Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Po podpisaniu, przed zatwierdzeniem Drukuj
Jarosław Makowski, Sławomir Sierakowski   
14.11.2004
Trudno znaleźć w Polsce wiarygodną siłę polityczną, która byłaby w stanie skutecznie przekonać społeczeństwo do głębszej integracji z UE. A tej nie będzie bez ratyfikacji Traktatu Konstytucyjnego.

Nasi politycy łatwo wpadają w histerię. Histerię na pokaz. Tym razem reakcję taką sprowokował premier Marek Belka, który podpisał w Rzymie Traktat Konstytucyjny. Mimo papieskich błogosławieństw dla polskiej delegacji i wielokrotnych deklaracji, że podpis ten jest wynikiem kompromisu, który naszych aspiracji w pełni nie wyraża, ta umiarkowanie proeuropejska postawa i tak wywołała wściekłość części rodzimej klasy politycznej.

Wydawałoby się jednak, że na widok premiera składającego w imieniu Polski podpis pod unijną Konstytucją, odetchnąć z ulgą mogliby sprzymierzeńcy integracji. Mogliby, gdyby nie to, że Traktat, by stał się dokumentem regulującym życie Wspólnoty, musi zostać jeszcze zatwierdzony. Część państw zdecydowała, że zrobią to narodowe parlamenty (np. Szwecja, Grecja). Część, jak Włochy czy Austria, wciąż się waha. Pozostałe, w tym tak kluczowe dla powodzenia wspólnego projektu europejskiego, jak Francja czy Wielka Brytania, ale także Polska, chce jednak zatwierdzić Konstytucję - albo nie - w drodze ogólnonarodowego głosowania.

Głosowanie poprzedzi szereg dyskusji: jak ma wyglądać zjednoczona Europa i jaką rolę ma w Unii pełnić Polska. Lecz na merytoryczny spór przy tym składzie sceny politycznej się nie zanosi. A to dlatego, że kwestie dla Polski kluczowe i strategiczne, jak integracja europejska czy nasz udział w irackiej wojnie, szybko sprowadzane są przez naszych polityków do bieżących sondażowych rozgrywek. Minęły czasy ponadpartyjnego Drang nach Westen. Zamiast utożsamiać interes Polski z interesem integrującej się Europy, identyfikuje się go interesem tej czy innej partii.

Niemal wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że podobnie będzie z ratyfikacją eurokonstytucji. Kto więc zajmie się rzetelnym informowaniem Polaków o konsekwencjach płynących z przyjęcia jej przez nasz kraj? Kto wypełni wreszcie polską politykę zagraniczną jakąś wizją integracji? Paradoksalnie tylko skrajna prawica ma jakiś pomysł na zjednoczoną Europę (zniszczyć!), reszta boi się cokolwiek treściwego na ten temat powiedzieć, żeby nie narazić się samozwańczym Obrońcom Narodowego Interesu.

Konstytucja i jej wrogowie

To, że trudno w Polsce znaleźć siłę polityczną, która nie grałaby europejską Konstytucją dla własnych korzyści, potwierdzają pierwsze rekcje polityków na podpis premiera Belki złożony w Rzymie. Pod tym względem zawsze można liczyć na Romana Giertycha, który o każdej porze dnia i nocy jest gotów powtórzyć swoje zaklęcia, że integracja Polski z Europą równa się narodowej zdradzie, a ci, którzy przyłożyli do tego rękę, wcześniej czy później zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Innymi słowy: jeśli LPR dojdzie do władzy, co daj Bóg nigdy nie nastąpi, Marek Belka stanie przed Trybunałem Stanu. Ale czy taka postawa odróżnia jeszcze LPR od reszty polskiej prawicy?

Na pewno nie od Prawa i Sprawiedliwości. Partia braci Kaczyńskich bez owijania w bawełnę zapowiedziała, że przygotowuje się do przeprowadzenia kampanii przeciw Konstytucji, a jej prezes znowu wykrzyknął: „Ta konstytucja to tragedia dla Polski!”. PiS oświadczyło także, że będzie patrzyło na ręce rządowi, by ten nie wydawał publicznych pieniędzy na kampanię promującą Traktat. Ciekawe, że partia Kaczyńskich nie ma podobnych dylematów, kiedy idzie o informowanie polskich przedsiębiorców, jak wykorzystywać unijne fundusze, podpowiadać rolnikom, jak składać wnioski o dopłaty bezpośrednie. Unia, ta podejrzana dla PiS organizacja, jest dobra wyłącznie wtedy, kiedy daje kasę.

Słuchając przywódców PiS trudno nie odnieść wrażenia, że chcieliby zjeść ciastko i zarazem nadal cieszyć się jego widokiem. PiS straszy bowiem, że efektem wejścia w życie Konstytucji będzie utrata niepodległości na rzecz Francji i Niemiec, ale zaraz zastrzega, mówiąc o swojej antykonstytucyjnej kampanii: „Będzie to jednak kampania także europejska”. Otóż PiS, jak wyjaśnia prezes tej formacji, uważa, że „Unia jest potrzebna, tylko po prostu powinna inaczej wyglądać”. By tak jednak było, przywódcy innych krajów członkowskich musieliby bez zastrzeżeń przyjąć wizję UE braci Kaczyńskich. Plan ambitny, ale póki co do swoich politycznych pomysłów PiS nie jest w stanie przekonać większości Polaków. Jak chce zatem przekonać większość Europejczyków? Radykalna prawica musi być także niepocieszona, kiedy w dwa dni po podpisaniu Konstytucji Jan Paweł II nazywa Traktat „niezwykle ważnym momentem w budowaniu nowej Europy”. I na Konstytucję, w przeciwieństwie do polskich polityków, „patrzy z ufnością”.

Wrogowie konstytucji mogą liczyć jeszcze na dryfujące dziś po polskiej scenie politycznej Polskie Stronnictwo Ludowe, które pod przywództwem Janusza Wojciechowskiego dokonuje zwrotu w prawo. Bo, jak wyznał lider tej formacji, choć był w wojsku, nie nauczył się komendy, “na lewo marsz”. Ale skręt ludowców nie dziwi: już wielokrotnie pokazali, że interesuje ich przede wszystkim władza. Zresztą PiS-u czy PSL, podobnie jak innych partii, Europa kompletnie nie obchodzi, liczą się tylko najbliższe wybory i choćby kosztem naszej integracji z Unią będą walczyć o parlamentarne stołki.

Kiedy partia się sypie

Oczywiście, zakrawa na paradoks, że były działacz PZPR Leszek Miller podpisał w imieniu Polski traktat akcesyjny. Zaś dziś Marek Belka, szef rządu wspieranego przez SLD-UP i SdPl podpisuje w Rzymie Traktat Konstytucyjny. Musi zdumiewać, iż to byli działacze jedynie słusznego kiedyś systemu są orędownikami europejskiej integracji i opowiadają się za unijną Konstytucją.

Można by to wziąć za dobrą monetę, gdyby nie fakt, że obecna tzw. lewica zawsze podkreślała, iż bardziej interesuje ją pragmatyzm rozumiany jako skuteczne przejmowanie władzy lub jej utrzymywanie za wszelką cenę. Ponadto trzeba pamiętać, że partia Krzysztofa Janika, targana wewnętrznymi sporami i podziałami, walczy o przetrwanie.

Obóz postkomunistyczny, rozbity na trzy ugrupowania, jeszcze bardziej niż podzielona prawica musi się wsłuchiwać w nastroje społeczne i uważać na kontrataki konkurentów. Nie należy się więc spodziewać, że politycy z SLD czy z SdPl, którzy rok temu dali sobie przetrącić kręgosłup i zaszantażować Janowi Rokicie z jego hasłem „Nicea albo śmierć” wyznaczającym kurs polskiej polityki wobec UE, zaangażują się dziś na całego w przekonywanie Polaków do głosowania za unijną Konstytucją. Zresztą nie wyglądałoby to wiarygodnie, w kontekście Millerowej walki o Niceę. Do niczego zresztą nie przekona społeczeństwa partia, która ma na koncie rekordową liczbę afer i której brak jakiejkolwiek ideowej wyrazistości, podobnie jak koleżance z SdPl.

Także „ostatnia nadzieja czerwonych”, prezydent Aleksander Kwaśniewski zawodzi. Wcześniej nie odważył się rozbić pronicejskiego frontu od LPR po SLD w obawie przed utratą poparcia „wszystkich Polaków”. Dziś, gdy poparcie w dużej mierze wyparowało, nie ma już tej siły. To jednak nie wszystko: prezydentowi Orlen dziś w głowie, a nie Traktat Konstytucyjny.

POpuliści

Na polu bitwy o Traktat pozostaje najpoważniejszy kandydat do przejęcia władzy, Platforma Obywatelska. Trudno jednak z wypowiedzi liderów tej formacji dociec, czy PO jest „za” Konstytucją, czy „przeciw”. Szef Platformy Donald Tusk powiedział, że decyzji w tej sprawie należy się spodziewać… najwcześniej na wiosnę przyszłego roku.

Największa partia opozycyjna, formacja tworząca gabinet cieni nie ma wyrobionego zdania na temat unijnej Konstytucji! „Ci, którzy z euforią krzyczą: »wielkie święto europejskie«, »wspaniały dzień«, przesadzają, ale przesadzają także ci, którzy krzyczą: »zdrada«” - wyjaśnia enigmatycznie zachowanie partii Tusk. Wyborcę postawa PO powinna przestraszyć, bo skoro nie jest ona w stanie zająć jasnego stanowiska w kwestii Konstytucji, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że równie niewiele ma do zaoferowania w sprawie naprawy finansów publicznych czy reformy wymiaru sprawiedliwości.

PO przyznaje się de facto do tego, że jest zakładniczką wypowiedzianej przez Jana Rokitę deklaracji, iż on i jego formacja będzie bronić Nicei do grobowej deski. W ten sposób potwierdza, że jest partią kunktatorską, bacznie patrzącą na emocje tłumu, aby zająć najbliższe populusowi stanowisko. Jeśli jednak Tusk myśli, że ucieknie przed jasną deklaracją w sprawie Traktatu, to się myli. Nawet jeśli zlekceważy oczekiwania wyborców, to nie wywinie się od decyzji wobec przyszłego koalicjanta, czyli PiS-u. A Jarosław Kaczyński doskonale rozumie dylemat PO i dlatego już zapowiedział, że jego partia chce współpracować z partią, która mówiła i, jak ma nadzieję, mówi w dalszym ciągu: „Nicea albo śmierć”. „W pełni popieramy to hasło” - dodaje prezes PiS.

Platforma stoi więc przed trudnym wyborem: albo iść ramię w ramię z antyeuropejskim PiS-em, albo przyznać, że walka o Niceę to przeszłość, a teraz trzeba patrzeć w przyszłość. Może i PO wybrałaby ten drugi wariant, gdyby tylko miała pewność, że będzie w stanie rządzić samodzielnie i gdyby przestała się mizdrzyć do ludu straszonego przez kolegów z przyszłej koalicji.

Zdaje się, że wszystkie te partie kalkulujące, jak tu zaszachować konkurenta i urwać mu kawałek słupka w sondażach, połamią sobie zęby na Europie. Nie da się przecież w nieskończoność budować poparcia na tezie o zagrożeniu płynącym z integracji, skoro zaczyna już ona przynosić Polakom korzyści.

Proeuropejski ruch

Trudno zatem znaleźć w Polsce wiarygodną siłę polityczną, która byłaby w stanie skutecznie przekonywać społeczeństwo do głębszej integracji z UE. A tej nie będzie bez ratyfikacji Traktatu. Kto mógłby wytłumaczyć rodzimej opinii publicznej, że Konstytucja nie tylko znosi wszystkie poprzednie traktaty, określając kompetencje i instrumenty działania Unii; ale także upraszcza, organizuje i stabilizuje system, powołując przewodniczącego Rady Europejskiej, przewodnictwo Rady Ministrów - sprawowane przez ministra spraw zagranicznych - i pozwalając w ten sposób skutecznie funkcjonować Europie 27 państw?

Nie mówiąc już, że Konstytucja jest tylko krokiem na drodze do prawdziwie zintegrowanej Europy, która - gdyby pozbyć się w końcu kompleksów albo polityków, którzy je produkują - byłaby i dla Polski, i dla Europy dobrym rozwiązaniem. Szkoda, że różnorodność i kulturowa otwartość Europy nie staje się przykładem dla Polski; że bliski człowiekowi model ekonomiczny, ciągle jeszcze dominujący w Europie, nie jest odczytywany w kraju jako szansa; że Polska nie ma pomysłu, jak wpisać się w lizbońską strategię budowania „społeczeństwa informacyjnego”. Te wszystkie sprawy powinny interesować ludzi wybranych do rządzenia.

Choć zwolennicy głębokiej integracji i przyjęcia Traktatu Konstytucyjnego nie mają za sobą żadnej zasiadającej w parlamencie siły politycznej, to i tak większość Polaków raczej pozytywnie ocenia akcesję. Tym bardziej daje to do myślenia, że rodzimi politycy, zarówno z prawa, jak z lewa robili wiele, by Polaków do zjednoczonej Europy zniechęcić. A przecież sześć miesięcy wystarczyło, by Polacy na własnej skórze przekonali się, iż nasz udział we Wspólnocie, choć nie przynosi nam jeszcze dużych korzyści osobistych, okazał się dobrą inwestycją. Polacy nie tylko nie przeklinają dnia, w którym opowiedzieli się za Unią - przeciwnie: ponad połowa jest z członkostwa zadowolona (badania na przełomie września i października br. - TNS OBOP). Wyniki te powinny ostudzić zapędy tych, którzy nadal wierzą, że na antyunijnej i antykonstytucyjnej retoryce można zbić w Polsce kapitał polityczny.

Wśród partii panuje zgoda, by polskie referendum konstytucyjne odbyło się w możliwie najpóźniejszym terminie. To dobrze. Im więcej czasu minie, tym lepiej Polacy uświadomią sobie, że obawy są bezpodstawne, a korzyści realne.

I wreszcie: rodzi się możliwość, by wokół kampanii zachęcającej Polaków do powiedzenia „tak” w referendum powstał szerszy społeczny, antypopulistyczny ruch ludzi myślących o państwie i polityce w kategoriach europejskich.

Czas pokaże… Jedno jest pewne: i rząd, i opozycja posuwają nas do Europy w zwolnionym tempie, sądząc, że w tym wyścigu wygra ten, kto do mety przybędzie ostatni. Może więc dobrym pomysłem byłby sojusz tych organizacji, które Europy się nie boją, od trabantów wolą zachodnie marki, o zdradę narodowego interesu przed kamerami telewizji oskarżać się nawzajem nie muszą, a zamiast tego chcą zastanawiać się nad dobrym dla Europejczyków urządzeniem kontynentu. Zwolennicy głębszej integracji mogą tu liczyć na media czy organizacje pozarządowe, choćby Fundację Schumana. Razem ze wszystkimi chętnymi, powinny one zastąpić zajęte wyścigiem do władzy partie w informowaniu o Konstytucji i namawianiu Polaków do jej poparcia.

 

Tekst ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” z 14 listopada 2004 (nr 46).


Komentarze
Dodaj nowy
marcel  - histeria (i manipulacja)   |15.11.2004 10:12:36
Manipulacją jest utożsamianie integracji z ratyfikacją nowego traktatu. Nie
pierwszy to traktat i nie ostatni. Trochę porządkuje pewne sprawy, OK, ale po co
te emocje? Jest duże prawdopodobieństwo, że nawet ponowocześni Francuzi go
odrzucą (nie wspominając o Brytyjczykach). I nic się nie stanie. NIC. Poprzednie
traktaty będą dalej obowiązywały, fundusze strukturalne będą napływały, część
krajów członkowskich zintegruje się bardziej, część mniej.

Optymalna
integracja to nie maksymalna integracja! Trochę refleksji, mniej pieniactwa w
imię grupowych interesów.

Troska o ‘bardziej ludzkie’ podejście dzięki
‘Europie’ jest hipokryzją. Akurat filar ekonomiczny najmniej się zmieni po
ratyfikacji (harmonizacji podatków na nasze szczęście na razie brak). Komisja ma
i będzie miała jeszcze bardziej liberalną gospodarczo agendę (jak na
kontynentalne standardy). Tu akurat silne poparcie młodej lewicy jest budujące
(choć raczej przypadkowe)…
El_kurczako  - =)   |15.11.2004 10:17:17
Hm tekst jest dobry, nie jest arcydziełem, ale ukazuje bardzo dobrze podstawowe
problemy. Zgadzam się, że społeczeńśtwo nie ma pełnej świadmosci z zachodzących
zmian. Jednak nei jest to dla mnie zaskoczeniem, bo w polsce hm kultura
polityczna czy także pojęcie klasy politycznej nabiera bardzo odmiennego
znaczenia niż ogólnie przyjęte. Brak informacji nie wynika z braku chęci lecz z
niedostatku informacji dla masowego odbiorcy. Mamy bardzo młodą demokrację,
społeczeństwo jak i politycy (nie mówimy tu o klasie politycznej, bo taka de
facto nie istnieje) nie korzystają w pełni z możliwości i już nabytych
dobrodziejstw demokracji, które i tak okazują się bezsilne wobec jednostkowych
"zapędów". Co do decyzji w referendum. Moim skromnym zdaniem byłbym
zawsze na tak. Dlaczego ? Ponieważ sobei zdaję sprawe z kilku spraw. Po pierwsze
każda decyzjia polityczna niesie sferę ryzyka, ale w tej sytuacji nie podjęcie
jakiekolwiek a co nie daj boże negatywnej. Cofnełoby nasz kraj znowu o jakieś
ładne 25 lat albo i moze więcej. Polacy muszą się nauczyć dwóch rzeczy tego iż
to nie Polska "rozdaje karty" i tego, że trzeba walczyć o jak najlepszy
wynik z taimi kartami jakie się odtrzymało. Po drugie UE w pełni zintegorwana to
szansa jakiej nie możemy przegapić, chyab że nadla chcemy popadać w marazm
gospodarczy a całość decyzji pozostawić politykom, którzy radzą sobie jako
demagodzy a specjalistów; którzy posiadają wiedze; boją się jak "święconej
wody diabeł".

Jedyne czego się obawiam, że jednak traktat może być
odrzucony: który i tka nie jest "perłą"; ale to jak już pisałem
spodowało by więcej zła. Co do kwestii informaowania opini za konstytucją przez
organizacje pozarządwoe i mass media niezależne. Oczywiście, ze jestem za, ale
aż strach pomyśleć co się stanie jak po przyjęciu Konstytucji ster przejmą
partie. No cóż poztywem będzie to iż na arenie pojawi się kolejne miejsce dla
"koleżeńskich kabaretów" (czyt. partii).

P.s. Co tu takie pustki ??
to tylko hipoteza nie potwierdzona w żaden sposób ;-) ale u nas z kultura
polityczną bałdzoo cienko :-) pozdrawiam cały zespół KP
tez federalista  - eh, chlopaki… wszystko fajnie, tyle ty   |18.11.2004 02:18:32
ze ta konstytucja petryfikuje raczej dzisiejsze struktury UE - ktorym zgodzmy
sie i do federalizmu i do wspierania zrownowazonego modelu spol-ek. daleko.
europejski model spoleczny to nie jest dzis model, ktory "robi" UE,
tylko ktory jest w panstwach narodowych… no a w tej konstytucji - zadnej
harmonizacji socjalnej ani podatkowej na powaznie, utrzymany dogmat wolnego
rynku. to nie jest traktat jak traktat, tylko dosyc zamknieta i skonczona wizja
europy, i to na parenascie przynajmniej lat. i to nie jest europa, ktora
wprowadza podatek tobina, wyrownuje place, stawia sobie ambicje socjalne - tylko
raczej europa ktora ma morde bolkensteina i neoliberalizmu. w europie jest
ekonomiczny i polityczny potencjal innego modelu, alternatywy dla usa czy
chinskiego totalitaryzmu - ale nie w tej konstytucji. i jak lewica sie uwikla w
jej bezrefleksyjne popieranie, to bedzie miala problem. zreszta juz w paru
krajach pro-federalistyczni socjalisci (juz nie mowie o radykalniejszych
odlamach lewicy), jak sobie obejrzeli finalny efekt prac nad trakt. konst., to
doszli do wniosku, ze to nie nasza bajka - vide francja, ale ta dyskusja jest i
w austrii, i w belgii…
marcel  - do federalisty   |18.11.2004 07:51:34
Dziękuje za potwierdzenie mojej diagnozy powyżej.

Możesz wytłumaczyć sens
podatku tobina w ramach unii walutowej i jednej polityki monetarnej?!

Czy
naprawdę ludzka twarz lewicy ma stać za harmonizacją podatków i ich
konsekwencjami dla ‘proletariatu’ (vide wschodnie Niemcy)?

Czy pochylająca
się z troską lewica obrzuci inwektywami irlandzkiego następcę Bolensteina, który
właśnie chce polskim usługodawcom otworzyć unijny rynek?

Oj, chyba wasi
koledzy z Belgii i Francji robią was towarzyszu w konia…
ali   |18.11.2004 10:19:23
Podatek Tobina wprowadzony na skale UE ma znaczenie zewnetrzne, a nie w ramach
unii walutowej. Co do szczegolow poczytaj np. propozycje Spahna.

Co do
uslug, problem w tym, co polscy uslugodawcy zrobia z tym unijnym rynkiem,
wchodzac nan swobodnie z niskimi placami polskich pracownikow. to zupelnie inna
kwestia niz dostep na rynki pracy poszczegolnych pracownikow - oni wchodza w
tamte systemy w ramach ich regul (place minimalne, prawo pracy, kultura
wysokiego uzwiazkowienia itd). Wstepna prop. bolkensteina zas to wszak
ograniczenie regulacji funkcjonowania przedsiebiorstw na terenie unii do norm
kraju rejestracji - neoliberalna brzytwa tnie zatem do najnizszego mianownika,
do jakiejs slowacji. Juz nie wspomne o ochronie uslug
publicznych…

Nieskrepowany rynek jako narzedzie redystrybucji z bogatego
zachodu na biedny wschod jest o tyle nieefektywny, ze zyski z roznicy cen znajda
sie w przewazajacej czesci w kieszeni kapitalistow, a nie wschodnioeuropejskich
pracownikow. A mnie szczerze mowiac nie podnieca, ze zarobie 50 zlotych wiecej
dzieki temu, ze miedzynarodowy uslugodawca przy pomocy niskich kosztow pracy
polakow wyzre konkurencje w belgii i zmusi belgijskich pracownikow do
zapierdalania za 30 procent mniej. Imho we wspolnym interesie moim i
belgijskiego pracownika jest to, zeby podzielil sie ta kasa przez publiczna
redystrybucje, doinwestowanie funduszy strukturalnych, wprowadzenie euro-socjalu
etc. - a nie pasac obludnie udajacych troske o pracownikow wschodniej europy
kulczykow, cupialow i inne misiaczki z tej ferajny.

Ja chce, zeby to Polska
upodabniala sie do dzisiejszych krajow UE (i to nie do wielkiej brytanii:)), a
nie zeby sprowadzic spoleczenstwa starej Unii do zenujacego poziomu Polski.
Wolna amerykanka rozpieprza to, co w UE jako koncepcji jest cenne dla lewicy. UE
ma potencjal byc Europa Socjalna, ale dzis jest nia tylko jako suma narodowych
systemow ekonomicznych, a nie instytucjonalnie. Reforma UE jest mozliwa - ale
trzeba o nia powalczyc. Inaczej mowienie o europejskim modelu spolecznym stanie
sie w perspektywie 10-15 lat domena historykow…
marcel  - jaka alternatywa - była NRD?   |18.11.2004 11:32:44
Zgoda, na zewnątrz podatek Tobina ma sens (przynajmniej w teorii). Można go
potem przeznaczyć na finansowanie ONZ (i Attac naturalnie). Tylko po pierwsze,
Unii to w ogóle nie jest potrzebne, bo ma bank centralny z lepszymi narzędziami
przeciw kryzysom drugiego stopnia. Po drugie, mniejsza płynność rynku
finansowego pogorszy warunki finansowania (głównie dla mniej zamożnych). Po
trzecie, i tak nic to nie da jak nie będą kooperowały (a nie będą) Kajmany i
Bermudy (gdzie schronią się zakały kapitalizmu). Po czwarte, największy sukces z
podatkiem Tobina odnisło Chile (a tam same neoliberalne brzytwy).

Co do
usług, najwyraźniej ali wychodzi z założenia, że wymiana handlowa między krajami
o różnym stopniu zamożności jest grą o sumie zerowej. Na to chyba jednym
lekarstwem jest lektura eseju Krugmana, dlaczego lewicowym intelektualistom nie
wstyd, że nie rozumieją abc Ricardo (DIY economics).

A propos ‘kultury
wysokiego uzwiązkowienia’ proponuje refleksję nad wynikami gospodarczymi
wschodnich niemiec z cc copy zachodniego socjalu.
ali   |18.11.2004 13:50:51
Ad. Tobin - Spahn i inni proponuja dosc konkretne metody zachecania do
"utobinowienia sie" innych krajow swiata. Problem rajow finansowych to
jednak kwestia braku determinacji i woli politycznej, zeby sie do nich dobrac.
Instrumenty ktore skutecznie skadinad stosowalo Chile, choc bazowaly na podobnym
zalozeniu co tobin, to jednak roznily sie technicznie, abstrahujac od fiskalnego
efektu pod.tobina (kasa na onz itd).

2. widze, ze strategia neoliberalow sie
zmienia :) kiedy dwustuletniego i z lekka zatechlego towarku nie da sie juz jak
w latach 90 sprzedawac jako ostatniego krzyku mody, przestawiaja sie na model
dyskusji ex catedra wedle retoryki "ty nieuku!" (skadinad retoryka ta ma
formalne uzasadnienie, bo faktycznie przez ostatnie 15 lat powlazili na katedry
w tych swoich "wyzszych" szkolach biznesu:)).

przede wszystkim model
ricarda jest uproszczeniem na granicy opowiadania bajki o zelaznym wilku. ale
abstrahujac od tego (dyskusja na oddzielny watek) jak myslimy o tym samym eseju
krugmana, to nawet on nie twierdzi, ze w jego idealnym ricardianskim modelu fakt
wzrostu produktywnosci wynikajacy ze specjalizacji (ja robie jabluszka, ty
gruszki, i napierdalamy do przodu…) _musi_ przelozyc sie na poprawe sytuacji
ekonomicznej pracownikow. zasadnicza jest oczywiscie kwestia podzialu dochodu -
i o tym tu mowilem. liberalizacja rynku uslug, w sytuacji 20% bezrobocia w
takiej polsce i plac nieproporcjonalnie nizszych w porownaniu do relacji
wydajnosci pracy (ciekawe co by na to powiedzial madrala krugman:)) przekaze
tylko wiecej kasy w rece korzystajacych z polskiej sily roboczej kapitalistow.


inna kwestia to bezczelna eksternalizacja kosztow przez biznes udajacy ze
swiat jest tak prosty jak model ricarda. w realu nagle sie okazuje ze ktos musi
pokryc koszty tych ciaglych "tworczych destrukcji" i "racjonalnych
dostosowan" pospecjalizowanych gospodarek - i nagle sie okazuje, ze np. za
przekwalifikowanie pracownikow musza zaplacic sami pracownicy albo to podle
panstwo. jest tez skadinad interesujace, ze najwiekszymi piewcami permanentnej
niestabilnosci struktury rynku pracy sa menedzerowie, czyli grupa ktora
praktycznie przez cala swoja zawodowa aktywnosc robi mniej wiecej to samo
:)

3. problem ddr to oczywiscie sprawa na dluzsza dyskusje, ale to czego
zabraklo to na pewno kapitalu spolecznego, ale i powazniejszej strategii
rozwoju. mysle ze bonn pozwolilo na zywiolowa dezindustrializacje nie z
premedytacja, ale dlatego ze przeszacowalo wydajnosc ddrowskiej gospodarki.
marcel   |18.11.2004 15:52:05
Czyli, że są twoje racje i sprawy na dłuższe dyskusje. Odnośnie tych pierwszych.
Ja bym nie ograniczył analizy do nadwyżki konsumenta i dostawał drgawek na widok
zysków. Nie żebym hołdował trickle down, ale jakaś część tych zysków przekłada
się gdzieś tam na innowacje (że nie wspomnę o rozproszonym akcjonariacie).

Z
tymi nożycami między płacami a produktywnością to interesujące (czy to są dane z
całego rynku, czy tylko dużych firm?). Czy te zyski nie są jakoś reinwestowanie?
Czy wzrost produktywności jest możliwy do utrzymania na dłuższą metę bez zmian w
płacach lub inwestycjach? Wymagałoby to chyba jakiejś zmowy monopolowej na macro
poziomie. Z drugie strony, przy 20% bezrobociu trudno się im dziwić, że płaca
nie ma się tak do produktywności jak przy pełniejszym zatrudnieniu.

Z tymi
kosztami zewnętrznymi przekwalifikowania to ciekawe - co proponujesz?

Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 15.11.2004 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.06708 Seconds