|
Ten, kto wstępował do PZPR albo do jej rozdrobnionych dziś
następców, chciał raczej mieć swój kawałek władzy, niż „ugasić
pragnienie działania w źródle lewicowych idei”. Dostęp do pieniędzy,
odziedziczony aparat i przyzwyczajenie mediów do istniejącego spektrum
poglądów i organizacji politycznych sprawiają, że wrota do zmiany
sposobu rządzenia w Polsce pozostają wciąż zamknięte dla nowych
środowisk. Klasie politycznej towarzyszy jednak rosnące wyobcowanie ze
społecznej komunikacji i tu pojawia się miejsce na nową lewicę, lewicę
z przekonania. Taką, która byłaby w stanie sensownie zakwestionować te
oczywistości, które stały się jakby przezroczyste, bo nigdy nie były
przedmiotem poważnej dyskusji w Polsce. Weźmy na przykład wolny rynek. Czy możliwa jest – dobrze
uzasadniona w teorii ekonomii i podparta projektem etycznym – krytyka
wolnego rynku? Czy możliwa jest lewicowa polityka gospodarcza? Jak to w
ogóle brzmi dziś w Polsce? Jak herezja. Natychmiast pojawią się
skojarzenia z populizmem, z brakiem odpowiedzialności, wręcz z
wariactwem. Niby wiemy, że na świecie poza neoliberałami istnieją także
socjaldemokraci, ale wara od gospodarczych dogmatów transformacji. W
Polsce dyskusji nad modelem polityki gospodarczej nie ma, bo gospodarka
została faktycznie wyparta ze sfery sporu politycznego. Do wyboru mamy
więc albo Balcerowicza, albo Leppera. Nie podoba ci się jeden, więc
jesteś z drugim. Odpowiedzialność albo populizm zamiast różnych
pomysłów na rozwój, zakorzenionych w różnych wizjach politycznych:
indywidualistycznej i wspólnotowej. Gospodarka stała się domeną
technokracji. Zawiadują nią wykształceni menedżerowie w garniturach i
to oni zaświadczą, czy podążamy w jedynym możliwym kierunku. Na
problemy kapitalizmu jedyną odpowiedzią jest: więcej kapitalizmu.
Zmniejszyć podatki, dusić inflację, likwidować wydatki socjalne (zwane
w Polsce przywilejami). „Polski nie stać na zabezpieczenia socjalne
takie jak w innych państwach, na przykład zachodnich” słyszymy od
polityków wszelkiej maści i nikogo, jak się wydaje, to nie dziwi. A
przecież znaczy to, ni mniej, ni więcej, tylko że Polski nie stać na
część swoich obywateli. Polska lewica fetyszyzuje rozmaite wskaźniki gospodarcze,
nawet jeśli, jak to jest w przypadku wzrostu gospodarczego, korzyści
odnosi tylko część społeczeństwa. Nikt nie zastanawia się nad tym, że
mamy tu do czynienia z pewną abstrakcją odnoszącą się do ściśle
zakreślonych granic gospodarki, podczas gdy prawdziwy rozwój musi mieć
charakter ogólnospołeczny. „Nie pomogę ci, bo lepiej dać bogatemu,
zostawić w kieszeni przedsiębiorcy czy pracodawcy, on te pieniądze
lepiej wykorzysta i ogólny przyrost będzie większy, a wskaźnik skoczy” – słychać od lat z wywodów speców od sukcesu ekonomicznego. I tak ci,
co mają, mają jeszcze więcej, reszta wegetuje, a PKB rośnie dokładnie o
tyle samo, o ile powiększają się nierówności między jednymi i drugimi.
Od lat nikt nie jest w stanie się temu przeciwstawić, choćby w debacie
publicznej. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, kiedy w tekście
szanowanego publicysty natrafiamy na taki oto wywód: w Polsce wszystko
się wali, szaleje bezrobocie, upadła służba zdrowia i szkolnictwo,
drogi są dziurawe, na ulicach rządzą przestępcy. A jednak, ponieważ
mamy większy wzrost niż przed rokiem, sytuację należy uznać za zadowalającą. Podobnie jak PZPR, która zdecydowała się na Okrągły Stół, bo nie miała
społecznej legitymacji na gruntowne reformy ekonomiczne, tak SLD nie
miało siły moralnej, aby zrównoważyć terapię szokową programem
solidarności społecznej, w którym beneficjenci przemian pomagają
przegranym. Pomagają w zalegitymizowany społecznie i prawnie sposób, bo
wiedzą, że ci ostatni nie mieli szans na wejście w nowy system z uwagi
na wiek, wykształcenie czy region zamieszkania. Co więcej, obóz postpezetpeerowski, usiłując za wszelką
cenę się uprawomocnić, próbował upodobnić się do nowych elit,
wywodzących się z antykomunistycznej opozycji. Dziś jako sztandarowy
pozytywny przykład podaje się wydarzenia z czasów pierwszego
niekomunistycznego rządu, gdy posłowie PZPR gremialnie głosowali za
planem Balcerowicza. A przecież był to pierwszy moment, w którym
powinna odezwać się lewica. Ze starcia tych dwóch sił wyszłaby zapewne
Polska o mniejszych nierównościach społecznych, z bardziej obywatelskim
społeczeństwem, z większą liczbą osób uczestniczących w wyborach i
mających zaufanie do instytucji politycznych, z elitą, która potrafi
dyskutować o gospodarce. Obóz postpezetpeerowski od początku skażony był ponadto
związkami z dawnym aparatem, a zatem nie ze słabszymi, ale z tymi,
którzy zamieniając kapitał polityczny na ekonomiczny, nabijali sobie
kiesy na zmianie ustroju gospodarczego. Tymczasem najsłabsi do wyboru
mieli różnych Tymińskich i Lepperów, z czasem tracąc zaufanie do
wszystkich zajmujących się polityką. Dziś, w zasadzie, nie uczestniczą
w wyborach, więc nie są w żaden sposób atrakcyjni dla polityków.
Politycy zatem posuwają się coraz dalej, żeby zwrócić na siebie uwagę.
Dążą do mobilizacji społeczeństwa przez odwoływanie się do niskich
odruchów, zwykle po prostu nacjonalistycznych, czemu zasiadające po
lewej stronie Sejmu partie nie przeszkadzają. Nie damy chleba, więc
musimy zrobić igrzyska: bronimy Nicei jak niepodległości, przypominamy
sobie o niezapłaconych rachunkach za II wojnę światową. Od dawna jedynym językiem, jaki przeciwstawiany jest coraz
silniejszemu językowi prawicowych wartości – z narodem i katolicyzmem
na czele – jest język pragmatyzmu wygodnych elit, które stać co
najwyżej na to, żeby studzić nieco zapały prawicy albo zawierać z nią
„pragmatyczne kompromisy”. Nie ma natomiast żadnego istotnego
politycznie lewicowego języka wartości. Dlatego ciągle za dziwactwo
uważane jest w Polsce żądanie równouprawnienia mniejszości seksualnych
czy wyrównania szans mężczyzn i kobiet, mówienie o integracji
europejskiej w kategoriach federacji, krytyka społeczeństwa
konsumpcyjnego, piętnowanie nacjonalistycznego ujmowania historii czy,
ogólnie rzecz biorąc, krytyka sukcesów transformacji. Pojawia się ona
co najwyżej hasłowo i przed wyborami, ale nie jest poparta żadną
przemyślaną filozofią polityczną, która stanowiłaby alternatywę dla prawicy. Nowa lewica w Polsce tworzy się w bólach, w nieprzychylnym środowisku
ludzi zniechęconych do myślenia o polityce. Ludzi, którzy zasklepili
się w sferze prywatnej i działanie na użytek publiczny wydaje im się
niemożliwe, nieistotne lub nieatrakcyjne, a jeśli już, to wyłącznie
poza kontekstem politycznego zaangażowania. Dlatego „lewica z
przekonania” powinna przede wszystkim – skoro jej siłą jest autentyzm
przekonań – zacząć wpływać na kształt debat publicznych. Budować duże i
aktywne środowisko, które jest w stanie rodzić nowe idee i wprowadzać
je do dyskusji politycznych. To, że takie działania są możliwe,
pokazała chociażby akcja „Krytyki Politycznej” wymierzona przeciwko
pronicejskiemu frontowi partii politycznych i głównych mediów w trakcie
negocjacji konstytucyjnych w Unii. List skierowany przeciwko polityce
rządu podpisały setki osób, a ich głos szerokim echem odbił się w
mediach. Mogą to być też działania czerpiące z wzorów kontrkultury, jak
chociażby inicjatywa „Tiszert dla wolności”, nagłaśniająca problem
inności. W ten sposób tworzy się trzeci głos, poza istniejącymi
prawicowym i pragmatycznym, którym odzywamy się w sprawach gospodarki,
integracji europejskiej, polityki zagranicznej etc. Chcemy tworzyć alternatywę dla liberalizmu ekonomicznego
silnie zakorzenionego w Polsce przez lata nieobecności prawdziwej
lewicy. A także – konserwatyzmu kulturowego i myślenia o Unii
Europejskiej jako o polu ekspansji polskiego interesu narodowego.
Chcemy otwierać kraj na globalne przemiany kulturowe i adaptować go do
współczesnych procesów. Wtedy, być może, powstanie silne ideowe
zaplecze dla praktycznej działalności politycznej. Niezbędna wręcz
stała się redefinicja pojęć obywatelstwa, wolności, równości.
Posunięcia ekonomiczne należy oceniać z punktu widzenia nie wskaźników,
ale ludzi, a także ze względu na możliwe skutki uboczne. Już dziś
należy myśleć także nad politycznymi alternatywami globalnymi wobec neoliberalizmu. Polską politykę zagraniczną i wpływającą na nią politykę
historyczną także trzeba poddać przewartościowaniu, aby polscy
obywatele razem z innymi potrafili bez kompleksów i obaw współtworzyć
ponadnarodowe projekty polityczne z korzyścią dla wszystkich. Należy
otworzyć możliwie szeroko społeczeństwo na korzyści płynące z nowych
technologii. Sama redystrybucja nie jest jeszcze żadnym pomysłem dla
lewicy, ważne jest, aby wiedzieć, na co wydawać zabrane podatnikowi
pieniądze. A te należałoby na przykład, na znacznie większą skalę niż
dotąd, inwestować w edukację i adaptację do społeczeństwa informacyjnego. Jacy ludzie w Polsce mogliby utożsamić się z taką formacją ideową?
Wszyscy, którzy nie zgadzają się na nadmierne nierówności w
społeczeństwie. Przegrani transformacji, w tym najszybciej
przyrastająca wśród bezrobotnych grupa, czyli absolwenci wyższych
uczelni. To w zasadzie powinien być elektorat tradycyjnej lewicy, a
jest populistów, skoro lewica ich nie chce reprezentować. Ale to nie wszystko. Zniknęła klasa robotnicza i lewica już wie, że nigdy nie
będzie reprezentantem homogenicznej grupy interesów, za to, obok
socjalnych, na światło dzienne wychodzą nowe nierówności – związane z
płcią czy z orientacją seksualną, które mają dla wielu osób równie
doniosłe i bolesne znaczenie jak tradycyjne bieda i bezrobocie. Ludzie
coraz rzadziej określają swoją tożsamość poprzez odniesienie do klas
czy grup społecznych, czują się raczej indywidualistami. Jednak
narzucony wzór życiowy konsumpcyjnego sukcesu za wszelką cenę zaczyna
im coraz bardziej ciążyć, co widać bardzo dobrze w najnowszej polskiej
literaturze czy sztuce. Zaczynają poszukiwać recept na życie sensowne.
Pojawiają się nowe style życia, często wśród osób, które ostentacyjnie
odżegnują się od polityki, ale ich mentalność nie pasuje ani do
korporacji, ani do świata zbudowanego podług identyfikacji
narodowo-katolickich. Coraz częściej dostrzegają oni ambiwalencję
sukcesów społeczeństwa przemysłowego i ich skutki uboczne: zniszczenie
środowiska, porzucenie ubogich państw Trzeciego Świata, które obraca
się przeciwko wszystkim w postaci choćby terroryzmu i fanatyzmu religijnego. Wielu Polaków z nadzieją spogląda na integrację europejską
pojętą jako budowanie jednego ponadnarodowego organizmu. Tylko taka
Unia mogłaby podjąć na nowo zobowiązania, których nie jest w stanie
wypełnić już państwo narodowe, jak choćby bezpieczeństwo socjalne i
ekonomiczne. Wielu w Unii Europejskiej chce widzieć koniec
partykularyzmów narodowych i współpracę na rzecz przyszłości zamiast
rozdrapywania ran przeszłości. Jestem przekonany, że taka lewica prędzej czy później zajmie należne jej miejsce w Polsce.
Tekst ukazał się w 46 numerze tygodnika „Polityka”.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...