Rola moralności w naszym życiu politycznym spędza sen z powiek
polityków i politycznych komentatorów. Jak refren powraca w ich
wypowiedziach lament nad niskim poziomem moralnym elit politycznych czy
też brakiem aksjologicznych podstaw III RP. Wniosek, jaki można wysnuć
z tych lamentów, brzmi: w naszej polityce ciągle zbyt mało jest
moralności. Takie też hasło niesie na swych sztandarach opisywana
szeroko w mediach rewolucja moralna.
Związek moralności z rewolucją wydaje się dość oczywisty. Ruchy
moralnej odnowy dość często odwoływały się do retoryki rewolucyjnej, a
Kant, jeden z ideologów rewolucji, która na trwałe określiła kształt
nowoczesnej Europy, próbował dowieść swoim czytelnikom, że aby być
dobrym człowiekiem w sensie ściśle moralnym, a nie zaledwie prawniczym,
należy niejako narodzić się na nowo, przeżyć coś na podobieństwo
wewnętrznej rewolucji.
Na czym miałby polegać pierwszy etap rewolucji moralnej? Jacek
Żakowski w tekście „Rewolucja zgliszcz czy nadziei” („Polityka” z 14
maja 2005) argumentuje, że Polacy nie oceniają już polityków wedle
kryterium „swoich interesów albo politycznych poglądów, ale według
kryterium uczciwości”. Twierdzenie, że oto nagle Polacy zrozumieli, iż
politycy powinni być po prostu porządnymi ludźmi, raczej omija istotę
problemu, niż go wyjaśnia.
Jeśli przyjrzeć się tej przemianie nieco bliżej i krytycznie
potraktować wygłaszane przez rewolucyjnych moralistów deklaracje
„nowego początku”, to może ona stanowić doskonałą ilustrację znanego
francuskiego powiedzenia plus ça change, plus c’est la meme chose - im
więcej się zmienia, tym bardziej wszystko zostaje po staremu.
Od solidarności do sprawiedliwości
„…udało się przeprowadzić operację etykietyzacji. Była strona
uczciwości, honoru, pracy dla Polski i była banda łobuzów i
karierowiczów bez jakichkolwiek idei, ale za to z wielkimi ambicjami, a
przede wszystkim z chciwością” - mówi w rozmowie z Cezarym Michalskim
lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński („Europa” nr 27, 6
października 2004). Wbrew pozorom Kaczyński nie opisuje sytuacji na
obecnej scenie politycznej. Jego słowa odnoszą się do wydarzeń z roku
1990, czasu pogrążonej w niesławie „wojny na górze”. Czy jednak
kategorie, za pomocą których opisuje się tu obie strony politycznego
konfliktu, nie pozostały w istocie takie same? Zastanawiająca jest przy
tym inercja dyskursu politycznego, który reprodukuje wciąż te same
podziały wewnątrz klasy politycznej.
Sięgnijmy jeszcze dekadę wcześniej. Jak zauważyła na początku
lat dziewięćdziesiątych Jadwiga Staniszkis („Ciągłość i zmiana”,
„Kultura i Społeczeństwo” 1992, nr 1), już w okresie karnawału
„Solidarności” podstawowym doświadczeniem poznawczym w polskim
społeczeństwie stało się doświadczenie moralne pozwalające ujrzeć
rzeczywistość społeczną jako walkę dobra ze złem. Dlaczego w Sierpniu
1980 roku zastosowano ten „moralny wytrych”? Staniszkis wskazała na
brak narzędzi, które umożliwiłyby postrzeganie własnej pozycji na
przykład w kategoriach interesów ekonomicznych.
Operacja etykietyzacji opisana przez Jarosława Kaczyńskiego w
odniesieniu do „wojny na górze” była dokładnym powtórzeniem „skrótu
poznawczego”, który zadziałał w 1980 roku. Bracia Kaczyńscy wyciągnęli
z tego powtórzenia lekcję i po paru latach zaprezentowali jego własną
wersję, tworząc partię Prawo i Sprawiedliwość. Już sama nazwa tego
ugrupowania jest próbą powtórzenia symbolicznego efektu połączenia
rozmaitych, często sprzecznych interesów pod jedną egidą. Pojęcie
„Solidarność” znaczyło różne rzeczy dla istniejących w niej nurtów
ideowo-politycznych, lecz trudno było kwestionować samą ideę i
konieczność bycia „solidarnym”, by dać odpór partyjnej władzy. Podobnie
jest z pojęciem „sprawiedliwość” - bogactwo jego potencjalnych znaczeń
jest wręcz nieprzebrane. Co innego znaczy np. „sprawiedliwość
społeczna” dla zwolennika społecznej nauki Kościoła, czym innym będzie
ona dla liberała bądź socjaldemokraty. Któż jednak by chciał, żeby
przyległa do niego etykietka „niesprawiedliwego”?
Prawo i sprawiedliwość
Na początku lat dziewięćdziesiątych „moralizm polityczny” poniósł
fiasko. Obecnie pod postacią „dyskursu o IV RP” stanowi główny nurt
refleksji w polskiej polityce.
Wyobraźmy sobie, że lider partii, która w centrum swojego
programu stawia ideę praworządności, narusza przepis prawny, a
następnie interwencję organu państwowego wskazującego na owo naruszenie
nazywa „działaniem pozaprawnym i politycznym”.
A przecież tak zareagował Jarosław Kaczyński na zablokowanie
przez KRRiT emisji spotów telewizyjnych reklamujących kandydaturę Lecha
Kaczyńskiego na prezydenta RP. Komentatorzy na ogół zarzucali
Kaczyńskiemu manipulację pojęciem „praworządności” i instrumentalne
traktowanie prawa w ogniu politycznej walki. To jednak zarzut
nietrafiony: rozumienie prawa przez liderów PiS cechuje się niesłychaną
wręcz konsekwencją.
Po pierwsze, w sporze między Kaczyńskim a jego krytykami mamy
do czynienia z nieporozumieniem. Prawo występuje w nim w dwojakim
charakterze - jako prawo stanowione (w zapisach ustawy o finansowaniu
kampanii wyborczych) i jako prawo moralne. Dla zwolenników prawa
moralnego o winie nie stanowi niezgodność z obowiązującymi przepisami
prawnymi, ale obecność zła.
Po drugie, znamienne jest znaczenie, w jakim Kaczyński użył
pojęcia „polityczność”. Rozumienie polityczności jako ciemnej i
podstępnej gry, która odbywa się za kulisami życia publicznego, też
wywodzi się z dyskursu pierwszej „Solidarności”. Polityka - dziedzina
intryg, fałszu i partykularnych interesów - nie była solidarnym
potrzebna. Działacze mieli być przecież „ludźmi do pracy, a nie do
politykowania” (S. Kowalski, „Krytyka solidarnościowego rozumu”, s. 135-136).
W opisanym przez Kaczyńskiego procesie etykietyzacji zamiast
dzielić polityków według kryterium politycznego, dzieli się ich na
podstawie kryterium moralnego, na „dobrych” i „złych”.
Moralność funkcjonuje zatem na dwóch poziomach. Na poziomie
treści wnoszonych do publicznej debaty (rola wyznawanych wartości w
polityce, uczciwość itp.) oraz jako mechanizm tworzący dychotomiczne
podziały wewnątrz przestrzeni politycznej.
Pretekst do wprawienia moralnej machiny w ruch (czyli
uruchomienia tego, co Kaczyński nazywa „procesem etykietyzacji”)
oczywiście się zmieniał. W zależności od tego, któremu etapowi walki
politycznej będziemy chcieli się przyjrzeć, mogło być nim poparcie dla
idei mocnej pozycji prezydenta w polskim systemie politycznym, stosunek
do dekomunizacji czy programu Balcerowicza, integracja europejska.
Zmieniała się również obsada, nierzadko można było z roli „łobuza” przejść na stronę „honoru, uczciwości i pracy” i odwrotnie.
Istotne jest, że sam moralny mechanizm rządzący reprodukcją
podziałów wewnątrz polskiego pola politycznego w jakiś przedziwny
sposób pozostawał nietknięty. To ten właśnie mechanizm odpowiedzialny
jest za irytujący brak publicznej debaty na temat podstawowych
problemów związanych z polską transformacją. Związek moralności z
polityką nie wychodzi bowiem na dobre ani moralności, ani polityce.
Obsceniczny rewers moralności
Trudno prowadzić polityczną debatę z „bandą łobuzów i karierowiczów
bez jakichkolwiek idei, ale za to z wielkimi ambicjami, a przede
wszystkim z chciwością”. Nie chodzi tylko o to, że zastosowanie
moralnego kryterium podziału w przestrzeni politycznej oznacza de facto
wykluczenie z publicznej debaty części potencjalnych uczestników.
Świetną ilustracją tego była pamiętna dyskusja w redakcji „Znaku”
poświęcona zagmatwanym relacjom między światem polskiej polityki a
moralnością („Polska polityka i (nie)moralność”, „Znak” 1998 nr 6). W
pewnym momencie przerodziła się ona w debatę o tym, dlaczego z grona
dyskutantów wyłączono osoby związane z SLD.
Chodzi też o to, co robi się z tymi, którzy z owej „moralnej
większości” zostali wykluczeni. Tym, co podtrzymuje wrażenie wspólnoty
wśród „moralnej większości”, nie są bowiem skodyfikowane zasady
moralnego postępowania, ale raczej pewne niepisane reguły stosowane
wobec tych, którzy poza ową „moralną większość” wypadli. Najbardziej
dobitnym przykładem obszarów funkcjonowania takich niepisanych reguł są
instytucje najmocniej poddane rygorom ścisłych regulaminów, jak wojsko
lub więzienie, a znęcanie się współwięźniów nad niektórymi skazanymi
jest społecznie aprobowane jako rodzaj „kary dodatkowej” do wyroku
orzeczonego przez sąd wobec sprawców czynów szczególnie nagannych w
społecznym odbiorze.
Z zażenowaniem można było obserwować w mediach ekscytację
zbliżającym się terminem uwięzienia Lwa Rywina. Gazety, radio i
telewizja informowały nas szczegółowo o tym, jak rzadko będzie mógł
korzystać z kąpieli, że trafi do przeludnionej celi ze zwykłymi
przestępcami. Kamery starały się uchwycić jego twarz tuż przed wejściem
do zakładu karnego, by odnaleźć na niej grymas strachu.
Inny przykład: wezwanie przed komisję śledczą ds. Orlenu
Aleksandra Kwaśniewskiego. Gdy po jego odmowie posłowie zaczęli wzywać
w jego miejsce Jolantę Kwaśniewską, stało się jasne, że komisja nie
chce się niczego od Kwaśniewskiego dowiedzieć. Chodzi tylko o to, by
poniżyć prezydenta. To właśnie ta z trudem skrywana satysfakcja
odnoszona z poniżenia moralnie wykluczonego przeciwnika jest
obscenicznym rewersem otwarcie głoszonej moralności.
Moralista i pragmatyk w jednym stali domu…
Rewolucja moralna stara się przedstawić wyborcom jako jedyna
sensowna alternatywa wobec spektakularnego upadku postkomunistycznego
układu władzy. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to
alternatywa pozorna. Moralista od początku III RP był nieodłącznym
towarzyszem pragmatycznego eksperta. Raz górą był jeden, raz drugi, ale
obaj w podobny sposób nie lubili dyskutować o fundamentalnych
kwestiach, a z politycznymi przeciwnikami radzili sobie w sposób nie do
końca zgodny z głoszonymi otwarcie hasłami. Na szczęście, jak wskazują
przewidywane wskaźniki wyborczej frekwencji, coraz mniej Polaków żywi
chęć uczestniczenia w ich rytualnych przepychankach, które tym razem
przyjęły paradoksalną formę rewolucji, która niczego nie
rewolucjonizuje.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 6 czerwca 2005.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...