z niedemokratycznych reżimów i dzielić się według obecnych w całym cywilizowanym świecie kryteriów. W imię wyższych celów, oczywiście, i wielkich zagrożeń. Gdy zamaże się „normalne dla nowoczesnych społeczeństw podziały” i na ich miejsce wstawi jeden ostateczny: na „Polskę światła” i „Polskę ciemności” (zmieniając za każdym razem definicję tej ostatniej: od Wałęsy, dekomunizatorów, lustratorów, katolickich ciemnogrodzian, przez zwolenników „Polski skorumpowanej”, po lepperowskich populistów), zawsze będzie można unieważnić każdą płynącą skądinąd krytykę, uznać ją za nieważną w obliczu „prawdziwego zagrożenia”.

Manicheizm uniemożliwia ideowe podziały. I jeśli nie one organizują wymianę poglądów w sferze publicznej, także partie polityczne nie dzielą się w sposób sensowny, czyli taki, który pozwala trwale utożsamiać się obywatelom ze swoimi reprezentantami, a nie krążyć między powstającymi i upadającymi kolejnymi „partiami powszechnymi”. Od zamazywania naturalnych podziałów przez niestabilny system polityczny prowadzi droga do populizmu, który jest wyrazem społecznej dezorientacji i niemogącej wyartykułować się w cywilizowany sposób frustracji.

Kłopot z „nawróconym dysydentem” ujawnia się jeszcze na innym przykładzie. W napisanym na 60. urodziny Leszka Kołakowskiego eseju zatytułowanym - nomen omen - „Kłopot” Adam Michnik zestawia ze sobą dzienniki prymasa Wyszyńskiego i Witolda Gombrowicza, aby zdefiniować ideał polskiego intelektualisty. Powinien on być bliski jednocześnie i Wyszyńskiemu, tam gdzie chodzi o zachowanie narodowej tożsamości, i Gombrowiczowi, tam gdzie liczy się jej jakość. Duchowy projekt Gombrowicza, kwestionujący wszystkie oczywistości i - jak opisywał go Miłosz - wymierzony przeciw „polskiemu ceremoniałowi nacjonalistycznego skarlenia”, nie nadaje się bowiem samodzielnie zdaniem Michnika dla polskiego inteligenta. Czynił on jednak przy tym jedno istotne założenie - mówił o narodzie zniewolonym. „Intelektualista musi dochować elementarnej wierności swemu podbitemu narodowi. Intelektualiście nie wolno wykręcać się „koncepcjami”, kiedy dokonuje się zbrodnia”. A jaką postawę powinien przyjąć inteligent w państwie już wyzwolonym? Czy nadal ma zachować wierność narodowi, czy teraz powinien być wierny różnorodnemu społeczeństwu? Czy nie powinien troszczyć się o jego prawdziwą suwerenność, która musi być też suwerennością różnorodnych grup i jednostek? Szczególnie jeśli nowy system także wyklucza, choć nie tak otwarcie.

Bo dzisiejsza Polska wyklucza przecież ekonomicznie, politycznie i kulturowo, o czym na co dzień przekonuje się 20 proc. bezrobotnych, liczna rzesza świeżo zatrudnionych absolwentów wykonujących prymitywne prace, obrzucani kamieniami na ulicach podczas pokojowych demonstracji geje (jeśli w ogóle na taką demonstrację im się łaskawie pozwoli), kobiety i wszyscy inni, którzy z różnych powodów nie pasują do polskich reguł.

Michnik i środowisko „Gazety”, doświadczone polskim Marcem, żyje z pewną projekcją narodu polskiego. Dostrzega przede wszystkim jego konserwatywne oblicze i obawia się wystąpić z bardziej nowoczesną wizją państwa, wciąż martwiąc się, by inteligencka lokomotywa nie oderwała się od „masowego” pociągu, nie zauważając jednocześnie, że neoliberalna gospodarka dawno już ten pociąg rozerwała. Przy tym Marzec, paradoksalnie, „unarodowił” to pokolenie, co uległo jeszcze wzmocnieniu w czasie solidarnościowego karnawału i stanu wojennego. Dziś bardzo trudno mu jest myśleć choćby o zjednoczonej Europie inaczej niż o polu bitwy ścierających się narodowych interesów. Stąd poparcie „Gazety” dla bezkompromisowej obrony Nicei wyrażone tekstem Adama Michnika i Marka Beylina „Dlaczego mówimy nie” („Gazeta” z 9 października 2003 r.). Zauważmy, że „Gazeta” była jedyną poważną siłą w Polsce, która wobec rozpoczętej przez partie polityczne licytacji, kto jest największym obrońcą interesu narodowego, mogła skutecznie przeciwstawić się nacjonalistycznej retoryce, jaka zdominowała spór o konstytucję. Zamiast tego wspierała marsz polskiej klasy politycznej w kierunku automarginalizacji Polski w Unii i zniechęceniu polskiego społeczeństwa do spraw europejskich. Niech więc dziś nie dziwi się szczątkowej frekwencji w wyborach do europarlamentu i zwycięstwu eurosceptycznej prawicy. Ma w tym swój udział. Publicyści „Gazety” tłumaczyli swoje pronicejskie stanowisko w sprawie eurokonstytucji powrotem nacjonalizmu w Europie, przede wszystkim we Francji i w Niemczech. Dlaczego zatem „Gazeta” nagle zmieniła linię na kompromisową? Czy dlatego, że nacjonalizm w Europie nagle zniknął, czy dlatego, że wcześniej popełniła błąd? A jeśli chodziło po prostu o to, by licytować wyżej, niż faktycznie chce się ugrać, zapytać wypada: czy skórka warta była wyprawki? Czy opłacało się popierać taką właśnie wizję integracji? Tak kształtować „polską duchowość”? Jakie są koszty takiej postawy na polskiej scenie politycznej?

Polska nietzscheańsko- -ponowoczesna

Krasnodębski myli nieliberalny pragmatyzm Michnika i „Gazety” - polegający na robieniu polityki za pomocą dziennika, ograniczaniu pluralizmu dopuszczalnych poglądów „w imię kwestii fundamentalnych” - z liberalnym pragmatyzmem, na przykład często przywoływanego przez niego Richarda Rorty’ego.

Rorty lubi powoływać się na Tomasza Jeffersona opowiadającego się za pozostawieniem religii i moralności w sferze prywatnej. Tacy „proceduraliści” jak on sądzą, że umieszczanie demokratycznego porządku na jakimś niezależnym fundamencie wykraczającym poza praktyki społeczne („prawo naturalne”, „tożsamość zbiorowa”, „interes narodowy”, „dobro wspólne”) jest obłudne. „Fundamenty” te to najczęściej arbitralne hipostazy, które wydają się słuszne większości. Rorty za swoim nauczycielem Williamem Jamesem, jednym z twórców pragmatyzmu w filozofii, ubolewa nad tym, że filozofowie polityczni wolą uważać się raczej za uczniów Immanuela Kanta niż Johna Stuarta Milla czy Fryderyka Nietzschego i nadal sądzą, że twierdzeniom o rzeczywistości ważność nadawana jest „z jakiegoś wzniosłego wymiaru bytu zamieszkanego przez prawo moralne, tak jak biegun północny oddziałuje z gwiaździstego nieba na stalową linię kompasu” (James). Rorty zakłada, że jedynym źródłem zobowiązania w liberalnym państwie są świadome jednostki. Winniśmy więc przestać mówić o naszej odpowiedzialności wobec Prawdy, Tradycji czy Rozumu i zacząć mówić o odpowiedzialności wobec innych obywateli. Kształt państwa podlegać powinien ciągłym negocjacjom, a naszym zadaniem jest zapewnienie uczciwych warunków, w których będą się one odbywać. To z kolei oznacza aktywne dbanie o pluralizm i udział w debacie wszelkich mniejszości.

Polska „nietzscheańsko-ponowoczesna” mogłaby więc okazać się dobrym politycznym pomysłem dla tego społeczeństwa, w którym duszą się rozmaite mniejszości, a państwo, mimo że wyraźnie zostało skrojone na miarę większości, dramatycznie traci legitymizację. Zamiast tego ze wszystkich stron słyszymy samych rzeczników narodowej tożsamości, prawa naturalnego, wspólnego dobra, narodowego interesu i innych podobnych hipostaz. Nie zamierzam popełniać tego samego błędu i dowodzić, że tożsamość zbiorowa Polaków jest inna, niż się wydaje temu czy innemu politykowi, biskupowi czy publicyście. Wolę bronić mniejszości, którym lepiej żyłoby się w naprawdę pluralistycznym państwie. Być może, rzeczywiście, istotna część polskiego społeczeństwa, może nawet zdecydowana większość, jest konserwatywna i chce penalizacji aborcji, nienawidzi gejów, pragnie żyć według zapisanych gdzie się tylko da wartości chrześcijańskich i drży o narodowy interes, bojąc się niemiecko-francuskiego dyktatu. Nawet jeśli tak jest, twierdzę, że w tym samym państwie żyje wielu „innych” - ateistów, niekatolików lub katolików, którym wystarcza katolicyzm głoszony z ambony, a nie z ustawy, gejów, feministek… Wystarczająco wielu, aby państwo zorganizować tak, by sfera publiczna była dla wszystkich równo dostępna.

I takie powinny być także gazety - nieobawiające się debatować o kwestiach drażliwych światopoglądowo dla konserwatywnej większości i silnego Kościoła. Za stwierdzeniem, że w Polsce mamy przecież wolność słowa i wolny rynek idei, kryje się tylko iluzja równości. Inna jest bowiem siła półmilionowego dziennika, a inna na przykład niszowego feministycznego pisma. A o tym, kto ma jaką tubę, decydują dziś pieniądze i polityka oraz to, na ile gotowi jesteśmy sprzyjać gustom większości (choćby tylko wyobrażonym). Nie ma więc mowy o wolnej debacie. Wolna i pluralistyczna debata nie polega też na publikowaniu obok siebie na przykład tekstu geja domagającego się takich samych praw, jakie w Polsce mają heteroseksualiści, oraz tekstu homofoba, który praw tych mu odmawia. Zasada, która powinna obowiązywać, wydaje się prosta: każdy ma prawo do autoafirmacji i wyrażania opinii, nie wolno jednak ograniczać praw innych do podobnych zachowań. Domagający się praw gej i homofob to nie są dwa równorzędne stanowiska, bowiem geje nie zakazują małżeństw homofobom ani nie krytykują ich upodobań seksualnych, nie domagają się, aby z plakatów usunięto zdjęcia wszelkich heteroseksualnych par. Pragmatycznym argumentem na rzecz tej opcji jest to, że w państwie liberalnym prawa konserwatystów są przestrzegane, mogą żyć zgodnie z własnymi systemami wartości. W odwrotnej sytuacji mniejszość jest podporządkowywana cudzym poglądom. A przy okazji - dlaczego na przykład „Gazeta” i inne media nie tępią homofobii albo głosów poniżających kobiety z taką samą siłą, z jaka tępią antysemityzm?

Zwolennicy opisanej tu demokracji proceduralnej oraz zwolennicy opartej na partykularnych wartościach wyidealizowanej wspólnoty są z natury rzeczy ideowymi przeciwnikami i nie wolno tego sporu zamazywać. „Gazeta” zaś nie tylko nie opowiedziała się jasno po żadnej ze stron, ale również robi wiele, aby utrudnić ujawnienie się tego podziału. Godzi się na rozmaite kompromisy, udając, że zostały one zawarte w warunkach liberalnej wolności i z pełnym poszanowaniem dla rozmaitych głosów.

Oczywiście to nie „Michnik jest wszystkiemu winien” i nie traktuję „Gazety” jako odpowiedzialnej za wszystkie grzechy III RP. Podjąłem się krytyki Adama Michnika i „Gazety Wyborczej” z dwóch powodów. Po pierwsze, mimo wszystko, z tradycją, z której wywodzi się „Gazeta”, czuję się związany. Z tradycją - demokratyczną, antytotalitarną, lewicową, opozycyjno-romantyczną - lecz nie z jej obecną kontynuacją. Ale dlatego też nie jest mi ona obojętna. A po drugie, dlatego że kształt polskiej duchowości, a zarazem model sfery publicznej, zależy w znacznie większym stopniu od „centrum” niż od krańców. Krańce dyskursu publicznego krytykować jest najłatwiej i chętnych nie brakuje. Ciekawszym poznawczo i - jak sądzę - donioślejszym politycznie przedsięwzięciem jest dekonstrukcja dyskursu dominującego. Nie ma co kierować lewicowej krytyki wyłącznie pod adresem skrajnej prawicy albo Kościoła katolickiego. To jest najprostsze i najszybciej się rytualizuje, wytracając jakąkolwiek moc sprawczą. Kościół katolicki ma prawo być taki, jaki jest, konserwatywny i narodowy. Skrajna prawica zawsze była, jest i długo będzie. Natomiast ci, którzy tak chętnie posługują się frazeologią pluralizmu i tolerancji, wolności słowa i demokracji, nie powinni im ulegać. Nie powinno im ulegać państwo. Warto zapytać tych najbardziej oburzonych wyczynami Rydzyków i Giertychów, jaką poza słusznymi ogólnikami wizję państwa chcą im przeciwstawić. Co rozumieją przez słowo „demokracja”: czy tylko rządy większości, czy też poszanowanie praw mniejszości; czy wystarczy im państwo stwarzające wszystkim te same warunki głoszenia poglądów, czy chcieliby aktywnie wspierać wolność? Na przykład można być jedynie przeciwnikiem skazywania niepokornych artystów albo myśleć o instytucjonalnych regulacjach sprzyjających uniezależnieniu sztuki od nacisków politycznych. Myśleć o procedurach, które istotnie służą wolności, a nie są tylko wyrazem liberalnej obojętności.

Dziś „Gazeta” - piórem Michnika, a potem Beylina - rozlicza się z rozmaitych zaniedbań. Opowiada się za państwem liberalnym. Nie mówi jednak, czym dokładnie państwo takie miałoby się różnić od tego, co nazywała w ten sposób przez ostatnie 15 lat.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 10-11 lipca 2004, jest zmodyfikowaną wersją artykułu z szóstego numeru „Krytyki Politycznej”.
Komentarze
Dodaj nowy
Katarzyna z Gdańska  - jedność fikcją?   |19.01.2005 22:08:17
Jedność narodowa jest być może fikcją ale tylko dla społeczeństw
ustabilizowanych i zamożnych, jak wielką rolę może odegrać sprawa jedności i
solidarności pokazały ostatnio wydarzenia na Ukrainie.Narody kształtuje bowiem
nie tylko państwowa ideologia ale także wspólna tradycja i mieszcząca się w jej
kręgu religia.Nie wiem w imię jakich racji należałoby ten "balast"
odrzucić.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.44825 Seconds