|
To był zły rok dla Kościoła. Życie duszpasterskie i modlitewne, żywioł
każdej wspólnoty religijnej, przesłoniły historie „agentów w sutannach”
Działalność parafialna i kościelna toczyła się jak zawsze: księża głosili kazania, chrzcili dzieci, udzielali ślubów i chowali zmarłych. Biskupi wizytowali parafie, spotykali się na posiedzeniach Episkopatu i święcili nowych prezbiterów. Tyle że na tym wysiłku duszpasterskim kład się cień ipnowskich teczek. Jeśli Kościół trafiał na czołówki gazet, to zazwyczaj w kontekście oskarżeń o ukrywanie księży-konfidentów.Miniony rok kościelny miał coś z bokserskiego pojedynku. Kościół inkasował od lustratorów zabójcze ciosy z punktu widzenia potrzeby jego wiarygodności w głoszeniu Dobrej Nowiny. Słysząc oskarżenia o esbecką przeszłość pod adresem kolejnych znanych kapłanów, publiczność zachodziła w głowę, kiedy padnie ostateczny lewy sierpowy i powali „religijnego olbrzyma”, a sędzia zacznie odliczanie. I nie zawiodła się. Choć – póki co – końcowe liczenie przerwano.
Biskupi zwierają szeregi
Długo trwały poszukiwania wiarygodnego kandydata na nowego metropolitę Warszawy. Kiedy wreszcie Watykan ogłosił, że stawia na abp Stanisława Wielgusa, „Gazeta Polska” niemal nazajutrz oskarżyła go, nie podając żadnych twardych dowodów, o ponad 20-lenią współpracę z SB. „Mamy do czynienia z wyjątkowo cynicznym agentem” – zapewnia naczelny „GP”, Tomasz Sakiewicz. Oskarżony zaprzecza.
Kiedy tygodnik Sakiewicza nie pokazuje dowodów potwierdzających agenturalną przeszłość abp Wielgusa, niektórzy hierarchowie ruszyli do kontrataku. Błyskawicznie, co jak na kościele standardy daje do myślenia, zareagowało prezydium Konferencji Episkopatu Polski. Tworzący to gremium abp Józef Michalik, abp Stanisław Gądecki i bp Piotr Libera napisali, że tekst „Gazety Polskiej” jest „jaskrawym przykładem «dzikiej lustracji»”. Bezprecedensowo zachował się Watykan, który wydał krótkie, ale nie pozostawiające złudzeń oświadczenie: papież całkowicie ufa i popiera nowego metropolitę.
Ruszyła też lawina solidarności z abp Wielgusem: listy napisały senaty katolickich uczelni. W imieniu kapłanów diecezji warszawskiej, płockiej i warszawsko-praskiej, choć „szeregowego wikarego” nikt o zdanie nie pytał, listy skreślili kurialiści. Radykalne „nie” dla dziennikarskich lustratorów biskupi dosadnie wyartykułowali w czasie pasterek. Wiadomo, że na tą mszę przychodzą także nieregularnie praktykujący katolicy. Co usłyszeli?
Arcybiskup warszawsko-praski, Sławoj Leszek Głódz grzmiał: „Mamy dość podważania dobrego imienia abp Stanisława Wielgusa, a także innych biskupów i kapłanów stających się ofiarą medialnej inkwizycji”. Prymas Polski, kard. Józef Glemp w swoim zawiłym stylu, pytał retorycznie: „Mroczne półki, na których zalegają tzw. teczki - czyż to nie jest także owoc takiego pomrocza, często złośliwego, do którego tak trudno przeniknąć ze światłem prawdy, sprawiedliwości, odwagi i życzliwości?”. I wreszcie metropolita lubelski, abp Józef Życiński zachęcał wiernych do działania, choćby przez bojkot gazet, które publikują niczym nie poparte oskarżenia, i nieoglądania agresywnych programów publicystycznych.
Czy jednomyślność hierarchów, z jaką potępili publikację „Gazety Polskiej”, stając w obronie pomówionego brata w biskupstwie, zapowiada radykalny zwrot w lustracyjnej polityce Kościoła? Innymi słowy: czy Kościół podnosi się z desek?
Pod pręgierzem pomówień
Po pierwsze, brać biskupia rzeczywiście zwarła szeregi. Jak dobrze wiadomo, przyjaźń to kwestia znalezienia wroga. Po drugie, hierarchowie chcą jasno pokazać, kto na kościelnym podwórku rządzi: o personaliach w Kościele decydować będzie papież, a nie redakcja jakiejś gazety. I po trzecie, Kościół pokazał, że sam będzie decydował, kiedy, jak i kogo lustrować we własnych szeregach.
W tę logikę, ku niezadowoleniu lobby lustracyjnego, wpisuje się decyzja Benedykta. Papież nominując abpa Wielgusa, i zapewniając o poparciu dla niego, de facto chce zakończyć lustrację.
Jednak to nie takie proste. Trudno uwierzyć, by papież nie znał przeszłości człowieka, któremu powierza jedno z najważniejszych zadań w polskim Kościele. Praktyka nominacyjna jest taka, zdradzają bywalcy watykańskich salonów, że przed podjęciem ostatecznej decyzji zaprasza się kandydata na rozmowę do Rzymu. „Proszę się czuć, jak na spowiedzi – mówi do gościa watykański urzędnik. – Kościół chce powierzyć księdzu ważne zadanie. Czy jest coś, o czym powinniśmy wiedzieć, by nie było potem niespodzianek? Czy są jakieś fakty w księdza życiorysie, których ktoś może potem użyć, aby księdza skompromitować?”. Taka rozmowa zakłada, że kandydat mówi prawdę, i tylko prawdę.Może więc papież uznał, że uzyskane informacje nie dyskwalifikują abp Wielgusa jako duszpasterza. Decyzja Benedykta staje się jaśniejsza, kiedy przypomnimy sobie, że w czasie tegorocznej pielgrzymki, mając przecież w tyle głowy naszą lustracyjną wojenkę, apelował do księży zebranych w katedrze warszawskiej: „Trzeba odrzucić chęć utożsamiania się jedynie z bezgrzesznymi”. I przestrzegał: „Trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń, które żyły w innych czasach i w innych okolicznościach. Potrzeba pokornej szczerości, by nie negować grzechów przeszłości, ale też nie rzucać lekkomyślnie oskarżeń bez rzeczywistych dowodów, nie biorąc pod uwagę różnych ówczesnych uwarunkowań”.Nawet jeśli takie motywacje Stolicy Apostolskiej są prawdziewe, to i tak polski Kościół, ale też Watykan, który firmuje nominację, ma obecnie poważny kłopot. Trudno sobie wyobrazić, aby metropolita warszawski mógł bez skrępowania funkcjonować jako duszpasterz z ciążącymi na nim zarzutami. Gesty poparcia ze strony innych księży są może i godne podziwu, ale w odbiorze społecznym sprawiają wrażenie korporacyjnej solidarności. Co więcej, księża stający dziś murem za abp Wielgusem, robią mu niedźwiedzią przysługę, gdyż może nieświadomie utwierdzają go w przekonaniu, że w zasadzie nic się nie dzieje.
Sęk w tym, że się dzieje. I jedynym sensownym rozwiązaniem, jest ścieżka którą przetarł inny hierarcha, kiedy znalazł się pod pręgierzem plotek i pomówień o agenturalną przeszłość. Myślę o biskupie tarnowskim, Wiktorze Skworcu, który by uciąć podejrzenia, zwrócił się do historyków o zbadanie zawartości swojej teczki. Owoc tych badań opublikował „Gość Niedzielny”. Jasno z nich wynika, że biskup kontaktował się z SB. Ale nie dał się złamać. Zabrakło mu jednak, jak sam przyznał, „radykalizmu” i „odwagi”. „Dziś czuję się zobowiązany przeprosić za to” – wyznał.
Bp Skworc pokazał, że ufa w moc chrześcijańskiego przebaczenia i pojednania. Nikt nie protestował, kiedy opowiedział o swoich kontaktach z SB. Nikt nie domagał się jego rezygnacji z urzędu. Przecież wielkość chrześcijaństwa polega na tym, że z zasady nie odtrąca się grzesznika, ale zawsze dostaje on „drugie życie”. Czyż nie o tym poucza historia „syna marnotrawnego”?
Jeśli więc abp Wielgusowi udało się przekonać do swej osoby papieża i Stolicę Apostolską, powinien też przekonać polskich katolików. Tyle że w ogóle musi dać nam szansę, pokazując swoją teczkę i zajmując wobec znajdujących się w niej materiałów jasne stanowisko. Co więcej, ma moralny obowiązek zrobić to, choćby ze względu na tych, którzy mu zaufali i dziś ręczą swoim autorytetem, że jest najlepszym kandydatem na metropolitę warszawskiego. Jeśli zaś materiały dowiodą, że abp Wielgus był, jak mówią jego oskarżycielem „cynicznym agentem”, powinien zrezygnować. Także z funkcji biskupa płockiego. I pójść na wcześniejszą emeryturę. Jego milczenie w tym przypadku nie jest złotem.
Dotkliwy brak przywódcy
Tym bardziej, że dotąd lustracja, która spadła na polski Kościół niczym grom z jasnego nieba, obnażyła już dość jego słabości.
Biskupi nie sądzili, iż ktoś w Polsce poważy się szperać w życiorysach i teczkach znanych księży. To dlatego, kiedy w luty 2005 r., do opinii publicznej przedostała się tzw. „lista Wildsteina”, prymas Józef Glemp ze spokojem komentował: „Polacy mają prawo do prawdy, opublikowanie listy Wildsteina to krok w dobrym kierunku. Dzięki temu obywatele będą mogli przejść egzamin ze swojej przeszłości, aby wejść w przyszłość w prawdzie”.
Gdy jednak padły zarzuty o agenturalną współpracę pod adresem tak znanych kapłanów, jak opiekun polskich pielgrzymów w Rzymie, dominikanin o. Konrada Hejmo, przyjaciel i biograf Jana Pawła II, ks. Mieczysław Maliński czy ks. Mirosław Drozdek, pierwszy kapelan zakopiańskiej Solidarności i kustosz sanktuarium na Krzeptówkach w Zakopanem, w Episkopacie zapanowała konsternacja. Tymczasem lustracja szybko przerodziła się w tykającą bombę, którą należało rozbroić. Jednak żaden z hierarchów nie miał ochoty na rolę sapera.
Może dlatego, że kandydat do takiej roli był oczywisty. Benedykt XVI nowym metropolitą krakowskim mianował abp Stanisława Dziwisza i nadał mu kardynalski biret. Nikt nie miał złudzeń, że przyjaciel i długoletni sekretarz Jana Pawła II założy buty lidera polskiego Kościoła. Nie było ważnej osobistości w świecie rodzimej polityki, która nie wybrałaby się do Krakowa, by przedstawić się nowemu metropolicie.
Jednak sen o spokojnym życiu duszpasterza Starego Krakowa kard. Dziwisz musiał szybko porzucić. I to za sprawą swego podwładnego, ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego – kapelana nowohuckiej Solidarności i duszpasterza Ormian. Po lekturze własnej teczki, ks. Zaleski uznał za konieczne samooczyszczenie kościelnych szeregów. Stał się on, jak mówią ludzie zachęcający go walki, „samotnym jeźdźcem” szukającym prawdy.
Ucieczkę kard. Dziwisza przed problemem lustracji doskonale obrazuje przypadkowa sytuacja. Do mediów przedostaje się informacja, że przy procesie beatyfikacyjnym Jana Pawła II pracuje były agent. Arcybiskup zagadnięty o sprawę, tuż po liturgii, mówi z przerażeniem: „Nie wiedziałem i nawet nie chcę przypuszczać, żeby to było prawdą”.
Kłopot w tym, że tak nie reaguje przywódca. To raczej postawa chowania głowy w piasek: „zabierzcie te kłopoty ode mnie”. A polski Kościół potrzebuje dziś silnego lidera, który miałby jasną wizję, jak wyjść z lustracyjnego pata. Nie jest nim, niestety, kard. Dziwisz. Choć jeszcze rok temu trzymał w rękawie wszystkie asy, lustracja skutecznie mu je wytrąciła.
Kiedy puszczają nerwy
Spór o lustrację pokazał również twarz Kościoła, której w ostatnich 17 latach katolicy nie oglądali. Zobaczyliśmy zabójczy dla wspólnoty kościelnej stopień nieufności między wierzącymi i niespotykaną agresję w formułowaniu insynuacji i niesprawiedliwych sądów.
Głównym bohaterem lustracyjnego horroru był zazwyczaj ks. Zaleski. Pracując nad książką, w której opisał postawy księży wobec SB w archidiecezji krakowskiej, na każdym kroku powtarzał, że jej publikacja wstrząśnie polskim Kościołem. Przy okazji, to tu, to tam, sugerował, który z księży może mieć nieczyste sumienie. Taka samowola irytowała kościelne władze. Krakowska kuria sięgnęła po sankcje dyscyplinarne. Zamknęła mu usta. Takie jej prawo. W Kościele obowiązuje posłuszeństwo, szczególnie kapłanów. Daje jednak do myślenia waga oskarżeń wobec ks. Zaleskiego i agresywny język komunikatu zakazujący mu publicznego komentowania kościelnej lustracji.
„Działalność ks. Zaleskiego […] wypacza obraz kapłana, który staje się inkwizytorem, niemiłosiernym i bezwzględnym oskarżycielem” - napisano w komunikacie.
Można zrozumieć irytację kościelnych władz, ale nie sposób załatwienia sprawy. Ks. Zaleski mimo błędów (któż ich nie popełnia?), nie zasłużył na miano „niemiłosiernego i bezwzględnego oskarżyciela”. Ciosem poniżej pasa było także nazwanie go przez Prymasa Glempa „nadubowcem”. Takiego języka biskup nie powinien używać nawet wobec swoich przeciwników, a co dopiero wobec brata w kapłaństwie. Kard. Glemp ostatecznie przeprosił.
Ale to nie koniec burzliwej historii książki ks. Zaleskiego. Henryk Woźniakowski, prezes „Znaku”, który ma ją wydać, uzależnił druk od spełnienia trzech warunków. „Znak” wyda książkę, gdy „kompetentni i miarodajni recenzenci uznają jej treści za w pełni odpowiadające historycznej prawdzie, gdy na autorze nie będzie ciążyć nakaz dyscyplinarny zawarty w komunikacie kurii krakowskiej z 17 października tego roku oraz gdy zgodnie z treścią tego komunikatu kardynał metropolita krakowski wyda ocenę moralną dotyczącą przygotowywanej publikacji”.
Takie postawienie sprawy oburzyło wybitnego teologa z Poznania, ks. Tomasza Węcławskiego. Na znak protestu wycofał swoje nazwisko z zespołu miesięcznika „Znak”. „Popieram tę publikację i uważam, że nie można jej stawiać innych warunków jak tylko merytoryczne (…) W wypadku każdej innej książki powiedziałbym dokładnie to samo, bo dotyczy to zasad publikowania w normalnym, otwartym społeczeństwie” - wyjaśniał.
Również kuria chłodno zareagowała na oświadczenie krakowskiego wydawnictwa. Jasno dając do zrozumienia, że kard. Dziwisz nie będzie czytał i oceniał książki przed drukiem, gdyż nie chce zostać posądzony o „cenzorskie” zapędy.
Ostatecznie wydawnictwo opublikuje książkę, biorąc - wespół z ks. Zaleskim – pełną odpowiedzialność za jej treść. Tylko wtedy możliwa będzie merytoryczna dyskusja z jej autorem. Tak powinna wyglądać rzetelna debata o drażliwych kwestiach najnowszej historii kościoła, a nie – jak do tej pory - za pośrednictwem mediów, gdzie królowały plotki i półprawdy.
Księża-agenci dzielą
Lustracja pokazała też nowe linie podziałów wśród katolików świeckich. Radykalnymi krytykami biskupów za ich wstrzemięźliwość lustracyjną okazali się dotychczasowi „wierni sprzymierzeńcy” – najczęściej prawicowi publicyści. Niezadowoleni z postawy hierarchów świeccy katolicy wystosowali publiczny apel do Episkopatu, podpisali go m.in. Jan Pospieszalski, Piotr Zaremba, Piotr Semka, Tomasz Terlikowski czy Paweł Milcarek.
Tłumaczyli, że – po pierwsze – Kościół pilnie potrzebuje lustracji. Tym bardziej, że w ich ocenie reakcja hierarchów nie nadąża za „dramatycznym rozwojem wydarzeń”. Przywołując papieża, zaznaczyli, że lustracja powinna być przeprowadzona w „duchu pokuty, miłosierdzia i przebaczenia”.
I, po drugie, apelując do biskupów o szybką lustrację, powołali się na nauczenie II Soboru Watykańskiego, który mówi, że jako ludzie świeccy, „stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i autorytetu, mają możność, a niekiedy nawet obowiązek ujawniania swojego zdania w sprawach, które dotyczą dobra Kościoła” (Konstytucja Dogmatyczna o Kościele, nr 37).
Jasne, że to „święty” przywilej świeckich. Jednak w zakończeniu swego apelu sygnatariusze wyjaśniają, iż opowiadają się za lustracją księży, bo są przekonani, że „procesowi lustracji powinny podlegać wszystkie środowiska zaufania publicznego”. Czy nie kryje się tu logika, którą można sprowadzić do stwierdzenia: jeśli udałoby się namówić Kościół, największy autorytet moralny większości Polaków, do szybkiej lustracji własnych szeregów, to byłby to koronny argument, aby bez zahamowań lustrować inne oporne wobec lustracji środowiska.
To nie koniec lustracyjnych dewastacji. Stosunek do lustracji podzielił zakony. Tak stało się w przypadku dominikanów, kiedy IPN postawił zarzuty o. Konradowi Hejmo. Byłego prowincjała, o. Macieja Ziębę, lektura teczki „poraziła”. Jest przekonany, że o. Hejmo był tajnym i świadomym współpracownikiem. Nie jest to takie jasne dla innego dominikanina, o. Jacka Salija. Niektórzy dominikanie wciąż mówią, że zanim o. Hejmo mógł cokolwiek powiedzieć, „ścięto mu głowę”.
Do analogicznej „schizmy” doszło w szeregach południowej prowincji jezuitów. Zwolennicy ujawniania „agentów w habitach”, o. Krzysztof Mądel i diakon Andrzej Miszk z Krakowa, lekką ręką lustrowali swoich współbraci na prowadzonej przez siebie stronie internetowej „Tezeusz”. Cierpliwość prowincjała, o. Krzysztofa Dyrka wyczerpała się, kiedy na portalu zamieszono wywiad z ks. Zaleskim. W rozmowie padły m.in. kryptonimy i funkcje kilku krakowskich jezuitów, którzy mieli współpracować z bezpieką.
Prowincjał, pod groźbą wykluczenia z zakonu, zakazał i diakonowi Miszka, i o. Mądlowi, zajmowania się lustracją. Tym bardziej, że sam wcześniej powołał komisje, która bada teczki jezuickich zakonników. Diakon Miszk został przeniesiony do Wrocławia, o. Mądel na placówkę do Kłodzka.
Problem z esbeckimki aktami polega chyba na tym, że ich lektura wciąga i pasjonuje, co przyznają ipnowscy historycy (np. Marek Lasota, autor „Donosu na Wojtyłę”). Kiedy traci się świadomość, że są to zapiski ubeckie, zaczyna się traktować ich zawartość jak „prawdę objawianą”. Jednak czy prawdę o kapłanie, który wielokrotnie dowiódł, że jest godzien zaufania, można sprowadzić do notatek pismaków z IV Departamentu?
Odrzucić skrajności
Gołym okiem widać, że po rocznej lustracyjnej batalii kościelny krajobraz nie wygląda dobrze. Pytanie – co dalej?
Biskupi na serio muszą potraktować treść „Memoriału” w sprawie współpracy niektórych duchownych z organami bezpieczeństwa, notabene przyjęty przez nich jednogłośnie: „Kościół nie boi się prawdy (…) Nie boi się również rzetelnej lustracji, jeżeli to słowo ma oznaczać zmierzenie się z bolesną prawdą prowadzącą do oczyszczenia i pojednania”. A jeśli tak, Kościół musi odrzuć dziś dwie pokusy.
Po pierwsze, hierarchowie nie mogą ulec podszeptom tych, którzy nawołują do jednorazowego i ostatecznego wyłożenia teczek na stół. Ofiarami takiego działania padliby przecież tacy księża, jak ks. Romuald Weksler-Waszkinel czy jezuita o. Władysław Wołoszyn. Dziś dobrze wiemy, że SB spreparowało materiały na ich temat.
Po drugie, biskupi muszą w końcu porzucić politykę chowania głowy w piasek. Za pewną beztroskę hierarchów polski Kościół płaci cenę powolnej utraty wiarygodności. Czy dwa lata temu ktoś mógłby przypuszczać, że publicyści opiniotwórczych gazet będą porównywali homilie biskupów do języka „Trybuny” albo „ogłuszającego ryku”?
Kiedy Kościół odrzuci skrajności, pozostaje mu „złoty środek”. Pójście tą drogą polega na rzetelnym i systematycznym opisywaniu, także ciemnych kart jego najnowszej historii. Pokazywaniu dramatów kapłanów, którzy z różnych przyczyn godzili się na współpracę z SB. Narzędziem takich badań jest powołana w październiku Kościelna Komisja Historyczna.
Ale to nie wszystko. Kościół, czyli cała wspólnota wiernych, musi również pokazać, że w imię swej teologicznej tradycji i duszpasterskiej strategii, nie odrzuca grzeszników, ale – zgodnie z Jezusową logiką – chce „raczej miłosierdzia niż ofiary” (Mt 9,13) i zaproponuje im jasną drogę powrotu do wspólnoty wierzących.
Jeśli Kościół nie weźmie spraw we własne ręce, najpewniej czeka go kolejny rok lustracyjnego szaleństwa. Pytanie, czy stać go, by następne dwanaście miesięcy trwać w lustracyjnym paraliżu?
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 30 grudnia 2006 – 1 stycznia 2007
W marcu w wydawnictwie W.A.B ukaże się książka Jarosława Makowskiego Kobiety uczą Kościół.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...