|
Trudno znaleźć w Polsce wiarygodną siłę polityczną, która byłaby w
stanie skutecznie przekonać społeczeństwo do głębszej integracji z UE.
A tej nie będzie bez ratyfikacji Traktatu Konstytucyjnego.
Nasi politycy łatwo wpadają w histerię. Histerię na pokaz. Tym razem
reakcję taką sprowokował premier Marek Belka, który podpisał w Rzymie
Traktat Konstytucyjny. Mimo papieskich błogosławieństw dla polskiej
delegacji i wielokrotnych deklaracji, że podpis ten jest wynikiem
kompromisu, który naszych aspiracji w pełni nie wyraża, ta umiarkowanie
proeuropejska postawa i tak wywołała wściekłość części rodzimej klasy
politycznej.
Wydawałoby się jednak, że na widok premiera składającego w imieniu
Polski podpis pod unijną Konstytucją, odetchnąć z ulgą mogliby
sprzymierzeńcy integracji. Mogliby, gdyby nie to, że Traktat, by stał
się dokumentem regulującym życie Wspólnoty, musi zostać jeszcze
zatwierdzony. Część państw zdecydowała, że zrobią to narodowe
parlamenty (np. Szwecja, Grecja). Część, jak Włochy czy Austria, wciąż
się waha. Pozostałe, w tym tak kluczowe dla powodzenia wspólnego
projektu europejskiego, jak Francja czy Wielka Brytania, ale także
Polska, chce jednak zatwierdzić Konstytucję - albo nie - w drodze
ogólnonarodowego głosowania.
Głosowanie poprzedzi szereg dyskusji: jak ma wyglądać zjednoczona
Europa i jaką rolę ma w Unii pełnić Polska. Lecz na merytoryczny spór
przy tym składzie sceny politycznej się nie zanosi. A to dlatego, że
kwestie dla Polski kluczowe i strategiczne, jak integracja europejska
czy nasz udział w irackiej wojnie, szybko sprowadzane są przez naszych
polityków do bieżących sondażowych rozgrywek. Minęły czasy
ponadpartyjnego Drang nach Westen. Zamiast utożsamiać interes Polski z
interesem integrującej się Europy, identyfikuje się go interesem tej
czy innej partii.
Niemal wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że podobnie będzie z
ratyfikacją eurokonstytucji. Kto więc zajmie się rzetelnym
informowaniem Polaków o konsekwencjach płynących z przyjęcia jej przez
nasz kraj? Kto wypełni wreszcie polską politykę zagraniczną jakąś wizją
integracji? Paradoksalnie tylko skrajna prawica ma jakiś pomysł na
zjednoczoną Europę (zniszczyć!), reszta boi się cokolwiek treściwego na
ten temat powiedzieć, żeby nie narazić się samozwańczym Obrońcom
Narodowego Interesu.
Konstytucja i jej wrogowie
To, że trudno w Polsce znaleźć siłę polityczną, która nie grałaby
europejską Konstytucją dla własnych korzyści, potwierdzają pierwsze
rekcje polityków na podpis premiera Belki złożony w Rzymie. Pod tym
względem zawsze można liczyć na Romana Giertycha, który o każdej porze
dnia i nocy jest gotów powtórzyć swoje zaklęcia, że integracja Polski z
Europą równa się narodowej zdradzie, a ci, którzy przyłożyli do tego
rękę, wcześniej czy później zostaną pociągnięci do odpowiedzialności.
Innymi słowy: jeśli LPR dojdzie do władzy, co daj Bóg nigdy nie
nastąpi, Marek Belka stanie przed Trybunałem Stanu. Ale czy taka
postawa odróżnia jeszcze LPR od reszty polskiej prawicy?
Na pewno nie od Prawa i Sprawiedliwości. Partia braci Kaczyńskich bez
owijania w bawełnę zapowiedziała, że przygotowuje się do
przeprowadzenia kampanii przeciw Konstytucji, a jej prezes znowu
wykrzyknął: „Ta konstytucja to tragedia dla Polski!”. PiS oświadczyło
także, że będzie patrzyło na ręce rządowi, by ten nie wydawał
publicznych pieniędzy na kampanię promującą Traktat. Ciekawe, że partia
Kaczyńskich nie ma podobnych dylematów, kiedy idzie o informowanie
polskich przedsiębiorców, jak wykorzystywać unijne fundusze,
podpowiadać rolnikom, jak składać wnioski o dopłaty bezpośrednie. Unia,
ta podejrzana dla PiS organizacja, jest dobra wyłącznie wtedy, kiedy
daje kasę. Słuchając przywódców PiS trudno nie odnieść wrażenia, że chcieliby
zjeść ciastko i zarazem nadal cieszyć się jego widokiem. PiS straszy
bowiem, że efektem wejścia w życie Konstytucji będzie utrata
niepodległości na rzecz Francji i Niemiec, ale zaraz zastrzega, mówiąc
o swojej antykonstytucyjnej kampanii: „Będzie to jednak kampania także
europejska”. Otóż PiS, jak wyjaśnia prezes tej formacji, uważa, że „Unia jest potrzebna, tylko po prostu powinna inaczej wyglądać”. By tak
jednak było, przywódcy innych krajów członkowskich musieliby bez
zastrzeżeń przyjąć wizję UE braci Kaczyńskich. Plan ambitny, ale póki
co do swoich politycznych pomysłów PiS nie jest w stanie przekonać
większości Polaków. Jak chce zatem przekonać większość Europejczyków?
Radykalna prawica musi być także niepocieszona, kiedy w dwa dni po
podpisaniu Konstytucji Jan Paweł II nazywa Traktat „niezwykle ważnym
momentem w budowaniu nowej Europy”. I na Konstytucję, w przeciwieństwie
do polskich polityków, „patrzy z ufnością”.
Wrogowie konstytucji mogą liczyć jeszcze na dryfujące dziś po polskiej
scenie politycznej Polskie Stronnictwo Ludowe, które pod przywództwem
Janusza Wojciechowskiego dokonuje zwrotu w prawo. Bo, jak wyznał lider
tej formacji, choć był w wojsku, nie nauczył się komendy, “na lewo
marsz”. Ale skręt ludowców nie dziwi: już wielokrotnie pokazali, że
interesuje ich przede wszystkim władza. Zresztą PiS-u czy PSL, podobnie
jak innych partii, Europa kompletnie nie obchodzi, liczą się tylko
najbliższe wybory i choćby kosztem naszej integracji z Unią będą
walczyć o parlamentarne stołki.
Kiedy partia się sypie
Oczywiście, zakrawa na paradoks, że były działacz PZPR Leszek Miller
podpisał w imieniu Polski traktat akcesyjny. Zaś dziś Marek Belka, szef
rządu wspieranego przez SLD-UP i SdPl podpisuje w Rzymie Traktat
Konstytucyjny. Musi zdumiewać, iż to byli działacze jedynie słusznego
kiedyś systemu są orędownikami europejskiej integracji i opowiadają się
za unijną Konstytucją.
Można by to wziąć za dobrą monetę, gdyby nie fakt, że obecna tzw.
lewica zawsze podkreślała, iż bardziej interesuje ją pragmatyzm
rozumiany jako skuteczne przejmowanie władzy lub jej utrzymywanie za
wszelką cenę. Ponadto trzeba pamiętać, że partia Krzysztofa Janika,
targana wewnętrznymi sporami i podziałami, walczy o przetrwanie.
Obóz postkomunistyczny, rozbity na trzy ugrupowania, jeszcze bardziej
niż podzielona prawica musi się wsłuchiwać w nastroje społeczne i
uważać na kontrataki konkurentów. Nie należy się więc spodziewać, że
politycy z SLD czy z SdPl, którzy rok temu dali sobie przetrącić
kręgosłup i zaszantażować Janowi Rokicie z jego hasłem „Nicea albo
śmierć” wyznaczającym kurs polskiej polityki wobec UE, zaangażują się
dziś na całego w przekonywanie Polaków do głosowania za unijną
Konstytucją. Zresztą nie wyglądałoby to wiarygodnie, w kontekście
Millerowej walki o Niceę. Do niczego zresztą nie przekona społeczeństwa
partia, która ma na koncie rekordową liczbę afer i której brak
jakiejkolwiek ideowej wyrazistości, podobnie jak koleżance z SdPl.
Także „ostatnia nadzieja czerwonych”, prezydent Aleksander Kwaśniewski
zawodzi. Wcześniej nie odważył się rozbić pronicejskiego frontu od LPR
po SLD w obawie przed utratą poparcia „wszystkich Polaków”. Dziś, gdy
poparcie w dużej mierze wyparowało, nie ma już tej siły. To jednak nie
wszystko: prezydentowi Orlen dziś w głowie, a nie Traktat Konstytucyjny. POpuliści
Na polu bitwy o Traktat pozostaje najpoważniejszy kandydat do przejęcia
władzy, Platforma Obywatelska. Trudno jednak z wypowiedzi liderów tej
formacji dociec, czy PO jest „za” Konstytucją, czy „przeciw”. Szef
Platformy Donald Tusk powiedział, że decyzji w tej sprawie należy się
spodziewać… najwcześniej na wiosnę przyszłego roku.
Największa partia opozycyjna, formacja tworząca gabinet cieni nie ma
wyrobionego zdania na temat unijnej Konstytucji! „Ci, którzy z euforią
krzyczą: »wielkie święto europejskie«, »wspaniały dzień«, przesadzają,
ale przesadzają także ci, którzy krzyczą: »zdrada«” - wyjaśnia
enigmatycznie zachowanie partii Tusk. Wyborcę postawa PO powinna
przestraszyć, bo skoro nie jest ona w stanie zająć jasnego stanowiska w
kwestii Konstytucji, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że równie
niewiele ma do zaoferowania w sprawie naprawy finansów publicznych czy
reformy wymiaru sprawiedliwości.
PO przyznaje się de facto do tego, że jest zakładniczką wypowiedzianej
przez Jana Rokitę deklaracji, iż on i jego formacja będzie bronić Nicei
do grobowej deski. W ten sposób potwierdza, że jest partią
kunktatorską, bacznie patrzącą na emocje tłumu, aby zająć najbliższe
populusowi stanowisko. Jeśli jednak Tusk myśli, że ucieknie przed jasną
deklaracją w sprawie Traktatu, to się myli. Nawet jeśli zlekceważy
oczekiwania wyborców, to nie wywinie się od decyzji wobec przyszłego
koalicjanta, czyli PiS-u. A Jarosław Kaczyński doskonale rozumie
dylemat PO i dlatego już zapowiedział, że jego partia chce
współpracować z partią, która mówiła i, jak ma nadzieję, mówi w dalszym
ciągu: „Nicea albo śmierć”. „W pełni popieramy to hasło” - dodaje
prezes PiS.
Platforma stoi więc przed trudnym wyborem: albo iść ramię w ramię z
antyeuropejskim PiS-em, albo przyznać, że walka o Niceę to przeszłość,
a teraz trzeba patrzeć w przyszłość. Może i PO wybrałaby ten drugi
wariant, gdyby tylko miała pewność, że będzie w stanie rządzić
samodzielnie i gdyby przestała się mizdrzyć do ludu straszonego przez
kolegów z przyszłej koalicji.
Zdaje się, że wszystkie te partie kalkulujące, jak tu zaszachować
konkurenta i urwać mu kawałek słupka w sondażach, połamią sobie zęby na
Europie. Nie da się przecież w nieskończoność budować poparcia na tezie
o zagrożeniu płynącym z integracji, skoro zaczyna już ona przynosić
Polakom korzyści.
Proeuropejski ruch
Trudno zatem znaleźć w Polsce wiarygodną siłę polityczną, która byłaby
w stanie skutecznie przekonywać społeczeństwo do głębszej integracji z
UE. A tej nie będzie bez ratyfikacji Traktatu. Kto mógłby wytłumaczyć
rodzimej opinii publicznej, że Konstytucja nie tylko znosi wszystkie
poprzednie traktaty, określając kompetencje i instrumenty działania
Unii; ale także upraszcza, organizuje i stabilizuje system, powołując
przewodniczącego Rady Europejskiej, przewodnictwo Rady Ministrów -
sprawowane przez ministra spraw zagranicznych - i pozwalając w ten
sposób skutecznie funkcjonować Europie 27 państw? Nie
mówiąc już, że Konstytucja jest tylko krokiem na drodze do prawdziwie
zintegrowanej Europy, która - gdyby pozbyć się w końcu kompleksów albo
polityków, którzy je produkują - byłaby i dla Polski, i dla Europy
dobrym rozwiązaniem. Szkoda, że różnorodność i kulturowa otwartość
Europy nie staje się przykładem dla Polski; że bliski człowiekowi model
ekonomiczny, ciągle jeszcze dominujący w Europie, nie jest odczytywany
w kraju jako szansa; że Polska nie ma pomysłu, jak wpisać się w
lizbońską strategię budowania „społeczeństwa informacyjnego”. Te
wszystkie sprawy powinny interesować ludzi wybranych do rządzenia.
Choć zwolennicy głębokiej integracji i przyjęcia Traktatu
Konstytucyjnego nie mają za sobą żadnej zasiadającej w parlamencie siły
politycznej, to i tak większość Polaków raczej pozytywnie ocenia
akcesję. Tym bardziej daje to do myślenia, że rodzimi politycy, zarówno
z prawa, jak z lewa robili wiele, by Polaków do zjednoczonej Europy
zniechęcić. A przecież sześć miesięcy wystarczyło, by Polacy na własnej
skórze przekonali się, iż nasz udział we Wspólnocie, choć nie przynosi
nam jeszcze dużych korzyści osobistych, okazał się dobrą inwestycją.
Polacy nie tylko nie przeklinają dnia, w którym opowiedzieli się za
Unią - przeciwnie: ponad połowa jest z członkostwa zadowolona (badania
na przełomie września i października br. - TNS OBOP). Wyniki te powinny
ostudzić zapędy tych, którzy nadal wierzą, że na antyunijnej i
antykonstytucyjnej retoryce można zbić w Polsce kapitał polityczny.
Wśród partii panuje zgoda, by polskie referendum konstytucyjne odbyło
się w możliwie najpóźniejszym terminie. To dobrze. Im więcej czasu
minie, tym lepiej Polacy uświadomią sobie, że obawy są bezpodstawne, a
korzyści realne.
I wreszcie: rodzi się możliwość, by wokół kampanii zachęcającej Polaków
do powiedzenia „tak” w referendum powstał szerszy społeczny,
antypopulistyczny ruch ludzi myślących o państwie i polityce w
kategoriach europejskich.
Czas pokaże… Jedno jest pewne: i rząd, i opozycja posuwają nas do
Europy w zwolnionym tempie, sądząc, że w tym wyścigu wygra ten, kto do
mety przybędzie ostatni. Może więc dobrym pomysłem byłby sojusz tych
organizacji, które Europy się nie boją, od trabantów wolą zachodnie
marki, o zdradę narodowego interesu przed kamerami telewizji oskarżać
się nawzajem nie muszą, a zamiast tego chcą zastanawiać się nad dobrym
dla Europejczyków urządzeniem kontynentu. Zwolennicy głębszej
integracji mogą tu liczyć na media czy organizacje pozarządowe, choćby
Fundację Schumana. Razem ze wszystkimi chętnymi, powinny one zastąpić
zajęte wyścigiem do władzy partie w informowaniu o Konstytucji i
namawianiu Polaków do jej poparcia. Tekst ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” z 14 listopada 2004 (nr 46).
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...