|
Czy Balzak był marksistą? Głupie pytanie! Poglądy miał do bólu konserwatywne. Religię traktował jako istotę ładu społecznego oraz gwarancję własności klasy posiadaczy, z którymi się identyfikował. Choroby społeczeństwa mieszczańskiego radził też leczyć powrotem do tradycji monarchicznych i do zasady starszeństwa. A jeśli będzie trzeba ograniczeniem wolności słowa. Na ludzkie nieszczęścia, które tak barwnie opisywał, radził podawać złudzenia. W żadną rzeczywistą zmianę społeczną nie wierzył. Jak to się więc stało, że Balzak nie został pisarzem arystokratycznym, ale pisarzem dla mas? Reprezentantem biednych, a nie bogatych? Boy-Żeleński pisał o nim: „chciał powstrzymać życie, ale życie kipiało w nim i tryskało z niego”. Dziwił się, że zecerzy, składający jego książki, czytają je z zachwytem, mimo, że były wymierzone przeciwko ludowi. Klasy panujące nie chciały przyjąć Balzaka we własne szeregi, nie mógł się dostać do Akademii, nie został mimo wielu starań posłem. A katolicyzm, któremu pragnął gorliwie służyć, wpisał wszystkie jego książki na indeks. Boy wyjaśniał te paradoksy prostą formułą: „On mówi swoje, a dzieło swoje”. Nad grobem twórcy „Komedii ludzkiej” Viktor Hugo mówił, że „nie wiedząc o tym, chcąc czy nie chcąc, autor tego olbrzymiego dzieła należał do silnej rasy pisarzy rewolucyjnych”. On pierwszy wprowadził tło społeczne do powieści, powiązał „bazę” z „nadbudową” – determinację myśli i idei przez gospodarcze usytuowanie. Pokazał konflikty klasowe, wszechobecną siłę pieniądza, związki religii z własnością. Jednostki wprowadzał jako reprezentantów szerszych grup. Pisał, że „Można oszukać człowieka, ale nie da się oszukać interesów zbiorowych”. Twierdził także, że „Odkąd społeczeństwa istnieją, rząd był zawsze i nieuchronnie ubezpieczeniem się bogatych przeciw ubogim”, a gdzie indziej wręcz zapowiadał Marksa słowami: „Całą wiedzę społeczną trzeba by przerobić na nowo”. Marks zresztą po ukończeniu „Kapitału” planował napisać dzieło poświęcone właśnie Balzakowi. Balzak zatem nie był pisarzem zaangażowanym, ale wydatnie pomógł obnażyć zniewalające zasady rodzącego się wtedy kapitalizmu. A jego strażnicy trafnie rozpoznali swego obiektywnego wroga. Dziś, w Polsce, strażnicy zaspali. Przyjrzyjmy się najnowszej powieści Doroty Masłowskiej oraz jej recepcji. „Paw królowej” to piosenka opowiadająca o świecie mediów, showbiznesu, menadżerów, dziennikarzy, speców od marketingu i produkowanych przez nich poetów i piosenkarzy. Czyli o tych, którzy w codziennej produkcji symbolicznej definiują nam otaczającą nas rzeczywistość. Masłowska pokazuje jak to działa. A że rzeczywiście tak działa, możemy się przekonać czytając… recenzje z jej najnowszej książki. „Newsweek” wrzuca twarz Masłowskiej na okładkę i na siedmiu stronach umieszcza materiał z okazji ukazania się jej nowej powieści. Nie ma w nim jednego ciekawego słowa analizy treści książki, jest za to analiza fryzury Masłowskiej, jej ubioru, mieszkania, macierzyńskich przypadków, sprawozdanie z wizyty w domu autorki. Czyli typowy paw medialny. Jego autorzy Piotr Bratkowski i Magdalena Łukaszewicz dopisali w ten sposób kolejną zwrotkę do piosenki Masłowskiej, której refren brzmi: „Naszym celem było stworzenie piosenki pozbawionej jakiejkolwiek treści mogącej utrudnić integrację czytelników tępych” i „Ta piosenka powstała za z Unii Europejskiej pieniądze. Zawiera praktyczne informacje uprościć jej odbiór maksymalnie mające, aby czytelnik mógł zamiast czytania telewizję oglądać, a jednocześnie w publicznym dyskursie biorąc udział od nikogo nie czuć się gorszy czy że coś przed nim zatajono.” A więc zgodnie z planem. „Paw królowej” kulminuje proces przesuwania akcentu z fabuły na język w najnowszej literaturze polskiej. Losy Stefana Retro, Katarzyny Lep czy Patrycji Pitz są tylko pretekstem do zajęcia się językiem mediów, reklam, polityków, środowisk artystycznych i zwykłych ludzi. Zorganizowanie literatury wokół języka odbierane jest przez recenzentów jako pisanie literatury wprawdzie prześmiewczej, ale faktycznie nieodsyłającej do niczego poza językiem. Napisanej po to, żeby dać popis artystyczny, żeby bawić, a nie na coś wskazać, albo do czegoś przekonać. Nieporozumienie to bierze się z przyzwyczajenia krytyków, którym ciągle wydaje się, że literatura dotykająca problemów społecznych musi być realistyczna, mieć rozbudowaną fabułę, pozytywnych bohaterów i szereg bezpośrednich odniesień. Tyle że współczesna literatura musi obracać się wokół języka, bo to w nim tkwią kajdany współczesnego zniewolenia. Przed laty Jürgen Habermas sformułował znaną tezę o kolonizacji świata życia przez system. To, co w życiu człowieka wcześniej rządziło się logiką demokratycznej komunikacji, zastępowane jest przez logikę produkcji. Racjonalność instrumentalna nastawiona na skuteczność wypiera zewsząd racjonalność komunikacyjną nastawioną na porozumienie. Kolonizacja ta obejmuje już nie tylko media, które wcześniej stworzono do artykułowania i wymieniania opinii a dziś służą przede wszystkim zarabianiu pieniędzy, nie tylko demokrację, w której rządzi socjotechnika, reklama i pieniądze, ale już nawet sam język, jakim się posługujemy. A raczej - który zaczął posługiwać się nami, od kiedy został zagospodarowany przez kapitalizm do zarabiania pieniędzy. W ten sposób jego zarządcy mogą kontrolować nas wszędzie, wkraczać w nasze najintymniejsze relacje. Rządzić kształtem naszej miłości i przyjaźni przez seriale w stylu M jak Milość, poradniki, pisma kolorowe i Harlequiny, naszym czasem w pracy i czasem wolnym. Zniewolenie staje się tym samym przezroczyste, a zatem idealne, bo jak się mu przeciwstawić, skoro nie da się go opisać, kiedy podrobiono nam język? Skolonizowany świat życia jest następnie odtwarzany jako atrapa. Gdy wszystko zostało już poddane kontroli pieniądza, można zrekonstruować quasi sferę publiczną: zebrać ludzi razem w sklepach, na sponsorowanych koncertach, bronić ich interesów w tabloidach, walczyć z korupcją przed kamerami, pytać przy urnie wyborczej, co „wybierają” spośród przedstawianych im w mediach opcji itd. Mówić do nas: „Bądź sobą, wybierz Pepsi”, „Uwolnij swoją świadomość, MTV”, „Wybierzmy przyszłość, Aleksander Kwaśniewski”, bo „Nam nie jest wszystko jedno, Agora”. „Przyszłość należy do produktów, które będą umiały zaprezentować się nie jako towary, lecz jako pojęcia; innymi słowy, do marki postrzeganej jako doświadczenie, jako styl życia” - pisze Naomi Klein. Zamiast – jak postulowały feministki – uczynić prywatne politycznym, wszystko, co polityczne w klasycznym rozumieniu tego słowa stało się prywatne, stało się czyjąś własnością. Świat, w którym żyjemy jest osobliwie podobny do oryginału, demokracja, gazety, telewizja, wolny wybór, język. „Ostatnia rewolucja kapitalistyczna”, jak nazwał maj ’68 roku Frederic Beigbeder, zakwestionowała ostatecznie tradycyjne idee emancypacji klasy robotniczej, uznając każdą jednostkę za przedmiot opresji i wzywając ją do uwolnienia się przez samorealizację – przez powrót do autentyzmu. Tym samym położony został grunt pod indywidualistyczny i konsumpcyjny kapitalizm. Samorealizacja została natychmiast podchwycona przez kapitalizm z jego obietnicą szczęścia przez konsumpcję i hedonistyczną rozrywkę. Bądź sobą, wybierz Pepsi… System rządzi także naszym buntem, robiąc z niego produkt jak każdy inny. Zauważmy, jak bohater powieści Masłowskiej, menadżer Szymon Rybaczko, wymyślając strategie marketingowe chętnie czerpie z języków krytycznych. Piosenkarzowi Stanisławowi Retro organizuje występ w telewizyjnym reality show, gdzie ma on opowiedzieć o swoim homoseksualizmie. Poetce Annie Przesik poleca kontestację kultury patriarchalnej. Autorka pokazuje w ten sposób, jak system kapitalistycznej produkcji i konsumpcji połyka wszystko i przerabia na towar. Nic nie może się znaleźć na zewnątrz. Nawet Masłowska jest wewnątrz i celowo czyni ze swojej powieści piosenkę zamówioną przez Stanisława Retrę. Kiedyś kapitalizm obejmował tylko podaż – produkcję, dziś, od kiedy kreuje nasze potrzeby ekonomiczne, polityczne i intelektualne, objął także popyt – konsumpcję. Ekonomiczne, bo kupujemy to, co poleca nam reklama i hipermarket; polityczne, bo szanse zaistnienia i poparcie mediów mają tylko ci, którzy głoszą pochwałę kapitalizmu i intelektualne, bo uczymy się przecież głównie tego, jak odnaleźć się w konkurencyjnej i technokratycznej rzeczywistości. W pełni opanował nasze umysły, bowiem nawet dyskurs antykonsumpcyjny stał się towarem sprzedawanym przez media i zamienianym w modę. Wchłonął też to, co najintymniejsze. Kreując potrzeby, cynicznie odwołuje się do tych najbardziej pierwotnych, jak seks. I nieustannie musi pobudzać nasze libido, wyolbrzymiać je, a zarazem kierując w stronę produktów, wśród których tylko okazjonalnie znajduje się również drugi człowiek. Ale i o nim trudno jest dziś mówić inaczej niż o jeszcze jednym produkcie, który powinien posiadać pożądane przez rynek parametry. Żyjemy w świecie miękkiego - bo nie morderczego - ale jednak totalitaryzmu, zgodnie z jego klasyczną definicją, która nazywa tak system, gdzie każdy przejaw życia jednostki podlega kontroli. System nie zabija, za to może wszechwładnie nad nami panować. Poprzednie reżimy opresji jawnie gwałciły wolność jednostek i także próbowały kontrolować je przez panowanie nad językiem. Zatrzymywały się jednak w sferze publicznej, nigdy nie udało im się w pełni zapanować nad naszym językiem prywatnym. Miały konkretną twarz, więc łatwo mobilizowały sprzeciw. Kapitalistyczny totalitaryzm, który panuje nad nami przez media, reklamy, korporacje, uzależnioną od niego klasę polityczną, która musi głosić jego pochwałę, gdyż inaczej zostanie zniszczona, od kiedy opanował język stał się dla nas przezroczysty. Nie jest orwellowskim twardym totalitaryzmem, ale raczej huxleyowskim „wspaniałym światem” pełnym szczęśliwych niewolników i niemych poddanych. Większość społeczeństwa może wegetować na bezrobociu, albo dawać się wykorzystywać w pracy, a mimo to nie zbuntuje się, bo nie ma jak się zorganizować, skoro sfera, w której wymienia się opinie i rozważa możliwe drogi rozwoju jest opanowana przez tych, którzy czerpią korzyści z tego systemu i skutecznie marginalizują wszelki protest. Nie wsadzają do więzień, tylko panują nad językiem. Etykietkują, rozbrajają i pozwalają istnieć. Wszelkie dyskursy, które zagrażają systemowi, są albo kupowane albo skutecznie ośmieszane, albo gniją na marginesie, nie znajdując oparcia w żadnej z instytucji, których przetrwanie w kapitalizmie uzależnione jest od akceptacji jego reguł. W tej sytuacji Masłowska realizuje w swojej najnowszej powieści program podobny do tego, który sformułowała Elfriede Jelinek: „kiedy ludziom z powrotem wetknie się do gardła ich własny język, wówczas nabiera on jakiejś niewiarygodnej siły wybuchowej”. Podobnie jak Jelinek, Masłowska także miesza ze sobą różnorodne style pochodzące z rozmaitych rejestrów językowych. Obok siebie pojawiają się zatem język oficjalny, potoczny, infantylny, poważny, fachowy i inne. W ten sposób tekst zaopatrzony zostaje w szereg obrazów, odsyłających do sztucznych tworów tego świata - od reklam przez pisma kolorowe po mdłe piosenki. Na tym nie koniec znaczących podobieństw między pisarkami. Jelinek, niedoszła pianistka, nadawała swoim tekstom dramaturgicznym rytm, ze słów tworzyła melodie. Masłowska także postanowiła umuzycznić swoją powieść. Muzyka, jak wiadomo, jest najmniej komunikatywnym ze wszystkich dyskursów estetycznych. Wsłuchani melodię zdań, usypiamy niesieni jej powtarzającymi się rytmem. Ukołysani piękna formą, nie pytamy o treść. Kiedy jednak ktoś, tak jak mimo wszystko czyni to Masłowska, każe nam zadać pytanie o sens, czujemy pustkę. Pustkę sztucznego języka. Wszystkie te zabiegi literackie służą zatem zbudowaniu dystansu do języka, pokazaniu jego skonwencjonalizowania i niekomunikatywności. Masłowska połyka ten sztuczny język i puszcza pawia. Dopóki wszystkim, i być może samej Masłowskiej, wydaje się, że „Paw królowej” uderza w prymitywną część kultury z pozycji kultury wyższej, że wyśmiewa jedynie zjawiska w stylu tabloidów i reality shows, dopóty władcy systemu mogą spać spokojnie. Niczym Disneyland w Ameryce, który istnieje po to, aby poprzez swoją infantylną i plastikową formę mamić, że to, co znajduje się poza nim, jest poważne i nieinfantylne, tak recenzje w „Nesweeku” i inne zachwyty mediów nad powieścią Masłowskiej mają utwierdzać nas w przekonaniu, że poza sztucznym światem popkultury, komercji, rynku istnieje jeszcze realny świat nie na sprzedaż. Masłowska krytykująca popkulturę, sama następnie się wpisując w powieść znosi różnicę między wysoką i niską kulturą, światem realnym i plastikowym. Cała rzeczywistość stała się plastikowa i nie da się wyjść poza nią, bo granice naszego języka są granicami naszego świata, a nasz język został sprzedany. I nic naprawdę nie różni reklam od tego, co puszczane jest między nimi, brukowca od poważnej gazety: „Polityki” od „Faktu”, „poważnych polityków” od „populistów”. Iluzja tej różnicy podawana nam przez poważne media, partie polityczne, szanownych intelektualistów to ich jedyna racja bytu i gwarancja władzy. Kiedyś wszyscy na nich puścimy pawia. Tekst ukazał się w „Polityce” z 8 czerwca 2005.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...