Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Moralność zamiast polityki Drukuj
Julian Kutyła   
19.06.2005

Rola moralności w naszym życiu politycznym spędza sen z powiek polityków i politycznych komentatorów. Jak refren powraca w ich wypowiedziach lament nad niskim poziomem moralnym elit politycznych czy też brakiem aksjologicznych podstaw III RP. Wniosek, jaki można wysnuć z tych lamentów, brzmi: w naszej polityce ciągle zbyt mało jest moralności. Takie też hasło niesie na swych sztandarach opisywana szeroko w mediach rewolucja moralna.

Związek moralności z rewolucją wydaje się dość oczywisty. Ruchy moralnej odnowy dość często odwoływały się do retoryki rewolucyjnej, a Kant, jeden z ideologów rewolucji, która na trwałe określiła kształt nowoczesnej Europy, próbował dowieść swoim czytelnikom, że aby być dobrym człowiekiem w sensie ściśle moralnym, a nie zaledwie prawniczym, należy niejako narodzić się na nowo, przeżyć coś na podobieństwo wewnętrznej rewolucji.

Na czym miałby polegać pierwszy etap rewolucji moralnej? Jacek Żakowski w tekście „Rewolucja zgliszcz czy nadziei” („Polityka” z 14 maja 2005) argumentuje, że Polacy nie oceniają już polityków wedle kryterium „swoich interesów albo politycznych poglądów, ale według kryterium uczciwości”. Twierdzenie, że oto nagle Polacy zrozumieli, iż politycy powinni być po prostu porządnymi ludźmi, raczej omija istotę problemu, niż go wyjaśnia.

Jeśli przyjrzeć się tej przemianie nieco bliżej i krytycznie potraktować wygłaszane przez rewolucyjnych moralistów deklaracje „nowego początku”, to może ona stanowić doskonałą ilustrację znanego francuskiego powiedzenia plus ça change, plus c’est la meme chose - im więcej się zmienia, tym bardziej wszystko zostaje po staremu.

Od solidarności do sprawiedliwości

„…udało się przeprowadzić operację etykietyzacji. Była strona uczciwości, honoru, pracy dla Polski i była banda łobuzów i karierowiczów bez jakichkolwiek idei, ale za to z wielkimi ambicjami, a przede wszystkim z chciwością” - mówi w rozmowie z Cezarym Michalskim lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński („Europa” nr 27, 6 października 2004). Wbrew pozorom Kaczyński nie opisuje sytuacji na obecnej scenie politycznej. Jego słowa odnoszą się do wydarzeń z roku 1990, czasu pogrążonej w niesławie „wojny na górze”. Czy jednak kategorie, za pomocą których opisuje się tu obie strony politycznego konfliktu, nie pozostały w istocie takie same? Zastanawiająca jest przy tym inercja dyskursu politycznego, który reprodukuje wciąż te same podziały wewnątrz klasy politycznej.

Sięgnijmy jeszcze dekadę wcześniej. Jak zauważyła na początku lat dziewięćdziesiątych Jadwiga Staniszkis („Ciągłość i zmiana”, „Kultura i Społeczeństwo” 1992, nr 1), już w okresie karnawału „Solidarności” podstawowym doświadczeniem poznawczym w polskim społeczeństwie stało się doświadczenie moralne pozwalające ujrzeć rzeczywistość społeczną jako walkę dobra ze złem. Dlaczego w Sierpniu 1980 roku zastosowano ten „moralny wytrych”? Staniszkis wskazała na brak narzędzi, które umożliwiłyby postrzeganie własnej pozycji na przykład w kategoriach interesów ekonomicznych.

Operacja etykietyzacji opisana przez Jarosława Kaczyńskiego w odniesieniu do „wojny na górze” była dokładnym powtórzeniem „skrótu poznawczego”, który zadziałał w 1980 roku. Bracia Kaczyńscy wyciągnęli z tego powtórzenia lekcję i po paru latach zaprezentowali jego własną wersję, tworząc partię Prawo i Sprawiedliwość. Już sama nazwa tego ugrupowania jest próbą powtórzenia symbolicznego efektu połączenia rozmaitych, często sprzecznych interesów pod jedną egidą. Pojęcie „Solidarność” znaczyło różne rzeczy dla istniejących w niej nurtów ideowo-politycznych, lecz trudno było kwestionować samą ideę i konieczność bycia „solidarnym”, by dać odpór partyjnej władzy. Podobnie jest z pojęciem „sprawiedliwość” - bogactwo jego potencjalnych znaczeń jest wręcz nieprzebrane. Co innego znaczy np. „sprawiedliwość społeczna” dla zwolennika społecznej nauki Kościoła, czym innym będzie ona dla liberała bądź socjaldemokraty. Któż jednak by chciał, żeby przyległa do niego etykietka „niesprawiedliwego”?

Prawo i sprawiedliwość

Na początku lat dziewięćdziesiątych „moralizm polityczny” poniósł fiasko. Obecnie pod postacią „dyskursu o IV RP” stanowi główny nurt refleksji w polskiej polityce.

Wyobraźmy sobie, że lider partii, która w centrum swojego programu stawia ideę praworządności, narusza przepis prawny, a następnie interwencję organu państwowego wskazującego na owo naruszenie nazywa „działaniem pozaprawnym i politycznym”.

A przecież tak zareagował Jarosław Kaczyński na zablokowanie przez KRRiT emisji spotów telewizyjnych reklamujących kandydaturę Lecha Kaczyńskiego na prezydenta RP. Komentatorzy na ogół zarzucali Kaczyńskiemu manipulację pojęciem „praworządności” i instrumentalne traktowanie prawa w ogniu politycznej walki. To jednak zarzut nietrafiony: rozumienie prawa przez liderów PiS cechuje się niesłychaną wręcz konsekwencją.

Po pierwsze, w sporze między Kaczyńskim a jego krytykami mamy do czynienia z nieporozumieniem. Prawo występuje w nim w dwojakim charakterze - jako prawo stanowione (w zapisach ustawy o finansowaniu kampanii wyborczych) i jako prawo moralne. Dla zwolenników prawa moralnego o winie nie stanowi niezgodność z obowiązującymi przepisami prawnymi, ale obecność zła.

Po drugie, znamienne jest znaczenie, w jakim Kaczyński użył pojęcia „polityczność”. Rozumienie polityczności jako ciemnej i podstępnej gry, która odbywa się za kulisami życia publicznego, też wywodzi się z dyskursu pierwszej „Solidarności”. Polityka - dziedzina intryg, fałszu i partykularnych interesów - nie była solidarnym potrzebna. Działacze mieli być przecież „ludźmi do pracy, a nie do politykowania” (S. Kowalski, „Krytyka solidarnościowego rozumu”, s. 135-136).

W opisanym przez Kaczyńskiego procesie etykietyzacji zamiast dzielić polityków według kryterium politycznego, dzieli się ich na podstawie kryterium moralnego, na „dobrych” i „złych”.

Moralność funkcjonuje zatem na dwóch poziomach. Na poziomie treści wnoszonych do publicznej debaty (rola wyznawanych wartości w polityce, uczciwość itp.) oraz jako mechanizm tworzący dychotomiczne podziały wewnątrz przestrzeni politycznej.

Pretekst do wprawienia moralnej machiny w ruch (czyli uruchomienia tego, co Kaczyński nazywa „procesem etykietyzacji”) oczywiście się zmieniał. W zależności od tego, któremu etapowi walki politycznej będziemy chcieli się przyjrzeć, mogło być nim poparcie dla idei mocnej pozycji prezydenta w polskim systemie politycznym, stosunek do dekomunizacji czy programu Balcerowicza, integracja europejska.

Zmieniała się również obsada, nierzadko można było z roli „łobuza” przejść na stronę „honoru, uczciwości i pracy” i odwrotnie.

Istotne jest, że sam moralny mechanizm rządzący reprodukcją podziałów wewnątrz polskiego pola politycznego w jakiś przedziwny sposób pozostawał nietknięty. To ten właśnie mechanizm odpowiedzialny jest za irytujący brak publicznej debaty na temat podstawowych problemów związanych z polską transformacją. Związek moralności z polityką nie wychodzi bowiem na dobre ani moralności, ani polityce.

Obsceniczny rewers moralności

Trudno prowadzić polityczną debatę z „bandą łobuzów i karierowiczów bez jakichkolwiek idei, ale za to z wielkimi ambicjami, a przede wszystkim z chciwością”. Nie chodzi tylko o to, że zastosowanie moralnego kryterium podziału w przestrzeni politycznej oznacza de facto wykluczenie z publicznej debaty części potencjalnych uczestników. Świetną ilustracją tego była pamiętna dyskusja w redakcji „Znaku” poświęcona zagmatwanym relacjom między światem polskiej polityki a moralnością („Polska polityka i (nie)moralność”, „Znak” 1998 nr 6). W pewnym momencie przerodziła się ona w debatę o tym, dlaczego z grona dyskutantów wyłączono osoby związane z SLD.

Chodzi też o to, co robi się z tymi, którzy z owej „moralnej większości” zostali wykluczeni. Tym, co podtrzymuje wrażenie wspólnoty wśród „moralnej większości”, nie są bowiem skodyfikowane zasady moralnego postępowania, ale raczej pewne niepisane reguły stosowane wobec tych, którzy poza ową „moralną większość” wypadli. Najbardziej dobitnym przykładem obszarów funkcjonowania takich niepisanych reguł są instytucje najmocniej poddane rygorom ścisłych regulaminów, jak wojsko lub więzienie, a znęcanie się współwięźniów nad niektórymi skazanymi jest społecznie aprobowane jako rodzaj „kary dodatkowej” do wyroku orzeczonego przez sąd wobec sprawców czynów szczególnie nagannych w społecznym odbiorze.

Z zażenowaniem można było obserwować w mediach ekscytację zbliżającym się terminem uwięzienia Lwa Rywina. Gazety, radio i telewizja informowały nas szczegółowo o tym, jak rzadko będzie mógł korzystać z kąpieli, że trafi do przeludnionej celi ze zwykłymi przestępcami. Kamery starały się uchwycić jego twarz tuż przed wejściem do zakładu karnego, by odnaleźć na niej grymas strachu.

Inny przykład: wezwanie przed komisję śledczą ds. Orlenu Aleksandra Kwaśniewskiego. Gdy po jego odmowie posłowie zaczęli wzywać w jego miejsce Jolantę Kwaśniewską, stało się jasne, że komisja nie chce się niczego od Kwaśniewskiego dowiedzieć. Chodzi tylko o to, by poniżyć prezydenta. To właśnie ta z trudem skrywana satysfakcja odnoszona z poniżenia moralnie wykluczonego przeciwnika jest obscenicznym rewersem otwarcie głoszonej moralności.

Moralista i pragmatyk w jednym stali domu…

Rewolucja moralna stara się przedstawić wyborcom jako jedyna sensowna alternatywa wobec spektakularnego upadku postkomunistycznego układu władzy. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to alternatywa pozorna. Moralista od początku III RP był nieodłącznym towarzyszem pragmatycznego eksperta. Raz górą był jeden, raz drugi, ale obaj w podobny sposób nie lubili dyskutować o fundamentalnych kwestiach, a z politycznymi przeciwnikami radzili sobie w sposób nie do końca zgodny z głoszonymi otwarcie hasłami. Na szczęście, jak wskazują przewidywane wskaźniki wyborczej frekwencji, coraz mniej Polaków żywi chęć uczestniczenia w ich rytualnych przepychankach, które tym razem przyjęły paradoksalną formę rewolucji, która niczego nie rewolucjonizuje.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 6 czerwca 2005.

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.98513 Seconds