STENDHAL „CZERWONE I CZARNE”
Tak
dalej być nie może! Nawet Adam Michnik, jeden z „ojców założycieli” III
RP, po piętnastu latach wydawania „Gazety Wyborczej” czuje, że w Polsce
coś jest nie tak. Jest wściekły, jak napisał w podsumowującym minione
lata tekście „Polska na zakręcie, „Gazeta” na zakręcie” („Gazeta” z 8-9
maja 2004 r.). W wywiadzie dla „Życia” z 8 maja br. z kolei wyznaje:
„Od początku traktowałem „Gazetę” jako instrument zmiany
rzeczywistości, języka debaty w Polsce i polskiej duchowości”. Biorąc
pod uwagę siłę „Gazety” - płynącą z jej nakładu, profesjonalizmu i
osobowości jej twórców - trudno uznać roszczenia takie za bezzasadne. I
warto zapytać: jaki język debaty kształtowała „Gazeta” i jak wpłynęła
na polską duchowość, a także jakiej rzeczywistości chciała dla Polaków?
W imię celów wyższych
Michnik
jest wściekły, lecz jednocześnie deklaruje, że mimo powszechnego upadku
cnót obywatelskich i kryzysu wszelkich autorytetów cele jego pokolenia
zostały zrealizowane. Weszliśmy do NATO i do UE. Najbardziej bolesne
koszty transformacji były niezbędne i w gruncie rzeczy w Polsce
wszystko poszło, jak należy - dla planu Balcerowicza nie było
alternatywy („zapewne wielka reforma Leszka Balcerowicza była jedynym
sposobem, by przerwać zaklęty łańcuch zacofania”), Kościół okazał się
po krótkim okresie wahań przyjacielem pluralistycznego państwa
(„dzisiaj, dzięki Bogu, Kościół przemawia innym głosem. Dzisiaj Kościół
mówi o pluralizmie, dialogu i tolerancji”), a kryzys demokracji i
rozwój populizmu dotyczy przecież całego świata - nie tylko Polski.
Wygląda na to, że lepiej być nie mogło. I jeśli czasem cienie,
szczególnie cień populizmu, przyćmiewają blaski, to nie z winy
„Gazety”, ale z winy ciemnych sił - polskich i globalnych. Jeśli
„Gazeta” czasem nas zawodziła, to działała w imię wyższej konieczności.
Michnik
bowiem przyznaje się w końcu do tego, co wielu mu zarzucało, choć nigdy
na łamach „Gazety”: „Często mówiliśmy szeptem, aluzjami, półsłówkami o
tym, o czym należało wrzeszczeć. Uważaliśmy, że są sprawy ważne,
najważniejsze i - wreszcie - te fundamentalne. Dlatego też często w
imię tego, co fundamentalne, ostrożniej pisaliśmy o tym, co ważne i
najważniejsze”. W podobnym duchu wypowiada się Marek Beylin, gdy pisze:
„Państwo, które powstało po wyborach w czerwcu 1989 roku, było
największym darem. Ale oślepiło nas tak, że nie spoglądaliśmy uważnie
na ciemniejące obszary rzeczywistości. I zakneblowało, gdyż zapalczywa
krytyka polskiej demokracji brzmiała nam nierzadko niczym wojenny zew
jej wrogów” („Gazeta” z 5-6 czerwca 2003 r.).
Rozliczenia
te byłyby bardziej przekonujące, gdybyśmy mogli poznać więcej
szczegółów. O jakich to zaniedbaniach „Gazety” mówimy poza brakiem
dostatecznej krytyki Buzka, Millera i Kwaśniewskiego, o czym wspomina
Michnik? Spróbujmy zatem dopowiedzieć, jakich to samoograniczeń
dokonywała „Gazeta”. Jakie były te „wyższe cele”, a jakie w rezultacie
osiągnięto?
W
obawie przed narodowo-katolicką prawicą Michnik legitymizował
pragmatycznych postkomunistów, utrudniając stworzenie miejsca dla
ideowej lewicy. Trzeba było dopiero Rywinowego ataku na „Agorę”, żeby
pragmatycy z SLD objawili się jako wrogowie demokracji. Przez lata
„Gazeta” dbała o to, żeby nie burzyć ledwo skonstruowanego ładu
prawno-politycznego, który w opinii jej szefów sprzyjał polskim
priorytetom - modernizacji ekonomicznej i integracji europejskiej.
Przyjęto za dogmat liberalizm ekonomiczny w gospodarce, a w kwestiach
światopoglądowych zawarto w ostatnich latach niepisany układ z
Kościołem. W zamian za poparcie integracji europejskiej zablokowano
dyskusje o sprawach, w których Kościół zapewnił sobie korzystny kształt
prawa. W imię powodzenia „kwestii fundamentalnych” nigdy poważnie nie
przedyskutowano różnych możliwych wariantów transformacji ekonomicznej
(pozostawiając w ten sposób krytykę neoliberalnej transformacji
populistom), wyciszono spory dotyczące wychowania seksualnego w
szkołach, aborcji, związków jednopłciowych, miejsca religii w życiu
publicznym. Podczas gdy prawo pozostaje niezmienne, do ludzi puszcza
się oko, że przecież żyjemy w wolnym kraju i nikt tak naprawdę nie jest
prześladowany. Dało się przeżyć w PRL-u, da się przeżyć w III RP.
Szczególnie jeśli ktoś jest bogaty, wykształcony i mieszka w dużym
mieście. Klasy wyższe mają swój margines prywatnej wolności, zapomniano
jednak o uczciwości i odpowiedzialności za jakość wspólnego życia,
sankcjonując w ten sposób moralną hipokryzję.
Przyjęto,
że istnieje tylko jeden możliwy „racjonalny” typ rozwoju ekonomicznego
i jeden model życia, w którym najwyższą wartością jest kariera i
konsumpcja na rynku. Oraz Bóg poza nim. Bóg albo rynek. Politycy
zajmują się urynkowianiem nam życia, żeby w końcu zapanowała „wolność”
i „racjonalność”, a Kościół pilnuje naszej tożsamości narodowej,
kulturowej i religijnej. Oraz takiego wejścia Polski do Europy, by
znalazł się tam nasz brzuch i ręce do pracy, a głowa i dusza pozostały
w Polsce. Nie lepiej jest w kulturze. Literatura i sztuka spychane są
na margines. Nie są bodźcem do dyskusji czy rozwoju myśli, tylko
przedmiotem - na zmianę - rytualnej czci albo kołtuńskich skandali.
Jedynym aktem artystycznym, jaki ma prawo zaistnieć na szerszym forum,
jest domniemana obraza uczuć religijnych radnych i posłów LPR. W
efekcie prowadzi to do ograniczenia wolności wypowiedzi.
”Gazeta”,
a także inne media pretendujące do miana opiniotwórczych, zajmują się
bezrefleksyjną reprodukcją ustanowionego przez siebie porządku. Wszyscy
krytykują klasę polityczną i jednocześnie zadowalają się kolejną
wymianą stołków między tymi samymi ludźmi. W rytualnych dyskusjach o
kryzysie polskiej demokracji wymienia się wyświechtane argumenty, które
zawsze sprowadzają się do jednego, że taniec jest piękny, tylko
tancerze nie umieją go tańczyć. Trawiące Polskę problemy sprowadza się
do korupcji, kolesiostwa albo zewnętrznych uwarunkowań, na które
społeczeństwo nie ma żadnego wpływu (koniunktura gospodarcza, kurs
złotego, integracja europejska, geopolityka). Przy czym media żyją z
klasą polityczną w trwałej symbiozie, pilnując granic tego, co
oczywiste i poważne, resztę wyrzucając na margines „wariactwa”,
„radykalizmu”, „zachodnich mód”, „ideologicznego nawiedzenia”,
„politycznej naiwności”… O Polsce dowiadują się głównie z tego, co
najpierw same o niej napiszą. Tak ustala się niezmienna hierarchia
ważności spraw i sensowności postaw. A przecież neoliberalna gospodarka
i zgoda z Kościołem za wszelką cenę nie są celami bezdyskusyjnymi! I
nie dość doskonała ich realizacja nie musi być jedynym powodem do
wściekłości, szczególnie jeśli ktoś nie jest konserwatywnym liberałem.
Paradoks polskiej sytuacji polega jednak na tym, że „Gazeta” i Adam
Michnik uchodzą w Polsce za ekspozyturę liberalizmu. I to lewicowego.
Lewicowy liberał
Na
przykład zdaniem Zdzisława Krasnodębskiego to Adam Michnik jest głównym
ideologiem lokalnej imitacji skrajnie lewicowego liberalizmu
nietzscheańsko-ponowoczesnego, opartego na zasadzie „radykalnego
pluralizmu, który zachowuje uniwersalizm co najwyżej w postaci praw
człowieka” (pisze o tym w książce „Demokracja peryferii”). Projekt
wcielany w życie przez Adama Michnika i ludzi „Gazety” zakładać miał
według Krasnodębskiego także „odrzucenie w ogóle problematyki tradycji,
kolektywnej tożsamości i pamięci zbiorowej” oraz „wyznaczenie religii
miejsca poza wszelką polityką”. Krasnodębski zarzuca więc „polskim
liberałom”, że w pogoni za radykalnym pluralizmem nie zatroszczyli się
o wspólne zasady, wspólne dobro, „nie pytają o to, co integruje, co
mogłoby łączyć radykalnie pluralistyczne społeczeństwo”.
To
kuriozalne tezy - jest bowiem dokładnie odwrotnie. W imię dobra
wspólnego („kwestii fundamentalnych”), wobec troski o narodową
spoistość, która - jak zaraz pokażę - od dawna towarzyszy wszelkim
rozważaniom i działaniom Adama Michnika, budowa liberalnej, równie
dostępnej dla wszystkich sfery publicznej zeszła na drugi plan.
Krasnodębski żąda tego, co Michnik, posługując się liberalną
frazeologią, już zrobił. Obaj zresztą mają podobną wizję polityki -
spór i różnice są w niej czymś nienaturalnym. Krasnodębski chciałby się
ich pozbyć, stawiając na tradycję i politykę pamięci (dekomunizacja,
lustracja, rozliczenie PRL-u), a Michnik czyni to za pomocą
nieliberalnego pragmatyzmu. Taki pragmatyzm, jak klucz francuski,
pasuje do wszystkiego. Obiecuje realizację wszystkich wartości naraz,
ujmując je w ogólnie słuszne hasła, które jednak mogą znaczyć bardzo
różne rzeczy, gdy przyłożyć je do rzeczywistości. To pozwala być
Michnikowi lewakiem-katolikiem, narodowym kosmopolitą, najtwardszym
antykomunistą walczącym z antykomunistami, euroentuzjastą wspierającym
twardą obronę Nicei, krytykiem Kościoła i jego obrońcą jednocześnie.
„Już w 1980 (…) pytaliśmy - za Słowackim - sami siebie: Polska, ale
jaka? I odpowiadaliśmy pełni niepewności: Polska samorządna,
wielobarwna, oparta na wartościach chrześcijańskich, sprawiedliwa
społecznie, Polska przyjazna sąsiadom, Polska zdolna do kompromisu i
umiaru, do realizmu i lojalnego partnerstwa, ale niezdolna do
niewolnictwa, niemożliwa do duchowego ujarzmienia. Polska pełna
konfliktów normalnych dla nowoczesnych społeczeństw, ale przepojona
zasadą solidarności” - pisze Michnik w swoim rocznicowym tekście.
Polska oparta na wartościach chrześcijańskich brzmi jak z manifestu LPR
lub PiS, Polska samorządna i sprawiedliwa społecznie - jak z manifestu
UP, a Polska wielobarwna i pełna konfliktów normalnych dla nowoczesnych
społeczeństw - jak z manifestu Zielonych. Z tak skonstruowaną wizją
można zrobić wszystko. Można sprzyjać jednemu modelowi państwa, a
zasłaniać je wizją innego.
Kłopot z Michnikiem
Skąd wzięła się taka postawa?
Po
odzyskaniu wolności pokolenie opozycji miało poważny kłopot z tym, by
zacząć postrzegać różnice i spory w polityce jako coś naturalnego,
wręcz funkcjonalnego w demokracji. To nie tylko społeczeństwo
przyzwyczajone do letargicznego rytualizmu komunistycznego życia ze
zdumieniem i przesadnym oburzeniem przyglądało się konfliktom
politycznym w III RP, także elity nie radziły sobie z respektowaniem
innego zdania. Było to konsekwencją ukształtowanej w latach opozycji
antykomunistycznej strategii - mimo różnic ideowych powinniśmy trzymać
się razem, inaczej komuniści pokonają nas „taktyką salami”, odcinania
po plasterku. „Drugorzędne” spory powinny ustąpić wobec tego
„zasadniczego”. Zapewne dlatego ulubioną figurą tekstów Adama Michnika
z lat 90. było manichejskie zestawianie „sił światła” i „sił
ciemności”, scenariuszy wspaniałego sukcesu albo totalnej klęski,
stawianie nas na rozdrożu demokracji i dyktatury. Zwolennik
dekomunizacji stawał się z miejsca bolszewikiem. Zwolennik laickiego
państwa „tramwajowym antyklerykałem”, jak na początku lat 90. określał
to Adam Michnik. Krytyk wolnego rynku roszczeniowym homo sovieticus.
Wystarczy
sięgnąć do któregokolwiek z tekstów Michnika, by przekonać się, że
wciąż stoimy nad przepaścią albo u progu prawdziwej wojny: „Polska
straciła swoją niepowtarzalną historyczną szansę. Polska zrujnowała
swój międzynarodowy autorytet i prestiż. Polska zaczyna być traktowana
jako bananowa republika. Bardzo chciałbym się mylić, lecz jeśli
dekomunizatorzy będą kontynuować dekomunizację wedle receptury i
technologii Antoniego Macierewicza, Polska może stanąć w ogniu. (…)
zimna wojna przeobrazi się w gorącą” - pisał Michnik w 1992 roku
(„Krytyka”, nr 39). Rok później ostrzegał, że ostre spory polityczne w
Polsce spowodują, że „możemy mieć wewnętrzną Jugosławię: krwawy
konflikt, nad którym już nikt nie będzie w stanie zapanować. (…)
Polska stoi na grani: między przepaścią katastrofy a nadzieją szansy.
Co wybierze?”.
Prawicowi
adwersarze Michnika reagowali na to agresją. Lewicowych „Gazeta” wolała
nie dostrzegać, za lewicę uznając wyłącznie SLD. Koło się nakręcało, a
„Gazeta” na tym korzystała. Bowiem żyjąc z tak dobranymi wrogami, w
publicystycznym zwarciu zyskiwała alibi, by prezentować się w opozycji
do skrajnej prawicy jako iście postępowa i liberalna. Jednocześnie
mogła blokować - i to również przyznaje Beylin - możliwość artykulacji
poglądów lewicowo-liberalnych, tłumacząc się obawami przed reakcją
społeczeństwa, które zrodziło z siebie taką prawicową tłuszczę. Dlatego
tak wiele uwagi i zaangażowania poświęcała pokazywaniu, co mówi się w
Radiu Maryja albo pisze w „Naszym Dzienniku”, czy nieustającym
polemikom ze środowiskiem „pampersów”, nawet kiedy było ono już dawno
rozbite (Roman Graczyk jeszcze w zeszłym roku dobijał je na wszelki
wypadek, recenzując powieść Cezarego Michalskiego „Siła odpychania”
tak, jakby była ona manifestem prawicowej partii politycznej
„Pampersi”). Bardziej liberalnej części polskiej inteligencji przez
lata Michnikowa „Gazeta” przedstawiała się jako „antykonserwatywna”
alternatywa dla Wołkowego „Życia”, w ramach tego pozorowanego spektrum
udając „siły postępu”.
My i oni
Powszechnie
uważa się, że Adam Michnik zmienił się po 1989 roku i z
bezkompromisowego rewolucjonisty stał się elastycznym politykiem. Dziś
potrafi już cieniować rzeczywistość (przypomnijmy jego tekst „Szare
jest piękne” - „Gazeta” z 4 stycznia 1997 r.). To prawda, zmienił się
jego stosunek do przywódców PRL-u, ale czy zmienił się sposób percepcji
polityki? Biegunowy podział „my i oni” wcale nie odszedł w przeszłość z
nadejściem demokracji! Od początku Michnik stawia nas przed wyborem:
„Jakiej Polski pragniemy? Opartej na chrześcijańskich wartościach,
pluralistycznej i europejskiej? Czy też zaściankowej i wiecznie
prowincjonalnej, ciasnej i kultywującej własne kompleksy?” („Gazeta” z
10 listopada 1989 r.).
Przyjrzyjmy
się, jak skonstruowany jest ten podział. „My” - jeśli nie chcemy się
znaleźć w Polsce zaścianka - musimy być za Polską opartą na wartościach
chrześcijańskich i pluralistyczną jednocześnie. Powinniśmy dyskutować
wyłącznie o zagrożeniu, jakie płynie z „Polski zaścianka”, a nie o tym,
czy i jak da się zarazem oprzeć państwo na wartościach religii
dominującej i uczynić pluralistycznym. Ponieważ są to warunki nie do
pogodzenia (albo przynajmniej nie dla wszystkich do pogodzenia), nie
bardzo wiadomo, jaka jest ta „dobra” albo „właściwa” Polska. Zostaje
więc tylko jeden jej czytelny wyróżnik - „właściwe” jest to, co
aktualnie popiera „Gazeta”. A każda próba podjęcia dyskusji zostanie
nazwana „niepotrzebnym powrotem do wojen ideologicznych z początku III
RP”.
Niechęć
Michnika do prawdziwego zróżnicowania ideowego daje się zresztą
stosunkowo łatwo wyjaśnić. Ciągle jest on wierny wydanej pod koniec lat
70. słynnej książce „Kościół, lewica, dialog”, w której dokonał
zapośredniczenia poglądów lewicowych i prawicowych, progresywnych i
tradycyjnych. „Myślę, że na tej mapie [ideologicznej - red. > jest
miejsce dla formacji duchowej, która zespoli [podkreślenie - S.S. >
najcenniejsze wartości Polskiej Partii Socjalistycznej i całej polskiej
lewicy demokratycznej z wartościami i dorobkiem polskiego katolicyzmu.
Chciałbym, aby temu służyła moja książka” - pisał Michnik w 1981 roku w
posłowiu do jej kolejnego wydania. Zauważmy, jak bardzo projekt ten
przypomina „Gazetę Wyborczą” i determinuje jej coraz bardziej
uderzający anachronizm. Z jedną różnicą - socjalizm został zastąpiony
kapitalizmem.
Adama
Michnika - powiedzmy sobie szczerze - nigdy specjalnie nie interesowały
kwestie, mówiąc za Marksem, „bazy” (stąd tak łatwe i szybkie porzucenie
frazeologii „demokracji samorządnej” i „socjalizmu demokratycznego” na
rzecz pełnej akceptacji wolnego rynku), zawsze bardziej pociągała go
„nadbudowa”. Z lewicowości pozostaje zatem wyłącznie krytyka
nacjonalizmu i tradycyjnie rozumiane prawa człowieka. Nie ma tu nawet
miejsca na krok, który lewica europejska wykonała już dawno.
W
drugiej połowie XX wieku dla ruchów lewicowych stało się jasne, że -
wbrew marksizmowi - kapitalistyczny rozwój nie doprowadził do
przekształcenia wszystkich ludzi pracujących w miejskich, dorosłych,
najemnych robotników płci męskiej - „proletariuszy”. Lewica musiała
pogodzić się z tym, że nie reprezentuje żadnej „podstawowej klasy”,
większości. Także wtedy, gdy odwołuje się do haseł wyzwolenia
narodowego. Stało się bowiem jasne, że „narodowości” nie są niczym
gotowym i jednoznacznym. Okazały się one raczej produktem złożonego
procesu ich społecznego wytwarzania polegającego na kreowaniu
świadomości narodowej oraz polityczno-prawnych kategoryzacji. Oznaczało
to, że w ramach każdego narodu mogą i będą powstawać podnarody, w nich
następnie podnarody i tak dalej. Oraz że każda transformacja jakiejś
„mniejszości” w „większość” będzie wytwarzać nowe „mniejszości”. I
dlatego dziś dla lewicy jedną z najistotniejszych spraw jest rewolucja
w stosunku do inności - narodowej, rasowej, płciowej, dotyczącej
orientacji seksualnej i każdej innej. Dotąd przyjmowano dwie postawy
wobec różnic między ludźmi. Albo próbowano je znieść przez likwidację
jednej grupy przez drugą, albo przez - charakterystyczne dla pełnego
dobrych intencji i negatywnych konsekwencji oświeceniowego
uniwersalizmu - „cywilizowanie nieucywilizowanych”. Dziś lewica
występuje z innym projektem. Obecny projekt lewicy polega na takim
połączeniu uniwersalizmu i partykularyzmu, aby dostrzegać w drugim
człowieku to, co wspólne, i zarazem afirmować to, co różne. Skończyć z
mitem jednego narodu połączonego jednym państwem i jednym wspólnym
systemem wartości, przeciwstawiając mu mozaikę rozmaitych identyfikacji
wynikających z uczestnictwa w różnych grupach. I dla takiej właśnie
nowej tożsamości lewica poszukuje wspólnego mianownika prawnego i
aksjologicznego. Domaga się także stworzenia światowej alternatywy
politycznej dla ekonomicznej globalizacji. Nie może być przecież tak,
że coraz więcej decyzji istotnych dla żywotnych interesów ludzi
podejmowanych jest przez instytucje lub korporacje, które nie podlegają
żadnej demokratycznej kontroli.
Michnik
w cytowanym już posłowiu do książki „Kościół, lewica, dialog” pisał:
„Podział lewica - prawica odnosił się do rzeczywistości społeczeństw
rządzonych przez system parlamentarnych demokracji. W społeczeństwach
rządzonych totalitarnie ten podział stracił społeczną doniosłość. Lecz
co będzie w społeczeństwach funkcjonujących na gruzach systemu
totalitarnego? Doświadczenia Niemiec, Włoch, Portugalii czy Hiszpanii
zdają się wskazywać, że te podziały jakoś się rekonstruują”. Jednak w
III RP zdaniem Michnika okazały się one zbyteczne. I ciągle kwestionuje
on zasadność podziału na poglądy lewicowe i prawicowe. „Dzisiejszy
podział w istocie nie biegnie po osi lewica - prawica. Gdyby mu się tak
dobrze przyjrzeć, jest to podział - mówimy językiem symboli - na Polskę
Wałęsy i Polskę Mazowieckiego” - twierdzi Michnik w wywiadzie dla
„Polityki Polskiej” w 1991 roku. Nie będziemy więc korzystać z
doświadczenia innych państw, które wyszły z niedemokratycznych reżimów
i dzielić się według obecnych w całym cywilizowanym świecie kryteriów.
W imię wyższych celów, oczywiście, i wielkich zagrożeń. Gdy zamaże się
„normalne dla nowoczesnych społeczeństw podziały” i na ich miejsce
wstawi jeden ostateczny: na „Polskę światła” i „Polskę ciemności”
(zmieniając za każdym razem definicję tej ostatniej: od Wałęsy,
dekomunizatorów, lustratorów, katolickich ciemnogrodzian, przez
zwolenników „Polski skorumpowanej”, po lepperowskich populistów),
zawsze będzie można unieważnić każdą płynącą skądinąd krytykę, uznać ją
za nieważną w obliczu „prawdziwego zagrożenia”.
Manicheizm
uniemożliwia ideowe podziały. I jeśli nie one organizują wymianę
poglądów w sferze publicznej, także partie polityczne nie dzielą się w
sposób sensowny, czyli taki, który pozwala trwale utożsamiać się
obywatelom ze swoimi reprezentantami, a nie krążyć między powstającymi
i upadającymi kolejnymi „partiami powszechnymi”. Od zamazywania
naturalnych podziałów przez niestabilny system polityczny prowadzi
droga do populizmu, który jest wyrazem społecznej dezorientacji i
niemogącej wyartykułować się w cywilizowany sposób frustracji.
Kłopot
z „nawróconym dysydentem” ujawnia się jeszcze na innym przykładzie. W
napisanym na 60. urodziny Leszka Kołakowskiego eseju zatytułowanym -
nomen omen - „Kłopot” Adam Michnik zestawia ze sobą dzienniki prymasa
Wyszyńskiego i Witolda Gombrowicza, aby zdefiniować ideał polskiego
intelektualisty. Powinien on być bliski jednocześnie i Wyszyńskiemu,
tam gdzie chodzi o zachowanie narodowej tożsamości, i Gombrowiczowi,
tam gdzie liczy się jej jakość. Duchowy projekt Gombrowicza,
kwestionujący wszystkie oczywistości i - jak opisywał go Miłosz -
wymierzony przeciw „polskiemu ceremoniałowi nacjonalistycznego
skarlenia”, nie nadaje się bowiem samodzielnie zdaniem Michnika dla
polskiego inteligenta. Czynił on jednak przy tym jedno istotne
założenie - mówił o narodzie zniewolonym. „Intelektualista musi
dochować elementarnej wierności swemu podbitemu narodowi.
Intelektualiście nie wolno wykręcać się „koncepcjami”, kiedy dokonuje
się zbrodnia”. A jaką postawę powinien przyjąć inteligent w państwie
już wyzwolonym? Czy nadal ma zachować wierność narodowi, czy teraz
powinien być wierny różnorodnemu społeczeństwu? Czy nie powinien
troszczyć się o jego prawdziwą suwerenność, która musi być też
suwerennością różnorodnych grup i jednostek? Szczególnie jeśli nowy
system także wyklucza, choć nie tak otwarcie.
Bo
dzisiejsza Polska wyklucza przecież ekonomicznie, politycznie i
kulturowo, o czym na co dzień przekonuje się 20 proc. bezrobotnych,
liczna rzesza świeżo zatrudnionych absolwentów wykonujących prymitywne
prace, obrzucani kamieniami na ulicach podczas pokojowych demonstracji
geje (jeśli w ogóle na taką demonstrację im się łaskawie pozwoli),
kobiety i wszyscy inni, którzy z różnych powodów nie pasują do polskich
reguł.
Michnik
i środowisko „Gazety”, doświadczone polskim Marcem, żyje z pewną
projekcją narodu polskiego. Dostrzega przede wszystkim jego
konserwatywne oblicze i obawia się wystąpić z bardziej nowoczesną wizją
państwa, wciąż martwiąc się, by inteligencka lokomotywa nie oderwała
się od „masowego” pociągu, nie zauważając jednocześnie, że neoliberalna
gospodarka dawno już ten pociąg rozerwała. Przy tym Marzec,
paradoksalnie, „unarodowił” to pokolenie, co uległo jeszcze wzmocnieniu
w czasie solidarnościowego karnawału i stanu wojennego. Dziś bardzo
trudno mu jest myśleć choćby o zjednoczonej Europie inaczej niż o polu
bitwy ścierających się narodowych interesów. Stąd poparcie „Gazety” dla
bezkompromisowej obrony Nicei wyrażone tekstem Adama Michnika i Marka
Beylina „Dlaczego mówimy nie” („Gazeta” z 9 października 2003 r.).
Zauważmy, że „Gazeta” była jedyną poważną siłą w Polsce, która wobec
rozpoczętej przez partie polityczne licytacji, kto jest największym
obrońcą interesu narodowego, mogła skutecznie przeciwstawić się
nacjonalistycznej retoryce, jaka zdominowała spór o konstytucję.
Zamiast tego wspierała marsz polskiej klasy politycznej w kierunku
automarginalizacji Polski w Unii i zniechęceniu polskiego społeczeństwa
do spraw europejskich. Niech więc dziś nie dziwi się szczątkowej
frekwencji w wyborach do europarlamentu i zwycięstwu eurosceptycznej
prawicy. Ma w tym swój udział. Publicyści „Gazety” tłumaczyli swoje
pronicejskie stanowisko w sprawie eurokonstytucji powrotem nacjonalizmu
w Europie, przede wszystkim we Francji i w Niemczech. Dlaczego zatem
„Gazeta” nagle zmieniła linię na kompromisową? Czy dlatego, że
nacjonalizm w Europie nagle zniknął, czy dlatego, że wcześniej
popełniła błąd? A jeśli chodziło po prostu o to, by licytować wyżej,
niż faktycznie chce się ugrać, zapytać wypada: czy skórka warta była
wyprawki? Czy opłacało się popierać taką właśnie wizję integracji? Tak
kształtować „polską duchowość”? Jakie są koszty takiej postawy na
polskiej scenie politycznej?
Polska nietzscheańsko- -ponowoczesna
Krasnodębski
myli nieliberalny pragmatyzm Michnika i „Gazety” - polegający na
robieniu polityki za pomocą dziennika, ograniczaniu pluralizmu
dopuszczalnych poglądów „w imię kwestii fundamentalnych” - z liberalnym
pragmatyzmem, na przykład często przywoływanego przez niego Richarda
Rorty’ego.
Rorty
lubi powoływać się na Tomasza Jeffersona opowiadającego się za
pozostawieniem religii i moralności w sferze prywatnej. Tacy
„proceduraliści” jak on sądzą, że umieszczanie demokratycznego porządku
na jakimś niezależnym fundamencie wykraczającym poza praktyki społeczne
(„prawo naturalne”, „tożsamość zbiorowa”, „interes narodowy”, „dobro
wspólne”) jest obłudne. „Fundamenty” te to najczęściej arbitralne
hipostazy, które wydają się słuszne większości. Rorty za swoim
nauczycielem Williamem Jamesem, jednym z twórców pragmatyzmu w
filozofii, ubolewa nad tym, że filozofowie polityczni wolą uważać się
raczej za uczniów Immanuela Kanta niż Johna Stuarta Milla czy Fryderyka
Nietzschego i nadal sądzą, że twierdzeniom o rzeczywistości ważność
nadawana jest „z jakiegoś wzniosłego wymiaru bytu zamieszkanego przez
prawo moralne, tak jak biegun północny oddziałuje z gwiaździstego nieba
na stalową linię kompasu” (James). Rorty zakłada, że jedynym źródłem
zobowiązania w liberalnym państwie są świadome jednostki. Winniśmy więc
przestać mówić o naszej odpowiedzialności wobec Prawdy, Tradycji czy
Rozumu i zacząć mówić o odpowiedzialności wobec innych obywateli.
Kształt państwa podlegać powinien ciągłym negocjacjom, a naszym
zadaniem jest zapewnienie uczciwych warunków, w których będą się one
odbywać. To z kolei oznacza aktywne dbanie o pluralizm i udział w
debacie wszelkich mniejszości.
Polska
„nietzscheańsko-ponowoczesna” mogłaby więc okazać się dobrym
politycznym pomysłem dla tego społeczeństwa, w którym duszą się
rozmaite mniejszości, a państwo, mimo że wyraźnie zostało skrojone na
miarę większości, dramatycznie traci legitymizację. Zamiast tego ze
wszystkich stron słyszymy samych rzeczników narodowej tożsamości, prawa
naturalnego, wspólnego dobra, narodowego interesu i innych podobnych
hipostaz. Nie zamierzam popełniać tego samego błędu i dowodzić, że
tożsamość zbiorowa Polaków jest inna, niż się wydaje temu czy innemu
politykowi, biskupowi czy publicyście. Wolę bronić mniejszości, którym
lepiej żyłoby się w naprawdę pluralistycznym państwie. Być może,
rzeczywiście, istotna część polskiego społeczeństwa, może nawet
zdecydowana większość, jest konserwatywna i chce penalizacji aborcji,
nienawidzi gejów, pragnie żyć według zapisanych gdzie się tylko da
wartości chrześcijańskich i drży o narodowy interes, bojąc się
niemiecko-francuskiego dyktatu. Nawet jeśli tak jest, twierdzę, że w
tym samym państwie żyje wielu „innych” - ateistów, niekatolików lub
katolików, którym wystarcza katolicyzm głoszony z ambony, a nie z
ustawy, gejów, feministek… Wystarczająco wielu, aby państwo
zorganizować tak, by sfera publiczna była dla wszystkich równo
dostępna.
I
takie powinny być także gazety - nieobawiające się debatować o
kwestiach drażliwych światopoglądowo dla konserwatywnej większości i
silnego Kościoła. Za stwierdzeniem, że w Polsce mamy przecież wolność
słowa i wolny rynek idei, kryje się tylko iluzja równości. Inna jest
bowiem siła półmilionowego dziennika, a inna na przykład niszowego
feministycznego pisma. A o tym, kto ma jaką tubę, decydują dziś
pieniądze i polityka oraz to, na ile gotowi jesteśmy sprzyjać gustom
większości (choćby tylko wyobrażonym). Nie ma więc mowy o wolnej
debacie. Wolna i pluralistyczna debata nie polega też na publikowaniu
obok siebie na przykład tekstu geja domagającego się takich samych
praw, jakie w Polsce mają heteroseksualiści, oraz tekstu homofoba,
który praw tych mu odmawia. Zasada, która powinna obowiązywać, wydaje
się prosta: każdy ma prawo do autoafirmacji i wyrażania opinii, nie
wolno jednak ograniczać praw innych do podobnych zachowań. Domagający
się praw gej i homofob to nie są dwa równorzędne stanowiska, bowiem
geje nie zakazują małżeństw homofobom ani nie krytykują ich upodobań
seksualnych, nie domagają się, aby z plakatów usunięto zdjęcia
wszelkich heteroseksualnych par. Pragmatycznym argumentem na rzecz tej
opcji jest to, że w państwie liberalnym prawa konserwatystów są
przestrzegane, mogą żyć zgodnie z własnymi systemami wartości. W
odwrotnej sytuacji mniejszość jest podporządkowywana cudzym poglądom. A
przy okazji - dlaczego na przykład „Gazeta” i inne media nie tępią
homofobii albo głosów poniżających kobiety z taką samą siłą, z jaka
tępią antysemityzm?
Zwolennicy
opisanej tu demokracji proceduralnej oraz zwolennicy opartej na
partykularnych wartościach wyidealizowanej wspólnoty są z natury rzeczy
ideowymi przeciwnikami i nie wolno tego sporu zamazywać. „Gazeta” zaś
nie tylko nie opowiedziała się jasno po żadnej ze stron, ale również
robi wiele, aby utrudnić ujawnienie się tego podziału. Godzi się na
rozmaite kompromisy, udając, że zostały one zawarte w warunkach
liberalnej wolności i z pełnym poszanowaniem dla rozmaitych głosów.
Oczywiście
to nie „Michnik jest wszystkiemu winien” i nie traktuję „Gazety” jako
odpowiedzialnej za wszystkie grzechy III RP. Podjąłem się krytyki Adama
Michnika i „Gazety Wyborczej” z dwóch powodów. Po pierwsze, mimo
wszystko, z tradycją, z której wywodzi się „Gazeta”, czuję się
związany. Z tradycją - demokratyczną, antytotalitarną, lewicową,
opozycyjno-romantyczną - lecz nie z jej obecną kontynuacją. Ale dlatego
też nie jest mi ona obojętna. A po drugie, dlatego że kształt polskiej
duchowości, a zarazem model sfery publicznej, zależy w znacznie
większym stopniu od „centrum” niż od krańców. Krańce dyskursu
publicznego krytykować jest najłatwiej i chętnych nie brakuje.
Ciekawszym poznawczo i - jak sądzę - donioślejszym politycznie
przedsięwzięciem jest dekonstrukcja dyskursu dominującego. Nie ma co
kierować lewicowej krytyki wyłącznie pod adresem skrajnej prawicy albo
Kościoła katolickiego. To jest najprostsze i najszybciej się
rytualizuje, wytracając jakąkolwiek moc sprawczą. Kościół katolicki ma
prawo być taki, jaki jest, konserwatywny i narodowy. Skrajna prawica
zawsze była, jest i długo będzie. Natomiast ci, którzy tak chętnie
posługują się frazeologią pluralizmu i tolerancji, wolności słowa i
demokracji, nie powinni im ulegać. Nie powinno im ulegać państwo. Warto
zapytać tych najbardziej oburzonych wyczynami Rydzyków i Giertychów,
jaką poza słusznymi ogólnikami wizję państwa chcą im przeciwstawić. Co
rozumieją przez słowo „demokracja”: czy tylko rządy większości, czy też
poszanowanie praw mniejszości; czy wystarczy im państwo stwarzające
wszystkim te same warunki głoszenia poglądów, czy chcieliby aktywnie
wspierać wolność? Na przykład można być jedynie przeciwnikiem
skazywania niepokornych artystów albo myśleć o instytucjonalnych
regulacjach sprzyjających uniezależnieniu sztuki od nacisków
politycznych. Myśleć o procedurach, które istotnie służą wolności, a
nie są tylko wyrazem liberalnej obojętności.
Dziś
„Gazeta” - piórem Michnika, a potem Beylina - rozlicza się z rozmaitych
zaniedbań. Opowiada się za państwem liberalnym. Nie mówi jednak, czym
dokładnie państwo takie miałoby się różnić od tego, co nazywała w ten
sposób przez ostatnie 15 lat.
Tekst
ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 10-11 lipca 2004, jest zmodyfikowaną
wersją artykułu z szóstego numeru „Krytyki Politycznej”.
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...