|
Zaryzykujmy eksperyment myślowy i
wyobraźmy sobie, że w ramach poszukiwania lewicowości w Polsce Robert
Walenciak („Stara lewica mocno śpi”, „Gazeta” z 29 lipca) chce zrobić
reportaż o współczesnych problemach społecznych. Postanawia zbadać
palącą kwestię ekspansji zagranicznych koncernów mięsnych zakładających
w Polsce fermy przemysłowego tuczu zwierząt. Rusza
w teren i - po niezliczonych spotkaniach i wywiadach - publikuje
artykuł. Opisuje w nim okrucieństwo wobec zwierząt dogorywających w
ciasnych kojcach i duszących się od oparów siarki i amoniaku
wydzielanych przez gromadzący się na gołym betonie gnój i mocz.
Opowiada, jak wrzuca się świnie żywcem do wrzątku i jak faszeruje się
je antybiotykami. Opisuje awarie zbiorników z gnojowicą i zalewanie
okolicy przez cuchnącą maź, wylewanie ścieków i odpadów z rzeźni do
rzek oraz przedostawanie się szkodliwych substancji i niebezpiecznych
bakterii do pięknych mazursko-warmińskich jezior i wód podziemnych. W
sugestywny sposób pisze o nieznośnym smrodzie wciskającym się do domów
przez zamknięte okna oraz o coraz większej liczbie zatruć pokarmowych
wśród mieszkańców okolicznych wiosek. Dodaje wątek wyczerpującej pracy
w nieznośnych warunkach: w zaduchu i hałasie, bez prawa do skorzystania
z toalety, nie mówiąc już o odpoczynku. Opisuje aroganckie zachowania
pracodawców wobec podwładnych, zwłaszcza kobiet, zwalnianie za byle co,
czyli za ciążę, za krytykę szefa, za sprzeciw z powodu opóźniania
pensji lub wymuszania pracy po godzinach bez wynagrodzenia. Ujawnia
narastające napięcie między zatrudnionymi - zwykle na czarno, więc
tańszymi - Ukraińcami i Białorusinami a resztą załogi, która jest coraz
bardziej wrogo nastawiona do „obcych” odbierających im pracę. Wreszcie,
okrasza to wszystko wątkiem korupcyjno-politycznym, pokazując
zaprzyjaźnione z ważnymi politykami lobby agrobiznesowe, któremu
omijanie norm ekologicznych, łamanie prawa pracy czy olewanie zasad
antymonopolistycznych nie przeszkadza korzystać z finansowanych z
budżetu państwa dopłat bezpośrednich do eksportu polskiego mięsa.
Całość wieńczy wniosek, że rozwiązanie problemu jest ogromnym
wyzwaniem… dla nowej lewicy. Niestety,
Walenciak takiego tekstu nie napisze. Publicystę „Przeglądu” interesują
bowiem - podobnie jak wielu jego kolegów po fachu - jedynie partyjne
rozgrywki. Polemizując z nim, Andrzej Brzeziecki („Trzy lewe ręce”,
„Gazeta” z 3 sierpnia) trafnie opisał, jak Walenciak nazywa lewicą to,
co nie ma z nią nic wspólnego. W polskich mediach zwykle wystarczy
umieścić „lewicę” w tytule [tytuł tekstu pochodził od „Gazety” - red.],
wiele razy powtórzyć magiczne zaklęcie „SLD, SdPl i UP” i tekst o
lewicy gotowy. A że Walenciak - co symptomatyczne - ani słowem nie
zająknął się na temat tytułowej lewicowości, to nieistotne. Bo też i
spory ideowe w Polsce są nieistotne, co niedawno obszernie opisał
Sławomir Sierakowski w artykule „Polska do Nietzschego?” („Gazeta” z
10-11 lipca). Towarzyszom dziękujemy Z
partyjnych wyżyn trudno dostrzec nowy charakter współczesnych
społecznych dylematów. Tradycyjne problemy poszerzyły się o nowe
kwestie związane z uelastycznieniem rynku pracy, popularnością
niestandardowych form zatrudnienia, wejściem na rynek pracy kobiet i
młodych profesjonalistów o zupełnie innej mentalności niż dotychczasowi
pracownicy. Poza tym pojawiły się wątki zupełnie nowe, takie jak
niehumanitarne traktowanie zwierząt, dyskryminacja etniczna, seksualna
i płciowa albo nielegalne praktyki wielkich korporacji działających na
styku polityki i biznesu. Przede wszystkim jednak zmieniło się
podejście do ich rozwiązywania. Potrzebny jest inny rodzaj uprawiania
polityki. W
przykładowej sprawie świńskiej farmy trzeba by pomyśleć o dotarciu do
zatrudnionych tam pracowników. Będą się opierać w obawie przed utratą
pracy, ale w końcu paru odważy się opowiedzieć swoje historie. Być może
kilku zgodzi się nawet pomóc w założeniu związku zawodowego. Powoli uda
się wypracować zestaw najważniejszych postulatów i przykładów, żeby
poruszyć opinię publiczną. Dobrze też będzie zorganizować protesty i
demonstracje, bo wiadomo, że to najskuteczniej ściąga uwagę mediów,
uruchamiając publiczną debatę. Równolegle jednak trzeba będzie
rozpocząć naciski na polityków lokalnych oraz tych, od których zależy
przeforsowanie niezbędnych ustaw, a jeśli to konieczne, zainicjować
procesy sądowe, które doprowadzą do przerwania nielegalnych praktyk.
Warto też pomyśleć o działaniach wciąż słabo znanych w Polsce, takich
jak bojkot produktów kontestowanej firmy lub publiczne apele do jej
najważniejszych dostawców i klientów. Widać
już, że w tę nową politykę uwikłani są przeróżni aktorzy społeczni i
instytucje należące do szeroko rozumianego społeczeństwa obywatelskiego
(ich zestaw zależy od specyfiki konkretnego problemu): związki
zawodowe, ekolodzy i obrońcy zwierząt, organizacje walczące o prawa
kobiet, gejów i imigrantów, alterglobaliści, studenci, artyści,
prawnicy, zawodowi lobbyści, dziennikarze. Politycy i partie to
zaledwie jedna z wielu grup, które mogą wejść w skład takiego
strategicznego aliansu. Dlatego ograniczanie pojęcia lewicy (i w ogóle
„polityki”) tylko do tych ostatnich oraz deprecjonowanie wagi
pozostałych działań, jakoby mniej ważnych, odbiegających od oficjalnej
hierarchii problemów (bezrobocie, bezrobocie, bezrobocie), świadczy o
alienacji klasy politycznej i publicystycznej od rzeczywistych
problemów. Gdzie kucharek sześć, tam więcej jedzenia Ślepa
plamka w oczach większości polityków i publicystów nie pozwala im
dostrzec istoty nowoczesnej władzy. A ta zmienia się na podobieństwo
starej kamienicy. Za zdezelowaną fasadą pamiętającą jeszcze odłamki
pocisków z czasów wojny wyburzane są ściany, zmieniane stropy i
podłogi, wymieniane instalacje, kładzione nowe tynki. Po czym okazuje
się, że to, co w środku, nijak się ma do elewacji, którą w końcu
również trzeba odnowić. Zmiana
współczesnej władzy polega na jej rozproszeniu. Dominację centralnego
aparatu państwowego zastępuje wielość i różnorodność koalicji
zawieranych przez rozmaite państwowe i pozarządowe instytucje. Zasadę
hierarchii i odgórnego sterowania wypiera samoregulacja, możliwa dzięki
powiązaniu organizacji i sił społecznych relacjami współzależności i
lepszej cyrkulacji wiedzy i innowacji. Pojawiają się alternatywne
zasoby wykraczające poza finansowanie zależne od polityki, takie jak
dostęp do funduszy unijnych, stopniowy wzrost zaangażowania inwestorów
prywatnych, a także know-how, doświadczenie i zdolności do
mobilizowania innych. A przy tym państwo wcale nie znika, tylko
zmieniają się jego funkcje - staje się bardziej katalizatorem tej
samoorganizacji, strażnikiem pilnującym społecznej spójności i
strzegącym przed naruszaniem reguł, który - gdy zachodzi potrzeba -
aktywnie organizuje i wspiera te praktyki. Nie jest to już jednak
rządzenie w tradycyjnym sensie tego słowa, lecz raczej „rządność” -
opisywana trzema angielskimi terminami, dla których wciąż brakuje
dobrych polskich odpowiedników: governance (rządność), accountability
(rozliczalność) i empowerment (uaktywnienie, nadanie większej władzy).
Mówiąc krótko, chodzi o zwrócenie władzy społeczeństwu. Recykling władzy Dobrą
ilustracją tego procesu jest fragment manifestu ruchu Reclaiming The
Streets (Odzyskiwanie Ulic) - jednego z najsłynniejszych ruchów
społecznych od czasów rewolty ‘68, powstałego w połowie lat 90.: „Bez
względu na to, czy odzyskiwaliśmy ulice zawłaszczone przez samochody,
walczyliśmy o budynki dla squatowców, nadwyżki żywności dla bezdomnych,
uniwersyteckie kampusy jako miejsca protestów i działań artystycznych,
czy odzyskiwaliśmy nasz głos duszony przez mainstreamowe media lub
nasze otoczenie wizualne okupowane przez billboardy - przez cały czas
domagaliśmy się zwrotu. Odbieraliśmy to, co do nas od zawsze należało.
Nie do »nas« w sensie »naszego klubu« czy
«naszej grupy«, lecz do nas jako do narodu. Do wszystkich
ludzi. Do »nas«, a zatem »nie do rządu« ani
„nie do korporacji”. Żądamy zwrotu władzy narodowi jako zbiorowości”. Podobnie
mówi polska nowa lewica, która te przemiany rozumie i wspiera.
Ósmomarcowe feministyczne manify. Kampanie przeciwko przemocy w
rodzinie i reklamom poniżającym kobiety. Walka o prawo do aborcji,
czyli o prawo do decydowania o własnym ciele. Kampania „Niech nas
zobaczą” i parady równości. Akcja „Tiszert dla Wolności”, która
zmobilizowała znanych ludzi do wystąpienia przeciwko nietolerancji i
dyskryminacji płciowej, seksualnej, obyczajowej, artystycznej,
politycznej i religijnej. Listy otwarte w obronie wolności
artystycznej. Zieloni 2004. Alterglobaliści maszerujący w maju razem ze
związkowcami w proteście przeciwko nieograniczonej eksploatacji siły
roboczej i zwiększającym się nierównościom społecznym. Sukcesy w
organizowaniu pracowników sektora prywatnego, dotychczas zamkniętego
przed związkami zawodowymi (hipermarkety), i tych, którzy zatrudniani
są w sposób niestandardowy (kierowcy tirów). „List otwarty do
europejskiej opinii publicznej” kwestionujący szkodliwy konsensus
polskich elit politycznych, obłudnie ścigających się o miano
największego obrońcy narodowego interesu. Nasilająca się krytyczna
działalność nowych, młodych środowisk intelektualnych - publicystów,
naukowców, artystów, pisarzy… Współpracujące
ze sobą organizacje i ruchy często bardzo się różnią. Dzielą je
charaktery liderów i mentalność tych, w których imieniu występują,
interesy, metody działania oraz zasoby, którymi dysponują. Już dawno
jednak, jak pisze we wspomnianym tekście Sierakowski: „lewica musiała
pogodzić się z tym, że nie reprezentuje żadnej »podstawowej
klasy«, większości (…) oraz że każda transformacja jakiejś
«mniejszości« w »większość« będzie
wytwarzać nowe »mniejszości«”. Projekt współczesnej
lewicy polega zatem „na takim połączeniu uniwersalizmu i
partykularyzmu, aby dostrzegać w drugim człowieku to, co wspólne, i
zarazem afirmować to, co różne. Skończyć z mitem jednego narodu
połączonego jednym państwem i jednym wspólnym systemem wartości,
przeciwstawiając mu mozaikę rozmaitych identyfikacji wynikających z
uczestnictwa w różnych grupach. I dla takiej właśnie nowej tożsamości
lewica poszukuje wspólnego mianownika prawnego i aksjologicznego”. Tym,
co ją spaja, jest właśnie kwestionowanie bezalternatywności odgórnej
władzy, orientacja na zaangażowanie jednostek i wciągnięcie ich do
decydowania o własnych losach oraz fundująca to „rewolucja w stosunku
do inności”. To wystarczy, by budować coraz skuteczniejsze koalicje. To se ne vrati… Publicyści
„starej lewicy”, tacy, jak Robert Walenciak czy Janusz Rolicki, nowej
lewicy się nie boją, bo nawet nie rozumieją, co się dzieje. Będą
niegroźni, dopóki nie zauważą, że na nowym ruchu intelektualnym można
zbić kapitał polityczny. Za to publicyści prawicowi, tacy, jak: Piotr
Semka, Piotr Zaremba czy Bronisław Wildstein, już czują, co się święci,
i dlatego na gwałt podsycają przeciw niemu opinię publiczną. Doskonale
rozumieją, że lewicowość nie tkwi w degenerujących się i łatwych do
krytykowania strukturach partii postkomunistycznych, lecz zakorzenia
się w społeczeństwie. Nową
lewicowość na razie łatwo zdeprecjonować: He, he, he, Zieloni nie
weszli do Parlamentu Europejskiego! He, he, he, przecież polskie
społeczeństwo jest konserwatywne!! He, he, he, geje, lesbijki i
antyglobaliści!!! Sęk
w tym, że zmiana natury władzy oraz relacji społeczeństwa i polityki
trwa we współczesnym świecie już od jakiegoś czasu i nie ma od niej
odwrotu. Tym bardziej po wejściu Polski w nowoczesne, a i tak wciąż się
modernizujące struktury polityczne Europy. Poza
tym projekt nowej lewicy różni się od aktualnego polskiego
politykierstwa w jeszcze jednej - być może kluczowej - kwestii. Jest
zorientowany długookresowo, nastawia się na cierpliwą, wieloletnią
pracę. „Znaczenie tych rozproszonych działań tkwi nie w sukcesach czy
porażkach w osiąganiu celów - a przynajmniej jeszcze nie. Ani w
intelektualnej „kompetencji” czy „dojrzałości” zaangażowanych studentów
- jak powiedzieliby co bardziej drobiazgowi przedstawiciele starszego
pokolenia. Ich sens wynika z rozbijania skorupy apatii i przełamywania
alienacji (…) Celów, które sobie stawiamy, nie da się zrealizować w
przyszłym miesiącu, ani nawet w przyszłych wyborach. Jednak żadną miarą
nie usprawiedliwia to poddania się, ani też skupienia tylko na
bezpośrednich, łatwo namacalnych problemach, które da się bezzwłocznie
rozwiązać”. To fragment kultowego manifestu Port Huron zainicjowanego w
1962 roku przez Toma Haydena, lidera ruchu Students for a Democratic
Society, później przywódcę amerykańskiej rewolty ‘68. Dedykuję go
krytykom nowej lewicy w Polsce wygodnie usytuowanym w coraz bardziej
rytualnym i oderwanym od rzeczywistości dyskursie publicznym. Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 10 sierpnia 2004.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...