NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Kościół na wirażu |
|
|
Jarosław Makowski
|
|
10.01.2007 |
Akcja zmienia się błyskawicznie. Trzyma w napięciu do końca. I, jak w dobrym thrillerze, kończy się w sposób zaskakujący. W niedzielę, kilka minut po ósmej, pojawia się przeciek - z Pałacu Prezydenckiego, co w tej historii musi zdumiewać - że ingres może być odwołany. Strona kościelna milczy. Dopiero na kilkanaście minut przed mszą Nuncjatura Apostolska potwierdza: abp Stanisław Wielgus zrezygnował, papież przyjął rezygnację.
Część wiernych odetchnęła z ulgą: „Bogu niech będą dzięki”. Inni: „To skandal, zaszczuto człowieka”. Czy rezygnacja arcybiskupa kończy niszczący Kościół thriller?
Niestety, nie. Spór wokół jego nominacji pokazał, że kryzys, w jaki popadł Kościół, jest dużo głębszy, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Jest to bowiem kryzys potrójny - kryzys zaufania, jedności i autorytetu.
Zardzewiałe młyny Watykanu
Abp Wielgus podał się do dymisji pod naciskiem Watykanu. Tyle że wcześniej, 21 grudnia, Stolica Apostolska deklarowała, iż ufa arcybiskupowi i w pełni go popiera. Decyzja o jego odwołaniu w dniu ingresu - równie bezprecedensowa, co wcześniejsza o jego poparciu - oznacza, że Watykan stracił zaufanie do hierarchy.
Mało tego: wzywając abp Wielgusa do odejścia dzień po tym, gdy formalnie został on metropolitą Warszawy, papież wyraził także votum nieufności wobec rodzimej Nuncjatury Apostolskiej, samego abp. Józefa Kowalczyka i całego polskiego Episkopatu. Jak się nieoficjalnie mówi, decyzja papieża zapadła po interwencji władz polskich. To kolejny niebezpieczny precedens - okazuje się bowiem, że dla Benedykta bardziej wiarygodne okazały się argumenty władz, niż braci w biskupstwie.
Ten brak zaufania, który Benedykt XVI zaprezentował wobec polskich hierarchów, będzie rzutował na poszukiwania nowego metropolity. Papież wie, że dziś musi dmuchać na zimne. Czy więc może ufać biskupom, którzy troszczyli się bardziej o korporacyjną solidarność, niż o dobro wszystkich wierzących i Kościoła? Poprzednie poszukiwania metropolity Warszawy trwały kilka miesięcy. Opóźnienie tłumaczono tym, że Watykan chce mieć kandydata bez skazy. Postawił na abp. Wielgusa - i rychło okazało się, że popełnił błąd. Jak więc teraz papież ma polegać na hierarchach, którzy właśnie go zawiedli? Jak ma szukać wśród nich człowieka, który poprowadzi warszawski Kościół?
Być może ten kryzys zaufania skłoni Benedykta XVI do szukania nowych „twarzy” nie wśród biskupów, ale w szeregach kapłanów z zacięciem duszpasterskim i charyzmą ewangeliczną. Obecna sytuacja sprawia, że papież ma zielone światło do działań wbrew „kościelnemu salonowi”. Byłby to zarazem znak, że Watykan daje sygnał do zmiany pokoleniowej w polskim Episkopacie. Zmiany, która jest pożądana.
Z drugiej strony jednak nie sposób nie zadać pytania: dlaczego na ten bezprecedensowy krok, jakim było odwołanie abp. Wielgusa w dniu ingresu, papież zdecydował się dopiero „za pięć dwunasta”? Już wcześniej mówiono (np. abp Sławoj Leszek Głódź, którego notabene nie było na mszy dziękczynnej; czy to protest przeciw decyzji papieża?), że Benedyktowi XVI znana jest przeszłość arcybiskupa. Ba, sam Watykan zapewniał nas, że zna przeszłość swojego hierarchy. Dlaczego więc nie zareagował wcześniej?
Prawicowi publicyści twierdzą, że papież był niedoinformowany - nie znał dokładnie przeszłości nominata i nie rozumie dostatecznie dobrze polskiego kontekstu. Ponadto koronnym argumentem jest stara maksyma: „Młyny watykańskie mielą powoli”.
Te tłumaczenia nie wydają się przekonujące. Postrzegają bowiem papieża jako człowieka, który żyje w wieży z kości słoniowej. Tymczasem podczas wizyty w Polsce Benedykt XVI miał okazję przekonać się, jakie emocje wywołuje lustracja księży. To dlatego wzywał w warszawskiej katedrze, aby „unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń, które żyły w innych czasach i w innych okolicznościach”. Czy więc można dać wiarę twierdzeniu, że papież nie był świadom kryzysu, w jaki popada nasz Kościół po ujawnieniu agenturalnej przeszłości abp. Wielgusa? Czy mógł o tym nie wiedzieć, skoro o kłopotach polskiego hierarchy rozpisywała się europejska prasa?
Jeśli nawet wziąć za dobrą monetę tłumaczenie, że Benedykt XVI był źle informowany o skali kryzysu, oznacza to, że zawiodła dyplomacja watykańska chlubiąca się ponoć solidnością i drobiazgowością. Sęk w tym, że błędy pracowników kurii rzymskiej idą na konto następcy św. Piotra. To papież, a nie urzędnicy kurii, jest rozliczany z grzechów zaniechania - tak przez media, jak i wiernych. Może więc „polski kryzys” to kolejny argument przemawiający za wciąż zapowiadaną reformą kurii rzymskiej?
Winny - czy ofiara?
Innym znamieniem kryzysu jest to, że arcybiskup podzielił polski Kościół. Było to widać w warszawskiej katedrze, gdzie zamiast uroczystego ingresu została odprawiona kolejna msza dziękczynna za 25-letnią posługę duszpasterską kard. Józefa Glempa. Kiedy abp Wielgus oznajmił, że rezygnuje, jedni - jak prezydent Lech Kaczyński - nie kryli ulgi i bili brawo, drudzy zaś skandowali: „Hańba, zostań z nami!”.
O czym to świadczy? O tym, że dla wiernych popierających arcybiskupa ujawnienie teczki z IPN nie stanowi koronnego argumentu jego winy. Ci wierni nadal mu ufają, choć on sam potwierdził fakt współpracy z SB. Pytanie, jak dziś tych ludzi - „prostych” i pobożnych katolików - przekonać, że rezygnacja abp. Wielgusa jest dla Kościoła pożądana i dobra, że nie jest następstwem spisku i zaszczucia biskupa? Kto ma im wyjaśnić, że fakt współpracy z SB nie przekreśla Wielgusa jako człowieka, ale dyskwalifikuje go jako lidera Kościoła warszawskiego?
Nie zrobią tego media, gdyż - w oczach tych ludzi - to one „ukamienowały arcybiskupa”. Być może powinien zaapelować do nich sam abp Wielgus, by przyjęli jego decyzję ze zrozumieniem. Myślę też, że znakiem troski Rzymu byłby skreślony osobiście przez Benedykt XVI list do Kościoła w Polsce, odczytany w świątyniach całego kraju. Czyż nie w ten sposób nauczał św. Paweł, pisząc listy do wspólnot wiernych?
Podziały zrodziły się także wśród księży. Nie są one spektakularne, daje się jednak zauważyć, że starsi kapłani i część hierarchów wykazuje zrozumienie dla abp. Wielgusa. To - jakkolwiek by na to spojrzeć - ich współbrat w biskupstwie. Tymczasem młodzi księża są bardziej radykalni w ocenach. W prywatnych rozmowach nie kryją żalu do arcybiskupa, który postawił ich - jako duszpasterzy - w trudnej sytuacji. „Przebaczam arcybiskupowi - przekonuje jeden z nich - ale czy człowiek z taką przeszłością musi być metropolitą warszawskim? On przecież nie pójdzie katechizować. To nie on będzie musiał bronić Kościoła przed zarzutami młodych ludzi o kłamstwo i arogancję”.
Tak czy inaczej Kościół potrzebuje dziś jedności jak powietrza. Nie tylko po to, by zło jasno nazwać złem, ale także, by mieć siły do przebaczenia i pojednania.
Potrzeba autolustracji
Czy jest w polskim Kościele osobowość, która mogłaby swoim autorytetem zasypać powstałe podziały i wskazać drogę wyjścia z kryzysu?
Na razie nie widać nikogo takiego. Niechęć do zmiany myślenia zaprezentował kard. Glemp, który w niedzielnej homilii przekonywał - przy aplauzie części wiernych - że abp. Wielgusa osądzono niesprawiedliwie: „Cóż to za sąd na podstawie świstków, dokumentów trzeci raz odbijanych! My nie chcemy takich sądów”.
Jest zrozumiałe, że Kościół nie powinien się godzić na lustrację księży przez media. Jeśli jednak chce utrzymać autorytet instytucji wiarygodnej, która wymaga przestrzegania najwyższych wartości nie tylko od innych, ale także od siebie, musi zaproponować alternatywny sposób lustracji.
Przed tym nie ma ucieczki. Co więcej, wie o tym Watykan. To dlatego o. Federico Lombardi, rzecznik Stolicy Apostolskiej, powiedział: „Sprawa abp. Wielgusa nie będzie prawdopodobnie ostatnim atakiem na osobistość kościelną za pomocą dokumentów tajnych służb minionego reżimu”. Jeśli więc polski Kościół chce uniknąć nowych ataków, musi je wyprzedzić. A może to zrobić w jeden tylko sposób - powiedzieć całą prawdę.
Polscy katolicy są gotowi do przebaczenia i pojednania, jeśli „zdrajca” okaże skruchę. Nawet ci, którzy odsądzali abp. Wielgusa od czci i wiary, po tym, jak się pokajał, deklarowali, że gotowi są mu przebaczyć. Aby jednak tak się stało, trzeba wiernym dać szansę. A tej nie stwarza chowanie przez biskupów głowy w piasek. Taka postawa może prowadzić Kościół do długotrwałego kryzysu zaufania i wiarygodności, którego przecież nie chce nikt, komu dobro Kościoła leży na sercu.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 9 stycznia 2007.
W marcu nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się książka Jarosława Makowskiego „Kobiety uczą Kościół”.
Na podobny temat
|
|
|
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...