Poważny polityk to taki, który zajmuje się sprawami poważnymi, a nie ideologicznymi. Taki na przykład jak Marek Belka, niezastąpiony premier, pożądany też przez opozycyjną Partię Demokratyczną. Swoje credo wygłosił w słynnym sejmowym wystąpieniu, gdy krzyczał do zdziwionych parlamentarzystów: „Do roboty!”. Brzmiało ono tak: „Mnie nie interesuje polityka, mnie interesuje zarządzanie i gospodarka”. Taki styl podoba się mediom i robi wrażenie na innych politykach. I wcale nie dziwi nas choćby to, że w Polsce dobry polityk powinien trzymać się z daleka od polityki. Co innego gospodarka. Gospodarka nie jest w Polsce przedmiotem rzeczywistego sporu politycznego i właściwie mogłaby zostać wyjęta spod kompetencji demokratycznych instytucji. Jest przeciwieństwem ideologii, czyli wszystkiego, co może odnosić się do wartości - chodzi w niej tylko o skuteczność, czyli wzrost. Po co i dla kogo? Jak podzielony? To już są pytania ryzykowne.
Gospodarka jest jednaW demokracji mają ścierać się rozmaite opinie, a czy można mieć różne opinie, gdy trzeba tylko dodać dwa do dwóch? Powszechnie wydaje się, że w kwestiach gospodarczych nie ma wyboru: ekonomia to rodzaj technologii, tak jak budowa mostów. Most trzeba umieć zbudować, mieć odpowiednią wiedzę i do roboty. W Polsce podobnie jest z ekonomią - jest jedna. Opór stawia tylko wredna materia. Eksperci są przecież zgodni: najniższe możliwe podatki, prywatyzacja wszystkiego, no i najważniejsze: inflacja - najlepiej zerowa. Żeby transformacja posuwała się naprzód. Inflacja jest przecież dla Polaków najistotniejsza. Nawet jeśli sami myślą, że ważniejsze jest jednak zatrudnienie. Podatki powinny być jak najniższe, a jedyne, co przeszkadza w ich redukcji, to niedoskonała ludzka natura, którą należy prostować przez powszechną edukację ekonomiczną. Ale na razie trzeba się liczyć nie z alternatywnymi poglądami - takich być nie może - ale z populistami i ich pseudoargumentami. „Im większy będzie w Polsce zakres wolności w gospodarce, w ramach jasnego i dobrze egzekwowanego prawa, tym szybciej będziemy się rozwijali. Potrzebujemy też zdecydowanego uzdrowienia finansów publicznych, czyli zmniejszania wydatków. Pozwoli to obniżać podatki i zahamować narastanie długu publicznego. Należy też ostatecznie odciąć przedsiębiorstwa od wpływów polityki poprzez prywatyzację, usunąć bariery dla przedsiębiorczości, z których największą są sztywne stosunki pracy, oraz usprawnić wymiar sprawiedliwości, który ma chronić m.in. prawo własności i sieć umów, którą jest rynek. Wówczas Polska będzie gospodarczym tygrysem i będą szybciej powstawały nowe miejsca pracy” - pisał Leszek Balcerowicz („Wprost” z 16 stycznia 2005 r.). Innej polityki gospodarczej nie ma. Możemy się o tym dowiedzieć z każdej gazety, każdy ekspert w programie informacyjnym nam to powie. To samo i tak samo. To niewyborcze zwycięstwo - podniesienie polityki gospodarczej do rangi boskich wyroków - jest lepsze dla neoliberałów niż jakakolwiek wygrana przy urnie. I tak ci, którzy powinni głosować na lewicę, gdyby taka w Polsce istniała i proponowała lewicową politykę gospodarczą opartą na zdecydowanej redystrybucji i ochronie praw pracowniczych, głosują na partie prawicowe. Skoro przez 15 lat wmawia się społeczeństwu to samo na temat ekonomii, to rodzące się wśród pokrzywdzonych w nowej Polsce frustracje przenoszą oni na imaginowane przez Giertycha, Kaczyńskiego i Rokitę zagrożenia nicejsko-pedalskie. I tylko słuszni i do bólu centrowi intelektualiści nadziwić się nie mogą, dlaczego naród tak głupio wybiera, skoro my go tak mądrej ekonomii uczymy. I tolerancji też, i dialogu. Narodowy Bank Polski jest instytucją publiczną. Organizuje wiele akcji dla młodzieży gimnazjalnej i licealnej oraz studentów. Są to konkursy na esej, gry symulacyjne, dotacje do przedsięwzięć edukacyjnych, bogaty serwis internetowy itp. Zobaczmy, czego uczy nas NBP.
Balcerowicz - nasz skarbCo roku razem z „Newsweekiem” NBP realizuje program edukacyjny „Temat: Newsweek Polska”. Na stronie internetowej banku możemy przeczytać: „Program powstał, aby pomóc młodym ludziom lepiej rozumieć otaczający ich świat (…) Przygotowane w ramach projektu scenariusze zajęć znakomicie ułatwiają realizację ścieżek edukacyjnych”. Pierwsza lekcja przygotowana dla setek szkół zaczyna się tak: „Polacy ledwo zipią w bezlitosnym uścisku socjalnej wrażliwości państwa. Jeśli rząd nie pohamuje fiskalnej żarłoczności, zgodnie z wielowiekową tradycją cały naród ucieknie do podziemia gospodarczego. Ostatni dzwonek na obniżenie podatków”. Są też wyniki konkursu pod patronatem Leszka Balcerowicza na pracę na temat: „Znaczenie mocnego, stabilnego pieniądza dla rozwoju gospodarki”. Laureatka-gimnazjalistka opisuje, jak zaczynała od zupełnej nieświadomości wagi silnej złotówki i dopiero symulacyjna gra komputerowa Ministerstwa Finansów doprowadziła ją do słusznych poglądów. W grze jako minister finansów postanowiła ulec presji populistów (cytowana jest rozmowa z Jarosławem Kalinowskim) i obniżyła kurs złotego. Doszło do nieuchronnej apokalipsy. „Jejku! Tego nawet ja się nie spodziewałem! (Minister finansów musi być oczywiście mężczyzną, więc autorka używa rodzaju męskiego) Inflacja rośnie w zastraszającym tempie (…) Złoty z każdą chwilą traci na wartości! Importerzy strajkują (…) Cała gospodarka jest w katastrofalnym stanie”. Razem z NBP w organizacji takiej edukacji uczestniczy „Gazeta Wyborcza”, a jej dziennikarz Witold Gadomski jest laureatem nagrody przyznawanej przez NBP im. Władysława Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych za upowszechnianie wiedzy o ekonomii i NBP. „Gazeta” nie widzi żadnego problemu w uprawianiu przez NBP ostentacyjnej ideologii pod pozorem edukacji publicznej. I tak rozwija się - przez pranie mózgów, wspieranie słusznych dziennikarzy i organizacji pozarządowych - polityczno-biznesowo-medialna czapa ideologiczna rozpostarta nad społeczeństwem, w którym nie ma mowy o rzeczywistej dyskusji nad kształtem polityki gospodarczej, choć większość obywateli deklaruje w sondażach prosocjalne poglądy na gospodarkę. Obywatele dokonują wyborów politycznych spośród opcji dostępnych w sferze publicznej. W sprawie ekonomii dostępna jest jedna. Max Weber, opisując rozwój kapitalizmu, pisał prawie sto lat temu o procesie racjonalizacji - odczarowaniu świata. Nie powoduje on wprawdzie wzrostu powszechnej wiedzy o warunkach, jakim podlegamy, ale uświadamia nam, że człowiek może w każdej chwili przekonać się, że to nie żadne tajemne czy pozaziemskie siły decydują o naszym życiu. Nauka wyleczyła nas z przesądów, choć - jak przyznawał Weber - na pytania praktyczne, czyli o dobro, o sens życia itp., nigdy nam nie odpowie. Jakże się pomylił! Gdy tylko nauka ucieleśniona w nowoczesnej technologii produkowania i zarządzania stała się najważniejszym czynnikiem produkcji, czyli najistotniejszym warunkiem przyrostu dóbr i sukcesu ekonomicznego, okazało się, że może także uzasadniać nasze życie. Ta sama racjonalizacja, która zdaniem Webera wyzwoliła nas z wiary w tradycyjne przesądy i umożliwiła rozwój nowoczesnego państwa, stworzyła nowe przesądy, znacznie trudniejsze do uświadomienia. Specjalistyczna wiedza uzasadnia dziś podporządkowanie ludzkiego życia pogoni za kolejnymi dobrami w świecie opanowanym przez technokratów. Nastawiona na produkcję i konsumpcję nadaje sztuczny sens naszemu życiu. Reklama, marketing, wywoływane mody, promowane w mediach style życia, edukacja nastawiona na rywalizację i indywidualny sukces oraz kształtująca etyczne hierarchie, w których o wartości życia decyduje pieniądz i kariera - wszystko to czyni z nas przedmioty obrotu handlowego, a nie podmioty demokratycznego społeczeństwa. W takiej kulturze polityka przybiera specyficznie negatywny charakter i polega wyłącznie na usuwaniu zakłóceń i unikaniu niebezpieczeństw grożących systemowi, a nie na urzeczywistnianiu praktycznych celów. Sprowadza się do rozwiązywania technicznych zagadnień. A do tego nie potrzeba publicznej dyskusji. Problem celów polityki schodzi na dalszy plan, zostają nam plebiscytowe decyzje, czy to Iksiński, czy też Igrekowski stanie na czele administracyjnej machiny. - Mnie nie interesuje polityka, mnie interesuje zarządzanie - mówi nasz premier profesor.
Wygodny świat elitTransformacja jest jeszcze niezakończona, do Polski ten opis pasuje więc jedynie częściowo. Pasuje do tych, którzy należą do beneficjentów transformacji, w tym do mediów, które - od kiedy ich główną misją przestała być informacja, a stał się zysk - raczej kreują społeczną mentalność, niż ją odzwierciedlają. Do takich instytucji jak NBP, która za pieniądze publiczne uprawia najczystszą ideologię neoliberalną jako neutralną edukację publiczną. To, że większość społeczeństwa wegetuje, że w dwóch trzecich powiatów w tym kraju nie przekroczono jeszcze poziomu życia z 1989 r., że od 1996 r. wymarzonemu wzrostowi gospodarczemu towarzyszy rosnącą liczba osób żyjących poniżej minimum socjalnego - to nie ma znaczenia. W skrajnym ubóstwie (poniżej minimum egzystencji, czyli według obecnie przyjętego poziomu za ok. 370 zł na osobę miesięcznie) żyje 12 proc. Polaków (w 2003 r. - 11 proc.). Bo o tym, co ma znaczenie, decydują ci, którym się powiodło. Oni mają media, są ekonomicznymi ekspertami, przegranych transformacji mogą obejrzeć co najwyżej w reportażach telewizyjnych - jako egzotykę prowincji albo „koszty przemian”. Wśród zamkniętych w wygodnym świecie elit polityczno-biznesowo-medialnych dominuje przekonanie, że - szybciej czy wolniej - ekonomicznie nam się poprawia, wieżowce w Warszawie rosną jak grzyby po deszczu, indeksy giełdowe pikują, codziennie powstają kolejne knajpy dla młodych, rezolutnych menedżerów, nowoczesne hipermarkety przychodzą nam z pomocą w organizacji czasu wolnego i lepszym zrozumieniu naszych potrzeb konsumpcyjnych. A tam, gdzie jeszcze tak nie jest, to kiedyś będzie. Na pewno. W końcu ludzie się nauczą (na prowincji, wiadomo, ludzie oporniejsi są i postęp idzie wolniej), że jedynym lekiem na problemy kapitalizmu jest jeszcze więcej kapitalizmu. Wystarczy tylko przestać się opierać prywatyzacji. Zamiast narzekać - więcej pracować. Pozwolić nowoczesnym szamanom obudzić w sobie demona przedsiębiorczości. Nie bójmy się, prawa ekonomii są uniwersalne. Dotyczą tak samo warszawiaka jak Warmiaka. Dziś do władzy idzie kolejna zmiana neoliberałów. Wraz z narodową prawicą, która żyje z wyprodukowanej przez nich frustracji.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 27 maja 2005.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...