Sławomir Sierakowski: Bardzo rzadko zabiera pan głos
w sprawach publicznych. Chyba najdalej z tej wieży z kości słoniowej
wyszedł pan w eseju „Polityka i wartości”, opublikowanym w
„Rzeczpospolitej” w 2000 roku. Widać w nim, że pracuje pan nad -
właśnie opublikowaną - książką o Nietzschem, bo właśnie komentując myśl
autora „Z genealogii moralności” wyprowadza pan wiele tez zaskakujących
jak na osobę z polskiego pokolenia „68, by w końcu…
Krzysztof Michalski: W końcu?
… zostawić nas z pustymi rękami. To bardzo ciekawy esej, bo - w
niezamierzony czasem sposób - mówi o słabościach polskich elit.
Proszę bardzo.
Zaczyna się niebanalnie - od krytyki 14 państw Unii Europejskiej,
które świętym oburzeniem zareagowały na wejście Jörga Haidera do
austriackiego rządu, grożąc wręcz ostracyzmem dyplomatycznym…
Kiedy powstała koalicja Wolfganga Schüssla z Haiderem, skrzyknęliśmy
się w Wiedniu w kilkanaście osób (żadnej z nich nie można było
podejrzewać o jakiekolwiek sympatie wobec Haidera) i napisaliśmy
oświadczenie do prasy, że wprawdzie Haider to chuligan, ale z tego nie
wynika, że Unia powinna poddawać ostracyzmowi rząd austriacki, co było
niesprawiedliwe i głupie, a na dodatek wzmacniało popularność Haidera.
Na początku było trudno, bo wśród zaskoczonej i skądinąd słusznie
oburzonej liberalnej inteligencji dominował nastrój „Hannibal ante
portas”, „powrót Hitlera” i tym podobne głupstwa, ale po dwóch, trzech
tygodniach większość rozsądnych ludzi, w Austrii i poza nią, przekonała
się, że mamy rację…
Pan oczywiście wie, z czym mi się to dziś kojarzy…
Mianowicie?
Z reakcją na wejście populistów do polskiego rządu. Nie
europejską, tylko wewnętrzną, polską. Obrzydzenie dotąd rządzących
polską elit wydaje mi się obłudne. Ci, którzy wieszczą apokalipsę, nie
wiedzą, czym jest populizm. Zaś ci, którzy sądzą, że wystarczą
egzorcyzmy i powrót do III RP, są ślepi na przyczyny, które
doprowadziły do obecnej sytuacji.
Jeśli ktoś taki jak Haider wchodzi do rządu, to nie ma nic złego w
tym, by protestować. Nawet trzeba. Musimy nazywać rzeczy po imieniu.
Ale wtedy, w przypadku Haidera, Bruksela podjęła także polityczne
kroki, które były idiotyczne, bo przeciwskuteczne.
I to jest dla pana jedyny problem związany z reakcjami na populizm?
Podstawowy problem to określenie źródeł jego politycznego sukcesu.
Nie moralna ocena jego przedstawicieli, lecz próba odpowiedzi na
pytanie, dlaczego tyle osób głosowało na kogoś takiego jak Haider.
Austria także przed wyborczym sukcesem Haidera
była krajem (relatywnie) mlekiem i miodem płynącym, ale długie rządy
wielkiej koalicji budziły coraz większe niezadowolenie, często ze
słusznych powodów.
Zamiast usunąć źródła tego niezadowolenia (nie wymagało to
bynajmniej rewolucji) rząd próbował zmobilizować poparcie dla siebie,
malując obraz nadchodzącego (ponownie) Hitlera-Haidera - a więc w
gruncie rzeczy używał moralnych, a nie politycznych argumentów. Co
doprowadziło do sukcesu Haidera i wynikających z tego paroletnich
politycznych turbulencji. To już zresztą przeszłość, poparcie dla
Haidera i jego następców jest znowu niewielkie.
Nie podoba mi się zastępowanie polityki moralnością. Moralność nie jest wystarczającym drogowskazem działalności politycznej.
Wróćmy zatem do pana eseju „Polityka i wartości”, gdzie zauważa
pan, że uzgodnić można jedynie interesy, ale nie wartości. Następnie
stawia pan tezę, że nie wartości, ale obiektywne normy powinny
regulować życie społeczne czy polityczne. Niestety nie podaje pan
sposobu, jak skonstruować ten kluczowy mechanizm przekładu wartości na
obiektywne normy.
Wartości są z definicji subiektywne, mają sens tylko z jakiegoś
punktu widzenia. Gdy więc formułuje się program polityczny wyłącznie w
kategoriach wartości, utrudnia się porozumienie z innymi. Między
wartościami nie ma kompromisu. Co innego, jeśli się ten sam program
polityczny przedstawi jako zespół norm do osiągnięcia, norm, które mają
regulować życie w danej społeczności. Jeśli ujmie pan konflikty
społeczne na przedmieściach Paryża w kategoriach fundamentalnego
konfliktu wartości (religijnych) - jako zderzenie „kultury islamu” i
„kultury chrześcijaństwa” - ich rozwiązanie będzie niemożliwe. Co
innego, jeśli spróbuje pan znaleźć normy (bądź zaadaptować dotychczas
istniejące), które pozwolą współżyć ze sobą ludziom o odmiennych
wartościach religijnych.
Wystarczy zmienić język, żeby porozumienie stało się możliwe?
Obawiam się, że w polityce zawsze naprzeciw siebie stają wartości.
Każdy spór o normy wraz z upływem czasu zmienia się w spór o wartości.
Rzeczywisty problem pojawia się wtedy, gdy kanał tej walki staje się
niedemokratyczny (np. jedna strona, obejmując rządy, zaczyna
wykorzystywać do działań politycznych prokuraturę) albo niedrożny - bo
hegemonia określona zostaje jako bezalternatywna. Obie wersje
przetestowaliśmy w Polsce. Pierwszą znamy z IV RP, drugą z III RP.
Przede wszystkim: jaka IV Rzeczpospolita? To przecież kompletny
nonsens: od 1989 roku żyjemy w tym samym ustroju politycznym, w tym
samym państwie. Rzeczywista cezura to wejście Polski do Unii
Europejskiej, a nie wygranie wyborów (niewielką przewagą) przez obecnie
rządzące ugrupowanie polityczne, którego przywódcy bywali zresztą także
wcześniej ministrami, prezydentami i członkami rocznych ważnych
gremiów. Pomysły i zachowania obecnie rządzących nie wydają mi się
zresztą w żadnym sensie nowatorskie, kontynuują raczej dobrze znane
tradycje PRL-owskie: polityczne wykorzystywanie wymiaru sprawiedliwości
(o którym pan wspomniał), a także śmieszne przekonanie, że silne
państwo to takie, w którym pierwszy sekretarz albo Biuro Polityczne
podejmuje wszystkie decyzje czy wreszcie wylewanie pomyj na
przeciwników politycznych. Ale przede wszystkim zalew bzdur (pan jest
za młody, by to dobrze pamiętać - to była jedna z najbardziej męczących
cech PRL-u) i absurdalna wprost niekompetencja. Dzięki Bogu nie jest to
już takie groźne jak kiedyś - nie ma Armii Czerwonej, jest za to
społeczeństwo obywatelskie i wolny rynek, jest opozycja polityczna.
Choć z drugiej strony nie daje mi spać myśl, że właśnie teraz, gdy
pojawia się ta ogromna szansa cywilizacyjna, po paruset latach
przechodzenia przez pustynie - my akurat w łóżku, chorzy na świnkę.
Porozmawiajmy o populizmie. W 1989 roku orędownicy nowych dla
Polaków pojęć, takich jak „pluralizm” i „tolerancja”, przeprowadzają
przemiany, które dyskryminują ekonomicznie całe grupy społeczne. Gdy te
grupy upominają się o swoje interesy, automatycznie klasyfikowane są
jako przeciwnicy bezalternatywnej transformacji i wrogowie
racjonalności. Czy to nie właśnie ci sfrustrowani ludzie wybierają populistów?
Populiści to politycy, którzy żyją z cudzego nieszczęścia, żywią się
ludzkimi obawami (realnymi lub nie) i ludzkim bólem. Dlatego nie są
zainteresowani likwidacją tego nieszczęścia. Wręcz przeciwnie -
podsycają je. Ma pan z pewnością rację, mówiąc, że zubożenie -
absolutne czy relatywne - przyczyniło się w Polsce do sukcesu
politycznego partii populistycznych. Być może przyczyniło się do niego
także niedocenienie wrażliwości moralnej dużych grup społeczeństwa, ich
pojmowania sprawiedliwości, poczucia doznanych krzywd.
W swoim eseju pisze pan o napięciu we współczesnej demokracji
liberalnej między dwiema przeciwstawnymi siłami. Z jednej strony
liberalna demokracja na dłuższą metę nie może pogodzić się z
wykluczeniem kogokolwiek, z drugiej zaś potrzebuje możliwie jasnej
definicji własnej tożsamości, co zawsze skazuje ją na dokonywanie
jakiegoś wykluczenia…
Jest taka en passant rzucona uwaga w „Narodzinach tragedii”
Nietzschego o dylemacie nowoczesnego społeczeństwa demokratycznego. Z
jednej strony, mówi Nietzsche, opiera się ono na niewolnictwie lub -
powiedzmy bardziej ogólnie - na wykluczeniu. Ponieważ demokracja, jak
wiadomo, nie żyje z siebie samej tylko z nagromadzonego przez historię
zespołu wartości, sposobów życia, zachowań, które nadają jej sens i
jednocześnie ograniczają. Ten właśnie - wewnętrznie zróżnicowany,
zawsze niespójny - zespół wartości i instytucji społecznych stanowi
niejasną treść słowa „my”. „My” to nie „oni” - realnie istniejące
społeczeństwo demokratyczne wyklucza tych, którzy się nie mieszczą
„wśród nas”. Dla Nietzschego dramatycznym przykładem takiego
wykluczenia była demokracja grecka, która rzeczywiście opierała się na
niewolnictwie. Z drugiej strony motorem demokracji jest dążenie do
wyeliminowania wszelkich możliwych nierówności, włączanie do
społeczeństwa ludzi dotąd wykluczonych - niewolników, kobiet, ubogich,
innowierców, osób o innym kolorze skóry. Mamy więc jednocześnie
wykluczanie innych - bez czego demokracja pozbawiona byłaby treści - i
łamanie mechanizmów tego wykluczania, bez czego demokracja nie byłaby demokracją…
To doskonale rozumiem, ale…
Czego to uczy? Przede wszystkim: że tożsamość społeczeństwa - czyli
sens słówka: „my” - nie jest dana raz na zawsze. Nie jest przesłanką,
ale rezultatem procesu społecznego, także polityki. Nie wiadomo z góry,
co to znaczy „Polska”, co to znaczy „Europa” - tak jak wiadomo, co to
„kwadrat”, a co „trójkąt”. To, czym jest Europa, decyduje się
codziennie od nowa, np. w negocjacjach na temat migracji - decyzje
uczestniczących w nich urzędników z pewnością są dla tożsamości
europejskiej ważniejsze niż rezultaty deliberacji niezliczonych kółek
starszych panów, którzy zastanawiają się nad „korzeniami kultury europejskiej”…
Pytanie brzmi: czy nie jest tak - jak mówi Peter Sloterdijk - że
Zachód stał się cyniczny? Wyemancypowane elity liberalne głosząc hasła
pluralizmu i tolerancji, często jednocześnie wspierały taką politykę
gospodarczą, która w warstwach uboższych pośrednio rodziła odruchy
konserwatywnej frustracji, które następnie piętnowano jako sprzeczne z
tolerancją i pluralizmem.
Wyemancypowane elity liberalne - kogo pan ma na myśli? Obserwatorów
życia publicznego, którzy zauważyli, że w nowoczesnym społeczeństwie
„pluralizm” - a więc istnienie różnorodnych, zinstytucjonalizowanych
systemów wartości, które nie dają się sprowadzić do wspólnego
mianownika - jest faktem, że zatem „tolerancja” jest nie tylko wymogiem
przyzwoitości, ale i politycznego rozsądku? W społeczeństwie
przednowoczesnym pluralizm kulturowy był z reguły postrzegany jako
konflikt między „wnętrzem” i „zewnętrzem”, między - powiedzmy -
chrześcijaństwem a islamem. Tymczasem nowoczesne społeczeństwo
zachodnie jest coraz bardziej wewnętrznie kulturowo zróżnicowane. Ta
różnorodność to jego siła. Ale jednocześnie wyzwanie dla polityki: jak
utrzymać (konieczną) spójność społeczną w obliczu takiej różnorodności?
Czy nie uważa pan, że świat Zachodu, podekscytowany tą swoją
różnorodnością, multikulturowością, uważa się za władcę całej reszty?
Stał się panem pełnym pogardy…
Nie chce pan chyba powiedzieć, że „multikulturalizm” - a więc
przekonanie, że różnice kulturowe bynajmniej nie muszą podważać podstaw
demokratycznego społeczeństwa, lecz przeciwnie, mogą takie podstawy
wzmacniać - jest ideologią kolonializmu? Chyba jest wręcz przeciwnie? Z
drugiej strony, stwardniały w ideologię multikulturalizm może prowadzić
do ignorancji w temacie innych i zapoznawania rzeczywistych,
potencjalnie niebezpiecznych różnic. Zrodzona np. z bolesnych
doświadczeń tolerancja społeczeństwa holenderskiego doprowadziła do
powstania w jego ramach wysp innych światów, dla których jedyną szansą
na kontakt z otoczeniem - z braku innych środków wyrazu i wspólnych
instytucji - wydaje się konflikt, użycie siły, awantura.
Jasne - zagrożeniem dla słusznych idei jest dogmat. Także
liberalizm może być dogmatyczny. Ale ja pytam o coś innego: czy sama
zasada nie jest chora? Lewica kiedyś rozumiała konieczność i
funkcjonalność antagonizmu społecznego w demokratycznej polityce. Dziś
logika konfrontacji (walka z wyzyskiem, walka robotników z
kapitalistami) została zastąpiona logiką uznania innego (mniejszości,
kobiet, imigrantów). Stało się tak w wyniku przesadnej wiary w
możliwość zbudowania harmonijnej sfery publicznej. Antagonizm interesów
społecznych jednak nie zniknął. A strategię starej lewicy przejęli
konserwatywni populiści. Oni - przynajmniej werbalnie - zajmują się
walką z wyzyskiem. Znów wracamy do Kaczyńskich i ich antagonizmu między
Polską liberalną i solidarną.
Uważam, że konfrontacja prawicy z lewicą ma w Europie miejsce przede
wszystkim (choć nie tylko) w kwestiach społecznych: dotyczy odmiennych
koncepcji reformy ubezpieczeń społecznych, służby zdrowia, edukacji,
produkcyjnej aktywizacji społeczeństwa. Populiści nie mają w tym sporze
nic do powiedzenia, są więc w rezultacie marginesem. To, że czasem - w
wyniku dogodnych dla nich historycznych, a więc przypadkowych
okoliczności - nabierają znaczenia politycznego, to inna kwestia,
wypadek przy pracy. Problemy związane z równouprawnieniem kobiet,
integracją coraz bardziej egzotycznych kulturowo imigrantów i innych
mniejszości to nie odrębny obszar zagadnień, lecz integralna część tej
polityki społecznej. Odczuwam sympatię dla polityki, która uznaje
wszystkie te problemy za możliwe do rozwiązania zadanie dla
społeczeństwa - a nie za symptomy „zderzenia kultur”, konfrontacji
wartości religijnych nie do pogodzenia, „wojen kulturowych” itd.
Natomiast co do filozofii tego wszystkiego zgadzam się z panem - sądzę,
że antagonizmów, konfrontacji, konfliktów, nie da się wyeliminować z
życia społecznego. Że konsekwencją przekonania o różnorodności świata
ludzkiego, form społecznych, tożsamości grupowych itd. jest nieusuwalne
ryzyko konfrontacji - konfrontacji, która nie ma granic.
Ale pan jako typowy liberał lekceważy ten antagonizm. Najpierw
twierdzi pan, że antagonizmu nie da się usunąć, a dalej mówi o polityce
jako sztuce ograniczania konfliktów - jak w pana eseju.
Max Weber na końcu swego słynnego eseju o polityce jako zawodzie i
powołaniu, stwierdza, że polityka podszyta jest goryczą, to znaczy
świadomością nieuchronnego niepowodzenia. Wiemy, że nie da się zbudować
wspólnoty wszystkich ludzi, która będzie się cieszyć uniwersalnym i
wiecznym pokojem. Wiemy, że to iluzja, i wiemy, że kierowanie się
iluzjami jest niebezpieczne. Ale polityka musi być wysiłkiem tworzenia
takiej wspólnoty. Innym źródłem goryczy jest świadomość, że polityka
niewinna, polityka, w której nie robi się nic złego, ponieważ służy się
dobrej sprawie - to też iluzja, iluzja niebezpieczna i politycznie (bo
prowadzi do fanatyzmu), i moralnie (bo to faryzeizm).
Czy w takim razie polskie elity uprawiając niewinną politykę -
taką, która ma same dobre metody, same piękne hasła i prosty cel do
osiągnięcia - nie popełniły błędu opisanego przez Webera? Twierdząc, że
reprezentują wartości wyższe, lepsze, gwarantujące istnienie wspólnoty?
A na zewnątrz to już tylko oszołomy, jaskiniowi socjaliści itp. Czy
pluralizm nie okazał się najbardziej wykluczający, a w gruncie rzeczy i
samobójczy dla polskich elit?
Z góry pan przesądza całą sprawę. Pluralizm samobójczy? Rozumiem, że
chce pan powiedzieć, iż rządy obecnej ekipy są rezultatem wad rządów
poprzednich? Można to rozumieć na dwa sposoby. Jako banalną prawdę:
rzeczywiście, jeśli afery za rządów pana Millera byłyby rzadsze, to
pewnie dziś kto inny byłby premierem i kto inny prezydentem. Albo jako
nonsens: że dzisiejsza sytuacja polityczna jest rezultatem działania
„elit”. Już użycie słowa „elita” z sugestią, że to coś negatywnego, ba,
wręcz wstydliwego, jest bardzo irytujące. „Elita” - to coś bardzo
dobrego: im jej więcej, tym lepiej. Chodzi tylko o to, żeby każdy -
każdy pilny i jakoś zdolny, nie każdy tępy leń - mógł się do niej
dołączyć. Wydaje mi się poza tym, że jest pan - podobnie jak obecnie
rządzący, choć mam nadzieję, że z innych powodów - niebezpiecznie
zafascynowany kwestią rozrachunków z przeszłością. To naturalnie też
ważne. Polityka powinna mieć w zanadrzu jakąś odpowiedź na ludzką
świadomość przeżytej krzywdy, zmarnowanych szans. Ale najważniejszym
politycznym zadaniem jest przyszłość: jak wytrenować ten chory
społeczny organizm - jakim jest Polska po wielu latach niewoli,
okupacji, komunizmu - tak, by mógł wziąć udział w międzynarodowym
współzawodnictwie. Co zrobić, żebyśmy potrafili - jak Finowie czy
Irlandczycy? Co zrobić, żebyśmy nie byli już biedni i głupi? To jest
najważniejszy cel polityczny.
Jaka jest metoda jego osiągnięcia? Powtarzanie Polakom do
znudzenia ogólnie słusznych haseł o „europejskich standardach demokratycznych”?
Nie, broń Panie Boże, to nie wystarczy. Trzeba wiedzieć, jacy są ci
żyjący tu ludzie. Trzeba to czuć na własnej skórze. I takich, jacy są -
takich, jakimi jesteśmy - próbować „podnieść do ludzkości”. Jakże brak
dziś takich ludzi jak mój zmarły przyjaciel Józef Tischner, który tak
dobrze potrafił to robić. Zresztą nie tylko on. Bo przecież zrobiliśmy
już od 1989 roku parę wielkich kroków w dobrym kierunku: zbudowaliśmy
demokratyczne instytucje polityczne, wolny rynek, zaczątki
społeczeństwa obywatelskiego, jesteśmy w Unii Europejskiej! Nie
zaprzeczy pan przecież, że mechanizmy rynkowe są motorem rozwoju
gospodarczego? Czy przyczyniają się też do rozwoju społeczeństwa jako
całości, czy nie - to już inna sprawa. Czasem przyczyniają się
bardziej, czasem mniej. Same mechanizmy rynkowe nie wystarczą, potrzeba
czegoś więcej. Ale na pewno jest tak, że upaństwowienie środków
produkcji nie jest żadną alternatywą.
Nikt tego nie proponował.
I dzięki Bogu. Przekonanie, że rozwój mechanizmów rynkowych
doprowadzi do rozwiązania także wszystkich innych problemów społecznych
to - naturalnie - idiotyzm. Ale zgodzi się pan, że stworzenie
gospodarki rynkowej w Polsce to wielkie osiągnięcie, błogosławieństwo?
Nie tylko - choć przede wszystkim - z punktu widzenia dobrobytu
społeczeństwa. Fakt, że gospodarka rozwija się do pewnego stopnia
niezależnie od tego, co który rząd robi, zwiększa też szanse na
wyleczenie się z różnych patologii (choćby z tej obecnej świnki) -
także w ten sposób organizm społeczny produkuje białe ciałka potrzebne
do obrony przed różnymi truciznami, także truciznami „populistycznej”
polityki. Związek mechanizmów rynkowych z innymi instytucjami
społecznymi to, jak sądzę, jeden z centralnych problemów nowoczesnego
społeczeństwa zachodniego (co od 1989 znaczy: i Polski). Ja mieszkam
głównie w Austrii, częściowo także w USA, w Bostonie. W Austrii, przy
dobrze rozwiniętym kapitalizmie, znakomicie rozwinięta jest też sfera
wspólna, z której wszyscy mogą korzystać za darmo: drogi, pociągi,
szkoły itd. W Bostonie, mieście statystycznie co najmniej równie
bogatym jak miasta austriackie, idąc do domu, przechodzę nad ciałami
bezdomnych. Szkoły publiczne są tam złe, pociągi obsrane albo ich nie
ma, za to jeden z moich znajomych zarabia miliard dolarów rocznie.
Teraz proszę tę politykę społeczną przełożyć na warunki polskie.
Na przykład w taki sposób, żeby polityka gospodarcza nie prowadziła do
dramatycznego rozwarstwienia…
Konkretnych rozwiązań niech pan ode mnie nie oczekuje - nie jestem
politykiem… Otóż myślę, że na zachodzie Europy ideologia
neoliberalizmu - ideologia, która głosi, że mechanizmy rynkowe są czymś
w rodzaju żelaznych praw historii, że to jest nowa konieczność
historyczna, że prawa ekonomii obowiązują jak matematyka, niezależnie
od kontekstu społecznego, że zatem większość problemów społecznych da
się rozwiązać na podstawie znajomości praw logiki i ekonomii, a
polityka to sztuka przekonania nie zawsze dobrze wykształconych i przez
to nie zawsze racjonalnie myślących ludzi do tego, co słuszne - ta
ideologia powoli się kończy. Jak każda ideologia służy ona jednej
grupie ludzi, ale nie służy innej grupie ludzi.
Czy z taką sytuacją mamy teraz do czynienia w Polsce?
W Polsce silne przekonanie głównych architektów polityki
gospodarczej po 1989 roku, że rynek jest błogosławieństwem, na pewno
miało niezwykle pozytywne znaczenie: pomagało skutecznie demontować
zmurszałe instytucjonalne bastiony „gospodarki socjalistycznej” i
konsekwentnie wprowadzać nowe reguły gry. Także na zachodzie Europy
neoliberalizm miał pozytywne funkcjonalne znaczenie - choćby zmuszając
tu i ówdzie związki zawodowe (które kiedyś były motorami postępu
gospodarczego i społecznego, a potem często stawały się jego hamulcami)
do koniecznych reform. Z drugiej strony neoliberalizm opanował na
pewien czas język, hamując w ten sposób konieczne adaptacje
instytucjonalne. Słowo „reforma” zaczęło oznaczać zmniejszanie kosztów,
zaś termin „polityka społeczna” - dodatkowe obciążenia, a nie źródło produktywności.
A dochodzenie swoich praw stawało się „roszczeniowością”…
W rzeczy samej. Tymczasem wiadomo przecież, że ogromny sukces
zachodniej Europy - gospodarczy i społeczny - nie bierze się tylko z
aktywności przedsiębiorstw (jakkolwiek to bardzo ważna jego przyczyna),
ale także z działalności związków zawodowych, ustawodawstwa ochrony
pracy, roli państwa w ochronie historycznych instytucji i przyrody. A
także z innych rzeczy, które sprawiły, że duża część społeczeństwa
została zmobilizowana do działania. Oto zadanie polityki: stworzenie
warunków dla uczestnictwa wszystkich w tworzeniu wspólnego dobra.
Wywiad ukazał się w „Europie” z 16 czerwca 2007.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...