Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
ONI: Obrońcy Narodowego Interesu Drukuj
Sławomir Sierakowski   
Jeszcze się ten nie narodził, co by każdemu dogodził. Marek Belka - w końcu przedstawiciel lewicy, za jaką wciąż uchodzi SLD - walczył jak lew o chrześcijaństwo w preambule do eurokonstytucji. Doczekał się nawet podziękowań od papieża. Walczył też o proporcje, procenty i zasady. Dostał absolutnie wszystko, co można było dostać. Jak słusznie zauważa Wojciech Sadurski, stało się to ze stratą dla Europy i sensowności konstytucji („Rz”, „Dobrze, że jest”, 22.06.2004). Polskim politykom prawicy, którzy dziś już zdominowali, a niedługo zaleją prawie całą scenę polityczną, wszystkiego tego jednak za mało.


Wróżąc z tych fusów, które dostały się z Polski do europarlamentu, można podejrzewać, że już niedługo krajowy parlament zacznie przypominać obecną rosyjską Dumę - nie będzie w nim żadnych cywilizowanych sił politycznych. Jeśli spojrzeć na nazwiska przyszłych eurodeputowanych, to dosłownie na palcach jednej ręki można policzyć osoby o europejskich horyzontach, reszta dzieli się na tych, którzy przyniosą Polsce wstyd, i na tych, którzy zaprezentują nasz kraj jako najbardziej eurosceptyczny w Unii.


Groteskowa Platforma


Znowu groteskowo zachowuje się lider szykującej się do przejęcia władzy w Polsce Platformy Obywatelskiej Jan Rokita. Powrót polskiej delegacji ze szczytu w Brukseli skwitował stwierdzeniem, że Cimoszewicz z Belką „nic nie załatwili”, bo zamiast realizować polskie interesy, zalecali się do Francji i Niemiec. Czy ktoś rozsądny uwierzy, że delegacja pod przewodnictwem Belki, kontynuująca politykę swojego skutecznie zaszantażowanego przez prawicę poprzednika, nie odkształciła ani o milimetr propozycji Konwentu w stronę, jakiej domagały się partie prawicowe? Czyż nowe ustalenia nie umożliwiają Polsce skuteczniejszego występowania w wymarzonej przez Rokitę roli „hamulcowego integracji”?


Ale Rokita nie zwraca się do rozsądnych. On jest na wiecu. A logika retoryki wiecowej jest prosta - krzycz i wymachuj rękoma, żeby wszyscy cię zapamiętali.


Już kampania do europarlamentu była popisem zupełnej euroignorancji. Prawie wszystkie hasła dotyczyły agresywnej walki o polskie interesy w Europie. Nawet SdPl Marka Borowskiego pierwsze, co deklarowała, to ofensywną grę jej eurodeputowanych w Unii. Politycy PiS otwarcie mówili, że nie obchodzi ich coś takiego, jak dobro Europy. Ważny jest jedynie interes Polski i wszystkim polskim eurodeputowanym zamierzają patrzeć na ręce, czy działają w podobnym przeświadczeniu. PSL głównie zajmowało się śpiewaniem: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”, tak jakby jego przywódcy, którzy wszyscy wystartowali w eurowyborach, wprost zapowiadali swoją klęskę wyborczą i pozostanie w domu. Donald Tusk, świeżo nawrócony na chrześcijański konserwatyzm, z reklamówki wyborczej błogosławił swoich kandydatów: „Niech was Bóg prowadzi”, jakby szli co najmniej na wojnę lub krucjatę.


Zniechęceni wyborcy


I trzeba przyznać, że udało się naszym Obrońcom Narodowego Interesu skutecznie zniechęcić Polaków do Europy, skoro do urn poszli głównie ci nastraszeni. To ONI są odpowiedzialni za to, że wraca do Polski izolacjonizm i nacjonalizm. Że Polska może zatrzymać dalszą integrację Europy, mówiąc „nie” w referendum konstytucyjnym i blokując co bardziej wspólnotowe inicjatywy w Unii. Że w ten sposób Unia może się w końcu podzielić na dwie prędkości i znajdziemy się na uboczu nowoczesnych przemian. Jak mówi Bronisław Wildstein: „Nie będzie czego żałować” („Rz”, „Ideologia i egoizm”, 22.06.2004). I nie ma się co dziwić publicyście „Rzeczpospolitej”, skoro chciałby zamienić świat, począwszy od Europy, na wolnorynkową dżunglę, w której nie potrzeba żadnej polityki. Szczególnie, że eurokonstytucja zdaniem Wildsteina to stek ideologicznych haseł. Do takich publicysta „Rzeczpospolitej” zalicza m.in. „zwalczanie wykluczenia”, „ochronę /… / zwłaszcza praw dzieci” i zakaz dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Trudno pojąć, dlaczego Wildstein tę część konstytucji nazywa „koncertem życzeń”, skoro tak obawia się, że w wyniku jej przyjęcia zrównane zostaną prawa heteroseksualistów i homoseksualistów, co będzie, oczywiście, prawdziwym kataklizmem w Europie. Absolutnie wolny od jakiejkolwiek ideologii, natomiast zawsze i wszędzie bliski jedynej prawdzie, Bronisław Wildstein obawia się także zapisu o „społecznej gospodarce rynkowej /… / ukierunkowanej na pełne zatrudnienie”. Bo - jak twierdzi - tam, gdzie wolny rynek, tam i bezrobocie. Skoro więc, konstytucja zobowiązuje Unię do walki z bezrobociem, oznacza to dla Wildsteina: „projekt daleko idącego interwencjonizmu państwowego”. Czyżby i w Polsce publicysta „Rzepy” walkę z bezrobociem uznawał za ideologiczny etatyzm?


Po wyborach na polskim eurowiecu licytacji ciąg dalszy. Rokita zaczął go rok temu od hasła „Nicea albo śmierć”, czym skutecznie zaszachował postkomunistyczny rząd Millera, zmuszając go do walki o chrześcijaństwo w preambule i obronę Nicei, jednocześnie przelicytował inne partie prawicy w rozbudzaniu antyeuropejskiego strachu. Jarosław Kaczyński zdołał na slogan Rokity odpowiedzieć zaledwie sloganem o „partii białej flagi” i teraz próbuje rekontrować PO - uzależnia współpracę w rządzeniu z innymi partiami od ich negatywnego stosunku do konstytucji. Biednej Lidze Polskich Rodzin zostaje już „tylko” banalne wzywanie do wieszania za zdradę narodu.


Dwa języki


Odejdźmy jednak na chwilę od ostatnich cyrkowych popisów polskiej klasy politycznej i podsumujmy już ponadroczną debatę o konstytucji w Polsce. Została ona zdominowana przez dwa języki: pragmatyczno-ekspercki i konserwatywno-narodowy. Dla tego pierwszego charakterystyczne było posługiwanie się argumentami racjonalno-instrumentalnymi, odwoływanie się do niekiedy bardzo szczegółowej i specjalistycznej wiedzy. Dotyczył on dwóch kwestii: korzyści (bądź strat) ekonomicznych, jakie poniesie Polska po wejściu do Unii, oraz zakresu władzy, jakim państwo polskie będzie dysponowało w ramach struktur unijnych. Cel nie podlegał tutaj dyskusji, spierano się o dobór środków. Chodziło o zagwarantowanie Polsce jak największej władzy, a mierzono ją zdolnością blokowania decyzji unijnej większości. De facto starano się Polsce zagwarantować możliwie najbardziej niezależną od reszty państw unijnych pozycję. Oczywistym kosztem była tu efektywność i przejrzystość unijnego systemu decyzyjnego, a także stopień integracji, z którym się w ogóle nie liczono.


Dyskurs narodowo-konserwatywny używał kolektywnego określenia „naród”, któremu podobnie jak „suwerenności” przypisywano samoistną wartość. Odwoływał się też do „tożsamości zbiorowej” traktowanej homogenicznie, tradycji, wspólnej wiary. Explicite odwoływał się do koncepcji „interesu narodowego” oraz do narodowego egoizmu, jako naturalnego i niezmiennego źródła motywacji politycznych. Celem podstawowym była już wprost formułowana możliwie pełna niezależność od Unii w sensie zarówno politycznym, jak i kulturowym.


Dyskursy pragmatyczno-ekspercki i narodowo-konserwatywny nie zawsze występowały oddzielnie, często mieszały się ze sobą. Dla wzmocnienia racji merytorycznych popierano je emocjonalną retoryką narodową. Dla wzmocnienia siły perswazji języka narodowego dodawano argumenty eksperckie i racjonalne. Najczęściej pojawiało się takie połączenie obu języków, że w kwestiach ekonomiczno-politycznych obowiązywał chłodny pragmatyzm, zaś w sprawach „ducha” - dyskurs katolicko-narodowy. Toczone za ich pomocą spory miały wspólne, nacjonalistyczne zaplecze aksjologiczne i w istocie były sporami między zmodernizowanym współczesnym nacjonalizmem a nacjonalizmem tradycyjnym.


Języki te wyznaczają podstawowe uniwersum, w ramach którego toczyła się debata wokół integracji europejskiej. Przy tym rozmaite podmioty polityczne usiłowały przy okazji zrealizować cele wewnątrzpolityczne.


Cztery wizje Europy


W trakcie debaty o konstytucji pojawiły się zasadniczo cztery wizje Europy. Zacznijmy od Europy ojczyzn. Wizję tę łączono z afirmacją tożsamości tradycyjnej i suwerenności narodowej. Podstawową jednostką jest tu tradycyjnie rozumiany naród tożsamy z państwem. Integrację europejską traktuje się jako zewnętrzną konieczność. Jest nieinteresująca w sensie projektu pozytywnego. Ważne jest, jak się przed nią bronić. Unia Europejska atrakcyjna jest wyłącznie ekonomicznie. Kulturowe wpływy są postrzegane jako niebezpieczne.


Druga wizja, to wizja głoszona przez polski Kościół katolicki i partie, które bezpośrednio odwołują się do związków z katolicyzmem. Jest to projekt Europy chrześcijańskiej. Uniwersalistyczny w religijnych założeniach Kościół wcale nie zamierzał sprzyjać budowie ponadnarodowej wspólnoty, choć gotów był uznać, że ponad tożsamościami narodowymi może istnieć tożsamość większej wspólnoty. Musi być to jednak tożsamość homogeniczna, nieakceptująca inności i różnorodności. Pojawiły się także wątki „mesjanistyczne” - misją Polski jest nowa ewangelizacja Europy. Europa ma się upodobnić do Polski i to w ten sposób możliwe stanie się istnienie Polski w ramach większej całości.


Kolejna obecna w polskiej debacie publicznej wizja to „Europa solidarna”. W odróżnieniu od poprzednich, ta jest najbardziej niejasna, mglista, popadająca w sprzeczności, ale za to (a może przez to) najbardziej popularna, bo najlepiej pozwalająca wykorzystywać sprawy europejskie do rozgrywek wewnętrznych. Skonstruowana na podwójnych standardach: od Unii oczekuje solidarności w postaci większej pomocy finansowej dla Polski, odmawia jej jednak solidarności politycznej wyrażonej bądź to w stworzeniu wspólnej polityki zagranicznej, bądź w zgodzie na projekt konstytucji popierany przez zdecydowaną większość państw Unii. Zwolennicy „Europy solidarnej” odniesienie do chrześcijaństwa w preambule popierali oportunistycznie. Chodziło o zgodę z Kościołem, a jednocześnie uniknięcie deklaracji katolicko-narodowych - dlatego powszechnie używano bezsensownego w stosunku do preambuły argumentu o prawdzie historycznej, a nie prawdzie wiary. W tej wizji jednak również brakuje miejsca na pogłębioną refleksję nad przemianami tożsamości. Brak było pomysłu na połączenie interesu narodowego z europejskim.


W pewnym momencie pojawił się także czwarty pomysł na Europę, na razie ciągle w Polsce marginalny. Traktowano w nim Europę jako samoistną wartość. Wypowiadano się za polityczną federacją. Tożsamość postrzegano wielowymiarowo. Różnorodność w obrębie Unii postrzegano jako cnotę uczynioną z tego, co było dotąd koszmarem Europy. Opowiadano się za jednym, choć różnorodnym, organizmem politycznym. Wizja ta, jako jedyna, nie miała żadnego wzmocnienia instytucjonalnego i politycznego, a mimo to dość skutecznie wpłynęła na kształt dyskursu politycznego, przynajmniej do czasu nowej gorączki związanej z eurowyborami. Wyrażona bowiem w „Liście otwartym do europejskiej opinii publicznej” spowodowała, że na chwilę przynajmniej porzucono dyskusję o procentach, kwotach i liczbach, a przeciwnicy Europy głębiej zintegrowanej, skonfrontowani z programem zawartym w „Liście”, poczuli się zmuszeni do sprecyzowania swoich pomysłów na miejsce Polski w Europie. (Wtedy to na przykład Piotr Wierzbicki napisał wprost, że priorytetem i wartością najwyższą jest pełna suwerenność narodowa, a Jarosław Kaczyński w słynnym tekście „Nie słuchajcie partii białej flagi” mówił o tym, że zasada egoizmu narodowego jest wieczna i tak Polska zachowywać się będzie w Unii).


Wzmocnienie i udemokratycznienie instytucji unijnych, większa liczba polityki wspólnotowej (z zagraniczną i obronną), stworzenie instytucji prezydenta Unii, a także unijnego rządu, to wszystko jeszcze niestety daleko przed nami. Mimo to konstytucję w wynegocjowanym kształcie należy przyjąć, bo sprzyja ona dalszej integracji, a Polsce powinno na tym zależeć, bo to ona jest tu słabszym partnerem, i możliwość wejścia w lepsze i bardziej zwarte struktury polityczne, ekonomiczne i obronne po prostu nam się opłaca geopolitycznie i ekonomicznie. Potraktujmy zatem ten traktat jako pierwszy krok w kierunku ściślejszej integracji, wykonany w atmosferze ogromnej podejrzliwości ze wszystkich stron. A o tych, którzy sprzeciwiają się poparciu traktatu (LPR, PiS, PSL), lub którzy kunktatorsko się wahają (PO), trzeba jasno powiedzieć, że handlują naszym dobrem i przyszłością w imię walki o podsycaną nacjonalistycznymi obawami popularność w wyborczych sondażach.

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”
z 25 czerwca 2004.

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.00402 Seconds