Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Pokusy łatwej ewangelizacji |
|
|
Jarosław Makowski
|
|
04.02.2007 |
Misjonarski zapał, jaki zdradza Tomasz Terlikowski jest godny podziwu. Czy jednak zawsze w polskim wydaniu żarliwość głoszenia Dobrej Nowiny musi być okupiona ewangelizowaniem na skróty?
Publicysta „Rzeczpospolitej” doskonale wie, że stawia retoryczne pytanie pisząc: „czy chcemy walczyć o dusze Europy” (Rz, 27-28.01.07). Problem nie rozbija się o kwestie „czy”, ale „jak”. I tu jest pies pogrzebany. Bo recepty, jakie podsuwa autor w prostej linii prowadzą do tego, by religię - mimo znaków oczywistego odrodzenia pierwiastka chrześcijańskiego w Europie, i krachu procesów sekularyzacyjnych - nadal trzymać pod kluczem w zakrystii.
Terlikowski nie kryje, że nie ma dobrego zdania o europejskich katolikach i ich sposobie przeżywania wiary. To raczej duchowe miernoty i tolerancyjne mięczaki, bojące się odważnie i stanowczo bronić swej wiary i wyznawanych wartości. Jednak nadzieja na rechrystianizację jeszcze nie umarł. Ostał się przecież katolicyzm a la polonais. To niemal doskonała wersja przeżywania wiary w Jezusa Chrystusa w zlaicyzowanym świecie. Ponadto Polak-katolik ma coś, notuje autor, co już dawno jest wspomnieniem w Europie: lojalność wobec Rzymu, którą podobnie jak wiarę, wyssał z mlekiem matki.
Polak-katolik, powiada Terlikowski, nie ma więc wyjścia. Musimy zarażać swą wiarą innych, nie bacząc, czy owi inni sobie tego życzą, czy nie. Musi nawracać gorliwie i wytrwale tych wszystkich, którzy odsunęli się od Kościoła. Musi w końcu bez lęku głosić Chrystusa muzułmanom i buddystom, którzy - wierząc, w to, co wierzą - niechybnie się zatracają.
Terlikowski nie żartuje. Świadectwem zmilitaryzowany język, który ma pokazać grozę sytuacji. Jesteśmy na wojnie. Stoimy przed radykalnym wyborem: albo Bruksela, albo Rzym. Bruksela daje może i kasę, mówi nam prorok Terlikowski, ale Rzym daje ducha. A cóż ważniejsze, niż duch?
Co więc polski-katolik może zrobić w obronie własnej i europejskiej duszy, która powinna myśleć, czuć i mówić po chrześcijańsku? Po pierwsze, i tu zaskoczenie, choć trudno się z Terlikowskim nie zgodzić, musi się sam nawrócić. Bo, jak przekonuje autor, wiara ci u nas letnia. Chodzimy w niedziele do Kościoła, uczymy dzieci katechezy w liczbie 2 godzin tygodniowo w szkole, organizujemy spektakularne pielgrzymki, gromadzimy kolejne albumy z Janem Pawłem II, ale nie wcielamy katolickiego nauczania w życie. Słowo, na polskim gruncie, nie staje się ciałem. Jak to więc? Ci, którzy mają nieść świadectwo katolickiej prawdy i gorliwości zagubionym, poprzetrącanym moralnie i duchowo płochym katolikom Europy, sami najpierw potrzebują nawrócenia? Niestety - tak.
To jednak nie zraża Terlikowskiego. Bo skoro polski-katolik nie przekona europejczyków do prawdy katolicyzmu osobistym świadectwem, istnieje inna, dobrze znana w Polsce droga, a kompletnie obca duchowi europejskiemu. Terlikowski wzywa polskich polityków, by ni mniej, ni więcej, zaczęli stanowczo bronić - mówiąc ogólnie - zapisów o wartościach chrześcijańskich w europejskich dokumentach, dyrektywach i instytucjach.
I rzeczywiście: polski polityk przyznający się do katolicyzmu może robić tu za wzór dla europejskich kolegów po fachu. Skoro można złożyć w rodzimym sejmie uchwałę, by Chrystus był królem Polski, to dlaczego nie iść dalej, i nie złożyć analogicznej uchwały w parlamencie Europejskim, aby Chrystus był królem Europy? Skoro na serio w Polsce myśli się, by nauczać w szkole kreacjonizmu, to dlaczego nie wprowadzić tego do całego szkolnictwa europejskiego? Skoro u nas Sejm zabiera 40 milionów z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i przeznacza te pieniądze na budowę Świątyni Opatrzności Bożej, to może wicepremier Andrzej Lepper, wierny syn Kościoła, zaproponuje komisji budżetowej Unii, aby zabrać część dotacji dla rolników, i przeznaczyć je na rozbudowę Bazyliki w Licheniu?
Publicysta wie, że pomysły, które ze śmiertelną powagą traktuje się w Polsce, nie mają szans, by poważnie zostały potraktowane przez europejskie instytucje i europejskie gremia. To jednak można zmienić. Jak? Wyzywając, jak czyni to Terlikowski, by polscy politycy głośno mówili o swej wierze, i upominali się o jej obecność w europejskich instytucjach. By im dodać odwagi, Terlikowski ucieka się do ryzykownego szantażu. „A przecież chrześcijaństwo bez pragnienia męczeństwa, bez misji - prędzej czy później przestaje istnieć, pisze, przekształca się w towarzystwo wzajemnej adoracji albo stowarzyszenie charytatywne”. Co to oznacza? Jeżeli jesteś prawdziwym katolikiem, musisz być męczennikiem. Nie ma rady.
Terlikowski wzywa do męczeństwa, które oczywiście nie jest obce chrześcijaństwu. Tyle, że w Europie brakuje dziś chętnych, którzy chcieliby go prześladować za wyznawaną wiarę. Mało tego; powołaniem chrześcijanina w pierwszej kolejności jest powołanie do powszechnego braterstwa. Także z inaczej myślącymi. A nawet z prześladowcami. Postawa chrześcijańska przejawia się w budowaniu mostów, a nie w wzniecaniu bitew.
Benedykt XVI, który dla Terlikowskiego jest punktem oparcia, nie wzywa do walki, do szukania bez potrzeby męczeństwa. Pewnie dlatego, że papież ma świadomość, iż - mimo wszystko - w Europie Kościół czuje się jak ryba w wodzie. W homilii kończącej pobyt w Turcji mówił: „Kościół nie chce niczego komukolwiek narzucać, prosi jedynie o możność swobodnego życia”. A mówił tak, by pokazać Turcji (gdzie trudno mówić o pełnej wolności religijnej), która puka do unijnych drzwi, że w Europie każda religia cieszy się równym statusem. To podstawa, by Kościół w sposób wolny i nieskrępowany mógł głosić swoje przesłanie.
Chrześcijan nie potrzebuje niczego więcej, jak tylko wolności do przepowiadania, że Jezus jest „prawdą, drogą i życiem”. Bo wierzy, że prawda, jak notuje soborowa „Deklaracja o wolności religijnej”, „nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy, która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie” (nr 1).
Co tu daje do myślenia? Że prawda chrześcijańska „wnika w umysły”. Innymi słowy: złudna jest nadzieja Terlikowskiego, że - jak się opatrzy dokument unijny dopiskiem o chrześcijańskim dziedzictwie albo zapisze, iż w szkołach będzie się wykładać kreacjonizm - europejczycy natychmiast ruszą do Kościołów i na pielgrzymki, chwycą różańce do rąk i zaczną odmawiać koronki. Być może zaczną, ale nie dlatego, że w Parlamencie Europejskim powiesi się krzyż.
Dziś już nikt nie rodzi się chrześcijaninem, ale się nim staje. Wiara w Jezusa Chrystusa i Jego Kościół jest aktem wolnego wyboru. Mistrz z Nazaretu nikogo nie zmusza, groźbą czy szantażem, by za nim szedł. Jedynie zapytuje: „jeśli chcesz,…”. I miliony kobiet i mężczyzn idą.
Próba rechrystianizacji Europy w polskim wydaniu, jakiej zwolennikiem jest publicysta „Rzeczpospolitej”, gdzie wiarę często narzuca się za pomocą „miękkiej siły”, czyli poprzez stanowione prawo, może na gruncie europejskim w konsekwencji prowadzić do odwrotnych niż zamierzone skutki. Radykalnego odrzucenia chrześcijaństwa. Czy tego chce w swej misjonarskiej gorliwości Terlikowski?
Nie da się ukryć, że europejczycy po swoistym „poście od Boga”, zaczynają zdradzać „głód Boga”. Jeśli więc chrześcijaństwo raz kolejny podbije serca i umysły „uśpionych religijnie” społeczeństw europejskich, to nie dlatego, że kilku polskich katolików zacznie głosi, iż jest gotowy na męczeństwo za wiarę. Powrót chrześcijaństwa do społecznej świadomości Europy dokona się za sprawą przenikliwości katolickich myślicieli, których na szczęście nie brak (Jean Luc-Marion, Rene Girard), pokory i świadectwa żyjących „świętych” (Pierre Marie Delfieux, założyciel Wspólnot Jerozolimskich) oraz postawy szacunku wobec przedstawicieli innych religii, jaką od Jezusa z Nazaretu nauczyli się miliony jego uczennic i uczniów.
Czyżby taki rodzaj chrześcijańskiego świadectwa był zupełnie obcy polskim katolikom?
Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” z 3-4 lutego 2007.
W marcu 2007 ukaże się książka Jarosława Makowskiego „Kobiety uczą Kościół” (W.A.B).
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...