|
Jarosław Kaczyński wie, że nie każdy cel uświęca środki, a mimo to nie
oparł się pokusie. Chcąc utrzymać władzę, PiS uciekło się do zagrywek
na granicy politycznej korupcji. Zrobiło tak, bo nikt z liderów partii
nie przypuszczał, że propozycje posłów Lipińskiego i Mojzesowicza
składane Renacie Beger ujrzą światło dzienne.
Nawet jeśli afera nie wywołała takich protestów jak na Węgrzech,
spadające notowania PiS pokazują wyraźnie, że braciom Kaczyńskim
przyjdzie słono zapłacić za swój błąd. Ale jest to też przestroga dla
„nowych moralistów” z PO, PSL czy SLD, którzy szybko zobaczyli drzazgę
w oku brata, a belki nie widzą we własnym.
ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI
Nowe wybory to kwestia czasu. Można odwlekać moment ich rozpisania, ale
przykład SLD uczy, że kurczowe trzymanie się u władzy będzie działać na
szkodę PiS. Zaszkodzi też tym partiom, które skuszone posadami zechcą
przeciągać stan politycznej niemocy. Wielu cieszy się dziś z
kompromitacji rządów PiS, ale tragikomedia pod tytułem „Przychodzi
Lipiński do Beger” jest w istocie naszym wspólnym dramatem. Dlaczego?
Bo afera taśmowa kolejny raz degraduje życie publiczne w oczach
obywateli. Znowu zadeptano naszą nadzieję na to, że polityka może być
czymś więcej niż tylko grą partyjno-prywatnych interesów. Na taśmach
pani Beger widać z jednej strony poczucie bezkarności polskich elit
politycznych, z drugiej - arogancję wobec obywateli. Poseł Lipiński
szczerze wierzy, że jego działania są niewidoczne. Obywatele mają żyć w
błogiej świadomości, że rządzący od świtu do nocy pracują, by dobrze i
skutecznie kierować państwem.
W świecie polskich elit politycznych najwyraźniej nie ma żadnych zasad,
nie obowiązują żadne odruchy etyczne, nie ma miejsca na moralną
autorefleksję. Jedyną regułą jest brak reguł - każdy wkracza do tego
świata na własne ryzyko, bo wewnątrz toczy się wolna amerykanka,
bokserska walka na śmierć i życie. Zwycięzca może być tylko jeden.
Do tej pory ten polityczny „boks bez arbitra” - bo próżno w nim szukać
demokratycznych obyczajów, jak przejrzystość negocjacji między
partnerami politycznymi, poszanowanie prawa czy choćby zwykła ludzka
przyzwoitość - toczył się za zamkniętymi drzwiami. Niekiedy świadkami
brutalnej walki politycznej byli dziennikarze. Obserwowanie polityków,
którzy w kuluarach łamią przeciwnikom kości, by chwilę później na wizji
ubierać się w piórka aniołka i męża stanu, musiały wielu dziennikarzy
doprowadzać do białej gorączki. Albo wpędzać w daleko posuniętą
hipokryzję.
Nie powinno zatem dziwić, że dziennikarze zaczynają uciekać się do
prowokacji, by odsłonić prawdziwe intencje i sposoby działania
rządzących. To smutne, ale biczem na elity polityczne nie są już dziś
wybory, prokuratura czy sądy. Degrengolada zaszła tak daleko, że
jedynym biczem na bezczelność politycznych elit staje się ukryta kamera
i dyktafon. Kłopot tylko w tym, że dziennikarze korzystają z pomocy
innych polityków, którzy na ujawnianiu prawdy zbijają własny polityczny
kapitał.
PARTIA CYNICZNYCH MORALISTÓW
Z nocnych rozmów w hotelu sejmowym bije potężna dawka cynizmu. Co
czynią liderzy PiS, kiedy dziennikarze pokazują ich politycznie i
moralnie dwuznaczną działalność? Czy przepraszają za swoje zachowanie?
Nie, nic z tych rzeczy. Widzimy posłów Lipińskiego i Kuchcińskiego, jak
na konferencji prasowej mówią, że cała akcja to potężna prowokacja
polityczna, która jest wymierzona w rząd i w niezłomną ekipę PiS,
podejmującą wielką naprawę państwa.
Jaki z tego wniosek? Panowie posłowie wołają: „Łapać złodzieja!”. To
nie partia Kaczyńskich jest sprawcą skandalu, ona jest ofiarą. Posłowie
chcą nam wmówić, że miliony Polaków nie widziały na ekranie swych
telewizorów posła Lipińskiego czy Mojzesowicza dobijających targu z
posłanką Beger, ale krasnoludki, które tylko były nieco podobne do
czołowych polityków partii władzy.
To nie koniec. W czwartkowy wieczór, dzień po emisji programu „Teraz
my”, przemówił w końcu premier. I nie zaskoczył. „Nazywanie takich
rokowań korupcją jest kłamstwem - mówił. - Jest hipokryzją. Ci, którzy
to robią, doskonale wiedzą, że mówią nieprawdę. Chcą doprowadzić do
kryzysu politycznego. Chcą przywrócić w Polsce władzę układów. Władzę
tych, którzy tworzyli kiedyś grupy trzymające władzę”. A więc znów:
niezłomny PiS naprawia Polskę, a niewidoczne dla oczy zwykłego
człowieka układy rzucają mu kłody pod nogi. Tyle tylko, że ta retoryka
- szanowny panie premierze - już nie chwyta. Nikt nie da wiary, że za
aferą taśmową stoją służby, którymi od roku rządzą i/lub likwidują je
pańscy podwładni. Co prawda przeprosiny w końcu padły z ust Jarosława
Kaczyńskiego, ale było już dawno po obiedzie.
Jaki morał płynie z postępowania pisowskich elit? Jeszcze kilka dni
temu politycy PiS mogli patrzeć na swych politycznych przeciwników z
góry. Przekonanie o swych racjach czerpali nie z faktu, że w ręku mieli
mocne argumenty, trudne do racjonalnego podważenia, ale dlatego, że
pokazywali wszem i wobec swą moralną wyższość. Co więcej, z tego też
powodu Polacy byli gotowi wybaczyć PiS brak programu i zaniechanie
realizacji złożonych obietnic, mając zarazem przeświadczenie, że PiS to
partia ludzi uczciwych i prawych. Do zeszłego tygodnia. Bo dziś nikt
nie ma już złudzeń, że PiS to partia cynicznych moralistów.
ZGWAŁCONY JĘZYK
Było też oczywiste, że PiS - wobec zmasowanego ataku opozycji - tanio
skóry nie sprzeda. Ponadto Jarosław Kaczyński wie, że najlepszą metodą
jest atak. I mamy jego pierwszą ofiarę. Jest nią język.
Od chwili pokazania TVN-owskich taśm wylano na ich temat morze
atramentu. Wysłuchaliśmy niezliczoną liczbę komentarzy. Czy w wyniku
tych opisów i analiz obywatel ma jasność, co de facto zdarzyło się w
pokoju posłanki Renaty Beger? Raczej nie. Przeciwnie, im więcej o tzw.
taśmach prawdy się mówi i pisze, tym bardziej obraz staje się
niejednoznaczny.
Słowa przestały znaczyć to, co zazwyczaj sądziliśmy, że przez nie
rozumiemy. Gwałt na języku, którego efektem jest rozmycie obrazu
postrzeganego świata, dokonuje się za pomocą propagandy. Obóz władzy
przekonuje więc, że nie było żadnej „politycznej korupcji”, przy którym
to zwrocie upiera się opozycja, ale „rokowania” lub „negocjacje”. Nie
żyjemy w „demokratycznym państwie”, ale w - jak obwieścił premier -
„Ubekistanie”. Co więcej, władzy do końca nie sprawuje rząd, ale
„system szarych sieci” i „system układów”.
DŻUMA CZY CHOLERA
Co na to Polacy? Ci, którzy od początku nie ufali braciom Kaczyńskim, a
w ich działaniach widzieli tylko resentyment i „politykę rewanżu”,
dostali w końcu ostateczny argument, że zbudowana przez nich formacja
nie jest funta kłaków warta. Ci zaś „zwykli i prości ludzie”, do
których PiS się zwracało w kampanii wyborczej, i których rzeczywiście
udało mu się pozyskać, gdyż uwierzyli w moralną odnowę i budowę IV RP,
muszą czuć się najzwyczajniej w świece rozczarowani. Przełknąć gorzką
pigułkę muszą też ci publicyści, którzy wiązali z PIS swoje nadzieje, i
z godną podziwu wytrwałością tropili przedstawicieli „małpiego rozumu”.
Jaka może być reakcja społeczna na pierwszą, i zapewne ostatnią aferę
IV RP? Tak naprawdę okaże się to w trakcie wyborów. Możliwe są dwa
scenariusze: albo społeczeństwo powie dość, odwracając się już
definitywnie od polityki, co zechce wyrazić radykalną absencją w
przyspieszonych wyborach, których raczej nie unikniemy, albo także w
imię powiedzenia dość masowo ruszy do urn, by odsunąć PiS od władzy.
Oczywiście drugi scenariusz jest nawet optymistyczny, gdyby nie fakt,
że na polskiej scenie trudno znaleźć formację polityczną, na którą
obywatel z czystym sumieniem mógłby oddać swój głos. Mając przekonanie,
że nie wybiera między dżumą a cholerą.
Jarosław Makowski
Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” z 4 października 2006.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...