Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Po lewej na nowo Drukuj
Sławomir Sierakowski   
11.11.2004

Ten, kto wstępował do PZPR albo do jej rozdrobnionych dziś następców, chciał raczej mieć swój kawałek władzy, niż „ugasić pragnienie działania w źródle lewicowych idei”. Dostęp do pieniędzy, odziedziczony aparat i przyzwyczajenie mediów do istniejącego spektrum poglądów i organizacji politycznych sprawiają, że wrota do zmiany sposobu rządzenia w Polsce pozostają wciąż zamknięte dla nowych środowisk. Klasie politycznej towarzyszy jednak rosnące wyobcowanie ze społecznej komunikacji i tu pojawia się miejsce na nową lewicę, lewicę z przekonania. Taką, która byłaby w stanie sensownie zakwestionować te oczywistości, które stały się jakby przezroczyste, bo nigdy nie były przedmiotem poważnej dyskusji w Polsce.

Weźmy na przykład wolny rynek. Czy możliwa jest – dobrze uzasadniona w teorii ekonomii i podparta projektem etycznym – krytyka wolnego rynku? Czy możliwa jest lewicowa polityka gospodarcza? Jak to w ogóle brzmi dziś w Polsce? Jak herezja. Natychmiast pojawią się skojarzenia z populizmem, z brakiem odpowiedzialności, wręcz z wariactwem. Niby wiemy, że na świecie poza neoliberałami istnieją także socjaldemokraci, ale wara od gospodarczych dogmatów transformacji. W Polsce dyskusji nad modelem polityki gospodarczej nie ma, bo gospodarka została faktycznie wyparta ze sfery sporu politycznego. Do wyboru mamy więc albo Balcerowicza, albo Leppera. Nie podoba ci się jeden, więc jesteś z drugim. Odpowiedzialność albo populizm zamiast różnych pomysłów na rozwój, zakorzenionych w różnych wizjach politycznych: indywidualistycznej i wspólnotowej. Gospodarka stała się domeną technokracji. Zawiadują nią wykształceni menedżerowie w garniturach i to oni zaświadczą, czy podążamy w jedynym możliwym kierunku. Na problemy kapitalizmu jedyną odpowiedzią jest: więcej kapitalizmu. Zmniejszyć podatki, dusić inflację, likwidować wydatki socjalne (zwane w Polsce przywilejami). „Polski nie stać na zabezpieczenia socjalne takie jak w innych państwach, na przykład zachodnich” słyszymy od polityków wszelkiej maści i nikogo, jak się wydaje, to nie dziwi. A przecież znaczy to, ni mniej, ni więcej, tylko że Polski nie stać na część swoich obywateli.

Polska lewica fetyszyzuje rozmaite wskaźniki gospodarcze, nawet jeśli, jak to jest w przypadku wzrostu gospodarczego, korzyści odnosi tylko część społeczeństwa. Nikt nie zastanawia się nad tym, że mamy tu do czynienia z pewną abstrakcją odnoszącą się do ściśle zakreślonych granic gospodarki, podczas gdy prawdziwy rozwój musi mieć charakter ogólnospołeczny. „Nie pomogę ci, bo lepiej dać bogatemu, zostawić w kieszeni przedsiębiorcy czy pracodawcy, on te pieniądze lepiej wykorzysta i ogólny przyrost będzie większy, a wskaźnik skoczy” – słychać od lat z wywodów speców od sukcesu ekonomicznego. I tak ci, co mają, mają jeszcze więcej, reszta wegetuje, a PKB rośnie dokładnie o tyle samo, o ile powiększają się nierówności między jednymi i drugimi. Od lat nikt nie jest w stanie się temu przeciwstawić, choćby w debacie publicznej. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, kiedy w tekście szanowanego publicysty natrafiamy na taki oto wywód: w Polsce wszystko się wali, szaleje bezrobocie, upadła służba zdrowia i szkolnictwo, drogi są dziurawe, na ulicach rządzą przestępcy. A jednak, ponieważ mamy większy wzrost niż przed rokiem, sytuację należy uznać za zadowalającą.

Podobnie jak PZPR, która zdecydowała się na Okrągły Stół, bo nie miała społecznej legitymacji na gruntowne reformy ekonomiczne, tak SLD nie miało siły moralnej, aby zrównoważyć terapię szokową programem solidarności społecznej, w którym beneficjenci przemian pomagają przegranym. Pomagają w zalegitymizowany społecznie i prawnie sposób, bo wiedzą, że ci ostatni nie mieli szans na wejście w nowy system z uwagi na wiek, wykształcenie czy region zamieszkania.

Co więcej, obóz postpezetpeerowski, usiłując za wszelką cenę się uprawomocnić, próbował upodobnić się do nowych elit, wywodzących się z antykomunistycznej opozycji. Dziś jako sztandarowy pozytywny przykład podaje się wydarzenia z czasów pierwszego niekomunistycznego rządu, gdy posłowie PZPR gremialnie głosowali za planem Balcerowicza. A przecież był to pierwszy moment, w którym powinna odezwać się lewica. Ze starcia tych dwóch sił wyszłaby zapewne Polska o mniejszych nierównościach społecznych, z bardziej obywatelskim społeczeństwem, z większą liczbą osób uczestniczących w wyborach i mających zaufanie do instytucji politycznych, z elitą, która potrafi dyskutować o gospodarce.

Obóz postpezetpeerowski od początku skażony był ponadto związkami z dawnym aparatem, a zatem nie ze słabszymi, ale z tymi, którzy zamieniając kapitał polityczny na ekonomiczny, nabijali sobie kiesy na zmianie ustroju gospodarczego. Tymczasem najsłabsi do wyboru mieli różnych Tymińskich i Lepperów, z czasem tracąc zaufanie do wszystkich zajmujących się polityką. Dziś, w zasadzie, nie uczestniczą w wyborach, więc nie są w żaden sposób atrakcyjni dla polityków. Politycy zatem posuwają się coraz dalej, żeby zwrócić na siebie uwagę. Dążą do mobilizacji społeczeństwa przez odwoływanie się do niskich odruchów, zwykle po prostu nacjonalistycznych, czemu zasiadające po lewej stronie Sejmu partie nie przeszkadzają. Nie damy chleba, więc musimy zrobić igrzyska: bronimy Nicei jak niepodległości, przypominamy sobie o niezapłaconych rachunkach za II wojnę światową.

Od dawna jedynym językiem, jaki przeciwstawiany jest coraz silniejszemu językowi prawicowych wartości – z narodem i katolicyzmem na czele – jest język pragmatyzmu wygodnych elit, które stać co najwyżej na to, żeby studzić nieco zapały prawicy albo zawierać z nią „pragmatyczne kompromisy”. Nie ma natomiast żadnego istotnego politycznie lewicowego języka wartości. Dlatego ciągle za dziwactwo uważane jest w Polsce żądanie równouprawnienia mniejszości seksualnych czy wyrównania szans mężczyzn i kobiet, mówienie o integracji europejskiej w kategoriach federacji, krytyka społeczeństwa konsumpcyjnego, piętnowanie nacjonalistycznego ujmowania historii czy, ogólnie rzecz biorąc, krytyka sukcesów transformacji. Pojawia się ona co najwyżej hasłowo i przed wyborami, ale nie jest poparta żadną przemyślaną filozofią polityczną, która stanowiłaby alternatywę dla prawicy.

Nowa lewica w Polsce tworzy się w bólach, w nieprzychylnym środowisku ludzi zniechęconych do myślenia o polityce. Ludzi, którzy zasklepili się w sferze prywatnej i działanie na użytek publiczny wydaje im się niemożliwe, nieistotne lub nieatrakcyjne, a jeśli już, to wyłącznie poza kontekstem politycznego zaangażowania. Dlatego „lewica z przekonania” powinna przede wszystkim – skoro jej siłą jest autentyzm przekonań – zacząć wpływać na kształt debat publicznych. Budować duże i aktywne środowisko, które jest w stanie rodzić nowe idee i wprowadzać je do dyskusji politycznych. To, że takie działania są możliwe, pokazała chociażby akcja „Krytyki Politycznej” wymierzona przeciwko pronicejskiemu frontowi partii politycznych i głównych mediów w trakcie negocjacji konstytucyjnych w Unii. List skierowany przeciwko polityce rządu podpisały setki osób, a ich głos szerokim echem odbił się w mediach. Mogą to być też działania czerpiące z wzorów kontrkultury, jak chociażby inicjatywa „Tiszert dla wolności”, nagłaśniająca problem inności. W ten sposób tworzy się trzeci głos, poza istniejącymi prawicowym i pragmatycznym, którym odzywamy się w sprawach gospodarki, integracji europejskiej, polityki zagranicznej etc.

Chcemy tworzyć alternatywę dla liberalizmu ekonomicznego silnie zakorzenionego w Polsce przez lata nieobecności prawdziwej lewicy. A także – konserwatyzmu kulturowego i myślenia o Unii Europejskiej jako o polu ekspansji polskiego interesu narodowego. Chcemy otwierać kraj na globalne przemiany kulturowe i adaptować go do współczesnych procesów. Wtedy, być może, powstanie silne ideowe zaplecze dla praktycznej działalności politycznej. Niezbędna wręcz stała się redefinicja pojęć obywatelstwa, wolności, równości. Posunięcia ekonomiczne należy oceniać z punktu widzenia nie wskaźników, ale ludzi, a także ze względu na możliwe skutki uboczne. Już dziś należy myśleć także nad politycznymi alternatywami globalnymi wobec neoliberalizmu.

Polską politykę zagraniczną i wpływającą na nią politykę historyczną także trzeba poddać przewartościowaniu, aby polscy obywatele razem z innymi potrafili bez kompleksów i obaw współtworzyć ponadnarodowe projekty polityczne z korzyścią dla wszystkich. Należy otworzyć możliwie szeroko społeczeństwo na korzyści płynące z nowych technologii. Sama redystrybucja nie jest jeszcze żadnym pomysłem dla lewicy, ważne jest, aby wiedzieć, na co wydawać zabrane podatnikowi pieniądze. A te należałoby na przykład, na znacznie większą skalę niż dotąd, inwestować w edukację i adaptację do społeczeństwa informacyjnego.

Jacy ludzie w Polsce mogliby utożsamić się z taką formacją ideową? Wszyscy, którzy nie zgadzają się na nadmierne nierówności w społeczeństwie. Przegrani transformacji, w tym najszybciej przyrastająca wśród bezrobotnych grupa, czyli absolwenci wyższych uczelni. To w zasadzie powinien być elektorat tradycyjnej lewicy, a jest populistów, skoro lewica ich nie chce reprezentować. Ale to nie wszystko.

Zniknęła klasa robotnicza i lewica już wie, że nigdy nie będzie reprezentantem homogenicznej grupy interesów, za to, obok socjalnych, na światło dzienne wychodzą nowe nierówności – związane z płcią czy z orientacją seksualną, które mają dla wielu osób równie doniosłe i bolesne znaczenie jak tradycyjne bieda i bezrobocie. Ludzie coraz rzadziej określają swoją tożsamość poprzez odniesienie do klas czy grup społecznych, czują się raczej indywidualistami. Jednak narzucony wzór życiowy konsumpcyjnego sukcesu za wszelką cenę zaczyna im coraz bardziej ciążyć, co widać bardzo dobrze w najnowszej polskiej literaturze czy sztuce. Zaczynają poszukiwać recept na życie sensowne. Pojawiają się nowe style życia, często wśród osób, które ostentacyjnie odżegnują się od polityki, ale ich mentalność nie pasuje ani do korporacji, ani do świata zbudowanego podług identyfikacji narodowo-katolickich. Coraz częściej dostrzegają oni ambiwalencję sukcesów społeczeństwa przemysłowego i ich skutki uboczne: zniszczenie środowiska, porzucenie ubogich państw Trzeciego Świata, które obraca się przeciwko wszystkim w postaci choćby terroryzmu i fanatyzmu religijnego.

Wielu Polaków z nadzieją spogląda na integrację europejską pojętą jako budowanie jednego ponadnarodowego organizmu. Tylko taka Unia mogłaby podjąć na nowo zobowiązania, których nie jest w stanie wypełnić już państwo narodowe, jak choćby bezpieczeństwo socjalne i ekonomiczne. Wielu w Unii Europejskiej chce widzieć koniec partykularyzmów narodowych i współpracę na rzecz przyszłości zamiast rozdrapywania ran przeszłości.

Jestem przekonany, że taka lewica prędzej czy później zajmie należne jej miejsce w Polsce.

Tekst ukazał się w 46 numerze tygodnika „Polityka”. 

 

 

 


Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 16.01.2005 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.01109 Seconds