Jeszcze się ten nie narodził, co by każdemu dogodził. Marek Belka - w
końcu przedstawiciel lewicy, za jaką wciąż uchodzi SLD - walczył jak
lew o chrześcijaństwo w preambule do eurokonstytucji. Doczekał się
nawet podziękowań od papieża. Walczył też o proporcje, procenty i
zasady. Dostał absolutnie wszystko, co można było dostać. Jak słusznie
zauważa Wojciech Sadurski, stało się to ze stratą dla Europy i
sensowności konstytucji („Rz”, „Dobrze, że jest”, 22.06.2004). Polskim
politykom prawicy, którzy dziś już zdominowali, a niedługo zaleją
prawie całą scenę polityczną, wszystkiego tego jednak za mało.
Wróżąc z tych fusów, które dostały się z Polski do europarlamentu,
można podejrzewać, że już niedługo krajowy parlament zacznie
przypominać obecną rosyjską Dumę - nie będzie w nim żadnych
cywilizowanych sił politycznych. Jeśli spojrzeć na nazwiska przyszłych
eurodeputowanych, to dosłownie na palcach jednej ręki można policzyć
osoby o europejskich horyzontach, reszta dzieli się na tych, którzy
przyniosą Polsce wstyd, i na tych, którzy zaprezentują nasz kraj jako
najbardziej eurosceptyczny w Unii. Groteskowa Platforma
Znowu groteskowo zachowuje się lider szykującej się do przejęcia władzy
w Polsce Platformy Obywatelskiej Jan Rokita. Powrót polskiej delegacji
ze szczytu w Brukseli skwitował stwierdzeniem, że Cimoszewicz z Belką
„nic nie załatwili”, bo zamiast realizować polskie interesy, zalecali
się do Francji i Niemiec. Czy ktoś rozsądny uwierzy, że delegacja pod
przewodnictwem Belki, kontynuująca politykę swojego skutecznie
zaszantażowanego przez prawicę poprzednika, nie odkształciła ani o
milimetr propozycji Konwentu w stronę, jakiej domagały się partie
prawicowe? Czyż nowe ustalenia nie umożliwiają Polsce skuteczniejszego
występowania w wymarzonej przez Rokitę roli „hamulcowego integracji”?
Ale Rokita nie zwraca się do rozsądnych. On jest na wiecu. A logika
retoryki wiecowej jest prosta - krzycz i wymachuj rękoma, żeby wszyscy
cię zapamiętali. Już kampania do europarlamentu była
popisem zupełnej euroignorancji. Prawie wszystkie hasła dotyczyły
agresywnej walki o polskie interesy w Europie. Nawet SdPl Marka
Borowskiego pierwsze, co deklarowała, to ofensywną grę jej
eurodeputowanych w Unii. Politycy PiS otwarcie mówili, że nie obchodzi
ich coś takiego, jak dobro Europy. Ważny jest jedynie interes Polski i
wszystkim polskim eurodeputowanym zamierzają patrzeć na ręce, czy
działają w podobnym przeświadczeniu. PSL głównie zajmowało się
śpiewaniem: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”, tak jakby jego przywódcy,
którzy wszyscy wystartowali w eurowyborach, wprost zapowiadali swoją
klęskę wyborczą i pozostanie w domu. Donald Tusk, świeżo nawrócony na
chrześcijański konserwatyzm, z reklamówki wyborczej błogosławił swoich
kandydatów: „Niech was Bóg prowadzi”, jakby szli co najmniej na wojnę
lub krucjatę. Zniechęceni wyborcy I
trzeba przyznać, że udało się naszym Obrońcom Narodowego Interesu
skutecznie zniechęcić Polaków do Europy, skoro do urn poszli głównie ci
nastraszeni. To ONI są odpowiedzialni za to, że wraca do Polski
izolacjonizm i nacjonalizm. Że Polska może zatrzymać dalszą integrację
Europy, mówiąc „nie” w referendum konstytucyjnym i blokując co bardziej
wspólnotowe inicjatywy w Unii. Że w ten sposób Unia może się w końcu
podzielić na dwie prędkości i znajdziemy się na uboczu nowoczesnych
przemian. Jak mówi Bronisław Wildstein: „Nie będzie czego żałować”
(„Rz”, „Ideologia i egoizm”, 22.06.2004). I nie ma się co dziwić
publicyście „Rzeczpospolitej”, skoro chciałby zamienić świat, począwszy
od Europy, na wolnorynkową dżunglę, w której nie potrzeba żadnej
polityki. Szczególnie, że eurokonstytucja zdaniem Wildsteina to stek
ideologicznych haseł. Do takich publicysta „Rzeczpospolitej” zalicza
m.in. „zwalczanie wykluczenia”, „ochronę /… / zwłaszcza praw dzieci”
i zakaz dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Trudno pojąć,
dlaczego Wildstein tę część konstytucji nazywa „koncertem życzeń”,
skoro tak obawia się, że w wyniku jej przyjęcia zrównane zostaną prawa
heteroseksualistów i homoseksualistów, co będzie, oczywiście,
prawdziwym kataklizmem w Europie. Absolutnie wolny od jakiejkolwiek
ideologii, natomiast zawsze i wszędzie bliski jedynej prawdzie,
Bronisław Wildstein obawia się także zapisu o „społecznej gospodarce
rynkowej /… / ukierunkowanej na pełne zatrudnienie”. Bo - jak
twierdzi - tam, gdzie wolny rynek, tam i bezrobocie. Skoro więc,
konstytucja zobowiązuje Unię do walki z bezrobociem, oznacza to dla
Wildsteina: „projekt daleko idącego interwencjonizmu państwowego”.
Czyżby i w Polsce publicysta „Rzepy” walkę z bezrobociem uznawał za
ideologiczny etatyzm? Po wyborach na polskim eurowiecu
licytacji ciąg dalszy. Rokita zaczął go rok temu od hasła „Nicea albo
śmierć”, czym skutecznie zaszachował postkomunistyczny rząd Millera,
zmuszając go do walki o chrześcijaństwo w preambule i obronę Nicei,
jednocześnie przelicytował inne partie prawicy w rozbudzaniu
antyeuropejskiego strachu. Jarosław Kaczyński zdołał na slogan Rokity
odpowiedzieć zaledwie sloganem o „partii białej flagi” i teraz próbuje
rekontrować PO - uzależnia współpracę w rządzeniu z innymi partiami od
ich negatywnego stosunku do konstytucji. Biednej Lidze Polskich Rodzin
zostaje już „tylko” banalne wzywanie do wieszania za zdradę narodu. Dwa języki
Odejdźmy jednak na chwilę od ostatnich cyrkowych popisów polskiej klasy
politycznej i podsumujmy już ponadroczną debatę o konstytucji w Polsce.
Została ona zdominowana przez dwa języki: pragmatyczno-ekspercki i
konserwatywno-narodowy. Dla tego pierwszego charakterystyczne było
posługiwanie się argumentami racjonalno-instrumentalnymi, odwoływanie
się do niekiedy bardzo szczegółowej i specjalistycznej wiedzy. Dotyczył
on dwóch kwestii: korzyści (bądź strat) ekonomicznych, jakie poniesie
Polska po wejściu do Unii, oraz zakresu władzy, jakim państwo polskie
będzie dysponowało w ramach struktur unijnych. Cel nie podlegał tutaj
dyskusji, spierano się o dobór środków. Chodziło o zagwarantowanie
Polsce jak największej władzy, a mierzono ją zdolnością blokowania
decyzji unijnej większości. De facto starano się Polsce zagwarantować
możliwie najbardziej niezależną od reszty państw unijnych pozycję.
Oczywistym kosztem była tu efektywność i przejrzystość unijnego systemu
decyzyjnego, a także stopień integracji, z którym się w ogóle nie
liczono. Dyskurs narodowo-konserwatywny używał
kolektywnego określenia „naród”, któremu podobnie jak „suwerenności”
przypisywano samoistną wartość. Odwoływał się też do „tożsamości
zbiorowej” traktowanej homogenicznie, tradycji, wspólnej wiary.
Explicite odwoływał się do koncepcji „interesu narodowego” oraz do
narodowego egoizmu, jako naturalnego i niezmiennego źródła motywacji
politycznych. Celem podstawowym była już wprost formułowana możliwie
pełna niezależność od Unii w sensie zarówno politycznym, jak i
kulturowym. Dyskursy pragmatyczno-ekspercki i
narodowo-konserwatywny nie zawsze występowały oddzielnie, często
mieszały się ze sobą. Dla wzmocnienia racji merytorycznych popierano je
emocjonalną retoryką narodową. Dla wzmocnienia siły perswazji języka
narodowego dodawano argumenty eksperckie i racjonalne. Najczęściej
pojawiało się takie połączenie obu języków, że w kwestiach
ekonomiczno-politycznych obowiązywał chłodny pragmatyzm, zaś w sprawach
„ducha” - dyskurs katolicko-narodowy. Toczone za ich pomocą spory miały
wspólne, nacjonalistyczne zaplecze aksjologiczne i w istocie były
sporami między zmodernizowanym współczesnym nacjonalizmem a
nacjonalizmem tradycyjnym. Języki te wyznaczają
podstawowe uniwersum, w ramach którego toczyła się debata wokół
integracji europejskiej. Przy tym rozmaite podmioty polityczne
usiłowały przy okazji zrealizować cele wewnątrzpolityczne. Cztery wizje Europy
W trakcie debaty o konstytucji pojawiły się zasadniczo cztery wizje
Europy. Zacznijmy od Europy ojczyzn. Wizję tę łączono z afirmacją
tożsamości tradycyjnej i suwerenności narodowej. Podstawową jednostką
jest tu tradycyjnie rozumiany naród tożsamy z państwem. Integrację
europejską traktuje się jako zewnętrzną konieczność. Jest
nieinteresująca w sensie projektu pozytywnego. Ważne jest, jak się
przed nią bronić. Unia Europejska atrakcyjna jest wyłącznie
ekonomicznie. Kulturowe wpływy są postrzegane jako niebezpieczne.
Druga wizja, to wizja głoszona przez polski Kościół katolicki i partie,
które bezpośrednio odwołują się do związków z katolicyzmem. Jest to
projekt Europy chrześcijańskiej. Uniwersalistyczny w religijnych
założeniach Kościół wcale nie zamierzał sprzyjać budowie ponadnarodowej
wspólnoty, choć gotów był uznać, że ponad tożsamościami narodowymi może
istnieć tożsamość większej wspólnoty. Musi być to jednak tożsamość
homogeniczna, nieakceptująca inności i różnorodności. Pojawiły się
także wątki „mesjanistyczne” - misją Polski jest nowa ewangelizacja
Europy. Europa ma się upodobnić do Polski i to w ten sposób możliwe
stanie się istnienie Polski w ramach większej całości.
Kolejna obecna w polskiej debacie publicznej wizja to „Europa
solidarna”. W odróżnieniu od poprzednich, ta jest najbardziej niejasna,
mglista, popadająca w sprzeczności, ale za to (a może przez to)
najbardziej popularna, bo najlepiej pozwalająca wykorzystywać sprawy
europejskie do rozgrywek wewnętrznych. Skonstruowana na podwójnych
standardach: od Unii oczekuje solidarności w postaci większej pomocy
finansowej dla Polski, odmawia jej jednak solidarności politycznej
wyrażonej bądź to w stworzeniu wspólnej polityki zagranicznej, bądź w
zgodzie na projekt konstytucji popierany przez zdecydowaną większość
państw Unii. Zwolennicy „Europy solidarnej” odniesienie do
chrześcijaństwa w preambule popierali oportunistycznie. Chodziło o
zgodę z Kościołem, a jednocześnie uniknięcie deklaracji
katolicko-narodowych - dlatego powszechnie używano bezsensownego w
stosunku do preambuły argumentu o prawdzie historycznej, a nie prawdzie
wiary. W tej wizji jednak również brakuje miejsca na pogłębioną
refleksję nad przemianami tożsamości. Brak było pomysłu na połączenie
interesu narodowego z europejskim. W pewnym momencie
pojawił się także czwarty pomysł na Europę, na razie ciągle w Polsce
marginalny. Traktowano w nim Europę jako samoistną wartość. Wypowiadano
się za polityczną federacją. Tożsamość postrzegano wielowymiarowo.
Różnorodność w obrębie Unii postrzegano jako cnotę uczynioną z tego, co
było dotąd koszmarem Europy. Opowiadano się za jednym, choć
różnorodnym, organizmem politycznym. Wizja ta, jako jedyna, nie miała
żadnego wzmocnienia instytucjonalnego i politycznego, a mimo to dość
skutecznie wpłynęła na kształt dyskursu politycznego, przynajmniej do
czasu nowej gorączki związanej z eurowyborami. Wyrażona bowiem w
„Liście otwartym do europejskiej opinii publicznej” spowodowała, że na
chwilę przynajmniej porzucono dyskusję o procentach, kwotach i
liczbach, a przeciwnicy Europy głębiej zintegrowanej, skonfrontowani z
programem zawartym w „Liście”, poczuli się zmuszeni do sprecyzowania
swoich pomysłów na miejsce Polski w Europie. (Wtedy to na przykład
Piotr Wierzbicki napisał wprost, że priorytetem i wartością najwyższą
jest pełna suwerenność narodowa, a Jarosław Kaczyński w słynnym tekście
„Nie słuchajcie partii białej flagi” mówił o tym, że zasada egoizmu
narodowego jest wieczna i tak Polska zachowywać się będzie w Unii).
Wzmocnienie i udemokratycznienie instytucji unijnych, większa liczba
polityki wspólnotowej (z zagraniczną i obronną), stworzenie instytucji
prezydenta Unii, a także unijnego rządu, to wszystko jeszcze niestety
daleko przed nami. Mimo to konstytucję w wynegocjowanym kształcie
należy przyjąć, bo sprzyja ona dalszej integracji, a Polsce powinno na
tym zależeć, bo to ona jest tu słabszym partnerem, i możliwość wejścia
w lepsze i bardziej zwarte struktury polityczne, ekonomiczne i obronne
po prostu nam się opłaca geopolitycznie i ekonomicznie. Potraktujmy
zatem ten traktat jako pierwszy krok w kierunku ściślejszej integracji,
wykonany w atmosferze ogromnej podejrzliwości ze wszystkich stron. A o
tych, którzy sprzeciwiają się poparciu traktatu (LPR, PiS, PSL), lub
którzy kunktatorsko się wahają (PO), trzeba jasno powiedzieć, że
handlują naszym dobrem i przyszłością w imię walki o podsycaną
nacjonalistycznymi obawami popularność w wyborczych sondażach. Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” z 25 czerwca 2004.
Na podobny temat
|
Może nie stereotyp matki polki ale st...
Jakiś problem z czytaniem ze zrozumie...