
Prawo autorskie to fundament, na jakim budowane jest
społeczeństwo informacyjne. W czasach, gdy wszelka komunikacja
międzyludzka, debata publiczna, większość życia kulturalnego i
społecznego toczy się za pośrednictwem mediów elektronicznych,
brzmienie prawa autorskiego kształtuje najbardziej podstawowe aspekty
funkcjonowania społeczeństwa.
Wszyscy jesteśmy twórcami
Ustawa
mówi, że „przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności
twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci,
niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia”. Ta
definicja na pierwszy rzut oka nie jest zbyt jasna. W praktyce oznacza
to, że cokolwiek zapisujemy, rysujemy, nagrywamy etc., podlega prawu
autorskiemu.
W czasach analogowych, kiedy opublikowanie czegoś
było zdarzeniem dość wyjątkowym, prawo autorskie dotyczyło niewielkiej
grupy ludzi. Jednak w ciągu kilku ostatnich lat to się zmieniło. Szkoły
i uniwersytety, biura, biblioteki, telewizja, gazety, telefony i
wszystkie inne narzędzia międzyludzkiej komunikacji - to wszystko w
ciągu ostatnich lat uległo digitalizacji.
W efekcie zatarła
się różnica między publikacją a innymi rodzajami komunikacji i wymiany
informacji. To zaś ma daleko idące skutki. Tradycyjne biblioteki
działały, nie zaprzątając sobie głowy prawem autorskim, bo nie wpływało
to na sposób udostępniania książek. Jednak w bibliotekach cyfrowych
udostępnianie książek niczym nie różni się od publikacji, więc nie
znajdziemy w większości książek opublikowanych w XX wieku. Użyteczność
biblioteki jako instytucji życia społecznego spada. Przykłady można
mnożyć - dziś prawo autorskie dotyczy każdego z nas. Działa
automatycznie. I zostały nim objęte niemal wszystkie dziedziny życia
społecznego. Zazwyczaj ze złym skutkiem.
Zachwiana równowaga
Przez
wiele dekad istotą prawa autorskiego była równowaga. Z jednej strony
prawo tworzyło model ekonomiczny osiągania zysków ze sprzedaży kopii
dzieła dla jego autorów, wydawców i innych pośredników. Z drugiej
strony tworzyło wiele wyjątków, aby nie ograniczać konstytucyjnych praw
do swobody wypowiedzi i dostępu do wiedzy ani zakłócać rozwoju kultury.
Tę równowagę zapewniały zapisy o dozwolonym użytku, które mówiły, co
każdemu z nas wolno robić: wolno tworzyć kopie na użytek własny i
najbliższych, wolno tworzyć parodie i wykorzystywać utwór do jego
krytyki, wolno wykorzystywać utwór w celach edukacyjnych.
Niestety,
ta równowaga została zachwiana. Jeszcze na początku lat 90. każdy utwór
objęty był prawem autorskim przez 25 lat od śmierci autora, ale w roku
1994 wydłużono ten okres do lat 50 po śmierci, a w 2001 do 70 lat po
śmierci. To oznacza, że ogromna ilość utworów, które można było
wykorzystywać bez ograniczeń, została odebrana domenie publicznej -
czyli nam wszystkim. Rok temu wprowadzono nowe, nieistniejące wcześniej
opłaty na rzecz producentów. W efekcie za samo hotlinkowanie filmów na
serwisach typu
YouTube czy
Google
Video obowiązkowo egzekwowane są opłaty przez odpowiednie organizacje
zbiorowego zarządzania. I tak dalej, lista wprowadzonych przez ostatnią
dekadę nowych restrykcji i opłat jest długa.
Także sam proces
digitalizacji mediów spowodował, że wiele istniejących zapisów o
dozwolonym użytku stało się martwą literą. Na przykład zapisy, które
zezwalały na ułatwioną publikację w celach edukacyjnych, w praktyce nie
dają się stosować do internetu.
Mówiąc wprost: ubocznym efektem
procesu digitalizacji i bezpośrednim przemian prawa autorskiego jest
utrata szereg przysługujących wcześniej społeczeństwu praw
informacyjnych. Publiczna sfera kultury się kurczy.
Skąd się biorą restrykcje
Kiedy
organizacje społeczne zajmujące się edukacją, wolnością słowa czy
prawami konsumenta podnoszą problem zbyt restrykcyjnego prawa
autorskiego, spotykają się często z brakiem zrozumienia. Z punktu
widzenia dotychczasowych beneficjentów prawa autorskiego - czyli
wydawców, pośredników takich jak media masowe, organizacji
reprezentujących twórców i producentów - digitalizacja także naruszyła
wspomnianą równowagę, tylko że w przeciwnym kierunku. Dopóki kopiowanie
na użytek własny oznaczało mozolne przepisywanie na maszynie do
pisania, nikomu to specjalnie nie wadziło. Teraz jednak skaner,
drukarka, nagrywarka płyt CD i internet są w co drugim domu. Miliony
osób zaczęły egzekwować przysługujące im prawa.
To zaś nakłada
się na jeszcze jeden problem - upadek całego modelu ekonomicznego
zaprojektowanego przez prawo autorskie. Sprzedaż pojedynczych kopii
utworu miała sens, gdy produkcja kopii utworu była kosztowna i
pracochłonna. Ale w mediach cyfrowych model ten nie ma sensu, bo
urządzenia cyfrowe kopiują i przekazują informację dalej niemal
bezkosztowo. Żeby ten model utrzymać przy życiu, niezbędne są
drakońskie prawa i ich rygorystyczna egzekucja.
Te dwa czynniki stoją za silnym lobbingiem na ograniczenie zakresu dozwolonego użytku i penalizację naruszeń prawa autorskiego.
Dobro i zło
W
debacie nad prawem autorskim najwięcej się mówi o problemie masowego
naruszania prawa autorskiego, nazwanego dość romantycznie piractwem.
Piractwo
ma jednak dwa wymiary. Pierwszy to ten oczywisty, kiedy ktoś ze
świadomego naruszania prawa tworzy model biznesowy, np. sprzedaje
zastrzeżone programy komputerowe na bazarach. Jednak dla diagnozy
kondycji prawa autorskiego znacznie ważniejszy jest ten drugi - gdy
masowe naruszenia istniejącego prawa powstają nie z chęci zysku, ale
wynikają z normalnych działań w przestrzeni kultury. Tutaj dokładanie
restrykcji, ograniczanie zakresu dozwolonego użytku i wprowadzanie
nowych, coraz wyższych kar i tak nie pomoże rozwiązać problemu naruszeń.
Techniczne
przemiany komunikacji nie zmieniły naszych społecznych zachowań. Kiedyś
pożyczaliśmy koledze płytę - teraz wysyłamy link do pliku dostępnego w
sieci. Kiedy jakaś książka bądź film nie miały polskiego tłumaczenia,
to je robiliśmy i rozdawaliśmy przyjaciołom. Dziś wrzucamy je w
internet.
To samo robimy ze zdjęciami, filmami, nagraniami. W
gruncie rzeczy robimy to samo, co przez całe życie uznawaliśmy za dobre
- pomagamy sobie nawzajem. Kiedyś za taką niedochodową pracę czekały
nas podziękowania kilku przyjaciół. Dziś oprócz podziękowań możemy też
otrzymać - o czym się przekonali niektórzy tłumacze napisów do filmów -
zaproszenie na przesłuchanie przyniesione o 6 rano przez policję. To
jest powód, dla którego na hasło „prawo autorskie” użytkownicy
internetu (czyli dziś już znakomita większość Polaków) reagują już nie
wzruszeniem ramion, ale nieukrywaną wrogością.
Obywatele
społeczeństwa informacyjnego nie mają na celu - jak to się czasami
przedstawia - podkopania podstaw bytu twórców. Sami są twórcami.
Zazwyczaj jednak są twórcami wykluczonymi z systemu redystrybucji. Nie
każdy może otrzymać przelew od organizacji zbiorowego zarządzania, co
udowodniła słynna sprawa Kopipolu, w której Piotrowi Waglowskiemu
odmówiono tantiem, tłumacząc, że potencjalnych zainteresowanych jest
zbyt dużo, i gdyby płacono wszystkim, to kwoty tantiem byłyby bardzo
niskie. Jednocześnie ulegają ograniczeniu podstawowe prawa i przywileje
społeczne.
Prawo
autorskie określa, co wolno, czego nie wolno i na jakich zasadach
wchodzimy w relacje z innymi ludźmi. Mówi, co jest dobre, a co jest
złe. Przemiany technologiczne spowodowały, że z regulacji zajmującej
się redystrybucją dochodów w obiegu informacji stało się nagle całym
skomplikowanym systemem etycznym. Nie jest on jednak społecznie
akceptowany - i nie będzie, dopóki swoim kształtem nie zacznie
odpowiadać potrzebom społeczeństwa, a nie tylko wąskich grup interesów.
Co można zrobić
Należy
przywrócić równowagę pomiędzy prawami różnych użytkowników kultury. W
tym jednak celu potrzebna jest debata angażująca nie tylko podmioty
zainteresowane ekonomicznie, ale też organizacje konsumenckie,
edukacyjne, zajmujące się wolnością słowa.
Wiele można
zmienić, poprawiając niedoskonałości prawa. Trzeba rozwiązać problem
tzw. utworów osieroconych (dzieł, które są pod prawem autorskim, ale w
praktyce nikt nie czerpie z nich zysków). Wprowadzić mechanizmy
wyłączania utworów spod prawa autorskiego, jeśli taka jest wola twórcy,
bo dziś twórca nawet tego nie może zrobić. Uwolnić prawa, które są w
posiadaniu skarbu państwa (wydaje się zresztą, że skarb państwa nie
wie, jakie dokładnie prawa posiada). Otworzyć archiwa takie jak
Narodowe Archiwum Cyfrowe. Wprowadzić zasadę, że utwory, których
powstanie jest finansowane ze źródeł publicznych, są udostępniane w
sposób otwarty. Należy rozwiązać problem reprezentacji twórców przez
organizacje zbiorowego zarządzania - nie może być tak, że twórca o
udokumentowanym dorobku i zasięgu otrzymuje odmowę wypłaty tantiem.
Należy się zastanowić, w jaki sposób w czasach digitalizacji umożliwić
działanie bibliotekom i instytucjom edukacyjnym. Wreszcie należy w
sposób bardzo zdecydowany odróżnić w prawie autorskim działania
prowadzone dla zysku od działań niekomercyjnych.
Żadna z tych
rzeczy nie koliduje z interesami obecnych graczy, za to ucywilizuje i
uczyni prawo autorskie bardziej przyjaznym dla użytkowników kultury.
Natomiast
dozwolony użytek trzeba zostawić w spokoju. Dokładanie restrykcji w
najlepszym wypadku będzie nieskuteczne. W najgorszym spowoduje
gigantyczne straty dla kultury, która nie będzie mogła się rozwijać,
spowoduje daleko idące ograniczenia obywatelskich swobód i uczyni
konstytucyjne prawo dostępu do dóbr kultury literacką fikcją.
Greckie pojęcie symbol oznacza akt z...
"Są gry komputerowe, które mogą&n...
Proszę Pani, ale to się i tak stać mu...