Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Koniec pseudolewicy Drukuj
Magda Pustoła   

Zaryzykujmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie, że w ramach poszukiwania lewicowości w Polsce Robert Walenciak („Stara lewica mocno śpi”, „Gazeta” z 29 lipca) chce zrobić reportaż o współczesnych problemach społecznych. Postanawia zbadać palącą kwestię ekspansji zagranicznych koncernów mięsnych zakładających w Polsce fermy przemysłowego tuczu zwierząt.

Rusza w teren i - po niezliczonych spotkaniach i wywiadach - publikuje artykuł. Opisuje w nim okrucieństwo wobec zwierząt dogorywających w ciasnych kojcach i duszących się od oparów siarki i amoniaku wydzielanych przez gromadzący się na gołym betonie gnój i mocz. Opowiada, jak wrzuca się świnie żywcem do wrzątku i jak faszeruje się je antybiotykami. Opisuje awarie zbiorników z gnojowicą i zalewanie okolicy przez cuchnącą maź, wylewanie ścieków i odpadów z rzeźni do rzek oraz przedostawanie się szkodliwych substancji i niebezpiecznych bakterii do pięknych mazursko-warmińskich jezior i wód podziemnych. W sugestywny sposób pisze o nieznośnym smrodzie wciskającym się do domów przez zamknięte okna oraz o coraz większej liczbie zatruć pokarmowych wśród mieszkańców okolicznych wiosek. Dodaje wątek wyczerpującej pracy w nieznośnych warunkach: w zaduchu i hałasie, bez prawa do skorzystania z toalety, nie mówiąc już o odpoczynku. Opisuje aroganckie zachowania pracodawców wobec podwładnych, zwłaszcza kobiet, zwalnianie za byle co, czyli za ciążę, za krytykę szefa, za sprzeciw z powodu opóźniania pensji lub wymuszania pracy po godzinach bez wynagrodzenia. Ujawnia narastające napięcie między zatrudnionymi - zwykle na czarno, więc tańszymi - Ukraińcami i Białorusinami a resztą załogi, która jest coraz bardziej wrogo nastawiona do „obcych” odbierających im pracę. Wreszcie, okrasza to wszystko wątkiem korupcyjno-politycznym, pokazując zaprzyjaźnione z ważnymi politykami lobby agrobiznesowe, któremu omijanie norm ekologicznych, łamanie prawa pracy czy olewanie zasad antymonopolistycznych nie przeszkadza korzystać z finansowanych z budżetu państwa dopłat bezpośrednich do eksportu polskiego mięsa. Całość wieńczy wniosek, że rozwiązanie problemu jest ogromnym wyzwaniem… dla nowej lewicy.

Niestety, Walenciak takiego tekstu nie napisze. Publicystę „Przeglądu” interesują bowiem - podobnie jak wielu jego kolegów po fachu - jedynie partyjne rozgrywki. Polemizując z nim, Andrzej Brzeziecki („Trzy lewe ręce”, „Gazeta” z 3 sierpnia) trafnie opisał, jak Walenciak nazywa lewicą to, co nie ma z nią nic wspólnego. W polskich mediach zwykle wystarczy umieścić „lewicę” w tytule [tytuł tekstu pochodził od „Gazety” - red.], wiele razy powtórzyć magiczne zaklęcie „SLD, SdPl i UP” i tekst o lewicy gotowy. A że Walenciak - co symptomatyczne - ani słowem nie zająknął się na temat tytułowej lewicowości, to nieistotne. Bo też i spory ideowe w Polsce są nieistotne, co niedawno obszernie opisał Sławomir Sierakowski w artykule „Polska do Nietzschego?” („Gazeta” z 10-11 lipca).

Towarzyszom dziękujemy

Z partyjnych wyżyn trudno dostrzec nowy charakter współczesnych społecznych dylematów. Tradycyjne problemy poszerzyły się o nowe kwestie związane z uelastycznieniem rynku pracy, popularnością niestandardowych form zatrudnienia, wejściem na rynek pracy kobiet i młodych profesjonalistów o zupełnie innej mentalności niż dotychczasowi pracownicy. Poza tym pojawiły się wątki zupełnie nowe, takie jak niehumanitarne traktowanie zwierząt, dyskryminacja etniczna, seksualna i płciowa albo nielegalne praktyki wielkich korporacji działających na styku polityki i biznesu. Przede wszystkim jednak zmieniło się podejście do ich rozwiązywania. Potrzebny jest inny rodzaj uprawiania polityki.

W przykładowej sprawie świńskiej farmy trzeba by pomyśleć o dotarciu do zatrudnionych tam pracowników. Będą się opierać w obawie przed utratą pracy, ale w końcu paru odważy się opowiedzieć swoje historie. Być może kilku zgodzi się nawet pomóc w założeniu związku zawodowego. Powoli uda się wypracować zestaw najważniejszych postulatów i przykładów, żeby poruszyć opinię publiczną. Dobrze też będzie zorganizować protesty i demonstracje, bo wiadomo, że to najskuteczniej ściąga uwagę mediów, uruchamiając publiczną debatę. Równolegle jednak trzeba będzie rozpocząć naciski na polityków lokalnych oraz tych, od których zależy przeforsowanie niezbędnych ustaw, a jeśli to konieczne, zainicjować procesy sądowe, które doprowadzą do przerwania nielegalnych praktyk. Warto też pomyśleć o działaniach wciąż słabo znanych w Polsce, takich jak bojkot produktów kontestowanej firmy lub publiczne apele do jej najważniejszych dostawców i klientów.

Widać już, że w tę nową politykę uwikłani są przeróżni aktorzy społeczni i instytucje należące do szeroko rozumianego społeczeństwa obywatelskiego (ich zestaw zależy od specyfiki konkretnego problemu): związki zawodowe, ekolodzy i obrońcy zwierząt, organizacje walczące o prawa kobiet, gejów i imigrantów, alterglobaliści, studenci, artyści, prawnicy, zawodowi lobbyści, dziennikarze. Politycy i partie to zaledwie jedna z wielu grup, które mogą wejść w skład takiego strategicznego aliansu. Dlatego ograniczanie pojęcia lewicy (i w ogóle „polityki”) tylko do tych ostatnich oraz deprecjonowanie wagi pozostałych działań, jakoby mniej ważnych, odbiegających od oficjalnej hierarchii problemów (bezrobocie, bezrobocie, bezrobocie), świadczy o alienacji klasy politycznej i publicystycznej od rzeczywistych problemów.

Gdzie kucharek sześć, tam więcej jedzenia

Ślepa plamka w oczach większości polityków i publicystów nie pozwala im dostrzec istoty nowoczesnej władzy. A ta zmienia się na podobieństwo starej kamienicy. Za zdezelowaną fasadą pamiętającą jeszcze odłamki pocisków z czasów wojny wyburzane są ściany, zmieniane stropy i podłogi, wymieniane instalacje, kładzione nowe tynki. Po czym okazuje się, że to, co w środku, nijak się ma do elewacji, którą w końcu również trzeba odnowić.

Zmiana współczesnej władzy polega na jej rozproszeniu. Dominację centralnego aparatu państwowego zastępuje wielość i różnorodność koalicji zawieranych przez rozmaite państwowe i pozarządowe instytucje. Zasadę hierarchii i odgórnego sterowania wypiera samoregulacja, możliwa dzięki powiązaniu organizacji i sił społecznych relacjami współzależności i lepszej cyrkulacji wiedzy i innowacji. Pojawiają się alternatywne zasoby wykraczające poza finansowanie zależne od polityki, takie jak dostęp do funduszy unijnych, stopniowy wzrost zaangażowania inwestorów prywatnych, a także know-how, doświadczenie i zdolności do mobilizowania innych. A przy tym państwo wcale nie znika, tylko zmieniają się jego funkcje - staje się bardziej katalizatorem tej samoorganizacji, strażnikiem pilnującym społecznej spójności i strzegącym przed naruszaniem reguł, który - gdy zachodzi potrzeba - aktywnie organizuje i wspiera te praktyki. Nie jest to już jednak rządzenie w tradycyjnym sensie tego słowa, lecz raczej „rządność” - opisywana trzema angielskimi terminami, dla których wciąż brakuje dobrych polskich odpowiedników: governance (rządność), accountability (rozliczalność) i empowerment (uaktywnienie, nadanie większej władzy). Mówiąc krótko, chodzi o zwrócenie władzy społeczeństwu.

Recykling władzy

Dobrą ilustracją tego procesu jest fragment manifestu ruchu Reclaiming The Streets (Odzyskiwanie Ulic) - jednego z najsłynniejszych ruchów społecznych od czasów rewolty ‘68, powstałego w połowie lat 90.: „Bez względu na to, czy odzyskiwaliśmy ulice zawłaszczone przez samochody, walczyliśmy o budynki dla squatowców, nadwyżki żywności dla bezdomnych, uniwersyteckie kampusy jako miejsca protestów i działań artystycznych, czy odzyskiwaliśmy nasz głos duszony przez mainstreamowe media lub nasze otoczenie wizualne okupowane przez billboardy - przez cały czas domagaliśmy się zwrotu. Odbieraliśmy to, co do nas od zawsze należało. Nie do »nas« w sensie »naszego klubu« czy «naszej grupy«, lecz do nas jako do narodu. Do wszystkich ludzi. Do »nas«, a zatem »nie do rządu« ani „nie do korporacji”. Żądamy zwrotu władzy narodowi jako zbiorowości”.

Podobnie mówi polska nowa lewica, która te przemiany rozumie i wspiera. Ósmomarcowe feministyczne manify. Kampanie przeciwko przemocy w rodzinie i reklamom poniżającym kobiety. Walka o prawo do aborcji, czyli o prawo do decydowania o własnym ciele. Kampania „Niech nas zobaczą” i parady równości. Akcja „Tiszert dla Wolności”, która zmobilizowała znanych ludzi do wystąpienia przeciwko nietolerancji i dyskryminacji płciowej, seksualnej, obyczajowej, artystycznej, politycznej i religijnej. Listy otwarte w obronie wolności artystycznej. Zieloni 2004. Alterglobaliści maszerujący w maju razem ze związkowcami w proteście przeciwko nieograniczonej eksploatacji siły roboczej i zwiększającym się nierównościom społecznym. Sukcesy w organizowaniu pracowników sektora prywatnego, dotychczas zamkniętego przed związkami zawodowymi (hipermarkety), i tych, którzy zatrudniani są w sposób niestandardowy (kierowcy tirów). „List otwarty do europejskiej opinii publicznej” kwestionujący szkodliwy konsensus polskich elit politycznych, obłudnie ścigających się o miano największego obrońcy narodowego interesu. Nasilająca się krytyczna działalność nowych, młodych środowisk intelektualnych - publicystów, naukowców, artystów, pisarzy…

Współpracujące ze sobą organizacje i ruchy często bardzo się różnią. Dzielą je charaktery liderów i mentalność tych, w których imieniu występują, interesy, metody działania oraz zasoby, którymi dysponują. Już dawno jednak, jak pisze we wspomnianym tekście Sierakowski: „lewica musiała pogodzić się z tym, że nie reprezentuje żadnej »podstawowej klasy«, większości (…) oraz że każda transformacja jakiejś «mniejszości« w »większość« będzie wytwarzać nowe »mniejszości«”. Projekt współczesnej lewicy polega zatem „na takim połączeniu uniwersalizmu i partykularyzmu, aby dostrzegać w drugim człowieku to, co wspólne, i zarazem afirmować to, co różne. Skończyć z mitem jednego narodu połączonego jednym państwem i jednym wspólnym systemem wartości, przeciwstawiając mu mozaikę rozmaitych identyfikacji wynikających z uczestnictwa w różnych grupach. I dla takiej właśnie nowej tożsamości lewica poszukuje wspólnego mianownika prawnego i aksjologicznego”. Tym, co ją spaja, jest właśnie kwestionowanie bezalternatywności odgórnej władzy, orientacja na zaangażowanie jednostek i wciągnięcie ich do decydowania o własnych losach oraz fundująca to „rewolucja w stosunku do inności”. To wystarczy, by budować coraz skuteczniejsze koalicje.

To se ne vrati…

Publicyści „starej lewicy”, tacy, jak Robert Walenciak czy Janusz Rolicki, nowej lewicy się nie boją, bo nawet nie rozumieją, co się dzieje. Będą niegroźni, dopóki nie zauważą, że na nowym ruchu intelektualnym można zbić kapitał polityczny. Za to publicyści prawicowi, tacy, jak: Piotr Semka, Piotr Zaremba czy Bronisław Wildstein, już czują, co się święci, i dlatego na gwałt podsycają przeciw niemu opinię publiczną. Doskonale rozumieją, że lewicowość nie tkwi w degenerujących się i łatwych do krytykowania strukturach partii postkomunistycznych, lecz zakorzenia się w społeczeństwie.

Nową lewicowość na razie łatwo zdeprecjonować: He, he, he, Zieloni nie weszli do Parlamentu Europejskiego! He, he, he, przecież polskie społeczeństwo jest konserwatywne!! He, he, he, geje, lesbijki i antyglobaliści!!!

Sęk w tym, że zmiana natury władzy oraz relacji społeczeństwa i polityki trwa we współczesnym świecie już od jakiegoś czasu i nie ma od niej odwrotu. Tym bardziej po wejściu Polski w nowoczesne, a i tak wciąż się modernizujące struktury polityczne Europy.

Poza tym projekt nowej lewicy różni się od aktualnego polskiego politykierstwa w jeszcze jednej - być może kluczowej - kwestii. Jest zorientowany długookresowo, nastawia się na cierpliwą, wieloletnią pracę. „Znaczenie tych rozproszonych działań tkwi nie w sukcesach czy porażkach w osiąganiu celów - a przynajmniej jeszcze nie. Ani w intelektualnej „kompetencji” czy „dojrzałości” zaangażowanych studentów - jak powiedzieliby co bardziej drobiazgowi przedstawiciele starszego pokolenia. Ich sens wynika z rozbijania skorupy apatii i przełamywania alienacji (…) Celów, które sobie stawiamy, nie da się zrealizować w przyszłym miesiącu, ani nawet w przyszłych wyborach. Jednak żadną miarą nie usprawiedliwia to poddania się, ani też skupienia tylko na bezpośrednich, łatwo namacalnych problemach, które da się bezzwłocznie rozwiązać”. To fragment kultowego manifestu Port Huron zainicjowanego w 1962 roku przez Toma Haydena, lidera ruchu Students for a Democratic Society, później przywódcę amerykańskiej rewolty ‘68. Dedykuję go krytykom nowej lewicy w Polsce wygodnie usytuowanym w coraz bardziej rytualnym i oderwanym od rzeczywistości dyskursie publicznym.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 10 sierpnia 2004.

Komentarze
Dodaj nowy
BenFranklin   |15.05.2008 17:57:02
Taka cierpliwa praca, może trwać do momentu aż "nowa lewica" zamieni się
w starą i nie daje żadnej choćby najmniejszej gwarancji sukcesu.Żyjemy tu i
teraz i lewica też powinna byc tu i teraz! Realna i namacalna i niestety (czy
stety) powinna byc REALNĄ polityczną alternatywą.
kot   |16.05.2008 01:55:48
Brawo Magda!!
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 2.07331 Seconds