|
Ta książka jest ważna. Jest ważnym śladem pozostawionym na okoliczność. Okoliczność jest ważna. W tym roku mija bowiem dokładnie dziesięć lat od chwili, gdy do Willi Decjusza w Krakowie przyjechali pierwsi autorzy, najpierw przez kilka lat tylko z Niemiec, potem z Polski i Ukrainy a ostatnio także z Białorusi, ze Szwajcarii i z Czech. Od 5 lat już regularnie, wiosną i jesienią każdego roku przybywali do Willi Decjusza, by pisać, dyskutować, przybliżać i poniekąd reprezentować literaturę swojego kraju, krążyć po mieście, trochę pić, trochę tęsknić za domami, a przede wszystkim szukać tego, co wspólne, i tego, co różne, dla kultur naszego regionu. Przyjeżdżali z różnym nastawieniem. Niemcy oczekiwali tradycyjnych polskich obrządków, białej haftowanej pościeli, syberyjskich zim. Bali się o swoje samochody, próbowali uczyć się polskiego, nie rozumieli, dlaczego tak infantylnie pijemy kawkę na śniadanko, albo że to samo imię może brzmieć Igor, Igorowi, Igorem. Pisarze z Ukrainy mieli w sobie pewien filozoficzny dystans do polskiego wejścia do Unii i całych tych przemian ustrojowych. Białorusini całkiem niepolitycznie poruszali nas opowieściami o dwóch duszach swojej literatury i ze słowiańską gościnnością raczyli przywożonym gościńcem w postaci najczęściej płynnej. Szwajcarzy trochę narzekali, za to Czesi wcale. W tym miejscu może nieco zbłądziliśmy w stereotypy, ale tak to właśnie zwykle bywało – kontakty międzykulturowe muszą się od czegoś zaczynać. Niewątpliwie istniał jednak zawsze pewien element wspólny, niezależny od przynależności narodowej i wyraźnie wiążący wszystkich tzw. „hominesów”. Każdy chciał tutaj jak najintensywniej pisać. Wreszcie naprawdę solidnie popracować, bez żadnych zewnętrznych obciążeń, skoncentrować się na pisaniu na całe te trzy miesiące. I co ciekawe, najczęściej się to świetnie udawało. Nie kończyło się na pobożnych życzeniach. Trzy miesiące mijały, ale pozostawały efekty. Nie zawsze oczywiście w postaci gotowych książek, czasem była to zmiana patrzenia na świat, niby niewielka, ale istotna, pewne wewnętrzne uporządkowanie, jakiś wyraźny krok naprzód.
Dziś pisarki i pisarze – uczestnicy stypendialnego programu Homines Urbani (Ludzie miasta) – to blisko osiemdziesięcioosobowa grupa twórców: prozaików, poetów, dramaturgów, scenarzystów, eseistów… Dodajmy – najwybitniejszych twórców swojego pokolenia. I być może ten fenomen jest najbardziej zaskakujący dla nas, koordynatorów i moderatorów setek spotkań w Polsce, Niemczech czy na Ukrainie, od początku towarzyszących programowi, a także – last but not least – tłumaczy tekstów i ich krytyków. Byliśmy świadkami, jak doskonale zapowiadający się autorzy stali się autorami doskonałymi. Jakkolwiek nie ma nic bardziej zabójczego dla literatury niż egzaltacja jej obserwatorów, to właśnie owa egzaltacja jest w dużej mierze matką tego tomu.
W pierwotnym zamyśle miał on być zbiorem tekstów towarzyszących stypendialnej rocznicy, a nawet hołdem złożonym miastu Kraków – kolebce tych literatur – ale uzmysłowienie sobie rangi artystycznej, jaką pisarze, którym przez te kilka lat towarzyszyliśmy, osiągnęli, sprawiło, że czujemy się zwolnieni z jakiejkolwiek fałszywej skromności i mówimy stanowczo: ta książka jest ważna!
Antologia, którą oddajemy w ręce Czytelników, opisuje cztery fenomeny, które zasługują na szczególną uwagę: Krakowa jako centrum poza centrum; socjologii literatury jako wartości determinującej samą literaturę; instytucji pozarynkowych jako generatorów życia literackiego; kryzysu projektu europejskiego w jego obecnym kształcie.
Po pierwsze więc, dzięki programowi Homines Urbani Kraków stał się najbardziej rozpoznawalnym miastem w środkowo-wschodniej Europie oferującym programy rezydenckie dla pisarzy. W zachodniej Europie to żadna nowość, miasto zaprasza pisarzy wybitnych, gwarantuje im stypendia, samo zaś liczy na promocję najtańszą z najtańszych i najtrwalszą z najtrwalszych – unieśmiertelnienie w utworze literackim. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, Kraków jako miasto niebędące centrum, a do bycia centrum nieustannie aspirujące, niepostrzeżenie staje się nim. Takim centrum, które ma swoją skalę mikro i skalę makro. Tą pierwszą jest jego wymiar prowincjonalny, swojski, pozwalający Tarasowi Prochaśce poczuć się jak u siebie w Stanisławowie czy we Lwowie, ta druga stawia Kraków w kosmicznej konstelacji niezwykłych miast świata. Miast poetów, szaleńców, pijanych bram czy magnetycznych kamieni, tutaj dla odwrócenia uwagi zastawianych reklamą ekspozycji „Wawel zaginiony”. Może właśnie zza tej reklamy, choć pewnie raczej z tych wszystkich ludzi i miejsc razem wziętych, promieniuje to coś, ta pożywka dla literatury. W jednym bowiem pisarze są zgodni: nie wszędzie pisze się tak dobrze jak w Krakowie „na Willi”, posługując się interferencją językową willowych rezydentów z Ukrainy czy Białorusi. Dobre miejsce do pisania musi być naznaczone, choćby białą damą, upiornym ogrodnikiem czy innym duchem „opiekuńczym”. Tajemnicą. Takie miejsce powoduje niepokój, który musi znaleźć ujście, a kiedy je znajduje, tworzy ślad, ślad zostaje zapisany. I od tej chwili to miejsce go nosi. Zostaje naznaczone literaturą. Kraków jest miastem naznaczonym literaturą. Wbrew pozorom nie Frankfurt ze swoimi wielkimi targami, nie Warszawa (choć nie cały skład redakcyjny podpisuje się pod tym zdaniem) i nawet nie Berlin, mimo że wykazuje największy na świecie wskaźnik pisarskiego zaludnienia na metr kwadratowy. Ten Kraków, funkcjonujący trochę poza oficjalnym obiegiem, staje się literacko rozpoznawalny. Dowodów na to proszę szukać między okładkami tego tomu.
Po drugie, socjologia literatury zwykła uchodzić za brzydszą siostrę Kopciuszka – estetykę. Literatura – powiadają – wydarza się wewnątrz: wewnątrz świata tekstów, wewnątrz ludzkiej duszy i innych wnętrzach, o których aż wstyd mówić. Determinuje ją potrzeba, dynamika samej literackiej przestrzeni. A fakt, że pisarki i pisarze funkcjonują w konkretnych warunkach, żyją, mieszkają, przemieszczają się, pozostaje przygodnym, wstydliwym, ale jednak marginalnym aspektem prawdziwej twórczości. Zawierzając zbyt łatwo tej logice, nie znajdziemy jednak odpowiedzi na pytanie: co sprawiło, że Kolja Mensing – niemiecki pisarz, dziennikarz, twórca eksperymentalnego wideo – zdecydował się zrekonstruować swoją rodzinną genealogię, odnaleźć polskie korzenie i napisać znakomitą, ironiczną prozę Hotelik Słowiański? Jakaż logika skłoniła inne autorki i autorów do poruszenia wątków wychodzących daleko poza ich zwyczajowy repertuar, które w nowo powstałych tekstach mogły rozbłysną z całą mocą? Myślenie o pisarstwie uwzględniające zagadnienia socjologii literatury, czyli, z grubsza mówiąc, zewnętrznych warunków jej powstawania, umożliwia nie tylko dostrzeżenie rozmaitych aspektów wyłaniania się tekstów z owych sekretnych wnętrz, ale również udzielenie odpowiedzi na pytanie, które dziś, w obliczu hegemonii przemysłu kulturowego zorientowanego na zysk, wydaje się coraz bardziej naglące: co robić, by literatura miała możliwość swobodnego wydarzania się? Jak uwalniać jej wewnętrzną moc? Jakie warunki należy stworzyć pisarkom i pisarzom, by po prostu pisali? Jakość tekstów powstałych w ramach krakowskiego stypendium (dość wspomnieć o uhonorowanym nagrodą NIKE Pawiu królowej Doroty Masłowskiej czy Barbarze Radziwiłłównie Michała Witkowskiego, za którą autor otrzymał Paszport „Polityki”) każe powiedzieć wprost: za wszelką cenę umożliwić literackie istnienie poza mechanizmami rynkowymi.
Po trzecie, rynek książki pozwala, rzecz jasna, żyć sporej grupie autorów, działa jednak na rzecz atomizacji życia literackiego, jest wybornie selektywny i poza wątpliwą integracyjną rolą coraz bardziej monstrualnych instytucji targów książki, uniemożliwia wspólnotowe działanie środowisk, o międzynarodowej współpracy nawet nie wspominając. A właśnie jej zaistnienie jest socjologicznym fenomenem ostatnich lat, do którego działalność programów stypendialnych się w dużej mierze przyczyniła. Twórcy, których teksty znajdziemy w niniejszym tomie, tworzą regionalne wspólnoty w ramach międzynarodowego środowiska. Być może nieco na wyrost byłoby stwierdzenie, że są grupą przyjaciół z wielu państw (choć o wzajemnych wstrząsach dusz naszych gości można by naprawdę napisać osobną książkę!), ich współpraca jest jednak faktem niezaprzeczalnym. Również jako wymiana doświadczeń, pozwalająca rozszerzyć perspektywę poznawczą – określić swoje miejsce w ramach dyskursu europejskiego, odmiennych doświadczeń kulturowych i egzystencjalnych. Jakkolwiek obrazoburczo miałoby to nie zabrzmieć w kontekście afirmacji wolnego rynku pisarskich dóbr i idei, wsparcie instytucji państwa oraz organizacji niepodlegających mechanizmom wymiany towarowej pozwoliło na eksplozję talentów autorek i autorów oraz powstanie pisarskiej wspólnoty Białorusi, Niemiec, Polski oraz Ukrainy. W tym miejscu znowu trudno nie wspomnieć, jak bardzo pod tym względem jesteśmy w tyle za zachodnią Europą. W Niemczech czy Austrii instytucje rządowe, samorządy miejskie, różnorakie stowarzyszenia prześcigają się w ofertach literackich stypendiów prezydenckich. Kierują ją do pisarzy z zagranicy, bo nic tak dobrze nie wpływa na potencjał twórczy jak kulturowy ferment. A ten jest nam z pewnością równie potrzebny. Niniejszy tom jest więc afirmacją międzynarodowego literackiego obiegu uniezależnionego bezpośrednio od mechanizmów rynkowych i świadectwem, że tworzenie tego obiegu jest możliwe także i u nas.
Po czwarte zaś, skoro już o wspólnocie mowa, książka ta jest również – a tak naprawdę przede wszystkim – próbą odpowiedzi na pytanie o tożsamość europejską, definiowaną na podstawie analizy najnowszej literatury krajów środkowo-wschodniej części kontynentu. Projekt Wspólnej Europy – jeśli wolno posłużyć się porównaniem lotniczym – znajduje się w obszarze turbulencji. Postępująca integracja instytucjonalna napotyka na opór poszczególnych społeczności. Znikające granice otwierają niebywałe możliwości, ale jednocześnie generują politykę sentymentalną, która raz po raz wybucha w postaci rozmaitych populizmów od Francji przez Austrię po Polskę. Młodzi pisarze z Białorusi, Niemiec, Polski i Ukrainy świadomie włączają się w dyskusję o Europie krytycznie przyglądając się jej słownikowi. Tezą niniejszej książki jest również intuicja, że autorzy tego tomu z trudem odnajdują się w znanych opowieściach europejskich. Ich doświadczeniem jest włączenie poszczególnych kultur do kontynentalnego krwiobiegu (często tylko za sprawą kultury masowej), a jednocześnie pragnienie sformułowania zdań w „nieistniejącym języku”, o którym w swoim opowiadaniu Dukla pisze Tobias Hülswitt. Jak więc widać, punktem wyjścia rozważań o Europie jest tu dyskurs środkowo-wschodni (inspiracją dla Hülswitta był oczywiście Andrzej Stasiuk) i to, co, być może, stanowi największe wyzwanie, jest fakt utożsamienia owej narracji z dyskursem zachodnim. Zaprezentowani pisarze z dystansem odnoszą się do mitologii „obu płuc Europy” widząc w nich jedną i tę samą opowieść, która została zunifikowana w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Doświadczeniem, z którym się zatem mierzą, jest swoiste poczucie braku alternatywy dla własnych projektów egzystencjalnych. Poczucie skłaniające twórców do formułowania choćby szczątkowych wypowiedzi w „nieistniejącym języku” – próba rekonstrukcji jego leksemów znajduje się w szkicu Igora Stokfiszewskiego zamykającym niniejszy tom.
Nie można się obrażać na literaturę. Niech więc książka ta będzie również apelem o większą czujność w montowaniu wspólnej Europy.
Wstęp do książki Ludzie, miasta (Korporacja Ha!art, Kraków 2008).
Autorzy są koordynatorami programu Homines Urbani
Na podobny temat
|
Może nie stereotyp matki polki ale st...
Jakiś problem z czytaniem ze zrozumie...