Minęły prawie cztery lata od czasu, kiedy Sławomir Shuty opublikował swoją ostatnią powieść „Zwał”, za którą dostał Paszport Polityki. Przez ten okres w mediach masowych było o nim cicho. W kwietniu ma premierę powieść „Ruchy”, po wakacjach fani zobaczą pełnometrażową fabułę kinową „Panoptykon” w jego współreżyserii. Każdy kto myśli o Shutym jako tylko pisarzu uzna, że artysta zafundował sobie kilkuletnie wakacje. Inaczej jeśli potraktować autora „Bełkotu” jako twórcę nie mieszczącego się w jednym medium, wówczas przekonamy się, że był to okres całkiem pracowity. Czy zatem jesteśmy świadkami powrotu Shutego? A może żadnej przerwy nie było?
Artysta niejednokrotnie mówi o sobie, że jest Produktem Polskim i jak każdy dobry produkt składa się z wielu składników. Jest więc Shuty na równi pisarzem, scenarzystą i reżyserem filmowym, a oprócz tego performerem, fotografem, twórcą sieciowym, a nawet malarzem. Zaakceptować Shutego w pełni, to uznać te wszystkie pola artystycznej działalności za spójny przekaz konsekwentnie realizowany od 1999 roku.
Kandydat na posła, Nielegalny Proboszcz
Kiedy Shuty wydawał pierwsze książki na krakowskie spotkania promocyjne z plakatów zapraszali uśmiechnięci kucharze. Afisze te informowały, że oto z Huty do Krakowa przyjeżdża Cyrk, w programie będzie m.in. żonglerka swojską kiełbasą oraz sushi po polsku. Na każdej promocji w ramach polskiej gościnności uczestnicy dostawali do konsumpcji a to jajka na twardo z majonezem, a to kiszone ogórki. Żeby zwabić czytelników Shuty urządzał mecze bokserskie, skoki narciarskie, ostatnie wieczerze. Do historii przeszło biczowanie się sznurem parówek, to dzięki niemu autora „Zwału” uznano za Papieża Antykonsumpcjonizmu i Biczownika Ery Supermarketów. Absurdalne poczucie humoru nie opuściło Shutego nigdy.
Przed wyborami 2005 roku artysta zamówił sobie sesję zdjęciową w garniturze z białoczerwonym krawatem i poinformował media, że będzie kandydował do parlamentu z list Samoobrony. Gazety nagłośniły akcję. Wprawdzie pisarz nigdy nie wstąpił do partii, ale ogłosił, że zbiera podpisy pod kościołem w Nowej Hucie, na targu, na osiedlach. Zainteresowani wyborcy pisali do niego e-maile z chęcią poparcia, podawali adresy, oraz godziny kiedy będą dostępni w mieszkaniach.
Mało kto wie, że to autor „Zwału” jako pierwszy zdiagnozował seks-aferę w Samoobronie. W 2005 roku, kiedy zaczynała się IV RP, na rok przed publikacją „Gazety Wyborczej”, Shuty udzielił mi wywiadu na temat kandydowania do sejmu. Mówił wówczas: Próby zbliżenia odbywały się non stop, czy to w publicznych toaletach, czy w wygodnych limuzynach, na parkingach domów towarowych (…) Andy wyśmienicie całuje, jest też oczywiście wytrawnym kochankiem, jego silne ramiona potrafią zdziałać cuda dlatego myślę, że nie ma sensu mówić o głosach zebranych, czy też nie zebranych. (…) Uwielbiam jego stalowoszare peruczki – są takie popartowskie! W efekcie tego skeczu działacze Samoobrony na poważnie zainteresowali się kandydatem-artystą jako potencjalnym autorem fabularyzowanej biografii Przewodniczącego. Pisarz, rzecz jasna, odmówił.
Kiedy nie udało się kandydowanie, Shuty postanowił zostać pierwszym w Polsce Nielegalnym Proboszczem. Tak tłumaczył swoją decyzję: Nielegalny Proboszcz jest potrzebny w różnych sytuacjach, na przykład kiedy ludzie nie mogą sobie pozwolić na legalne sakramenty, które są kosztowne i wymagają rożnych wysiłków – nauki katechizmu. Nielegalne sakramenty będą tańsze, udzielane szybko, byle jak i byle gdzie. Przebrany w wypożyczoną sutannę, chodził po Krakowie, reklamował swoje usługi, oferował wystawianie faktur. Jako Nielegalny Proboszcz był dość mocno rozpoznawalny: poruszałem się dobrym jakościowo, czarnym samochodem, co z pewnością wzbudzało zaufanie - wspomina. Jednym z profitów, które czerpał ze swojej nowej funkcji było także wymuszanie miejsc w środkach lokomocji miejskiej.
Marianna Podgórska
Przez te kilka lat wiele się także zmieniło w życiu Shutego. Przede wszystkim z bloku w nowej Hucie, gdzie spędził dzieciństwo, przeprowadził się do kamienicy w Podgórzu. Używa nadal pseudonimu Shuty, ale kiedy Interia zaproponowała mu poprowadzenie alternatywnego serwisu Równoległy.pl podpisywał go jako Marianna Podgórska. Dotychczas Shuty był obecny w Internecie przede wszystkim jako twórca hipertekstowej powieści „Blok” (z ilustracjami Marcina Maciejowskiego), teraz zaistniał jako redaktor portalu, mającego za zadanie zawirusować sieć nieprawdziwymi i absurdalnymi wiadomościami, redagowanymi na podobieństwo autentycznych. Shuty jako Marianna Podgórska wraz z bliskimi mu w poczuciu humoru pisarzami (m.in. Jasiem Kapelą i Janem Dzbanem) informowali o tym, że posłanka Senyszyn patologicznie nie lubi kotów, a minister Giertych przygotowuje debiut prozatorski. Newsy te były niejednokrotnie umieszczane jako prawdziwe na głównych stronach Interii.
Kapela: Równoległy miał działać na pograniczu prowokacji kulturowej i rozbijania dominującego dyskursu neoliberalnych mediów mówiących tym samym fałszywym językiem. Chcieliśmy być jeszcze bardziej niekompetentni, poważni i dziwaczni. Przegraliśmy w starciu z rzeczywistością, która nieustannie dostarcza więcej absurdów niż pisarska wyobraźnia. Wykończyła nas głównie permanentna wiara internautów, że to co piszemy jest prawdą.
Przygoda z portalem skończyła się po kilku miesiącach m.in. groźbami dwóch procesów.
Miejska Sztuka Ludowa
Na wernisażu wystawy „Dożynki” w Łodzi Shuty zjawił się w spodniach robotniczych. Prezentowano obrazy wielkoformatowe w technice szablon firmowane przez grupę artystyczną Duet, którą pisarz współtworzy z Danielem Rycharskim. Tematyka wiejska, horror, seks, kicz, tandeta. Przez kilka miesięcy twórcy grupy Duet spotykali się w mieszkaniu Shutego i wycinali szablony. Rycharski: Obrazy projektowaliśmy razem, razem malowaliśmy, nawiązywaliśmy do tradycji wiejskiej, coś jak w „Chłopach” Reymonta, gdzie wszyscy spotykali się u Boryny i robili wycinanki. Klimat bardzo podobny, historia towarzyska, rozmowy, szablony, jakieś plotki a przy okazji powstaje sztuka bez większego zadęcia. Taka miejska sztuka ludowa. Najbliższa wystawa odbędzie się na wsi pod Zakopanem, obrazy zagrają także w filmie „Panoptykon”.
Panoptykon
Jest wreszcie Shuty liczącym się twórcą kina niezależnego. W warunkach amatorskich zrealizował dwa filmy drogi. Pierwszy „W drodze” utrzymany w stylu filmów Jima Jarmusha opowiadał o grupie młodych ludzi (członkowie Cyrku z Huty), którzy próbują wyjechać z miasta. Perturbacje z zepsutym samochodem to cała fabuła nazwanego na wyrost polskiego kina drogi.
Z kolei w „Lunie”, którą gatunkowo można określić horrorem drogi, mniej więcej ci sami bohaterowie wyjeżdżają w Beskid Niski, by zetknąć się z tajemnicą i grozą gór. Obydwa filmy to - jak zawsze w przypadku kina amatorskiego - spontaniczne akcje, prędko napisany scenariusz, zwołanie kilku znajomych, dobra zabawa, niezobowiązująca produkcja, która w efekcie daje wprawdzie niedoskonały artystycznie i technicznie, ale pulsujący autentyczną energią, obraz. Shuty: wyjechaliśmy w Beskid Niski ze znajomymi na tzw. długi weekend majowy. Wzięliśmy ze sobą kamerę, mieliśmy szkic scenariusza. W trakcie kilku dni nakręciliśmy „Lunę”. Legenda mówi, że reżyser zniknął z planu na dwie doby, a film przez ten czas nakręcił się sam. Autor nie bardzo jej przeczy.
Faktem jest, że „Luna” została zgłoszona na Festiwal Kina Niezależnego w TVP i to na nią zagłosowali telewidzowie. Bronisław Wildstein jako ówczesny Prezes Telewizji wręczył Shutemu nagrodę w wysokości sto tysięcy złotych na rozwój następnego projektu. Artyści z Cyrku założyli firmę producencką, zebrali od sponsorów dalszą część budżetu i przystąpili do realizacji pełnometrażowej fabuły już w warunkach profesjonalnych. Shuty: Film zrealizowaliśmy wspólnie z aktorką Barbarą Kurzaj i operatorem Bartkiem Cichońskim. Mieliśmy wypożyczony sprzęt, profesjonalną ekipę, charakteryzatorów, montażystę, aktorów m.in. zagrali Piotr Głowacki, Jan Frycz i Jerzy Nasierowski, muzykę zrobił zespół Pink Freud.
„Panopykon” to pełne paranoi i halucynacji społeczne kino grozy. Główny bohater wyjeżdża z małego miasteczka i trafia na wielkomiejskie blokowisko. Akcja trwa kilka dni, a siedemdziesiąt procent zdjęć nakręconych zostało w bloku. Shuty: Chodziło nam o pokazanie uwikłania w społeczne relacje międzyludzkie, wchłonięcia bohatera do nowej struktury społecznej. Metafora więzienia Foucaulta została tutaj odwrócona: to nie jeden strażnik obserwuje więźniów, ale mieszkańcy bloku obserwują jednego bohatera, nieustannie poddają go manipulacji. Jest on ciągle zamknięty, podglądany i podsłuchiwany, wciągany w jakieś gry. Na tej płaszczyźnie rodzi się napięcie. Ostatecznie prawa do filmu kupiła Telewizja Polska, która zapowiada premierę po wakacjach, tymczasem w ogólnopolskiej dystrybucji DVD znalazł się film „Luna”.
Dziś Shuty utrzymuje, że pisanie scenariuszy i reżyserowanie traktuje równie poważnie jak literaturę. W przerwie między „Panoptykonem” a kolejną produkcją wraz z zespołem Wu-Hae zabrał się za kręcenie krótkich filmików z cyklu Cyrk z Huty. Pokazuje mi niezmontowane nagrania: biznesmen modli się przed obejrzeniem serialu, eurosceptycy zostają zamknięci w piwnicy i nie potrafią artykułować swoich poglądów, politycy walczą o kuchenne stołki. Bzyk z Wu-Hae: To zestaw skeczy, które komentują obecną sytuację w kraju. Wu-Hae udziela się tam aktorsko i muzycznie, większość scenariuszy pisze i wymyśla Shuty. W jednym z nich gra człowieka, który miał całe życie pod górkę, w filmie Shuty idzie cały czas do góry. Większość tych skeczy kręcimy w Nowej Hucie. Premiera wkrótce w Internecie.
Ruchy
Między „Zwałem” a „Ruchami” Shuty wydał zbiór swoich kolaży „Produkt Polski” oraz recycling opowiadań z tomu „Cukier w normie”, napisał kilka tekstów do różnych antologii i czasopism, pisał także dramaty i felietony. Wspólnie z Julianem Tomaszukiem w 2006 roku opublikował komiks „Ruchy”, który był jądrem pełnometrażowej powieści. Ale od kilku lat, nie tylko w Krakowie, mówiło się, że Shuty pisze książkę o miłości.
Artysta przyznaje, że tak długa przerwa między powieściami była spowodowana radykalną zmianą tematów. Odruchowo kojarzony z antykorporacjonizmem i antykonsumpcjonizmem nie chciał być specjalistą od tych spraw na zawsze.
Czytelnicy jego powieści zastanawiali się jak autor, który zwykle percypuje najniższe rejony rzeczywistości i pisze o nich dosadnym językiem, poradzi sobie z tematyką miłosną. Kiedy w „Bełkocie” Shuty opisywał Kraków postrzegał miasto kultury od strony małej gastronomii, solariów, siłowni, gdy relacjonował pielgrzymki Papieża liczył sprzedane kebaby i watę cukrową. Później w „Cukrze w normie” pisał o nowohuckim bloku, o napędzanych plotkami sąsiadach, zakłamanych rodzinach, kopertach dla kolędujących księży. W „Zwale” przedstawił knajpianą narkotyczno-alkoholową odyseję pracownika Hamburger Banku. Jak opracuje swoje love story?
Już tytuł nowej książki jest znaczący. Miłość to ruchy – mówi Shuty. A ruchy to u mnie symbol życia. Opowiadam o walce życia ze śmiercią. Życie to ruchy i ruchanie, a śmierć to bezruch i galareta, która wycieka zewsząd. Kiedy wszystko zastygnie w galarecie, kończy się życie. Ruchy są jedynym elementem tego świata, który przenosi matrycę zachowań dalej.
Większość akcji rozgrywa się w Lokalu (bez trudu rozpoznać można krakowski klub Piękny Pies), przebywają w nim głównie aktorzy miłości, czyli – jak nazywa ich narrator - płochliwa zwierzyna (kobiety występują tu najczęściej jako sarny), która instynktownie się szuka, obwąchuje, dążąc do ruchów (międlenia, miąchania, miętoszenia, wiuśtania itd). Nieważni są bohaterowie, bo Shuty pokazuje ich nie jako pełnoprawne podmioty, ale instynkty wszechogarniających ruchów, mało istotna jest akcja - właściwie całą tę luźnie skonstruowaną powieść można streścić jako gawędę o cyklicznych nawrotach walk między ruchami a kataklizmami szmaragdowej galaretowatej otchłani. W świecie Shutego nie ma uczuć, jest biologia, instynkty i przede wszystkim ruchy jako pierwotna esencjonalna konsystencja człowieka.
Jedno jest pewne: Shuty nie napisał powieści o miłości od pierwszego wejrzenia, autor „Zwału” napisał książkę o miłości od pierwszego westchnienia.
Tekst ukazał się w „Polityce” nr 14/2006.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...