Biografia Krzywonos
KP22: prze-moc
Komentarze
CYTAT DNIA
Krytyczna misja pomnika i monumentu jest stłumiona przez kontynuację
niewolnictwa z przeszłości i przez nadmierną i bezkrytyczną pamięć
uroczystych obowiązków i funkcji. Pomimo wszystkich bolesnych wydarzeń
i doświadczeń, których byliśmy uczestnikami (pomniki także), pomimo
wielu ofiar i istnienia "przetrwańców", władze nie pozwalają na
swobodne dawanie świadectwa, protestowanie i krytykę w przestrzeni
publicznej. Pomniki i monumenty są nieczynne, zmuszone do trwania w
milczeniu, w rzeczywistym i symbolicznym odcięciu od współczesnych
realiów i doświadczeń.
Krzysztof Wodiczko, Miasto, demokracja i sztuka
|
|
Kościół musi mówić prawdę |
|
|
Jarosław Makowski
|
|
06.01.2007 |
To, co wydawało się niemożliwe, staje się rzeczywistością. Abp Stanisław Wielgus, któremu postawiono mocne zarzuty dobrowolnej i świadomej współpracy z SB, przejmuje archidiecezję warszawską. Stanie się tak mimo sugestii wielu ludzi, duchownych i świeckich, by - do chwili pełnego i ostatecznego wyjaśnienia sprawy - nowy metropolita wstrzymał się z ingresem. Stanie się tak również pomimo tego, że - jak się okazuje - abp Wielgus kłamał, do końca zaprzeczając, iżby podpisał jakiekolwiek zobowiązanie do współpracy z SB.
Czy postąpił słusznie, przyjmując papieską nominację i stając na czele archidiecezji, czy nie, de facto nie ma już znaczenia. Ważniejsze jest pytanie, co jego decyzja przyniesie polskiemu Kościołowi.
By na nie odpowiedzieć, należy rozważyć trzy kwestie. Czy arcybiskup, stając na czele Kościoła warszawskiego w aurze skandalu, może być skutecznym głosicielem Ewangelii? Czy biskupi, którzy w większości stanęli za nim murem, mają świadomość, że na szalę rzucili swój osobisty autorytet, a także wiarygodność całego Kościoła polskiego? I w konsekwencji: czy mają pomysł, jak prowadzić Kościół przypominający dziś kierowcę samochodowego, który co prawda przeżył wypadek, ale jest mocno poturbowany?
Arcybiskup zostaje! Co dalej?
Z punktu widzenia wiarygodności duszpasterskiej metropolita znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Wedle nauczania Soboru Watykańskiego II wierni obowiązani są okazywać „cześć” swojemu biskupowi, „świadkowi boskiej i katolickiej prawdy”. „W sprawach wiary i obyczajów” lud winien trwać przy biskupie w „religijnej uległości” (Konstytucja dogmatyczna o Kościele, nr 25).
Wierni muszą więc ufać swoim biskupom. Czy jednak w świetle ujawnionych dokumentów abp Wielgus nie przypomina ślepca, który chce innych prowadzić prostą i jasną drogą, choć sam wcześniej wielokrotnie z niej zbaczał?
Nie można wykluczyć, że Watykan za jakiś czas zacznie naciskać, by metropolita ustąpił. W tej sytuacji kompletnie niezrozumiałe wydaje się przyzwolenie na obecną wojnę, która wystawiła na szwank autorytet samego papieża.
Istotą chrześcijaństwa jest wiara w nawrócenie człowieka - tylko w takiej perspektywie należy czytać decyzję Benedykta XVI o nominacji. Chrześcijanin wie, że Mateusz-celnik stał się apostołem, Piotr-zdrajca głową Kościoła, a Paweł-prześladowca męczennikiem za wiarę.
Abp Wielgus w oczach wielu ludzi zaczyna swą posługę jako „zdrajca” i „kłamca”. Co to oznacza? Że w pierwszej kolejności będzie musiał zająć jasne stanowisko wobec esbeckich akt, które zostały upublicznione. Na przekonujące wyjaśnienia, ale może przede wszystkim na mea maxima culpa i prośbę o drugą szansę czekają warszawscy wierni i kapłani tej diecezji, dla których ma być „ojcem”. Jeśli nawet otrzyma ograniczony kredyt zaufania, każdego następnego dnia będzie musiał przekonywać do siebie tych, którzy dziś w niego zwątpili i deklarują, że nigdy mu nie przebaczą. Swoim słowem i czynem będzie musiał dowodzić, że Benedykt nie popełnił błędu, darząc go zaufaniem i powierzając tak ważny urząd. A także, że potrafi zasypać podział wśród katolików, jaki zrodzi jego ingres. W przypadku abp Wilgusa to nie urząd, który otrzymał, gwarantuje mu autorytet. Arcybiskup na ten autorytet będzie musiał codziennie ciężko pracować. Aż w końcu to, kim jawi się dziś w świetle ubeckich akt, zostanie być może przesłonięte przez to, kim się okaże jako metropolita Warszawy.
Emancypacja świeckich
W dłuższej perspektywie obecny kryzys kościelny może okazać się błogosławieństwem dla wciąż oczekiwanego w Polsce procesu „emancypacji świeckich”. Jesteśmy dziś świadkami sprzeciwu pewnej - niezbyt licznej na razie - grupy laikatu wobec arogancji, jaką prezentują w sprawie abp. Wielgusa niektórzy hierarchowie i księża. Wielu biskupów - choćby wojowniczy arcybiskup warszawsko-praski Leszek Sławoj Głodź - jasno daje do zrozumienia, że świeckim wara od oceniania i pouczania „pasterzy Kościoła”. Za takim nauczaniem stoi archaiczna eklezjologia głosząca, że monopol na zarządzanie Kościołem i wydawanie ocen moralnych ma tylko duchowieństwo. „Kościół - to księża”.
Tymczasem z „klerykalnym modelem Kościoła” pożegnaliśmy się na Soborze Watykańskim II. Kościół - to Lud Boży, a zatem wszyscy ochrzczeni, o czym przypomina Konstytucja dogmatyczna o Kościele (nr 30). „Dekret o apostolstwie świeckich” idzie jeszcze dalej, głosząc, że bez aktywności ludzi świeckich apostolstwo samych „pasterzy nie może być zwykle skuteczne” (nr 10).
W Polsce świeccy są dobrzy i fajni, dopóki bez szemrania zapełniają w niedziele ławy kościelne. Gdy jednak, zgodnie ze swoim prawem, ale też obowiązkiem, zaczynają głośno mówić, co im się w „polityce” biskupów się nie podoba, natychmiast są przywoływani do pionu. Jeśli biskupi nie chcą, by zaangażowani dziś świeccy katolicy zaczęli ich postrzegać jako sprawnie działającą korporację, która wobec zagrożenia szybko i skutecznie zwiera szeregi, muszą zacząć wymagać najwyższych standardów etycznych nie tylko od innych, ale także od siebie samych. Muszą wziąć sobie do serca słowa Jezusa: „Otóż ja jestem pośród was jak ten, kto służy” (Ewangelia św. Łukasza 22,27).
Maczuga lustratorów
I kwestia ostatnia, ale najważniejsza. Kościół nie może sobie pozwolić, by przez kilkanaście dni pisano o nim na czołówkach gazet jako o przechowalni esbeckich „agentach w koloratkach”. Tym bardziej, że gazety dawno już zwęszyły, iż historie księży-agentów sprzedają jak świeże bułeczki. Regułą staje się redaktorski cynizm.
Tygodnik „Wprost”, który pośmiertnie zlustrował Zbigniewa Herberta, za co jego dziennikarz otrzymał nagrodę „hieny roku”, powinien wyciągnąć wnioski z lustracyjnych zapędów. Gdzież tam! Wicenaczelny pisma Stanisław Janecki w „Skanerze politycznym” w TVN24 obiecuje: już w następnym numerze udowodnimy na podstawie dokumentów, że abp Wielgus był agentem i opiszemy kolejny przypadek hierarchy z agenturalną przeszłością. Pech chciał, że „Rzeczpospolita” była pierwsza…
W obliczu takich incydentów biskupi muszą porzucić postawę defensywną. Nie można czekać, aż kolejna gazeta w aurze skandalu doniesie o kolejnym ważnym kapłanie, który kontaktował się z SB. Tym bardziej, że dziś polskim Kościołem kieruje pokolenie księży, z których większość była zmuszona utrzymywać kontakty z funkcjonariuszami IV Departamentu. Dla obecnych gorliwych lustratorów, z których bodaj żaden nigdy w życiu nie był zmuszony nadstawiać za nic głowy, jest to przejaw słabości i zdrady. Dla prawicowych „atletów moralnych” rzeczywistość jest czarno-biała: albo ksiądz był męczennikiem (Jerzy Popiełuszko), albo zdrajcą (Michał Czajkowski). W prawicowo-manichejskiej wizji najnowszej historii Kościoła nie ma miejsca dla „letnich”.
Biskupi muszą więc - w dobrze pojętym interesie własnym, ale też w interesie milionów wierzących - wytrącić z rąk prawicowych dziennikarzy maczugę lustracyjną. Wydaje się, że można to zrobić tylko w jeden sposób - zlecić kościelnej komisji historycznej jak najszybsze i pełne opracowanie teczek „kościelnych vipów”, wszystkich biskupów i przełożonych zakonnych. Oczywiście, aby to uczynić, konieczna jest zgoda samych zainteresowanych. To jednak w obecnej sytuacji nie powinno stanowić problemu. Bo wybór jest taki: albo biskupi sami się zlustrują, albo zrobią to za nich głodni sensacji dziennikarze.
Powiedzenie prawdy, nawet tak bolesnej, jak w przypadku abp. Wielgusa, jest tylko przystankiem na drodze do przebaczenia i pojednania.
Tekst ukazał się w „Gazecie Świątecznej” z 6 stycznia 2007.
W marcu nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się książka Jarosława Makowskiego „Kobiety uczą Kościół”.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 06.01.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Przepraszam, jeśli moja uwaga zabrzmi...
Osmin: chodzi o to, aby zdolne dzieci...