Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Kiedy nie robimy tego, co powinniśmy Drukuj
Andrzej Brzeziecki, Jarosław Makowski   
22.11.2004

Osiągnięcie przez Polskę dwóch najważniejszych celów w polityce zagranicznej - członkostwa w NATO i Unii Europejskiej - sprawiło, że znikły drogowskazy na mapie stosunków międzynarodowych. Dziś na horyzoncie nie pojawia się żaden cel strategiczny, który łączyłby partie różnych opcji.

Brak celów strategicznych nie tylko destabilizuje naszą politykę zagraniczną i podporządkowuje ją rozgrywkom partyjnym, ale też sprawia, że owa polityka staje się nazbyt zależna od sytuacji w innych krajach. Polska nie może sobie pozwolić na to, by absurdalne hasło Jana Rokity „Nicea albo śmierć”, uchwała Sejmu domagająca się od rządu Niemiec reparacji za zniszczenia z lat II wojny światowej, bezczelne reprymendy prezydenta Francji Jacques’a Chiraca, że powinniśmy siedzieć cicho, czy tezy sekretarza obrony USA Donalda Rumsfelda o nowej Europie determinowały naszą politykę zagraniczną.

Do kogoś trzeba przylgnąć

Dyskusja wokół polityki zagranicznej podzieliła naszych publicystów na dwa obozy. Jedni widzą nas u boku Ameryki, inni optują za sojuszem z Niemcami i Francją. Dowodzi to, że wciąż czujemy potrzebę przyklejenia się do silniejszego partnera. Być może to skutek naszych doświadczeń zimnowojennych, gdy ścierały się dwa wielkie bloki, a my wbrew swej woli znaleźliśmy się po niewłaściwej stronie i - wpatrzeni w Amerykę - w niej widzieliśmy jedyną nadzieję.

Dziś jednak każdy kraj musi lawirować między różnymi blokami walczącymi o wpływy na świecie. Opowiadając się po stronie USA w kwestii irackiej, zapomnieliśmy, że świat nie dzieli się wzdłuż osi „imperium dobra” - „imperium zła”. Po zdobyciu Bagdadu polscy politycy nie kryli dumy, że stoją ramię w ramię z przywódcami hipermocarstwa. Jednak misja stabilizacyjna szybko przerodziła się w okupacyjną, zaczęły się ataki na wojska koalicji, pojawiły się pierwsze ofiary wśród naszych żołnierzy, a potem cywilów. To wszystko sprawia, że nasz sojusz z USA budzi coraz więcej obaw natury moralnej. Tym bardziej że upadły argumenty o kontraktach i korzyściach finansowych dla naszych firm.

Nikt nam nie odbierze zasług z tytułu udziału w obaleniu reżimu Saddama Husajna, ale trzeba zapytać, czy to zaangażowanie nas nie przerosło. Słynny „list ośmiu” ani nie powstrzymał pogorszenia się stosunków między UE i USA, ani nie miał wielkiego znaczenia dla Ameryki, która i tak postanowiła obalić Husajna. Sprawił jednak, że naraziliśmy się Francji i Niemcom. Podobno gdy kanclerz Gerhard Schroeder dowiedział się o poparciu inwazji Busha przez Leszka Millera, powiedział: „Przynajmniej mógł zadzwonić i powiedzieć, co się dzieje. Kiedy potrzebuje mojego poparcia w kwestiach europejskich, to nie zapomina, jaki jest do mnie telefon”.

Z drugiej strony nie jest winą tylko Polaków, że Trójkąt Weimarski nie funkcjonuje. Dla zadufanej Francji nie byliśmy i ciągle nie jesteśmy poważnym partnerem. Trudno nazwać przyjaciółmi ludzi, którzy albo pouczają nas, kiedy się odzywać, albo chcą nam dyktować stopy podatkowe. Nie zmienia to faktu, że jak koszula bliższa jest ciału, tak Unia bliższa jest Polsce.

Słoń w składzie porcelany

Nie znaczy to, że mamy stać się wyznawcami unijnego oportunizmu. Unia przypomina dziś klasę, do której weszli nowi uczniowie. Każdy próbuje zająć dobrą ławkę, nawiązuje się jakieś przyjaźnie, powstają wrogości… Jaś chce siedzieć z Małgosią, Grześ się kłóci z Marysią o miejsce przy oknie. Niektórzy, jak Gerhard i Jacques, przyjaźnią się od dawna i chcą rządzić klasą. Wacław i Janosz chcą się przyjaźnić ze wszystkimi, ale John i Swen wolą siedzieć sami. W tej sytuacji mały Jose nie może nawet zostać przewodniczącym uczniów. Ale w końcu potworzą się jakieś koalicje, ustabilizują się przyjaźnie, a Gerhard i Jacques zrozumieją, że trzeba słuchać także słabszych kolegów. I tylko mały Lech będzie ciągle nieszczęśliwy, bo nie może sobie znaleźć miejsca.

Z francusko-niemieckim tandemem nam się nie układa, sojusz z Hiszpanią rozpadł się równie szybko, jak powstał, Czechy czy Węgry zaś wolą integrować się w Europie bez polskiej pomocy. Za wegetację Grupy Wyszehradzkiej w równym stopniu odpowiadają Praga i Warszawa.

Co zastanawiające, projektowanym sojuszom rzadko towarzyszy refleksja, czy ewentualny sojusznik życzy sobie w ogóle współpracy z nami. Pada np. pomysł, by wespół z Wielką Brytanią stworzyć przeciwwagę dla tandemu francusko-niemieckiego. Nikt nie pyta, czy Londyn przebiera nogami, by Warszawa zaproponowała mu sojusz strategiczny. I czy w końcu ktoś z rodzimych polityków postawił pytanie: jak można poważnie traktować Polskę, skoro jesteśmy gotowi zmieniać sojusze równie często jak skarpetki?

Może już naprawdę nie musimy się zastanawiać, czy nasza polityka ma być proamerykańska, czy profrancuska. Może powinniśmy oswoić się z myślą, że nasza polityka ma być propolska. A jeśli chcemy silnej Polski w silnej Europie - nasza strategia musi być proeuropejska. Co bynajmniej nie oznacza - antyamerykańska.

Na wschód patrz!

Czy rzeczywiście, wchodząc do Unii, Polska straciła strategiczne cele w polityce zagranicznej?

Otóż debiutując w nowej klasie, oblaliśmy jeden ważny egzamin - z polityki wschodniej. Oczywiście, można wymienić szereg inicjatyw społecznych - choćby wschodnie programy Fundacji Batorego - ale w oficjalnej polityce państwa istnieje luka.

Sceptycy powiedzą, że wyciąganie ręki do Mińska czy Kijowa nie ma sensu, bo nikt jej nie chce chwycić. Problem raczej w tym, do kogo się tę rękę wyciąga. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce Amerykanie bynajmniej nie wyciągali ręki do generała Jaruzelskiego, a przecież nikt nie miał wątpliwości, że Ronald Reagan stanął po stronie Polaków.

I referendum na Białorusi, i wybory na Ukrainie dowodzą, że daliśmy się sprowadzić do roli kibiców. Jasne, że nie powinniśmy się mieszać w sprawy sąsiadów, ale nie możemy też nie dostrzegać, że za naszą wschodnią granicą dochodzi do łamania praw człowieka, nie wspominając o regułach demokratycznego państwa prawa. Tymczasem Polska odwróciła się od Ukrainy i Białorusi, zostawiając je same sobie, a de facto sam na sam z Moskwą.

Po referendum na Białorusi Anatolij Lebiedźka, lider opozycyjnej białoruskiej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej, zapytany o to, co Polacy mogą zrobić dla Białorusi, odparł: „Przekonywać Europę, że wyników niedzielnego referendum i wyborów nie można uznać. W końcu dobrze wiecie, jak w komunizmie robiło się takie głosowania. Zarazem Polska powinna stać się adwokatem, ambasadorem Białorusi w UE, lokomotywą, która pociągnie nas w kierunku Brukseli. To wy powinniście nakłonić Brukselę, by wyraźnie i głośno powiedziała, że dla Białorusi jest miejsce w Europie, jeśli wypełni takie a takie kryteria. Dziś Łukaszenko buduje swój rezerwat, argumentując, że musi to robić, bo w Europie nikt nas nie chce”.

Rzecz jasna, Łukaszenko wygrywa wszelkie wybory i referenda nie tylko dlatego, że je fałszuje, ale też dlatego, że jest górą w tzw. wojnie propagandowej. Nikt lepiej od Polaków nie wie, jak w kraju zdominowanym przez „słuszny system” ważna jest wolna prasa czy pomoc dla ludzi, którzy chcą studiować w demokratycznych krajach UE. Polska więc przy aprobacie Unii powinna wspierać opozycję na Białorusi na wszystkich tych płaszczyznach. „Pomóżcie nam w wydawaniu niezależnej prasy - przekonuje Lebiedźka. - Przecież robiliście to nie tak dawno w warunkach reżimu totalitarnego. Z Polski na Białoruś mogłaby nadawać silna radiostacja, której słuchaliby ci, którzy dziś są skazani wyłącznie na propagandę państwową”. Pomysł niezależnej radiostacji nadającej z Polski na Białoruś liczy sobie już ładnych kilka lat i… nic.

Podobnie z Ukrainą. Czy Aleksander Kwaśniewski próbował przekonywać Leonida Kuczmę, by jego ludzie nie majstrowali przy kampanii wyborczej?

Nie próbował, bo nic by to nie dało. Jego przyjaźń z prezydentem Ukrainy okazuje się niewiele warta. Polski prezydent przez kilka lat tolerował, a czasami legitymizował skandaliczne poczynania polityków ukraińskich. Choćby spotykając się z Kuczmą po aferze z zabójstwem ukraińskiego dziennikarza. To wtedy był dobry moment na gest, na który zdobył się dopiero teraz - niespotykanie się z szefem sąsiedniego państwa.

Do myślenia daje także zachowanie Marka Siwca, do niedawna szefa prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Teraz Siwiec, już jako przewodniczący komisji Parlamentu Europejskiego ds. kontaktów z Ukrainą, bez żenady oświadcza, że obserwując wybory na Ukrainie, nie dostrzegł żadnych fałszerstw.

To się opłaci

Często zapominamy, że nasza polityka wschodnia nie sprowadza się do bezinteresownego - dla niektórych naiwnego - wspierania praw człowieka w tych krajach. Taka polityka może nam przynieść korzyści w przyszłości. Dlaczego Polacy tak ochoczo stają dziś u boku USA? Bo pamiętają, jak Reagan grzmiał na komunistów i pomagał opozycji. Autorytarne rządy za naszą wschodnią granicą też nie będą wieczne, a wtedy nasze zaangażowanie może zaprocentować.

Aktywność w tym rejonie może nas narazić na konflikt z Moskwą, ale przy obecnej polityce Kremla konflikt jest nieunikniony. Za kilka lat Polskę od Rosji może dzielić pas krajów suwerennych już tylko z nazwy. Im usilniej będziemy wciągać UE w problematykę wschodnią, a przywódcom Europy zakochanym w Putinie będziemy otwierać oczy na to, co naprawdę dzieje się w tym regionie, na tym większe wsparcie możemy liczyć w przyszłości. Jedno nie ulega wątpliwości - jeśli my nie zajmiemy się naszymi wschodnimi sąsiadami, to ani Francja, ani Niemcy tego nie zrobią.

Janusz Onyszkiewicz pisze: „Nie ma chyba potrzeby powtarzać rzeczy w Polsce dobrze znanej - jak wielkie znaczenie dla nas (i nie tylko) miałaby przyjazna, stabilna, demokratyczna i zasobna Ukraina, a także podobna i na dodatek wyzbyta ciągot imperialnych Rosja” („Gazeta” z 30 października). Niestety, Rosja jest zbyt wielka, nie wspominając o jej ambicjach imperialnych, by w swych rachubach brać pod uwagę opinię Warszawy. Jeśli mamy do wyboru budowanie stosunków z Moskwą ponad głowami czy nawet kosztem Ukrainy i Białorusi albo aktywną, wręcz agresywną politykę na rzecz demokracji i praw człowieka, wybierzmy to drugie. Umacniajmy zarazem naszą pozycję w UE, by chroniła nas przed reperkusjami takiej polityki.

Z tych samych powodów Polska powinna stać się zwolennikiem włączenia Turcji w struktury UE. Kraj ten, który w czasach zimnej wojny jako członek NATO szachował Moskwę od południa, może być dla nas znakomitym partnerem.

Z pewnością ta wizja polityki zagranicznej nie jest tak doniosła i zacna jak dążenie do członkostwa w międzynarodowych klubach elitarnych, ale wydaje się, że czasy przyjemnych wyborów dobiegły końca.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 22 listopada 2004. 


Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.90976 Seconds