|
Osiągnięcie przez Polskę dwóch
najważniejszych celów w polityce zagranicznej - członkostwa w NATO i
Unii Europejskiej - sprawiło, że znikły drogowskazy na mapie stosunków
międzynarodowych. Dziś na horyzoncie nie pojawia się żaden cel
strategiczny, który łączyłby partie różnych opcji.
Brak celów
strategicznych nie tylko destabilizuje naszą politykę zagraniczną i
podporządkowuje ją rozgrywkom partyjnym, ale też sprawia, że owa
polityka staje się nazbyt zależna od sytuacji w innych krajach. Polska
nie może sobie pozwolić na to, by absurdalne hasło Jana Rokity „Nicea
albo śmierć”, uchwała Sejmu domagająca się od rządu Niemiec reparacji
za zniszczenia z lat II wojny światowej, bezczelne reprymendy
prezydenta Francji Jacques’a Chiraca, że powinniśmy siedzieć cicho, czy
tezy sekretarza obrony USA Donalda Rumsfelda o nowej Europie
determinowały naszą politykę zagraniczną.
Do kogoś trzeba przylgnąć
Dyskusja
wokół polityki zagranicznej podzieliła naszych publicystów na dwa
obozy. Jedni widzą nas u boku Ameryki, inni optują za sojuszem z
Niemcami i Francją. Dowodzi to, że wciąż czujemy potrzebę przyklejenia
się do silniejszego partnera. Być może to skutek naszych doświadczeń
zimnowojennych, gdy ścierały się dwa wielkie bloki, a my wbrew swej
woli znaleźliśmy się po niewłaściwej stronie i - wpatrzeni w Amerykę -
w niej widzieliśmy jedyną nadzieję.
Dziś jednak
każdy kraj musi lawirować między różnymi blokami walczącymi o wpływy na
świecie. Opowiadając się po stronie USA w kwestii irackiej,
zapomnieliśmy, że świat nie dzieli się wzdłuż osi „imperium dobra” -
„imperium zła”. Po zdobyciu Bagdadu polscy politycy nie kryli dumy, że
stoją ramię w ramię z przywódcami hipermocarstwa. Jednak misja
stabilizacyjna szybko przerodziła się w okupacyjną, zaczęły się ataki
na wojska koalicji, pojawiły się pierwsze ofiary wśród naszych
żołnierzy, a potem cywilów. To wszystko sprawia, że nasz sojusz z USA
budzi coraz więcej obaw natury moralnej. Tym bardziej że upadły
argumenty o kontraktach i korzyściach finansowych dla naszych firm.
Nikt nam nie
odbierze zasług z tytułu udziału w obaleniu reżimu Saddama Husajna, ale
trzeba zapytać, czy to zaangażowanie nas nie przerosło. Słynny „list
ośmiu” ani nie powstrzymał pogorszenia się stosunków między UE i USA,
ani nie miał wielkiego znaczenia dla Ameryki, która i tak postanowiła
obalić Husajna. Sprawił jednak, że naraziliśmy się Francji i Niemcom.
Podobno gdy kanclerz Gerhard Schroeder dowiedział się o poparciu
inwazji Busha przez Leszka Millera, powiedział: „Przynajmniej mógł
zadzwonić i powiedzieć, co się dzieje. Kiedy potrzebuje mojego poparcia
w kwestiach europejskich, to nie zapomina, jaki jest do mnie telefon”.
Z drugiej
strony nie jest winą tylko Polaków, że Trójkąt Weimarski nie
funkcjonuje. Dla zadufanej Francji nie byliśmy i ciągle nie jesteśmy
poważnym partnerem. Trudno nazwać przyjaciółmi ludzi, którzy albo
pouczają nas, kiedy się odzywać, albo chcą nam dyktować stopy
podatkowe. Nie zmienia to faktu, że jak koszula bliższa jest ciału, tak
Unia bliższa jest Polsce.
Słoń w składzie porcelany
Nie
znaczy to, że mamy stać się wyznawcami unijnego oportunizmu. Unia
przypomina dziś klasę, do której weszli nowi uczniowie. Każdy próbuje
zająć dobrą ławkę, nawiązuje się jakieś przyjaźnie, powstają
wrogości… Jaś chce siedzieć z Małgosią, Grześ się kłóci z Marysią o
miejsce przy oknie. Niektórzy, jak Gerhard i Jacques, przyjaźnią się od
dawna i chcą rządzić klasą. Wacław i Janosz chcą się przyjaźnić ze
wszystkimi, ale John i Swen wolą siedzieć sami. W tej sytuacji mały
Jose nie może nawet zostać przewodniczącym uczniów. Ale w końcu
potworzą się jakieś koalicje, ustabilizują się przyjaźnie, a Gerhard i
Jacques zrozumieją, że trzeba słuchać także słabszych kolegów. I tylko
mały Lech będzie ciągle nieszczęśliwy, bo nie może sobie znaleźć
miejsca.
Z
francusko-niemieckim tandemem nam się nie układa, sojusz z Hiszpanią
rozpadł się równie szybko, jak powstał, Czechy czy Węgry zaś wolą
integrować się w Europie bez polskiej pomocy. Za wegetację Grupy
Wyszehradzkiej w równym stopniu odpowiadają Praga i Warszawa.
Co
zastanawiające, projektowanym sojuszom rzadko towarzyszy refleksja, czy
ewentualny sojusznik życzy sobie w ogóle współpracy z nami. Pada np.
pomysł, by wespół z Wielką Brytanią stworzyć przeciwwagę dla tandemu
francusko-niemieckiego. Nikt nie pyta, czy Londyn przebiera nogami, by
Warszawa zaproponowała mu sojusz strategiczny. I czy w końcu ktoś z
rodzimych polityków postawił pytanie: jak można poważnie traktować
Polskę, skoro jesteśmy gotowi zmieniać sojusze równie często jak
skarpetki?
Może już
naprawdę nie musimy się zastanawiać, czy nasza polityka ma być
proamerykańska, czy profrancuska. Może powinniśmy oswoić się z myślą,
że nasza polityka ma być propolska. A jeśli chcemy silnej Polski w
silnej Europie - nasza strategia musi być proeuropejska. Co bynajmniej
nie oznacza - antyamerykańska.
Na wschód patrz!
Czy rzeczywiście, wchodząc do Unii, Polska straciła strategiczne cele w polityce zagranicznej?
Otóż
debiutując w nowej klasie, oblaliśmy jeden ważny egzamin - z polityki
wschodniej. Oczywiście, można wymienić szereg inicjatyw społecznych -
choćby wschodnie programy Fundacji Batorego - ale w oficjalnej polityce
państwa istnieje luka.
Sceptycy
powiedzą, że wyciąganie ręki do Mińska czy Kijowa nie ma sensu, bo nikt
jej nie chce chwycić. Problem raczej w tym, do kogo się tę rękę
wyciąga. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce Amerykanie bynajmniej
nie wyciągali ręki do generała Jaruzelskiego, a przecież nikt nie miał
wątpliwości, że Ronald Reagan stanął po stronie Polaków.
I referendum
na Białorusi, i wybory na Ukrainie dowodzą, że daliśmy się sprowadzić
do roli kibiców. Jasne, że nie powinniśmy się mieszać w sprawy
sąsiadów, ale nie możemy też nie dostrzegać, że za naszą wschodnią
granicą dochodzi do łamania praw człowieka, nie wspominając o regułach
demokratycznego państwa prawa. Tymczasem Polska odwróciła się od
Ukrainy i Białorusi, zostawiając je same sobie, a de facto sam na sam z
Moskwą.
Po
referendum na Białorusi Anatolij Lebiedźka, lider opozycyjnej
białoruskiej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej, zapytany o to, co
Polacy mogą zrobić dla Białorusi, odparł: „Przekonywać Europę, że
wyników niedzielnego referendum i wyborów nie można uznać. W końcu
dobrze wiecie, jak w komunizmie robiło się takie głosowania. Zarazem
Polska powinna stać się adwokatem, ambasadorem Białorusi w UE,
lokomotywą, która pociągnie nas w kierunku Brukseli. To wy powinniście
nakłonić Brukselę, by wyraźnie i głośno powiedziała, że dla Białorusi
jest miejsce w Europie, jeśli wypełni takie a takie kryteria. Dziś
Łukaszenko buduje swój rezerwat, argumentując, że musi to robić, bo w
Europie nikt nas nie chce”.
Rzecz jasna,
Łukaszenko wygrywa wszelkie wybory i referenda nie tylko dlatego, że je
fałszuje, ale też dlatego, że jest górą w tzw. wojnie propagandowej.
Nikt lepiej od Polaków nie wie, jak w kraju zdominowanym przez „słuszny
system” ważna jest wolna prasa czy pomoc dla ludzi, którzy chcą
studiować w demokratycznych krajach UE. Polska więc przy aprobacie Unii
powinna wspierać opozycję na Białorusi na wszystkich tych
płaszczyznach. „Pomóżcie nam w wydawaniu niezależnej prasy - przekonuje
Lebiedźka. - Przecież robiliście to nie tak dawno w warunkach reżimu
totalitarnego. Z Polski na Białoruś mogłaby nadawać silna radiostacja,
której słuchaliby ci, którzy dziś są skazani wyłącznie na propagandę
państwową”. Pomysł niezależnej radiostacji nadającej z Polski na
Białoruś liczy sobie już ładnych kilka lat i… nic.
Podobnie z
Ukrainą. Czy Aleksander Kwaśniewski próbował przekonywać Leonida
Kuczmę, by jego ludzie nie majstrowali przy kampanii wyborczej?
Nie
próbował, bo nic by to nie dało. Jego przyjaźń z prezydentem Ukrainy
okazuje się niewiele warta. Polski prezydent przez kilka lat tolerował,
a czasami legitymizował skandaliczne poczynania polityków ukraińskich.
Choćby spotykając się z Kuczmą po aferze z zabójstwem ukraińskiego
dziennikarza. To wtedy był dobry moment na gest, na który zdobył się
dopiero teraz - niespotykanie się z szefem sąsiedniego państwa.
Do myślenia
daje także zachowanie Marka Siwca, do niedawna szefa prezydenckiego
Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Teraz Siwiec, już jako przewodniczący
komisji Parlamentu Europejskiego ds. kontaktów z Ukrainą, bez żenady
oświadcza, że obserwując wybory na Ukrainie, nie dostrzegł żadnych
fałszerstw.
To się opłaci
Często
zapominamy, że nasza polityka wschodnia nie sprowadza się do
bezinteresownego - dla niektórych naiwnego - wspierania praw człowieka
w tych krajach. Taka polityka może nam przynieść korzyści w
przyszłości. Dlaczego Polacy tak ochoczo stają dziś u boku USA? Bo
pamiętają, jak Reagan grzmiał na komunistów i pomagał opozycji.
Autorytarne rządy za naszą wschodnią granicą też nie będą wieczne, a
wtedy nasze zaangażowanie może zaprocentować.
Aktywność w
tym rejonie może nas narazić na konflikt z Moskwą, ale przy obecnej
polityce Kremla konflikt jest nieunikniony. Za kilka lat Polskę od
Rosji może dzielić pas krajów suwerennych już tylko z nazwy. Im
usilniej będziemy wciągać UE w problematykę wschodnią, a przywódcom
Europy zakochanym w Putinie będziemy otwierać oczy na to, co naprawdę
dzieje się w tym regionie, na tym większe wsparcie możemy liczyć w
przyszłości. Jedno nie ulega wątpliwości - jeśli my nie zajmiemy się
naszymi wschodnimi sąsiadami, to ani Francja, ani Niemcy tego nie
zrobią.
Janusz
Onyszkiewicz pisze: „Nie ma chyba potrzeby powtarzać rzeczy w Polsce
dobrze znanej - jak wielkie znaczenie dla nas (i nie tylko) miałaby
przyjazna, stabilna, demokratyczna i zasobna Ukraina, a także podobna i
na dodatek wyzbyta ciągot imperialnych Rosja” („Gazeta” z 30
października). Niestety, Rosja jest zbyt wielka, nie wspominając o jej
ambicjach imperialnych, by w swych rachubach brać pod uwagę opinię
Warszawy. Jeśli mamy do wyboru budowanie stosunków z Moskwą ponad
głowami czy nawet kosztem Ukrainy i Białorusi albo aktywną, wręcz
agresywną politykę na rzecz demokracji i praw człowieka, wybierzmy to
drugie. Umacniajmy zarazem naszą pozycję w UE, by chroniła nas przed
reperkusjami takiej polityki.
Z tych
samych powodów Polska powinna stać się zwolennikiem włączenia Turcji w
struktury UE. Kraj ten, który w czasach zimnej wojny jako członek NATO
szachował Moskwę od południa, może być dla nas znakomitym partnerem.
Z pewnością
ta wizja polityki zagranicznej nie jest tak doniosła i zacna jak
dążenie do członkostwa w międzynarodowych klubach elitarnych, ale
wydaje się, że czasy przyjemnych wyborów dobiegły końca.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 22 listopada 2004.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...