Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Konserwatyści i pozoranci |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
12.03.2005 |
Niektórzy trąbią na alarm, że wypowiedź Magdaleny Środy o pośrednim – przez kulturę – wpływie chrześcijaństwa na przemoc wobec kobiet i towarzysząca jej dyskusja rozpoczyna wojnę religijną. Inni temu gorąco zaprzeczają, jednak i jedni i drudzy godzą się, że taka wojna byłaby czymś złym w dzisiejszej Polsce. Czy rzeczywiście? Określenie “wojna religijna” źle pasuje do dzisiejszych czasów, ale spór jest istotą demokracji. Jest naiwnym złudzeniem przekonanie, że polityka nie ma nic wspólnego z kulturą, obyczajem czy tkanką społeczną. A kultura, obyczaje i społeczeństwo nie mają nic wspólnego z religią. Dotąd spieraliśmy się głównie o miejsce Kościoła w życiu publicznym, sam kształt doktryny stawiając, jak żonę cesarza, poza podejrzeniami. Przyjęło się, że Kościół nie jest wyrazicielem światopoglądu, który może podlegać krytycznej ocenie, a jest depozytariuszem wiary, która nie podlega normalnym regułom debaty. Dobrze, że dogmat ten się zachwiał. Głębokie spory polityczne są przecież zawsze sporami o kształt kultury i społeczeństwa. I trudno sobie wyobrazić, aby mówiąc o kulturze pomijać religię. Ze świeckiego punktu widzenia jest ona jej istotna częścią i znacząco wpływa na kształt więzi społecznych. Zauważmy, że takie spory towarzyszą od początku epoce nowożytnej, gdy w demokratyzującym się świecie zachodnim zwiększa się zakres powszechnie uznawanych praw obywatelskich. Początkowo toczy się walka o prawa osobiste innych stanów niż szlachecki, później o równe prawa polityczne dla wszystkich. Z czasem – gdy powszechna staje się świadomość, że aby korzystać z wolności politycznej trzeba mieć zapewniony przynajmniej elementarny poziom egzystencji – szerokie masy społeczne nabywają także praw socjalnych. Za każdym razem dochodzi do wówczas konfliktu między tymi, którzy – najczęściej stratni z powodu rozszerzenia się wolności i równości – uważają, że jest to ingerencją w święty (religijny) bądź naturalny i odwieczny porządek oraz że skończyć się musi katastrofą cywilizacji oraz tymi, którzy nie chcą dalej tolerować nierówność między ludźmi, nawet gdyby miało to oznaczać istotne przekształcenie kultury i kres wiekowych instytucji takich jak niewolnictwo, pańszczyzna, cenzus majątkowy, patriarchat. Jedni i drudzy – prawica i lewica – mają rację, gdy sądzą, że toczą walkę o coś więcej niż stanowione prawo. Od lat lewicowe ruchy sprzeciwiają się nie tylko dyskryminacji ekonomicznej obywateli, ale także dyskryminacji ze względu na płeć czy orientację seksualną. I choć znowu wielu twierdzi, że to wymysły i fanaberie znudzonych siedzeniem w bibliotekach intelektualistów, którym zachciało się majstrować przy mechanizmach kultury, to w rzeczywistości przeciwnicy dyskryminacji kulturowej kontynuują tylko to, co zaczęli wcześniej tacy „majsterkowicze” jak Hobbes, Locke czy Rousseau (prawa cywilne i polityczne), następnie zaś Marks, Bernstein czy Rawls (prawa socjalne), by wymienić klasyków. Nie ma więc co ukrywać, że ktoś taki, jak pełnomocnik rządu do spraw równości kobiet i mężczyzn zajmuje się nie tylko dostosowywaniem prawa do standardów równościowych. Zajmuje się także krytyką patriarchalnej kultury i jej źródeł oraz kanałów jej powielania (podręczniki, dyskurs publiczny, lokalne obyczaje, praktyki zawodowe itp.). Oznacza to konflikt ideologiczny. Dalej - ponieważ eliminowanie nierówności musi prowadzić do ograniczenia władzy tych, którzy czerpią z niej korzyści lub instytucji zbudowanych w sposób dyskryminujący jakąś grupę, zawsze oznaczać będzie to także ostry konflikt polityczny. Zrozumiałe są zatem ataki na Magdalenę Środę za jej wypowiedź o pośrednim wpływie katolicyzmu na przemoc wobec kobiet. Ale tym bardziej zrozumiała jest sama jej wypowiedź. Tradycje katolicyzmu są istotną częścią kultury dyskryminującej kobiety, co starałem się szerzej wyjaśnić w swoim tekście „On zaś będzie panował nad tobą”, a nie byłoby zjawiska „przemocy domowej” bez dyskryminacji kobiet. Tak, Środa nie tylko zajmuje się “rozwiązywaniem konkretnych problemów”, proponuje również krytykę kultury. Spór, jaki ujawnił się przy tej okazji to starcie zwolenników różnych wizji życia społecznego. Zwolennicy społeczeństwa zorganizowanego hierarchicznie, podporządkowanego autorytetowi tradycji chrześcijańskiej i Kościoła, z wynikającym z religijnego nauczania podziałem ról i z dawaniem priorytetu rodzinie, narodowi, Kościołowi nad wolnością i równością jednostek nie widzą dyskryminacji kobiet i szeregu innych, wpisanych w istniejącą kulturę opresji i nierówności. Dyskryminację widać dopiero, gdy do rzeczywistości przyłoży się odmienną wizję życia społecznego - opartą na prawach człowieka, gdzie jednostka zajmuje podmiotową pozycję wobec rodziny, narodu, rynku i innych instytucji stworzonych przez człowieka, gdzie scenariusze życia piszemy sobie w możliwie największym stopniu sami, zamiast realizować te zapisane w świętych księgach. Z tych to powodów Marek Jurek odrzuca jakiekolwiek zarzuty wobec chrześcijaństwa o udział w dyskryminacji kobiet. To, co ja nazywałem nierównością, on nazywa „odmiennością tożsamości”, „odrębnością”. W tradycji biblijnej i patrystycznej nie dostrzega zarzewia kulturowej dyskryminacji. Doktrynę o nierozerwalności małżeństwa przedstawia jako chroniącą kobiety przed samowolą mężczyzn, gdy tymczasem wielu postrzega ją dokładnie odwrotnie. Jeśli skonfrontować wywód Marka Jurka z praktyką polskiej parafii, szybko okaże się, że to Środa lepiej opisuje życie rodzinne Polaków niż karkołomna scholastyka posła PiS-u. Wystarczy najzwyklejsze, wręcz „podwórkowe” doświadczenie, by stwierdzić, że doktryna o nierozerwalności małżeńskiej wprost prowadzi do uzależnienia kobiet od mężczyzn. Od przeciętnego proboszcza kobieta może usłyszeć, że jeśli nie chce popełnić grzechu, jakim jest rozwód powinna „nieść swój Krzyż”, nawet gdy oznacza to tolerowanie przemocy. I rzeczywiście 90% Polaków w badaniach opinii społecznej deklaruje, że gdy dochodzi do konfliktu dobra jednostki i dobra rodziny, należy wybrać dobro rodziny. W praktyce oznacza to poświęcenie dobra kobiety, bo to przecież ona wedle wszelkich statystyk jest najczęściej ofiarą przemocy. Od wieków taki kształt kultury był przez wielu wspierany i aktywnie propagowany, zrozumiałbym zatem, gdyby Marek Jurek jako konserwatysta chciał go zachować. Tylko że dawniej mówiono wprost: kobieta ma być posłuszna mężowi, a on ma prawo wymuszać to posłuszeństwo nawet siłą (także wobec dzieci, co Jurek jeszcze niedawno otwarcie przyznawał). Dziś Jurek kluczy, udaje, że nie ma nierówności między kobietami i mężczyznami w kształtowanej przez chrześcijaństwo kulturze. Że nie ma problemu konfliktu między dobrem jednostki a dobrem rodziny. Przy tym Jurek stara się być bardziej papieski od papieża. Bo jeśli katolicyzm nie zawinił wobec kobiet, to niech mi Marek Jurek odpowie, za co przepraszał Jan Paweł II w „Liście do kobiet” z 1995 roku mówiąc wprost o „spychaniu kobiet na margines”, o „sprowadzaniu do roli niewolnicy”, a później umieszczając je na „liście poszkodowanych” przez chrześcijaństwo zaraz obok Żydów. Oczywiście narzuca się banał, że „Polacy papieża kochają, ale nie słuchają”, ale jak mają polscy masowi katolicy papieża rozumieć i słuchać, jak nawet o. Maciej Zięba nie chce go słuchać. W tekście „Anachroniczność oświeconego zaścianka”, byle tylko ani na krok nie ustąpić, daje popis pokrętnej argumentacji. Oto bowiem papież przeprasza kobiety „teologicznie”, ale nie przeprasza ich „świecko”. A w ogóle to przeprasza wszystkich, czyli nikogo, i za to, co było dawno i nieprawda, a zatem się nie liczy. Kto nie wierzy, niech czyta: „Kościół Jana Pawła II wielokrotnie przepraszał za wszelkie zło uczynione w historii przez jego członków. Trzeba jednak zauważyć, że czynił to z pobudek teologicznych, a nie „świeckich”. Uznając się za wspólnotę transcendentną w stosunku do czasu, odczuwa on silną więź z wszystkimi uczniami Chrystusa na przestrzeni dziejów. Dla mnie na przykład jest rzeczą oczywistą, że uczestniczę zarówno w świętości, jak i grzeszności moich współbraci z XIII czy XV wieku. W porządku świeckim jest jednak idiotyzmem domaganie się od prezydenta Kwaśniewskiego przepraszania polskich chłopów za to, że za Bolesława Chrobrego i Krzywoustego za zabicie szlachetnie urodzonego karano śmiercią, a za zabicie chłopa jedynie grzywną.” Przeniesienie kwestii win Kościoła wobec kobiet do sfery metafizycznej wydaje się interesującym zabiegiem. Tłumacząc to jednak na nasz wspólny, świecki język trzeba by chyba powiedzieć, że chodzi tu o historyczną odpowiedzialność zbiorową za wspólnotę, z którą czujemy się związani i której tradycje kontynuujemy. Dlatego Kościół przeprasza za inkwizycję, a Aleksander Kwaśniewski przeprasza za komunizm. Chłopów mógłby przepraszać Związek Ziemian, gdyby jeszcze istniał. Rzecz jednak w czymś innym. Odwołałem się do dokumentów papieskich, żeby pokazać, że świadomość zjawiska, o którym mówię, nie jest również obca Kościołowi. A o. Zięba nie jest chyba tak naiwny, aby sądzić, że to, co wykształcano w ludziach przez setki lat, nagle zniknęło bez konsekwencji. Jak zupełnie jasno powiedział Jan Paweł II, Kościół miał swój udział w umacnianiu patriarchalnej kultury. A kultura ta nie rozpłynęła się wraz z papieskim ubolewaniem, choć oczywiście powolne docieranie tej świadomości do ludzi Kościoła samo w sobie jest oznaką pozytywnych przemian. Chciałbym przypomnieć w tym miejscu także wypowiedź Jarosława Gowina, bodajże sprzed roku, w której mówił on o tym, że następny Sobór powinien być poświęcony kobietom. Równie nieudany jest inny argument Zięby, że tezę Środy falsyfikuje porównanie kultur ukształtowanych przez chrześcijaństwo z innymi, w których także przecież dochodzi do przemocy wobec kobiet, co ma zwalniać chrześcijaństwo z jakiejkolwiek odpowiedzialności i przenosić ją na różnice w sile fizycznej między obiema płciami oraz alkoholizm. Błędem logicznym jest twierdzenie, że z tego, iż inne kultury dyskryminują kobiety, wynikać ma, że nasza nie dyskryminuje albo, że znika problem dyskryminacji. Non sequitur, jakby powiedzieli logicy - nie wynika. Niestety i inne religie oraz wyznania – w różnym stopniu oczywiście – poniżały i poniżają kobiety. W tym chrześcijaństwo, które – o czym nieustannie zaświadczają ci sami publicyści, choćby w dyskusjach o preambule do eurokonstytucji - jest zasadniczym fundamentem i polskiej i europejskiej kultury. Tyle, że dla Zięby to nie kultura decyduje o pozycji kobiet tylko biologia („różnica w sile fizycznej”) i alkoholizm. Do „argumentu z alkoholizmu” zaraz wrócimy. Tymczasem, jeśli Zięba narzeka na „zaściankowość Oświecenia” krytykującego kulturę chrześcijańską, a sam satysfakcjonuje się biologicznym wyjaśnieniem współczesnych zjawisk społecznych, to sam znajduje się w „czworakach konserwatyzmu”. Różnica w sile fizycznej bez poparcia kulturowego nie jest żadnym powodem przemocy, o czym świadczyć może choćby taka drobna obserwacja, że przeciętny chłop był zazwyczaj silniejszy i liczniejszy od swojego pana, a czarnoskóry niewolnik od białego plantatora. Pojawiające się u Jurka, Zięby, a także Dariusza Karłowicza („Rz”…) przerzucanie problemu „przemocy domowej” na alkoholizm jest odwracaniem uwagi czytelnika demagogicznymi argumentami. Jurek swój tekst kończy słowami: „Niestety, o tym, że tekst Sierakowskiego dotyczy w istocie religii, a nie praw kobiet, świadczy jeszcze jedno. Autora tak naprawdę nie interesują realne źródła przemocy wobec kobiet - choćby plaga pijaństwa, pornografizacja kultury masowej czy prymat emocji nad etyką w znacznej części współczesnej kultury.” Dlaczego niestety? Dlaczego nie wolno pisać o religii jako części kultury? Dlaczego nie można poddawać jej krytyce? Na to tabu kulturowe słusznie zwrócili uwagę Helena Łuczowo, Piotr Pacewicz i Roman Graczyk. A ja w końcu zabierałem głos w sporze o sens wypowiedzi Magdaleny Środy, nie pisałem zaś pracy o wszystkich możliwych aspektach i uwarunkowaniach przemocy domowej. Przypomnijmy, że Środa jest ministrem do spraw równego statusu, a nie wszystkich problemów społecznych. Natomiast alkoholizm jest bardzo poważnym problemem społecznym, ale jedynie katalizuje przemoc i to nie tylko domową. Jej źródło tkwi w kulturze, która stawia jednych wyżej niż innych, na pewne sprawy pozwala przymykać oko, inne ostentacyjnie piętnuje. Sprzeciw Marka Jurka, Macieja Zięby czy Dariusza Karłowicza wobec lewicowych krytyk jest zrozumiały. Jesteśmy po dwóch stronach barykady i tyle. Zdumiewająca i dwuznaczna moralnie jest natomiast postawa takich osób jak Wawrzyniec Smoczyński. Takich, co to rozumieją obie strony, ale uznają je za ideologiczne, sami zaś przedstawiają się jako rzeczowi pragmatycy, którzy do takich problemów jak nierówność potrafią podejść, proszę państwa, niepolitycznie. Smoczyński wie, że kobiety są dyskryminowane, bo zajrzał do statystyk i zobaczył, że mniej zarabiają od mężczyzn. A skoro tak, to pełnomocnik, zamiast prowokować katolicką większość, powinien zająć się żmudnym dostosowywaniem prawa tak, aby niemożliwe było na przykład dyskryminowanie kobiet w pracy. Smoczyński wprawdzie wspomina o tym, że pełnomocnik ma budzić świadomość dyskryminacji, ale rozumie to bardzo wąsko, bo sprowadza wyłącznie do zewnętrznych jej objawów. O przyczynach woli milczeć, bo w ten sposób trzeba byłoby się jednak komuś narazić. Odpowiedzieć na niewygodne pytania: dlaczego kobiety mniej zarabiają, mają mniej wolnego czasu, mniej władzy, bardziej ograniczony wybór drogi życiowej? Jaki wpływ ma na to fakt, że od tysięcy lat są kulturowo dyskryminowane - w języku, w obyczajach, w protekcjonalnych żartach? I nie zmieni się to od samego dostosowania prawa, bo prawo bez świadomości nie będzie respektowane, może nie być nawet uchwalone. A na przeszkodzie w jej budzeniu stoją… tacy właśnie zdroworozsądkowi publicyści jak Smoczyński, co to widzą statystyki i przepisy prawne, a nie widza społeczeństwa i kultury, a jakakolwiek krytyka tego, przecież nie najlepszego z możliwych świata, jest dla nich ideologiczna. Taki pragmatyzm jest zapewne pragmatyczny dla samego Smoczyńskiego, bo z takimi poglądami można zajmować bezpieczną pozycję w polskim dyskursie publicznym i powielać istniejące w nim oczywistości oraz hierarchie ważności, ale na pewno jest zupełnie niepragmatyczny, jeśli chodzi o zdiagnozowanie i rozwiązanie problemu dyskryminacji. Takie zachowanie nazywamy pozorowaniem. I obok konserwatystów istnieją właśnie „pozoranci”, którzy stanowią być może jeszcze poważniejszą barierę w likwidowaniu nierówności, bo do walki z nią podają nam ślepe naboje. Dodajmy na koniec, że od lat podobni „pozoranci” stanowią także lewicę parlamentarną w Polsce zarówno w sprawach światopoglądowych jak i gospodarczych.
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...