|
Sławomir Sierakowski: Izraelski historyk Jaakow
Szawit napisał kiedyś, że współczesna Palestyna, a tym samym państwo
Izrael, to w pewnym sensie wymysł pisarzy. Po Agnonie i Bieliku, po
Ozie i Grossmanie dziś Izrael „wymyślany” jest przez Kereta. Jaki jest
to Izrael?
Etgar Keret*: Kilka lat temu miałem wykład w Chicago dla Izraelczyków, którzy
przenieśli się do USA - w większości byli to nauczyciele hebrajskiego
uczący amerykańskich Żydów. Pewna kobieta wstała i zapytała mnie:
„Dlaczego pan wypisuje w swoich książkach same kłamstwa o Izraelu? Ja
byłam tam w 1952 roku i jest inaczej niż w pana literaturze…”. W
Stanach istnieje oczywiście żydowska publiczność dla pisarzy
izraelskich, ale nie przepada ona specjalnie za tym, co ja piszę. Oni
woleliby poczytać o kibucach, beduińskich jeźdźcach…
U pana tego zupełnie nie ma…
U mnie Żydzi chodzą na zakupy do centrów handlowych, robią pranie,
uprawiają seks. To jest Izrael, to jest rzeczywistość, w której żyjemy.
Dla mnie najpiękniejsze i najbardziej interesujące w tym kraju są
niesamowite wprost sprzeczności, na których jest zbudowany. Izrael to
kraj niekończących się paradoksów. Z jednej strony jest wręcz skrajnie
liberalny, jeśli spojrzeć na dominujący styl życia na przykład w Tel
Awiwie, a z drugiej strony niemal faszystowski, jeśli wziąć pod uwagę
stopień jego zmilitaryzowania. Silnie zsekularyzowanemu społeczeństwu
towarzyszy niemal wyznaniowe państwo. Jesteśmy jedynym krajem na
świecie, który jest tak bardzo konserwatywny, że nie pozwala na
funkcjonowanie środków publicznego transportu w dzień święty, w szabas,
a zarazem jedynym krajem na świecie, który jest liberalny do tego
stopnia, by do konkursu Eurowizji wystawić kandydata transwestytę. W
Izraelu jak nigdzie indziej widać to, co najlepsze w ludzkiej naturze i
to, co w niej najgorsze. Można znaleźć państwo, które będzie bardziej
ekstremalne pod jakimś względem od Izraela, ale nie ma takiego, które
byłoby tak zróżnicowane. Prawdę mówiąc, trudno wyobrazić sobie lepsze
miejsce dla pisarza. Izrael przypomina mi miasto, w którym cały
podziemny system kanalizacyjny jest wyciągnięty na powierzchnię,
biegnie ulicami. Wszystko, co piękne i co obrzydliwe, jest na wierzchu.
Tu nie ma zasady „keep smiling”, tu wszystko mówi się „in your face”,
bez ogródek.
Jakie jest dzisiejsze społeczeństwo izraelskie?
Bardzo kapitalistyczne, coraz bardziej indywidualistyczne,
nastawione na konsumpcję i przyjemności, pozbawione ducha
wspólnotowego, który istniał u początków tworzenia się tego państwa.
Ostatnia wojna z Hezbollahem - jakkolwiek fatalnie by to brzmiało -
potrzebna była do odbudowy kolektywnej tożsamości. Pamiętajmy, że
Izrael jest w gruncie rzeczy projektem niemożliwym. Istnienie tego
państwa jest niemożliwe. Tak różni ludzie: sefardyjscy Żydzi z Afryki i
Azji, aszkenazyjscy Żydzi z Europy, świeża - licząca około miliona
ludzi - imigracja Żydów rosyjskich, czarni Żydzi z Etiopii, milion
arabskich obywateli Izraela… Wokół ponad sto milionów wrogich Arabów
i problem Palestyny, a wewnątrz nienawiść między świeckimi i ortodoksami.
Zachodni świat w różny sposób próbuje hamować procesy niszczące
wspólnotowość. Jak robi to Izrael? Czyżby najważniejszym sposobem na
utrzymanie ducha wspólnotowego była walka z zagrożeniem islamskim?
Mój brat na przykład jest alterglobalistą. Ale w Izraelu panuje
przekonanie, że alterglobalizm jest luksusem, na który będziemy mogli
sobie pozwolić dopiero wtedy, gdy rozwiążemy konflikt podstawowy,
izraelsko-palestyński. To samo dotyczy ruchów feministycznych i
podobnych inicjatyw. Mam przyjaciela, który jest biznesmenem w Ameryce,
regularnym krwiopijcą, złym kapitalistą. I on mówi mi, że podczas
negocjacji z innymi szefami przedsiębiorstw zawsze trudniej mu się
rozmawia z kobietami. Gdy pytam dlaczego, mówi: „Dorastałem we
wpływowej katolickiej irlandzkiej rodzinie, dziadek był wielkim
biznesmenem, ojciec był wielkim biznesmenem, ja jestem ich naturalnym
następcą, a one musiały walczyć o swoją pozycję. Wobec tego ja
podejmuję decyzje nierzadko nonszalancko, a one wiecznie kalkulują”.
Podobnie jest z podejściem Izraelczyków do demokracji. Dla Francuzów
czy Brytyjczyków demokracja to sprawa naturalna. Dla nas nie.
Jakie są tego skutki?
Wystarczy przyjrzeć się ostatnim wyborom w Izraelu, by zrozumieć, w
jakim kraju żyjemy. Jedyną sprawą tak naprawdę wyróżniającą Partię
Pracy w kampanii wyborczej był nacisk na kwestie socjalne, w innych
sprawach nie była w stanie odróżnić się od Kadimy, która zresztą nie
jest już prawicowa. Partia Pracy wyszła z założenia, że w zasadniczych
dla polityki Izraela sprawach konfliktu bliskowschodniego i sojuszu z
USA wszystkie główne siły polityczne nie powinny różnić się między
sobą. Lider Partii Pracy Amir Peretz, przypominający z wyglądu i z
ambicji Lecha Wałęsę, także wywodzący się ze związków zawodowych, szedł
do wyborów z obietnicą, że zajmie się przede wszystkim sytuacją
ubogich. Jeśli wyborcy pozwolą mu zostać ministrem gospodarki,
zmniejszy nierówności ekonomiczne i bezrobocie. Wygrał i co? Został
ministrem obrony i prowadzi teraz wojnę, zaś ministrem gospodarki
uczynił neoliberała.
Podkreśla pan, że postawa Izraela wobec demokracji opiera się na
nieustannej kalkulacji. Obserwatorzy zewnętrzni widzą to inaczej - dziś
coraz częściej twierdzą, że Izrael jest państwem niedemokratycznym…
Gdy Hezbollah atakuje i porywa ludzi, przymyka się na to oczy. Ale
potem wszyscy zarzucają Izraelowi gwałcenie praw demokracji i domagają
się ONZ-owskich rezolucji. Przecież to absurd. Co gorsza, reakcje
liberalnej lewicy w państwach zachodnich, krytyczne wobec działań
Izraela, mają w sobie wiele z naiwności i protekcjonalnego podejścia. W
tym, co ci ludzie mówią, jest zgoda na krytykę demokratycznego systemu,
który znają, i przekonanie, że nie wolno nam osądzać innych,
niedemokratycznych systemów, bo to odmienne kultury. Stąd łatwiej
krytykować Izrael niż jego przeciwników. Faktycznie za takimi
podwójnymi standardami kryje się wyłącznie protekcjonalna postawa
Zachodu. Gdy zachodni demokrata spotyka terrorystę, automatycznie
zaczyna analizować go psychologicznie, stosując zachodnie standardy i
najczęściej dochodzi do wniosku, że takie skrajne postawy biorą się z
desperacji. Krótko po 11 września byłem na konferencji w Norwegii. Po przemówieniu Tariqa
Ali wstał pakistański pisarz i w ostrych słowach go zaatakował:
powiedział, że jest nic niewartym wazeliniarzem zepsutego Zachodu, a
prawdziwymi bohaterami, którzy potrafili rzucić na kolana Zachód, są
zamachowcy i jeśli będzie miał dzieci, to nada im ich imiona. Najpierw
zapanowała cisza, po czym zgromadzeni ludzie zaczęli klaskać!
Postanowili uszanować i docenić kogoś, kto należy do innej kultury.
Widać uznali, że pogląd mówiący, iż należy zabijać Amerykanów tylko za
to, że są Amerykanami, to interesujący punkt widzenia. To przecież
skończona głupota. Spójrzmy teraz na konflikt bliskowschodni. Uważam,
że Izrael jest krajem opresywnym, okupuje terytoria arabskie, często
działa w sposób drastyczny w stosunku do cywilów, stosuje
odpowiedzialność zbiorową. Ale nie mogę usprawiedliwiać działań ludzi,
którzy deklarują, że chcą mnie i innych Żydów zabić.
Różnica między pana książkami a powieściami Amosa Oza, Awrahama
Jehoszui czy Davida Grossmana - czyli tak zwanego pokolenia państwa,
jak określił tę generację Jehoszua - jest gigantyczna. Oni niejako z
przyzwyczajenia odgrywają rolę narodowych autorytetów, polityka i
problemy społeczne wprost przynależą do świata przedstawionego ich
literatury. Pana opowiadania są zaś jak najdalsze od polityki, są
rezultatem zniechęcenia nią. Potem jednak widzimy, że to tylko pierwsze
wrażenie, że polityka w pana książkach powraca. Czy izraelski pisarz
może być apolityczny, czy go na to stać?
Myślę, że to rzeczywiście niemożliwe. Zresztą wszędzie na świecie
bycie apolitycznym pisarzem jest niemożliwe. Nie da się po prostu
ignorować rzeczywistości, w której się żyje. Różnica między mną a
starszymi pisarzami izraelskimi polega na tym, że podzielali oni długo
panujące w moim kraju przekonanie, że pisarz polityczny zobowiązany
jest przedstawiać konstruktywne rozwiązania. Moim zdaniem terenem dla
politycznego pisarza są ludzkie emocje. Nie byłoby faszyzmu bez
nienawiści, nie byłoby prawicy bez strachu, nie byłoby lewicy bez
nadziei. Emocje stoją za polityką.
To, co pisze starsze pokolenie, nic dla pana nie znaczy?
Uwielbiam Amosa Oza jako pisarza, ale odrzucam uczestniczenie w
politycznej grze na tej samej zasadzie co politycy. Chcę w niej
uczestniczyć, ale jako artysta, co znaczy, że staram się wprowadzić do
polityki niejednoznaczność. Całe moje życie poświęciłem na to, by
pokazać, że życie nie jest proste. Jeśli wszyscy czytelnicy po lekturze
mojego opowiadania będą mieli takie same odczucia, to znaczy, że źle
wykonałem swoją robotę. Na jednym z blogów osoby mieszkającej w Gdańsku
można było przeczytać komentarz do mojego tekstu z „New York Timesa”, o
wojnie z Hezbollahem. Komentarz był zresztą cytowany przez wszystkie
telewizje arabskie. Jego autor pisze, że mój tekst dowodzi, że
Izraelczycy rozkoszują się zabijaniem. Tymczasem Jehoszua i inni,
którzy nie lubią mojej literatury, zazwyczaj krytykują mnie, mówiąc:
„On jest jakiś niejasny, nie wiadomo, o co mu chodzi”. Odpowiadam:
jeśli szukasz instrukcji, nie czytaj literatury, czytaj wystąpienia
ministra obrony Peretza.
Na ile kształt pana tekstów wynika po prostu z kontestacji poprzedniego pokolenia pisarzy izraelskich?
Jeśli pójdzie pan do Grossmana, on od razu powie, na kogo głosować,
co trzeba zrobić. Jehoszua podobnie. Oni zachowują się jak rodzice. Dla
mnie oznacza to brak szacunku dla czytelników. Głosuj na kogo chcesz i
rób co chcesz, ale otwórz oczy i bierz odpowiedzialność za to, co
robisz. Co wcale nie oznacza, że jestem zainteresowany wyłącznie
estetyką. Interesuje mnie moralność. I to bardzo.
Ale słowa, których pan używa - „miej oczy otwarte”, „weź
odpowiedzialność” - brzmią jak banał, a nie jak program literacki. Czy
to wszystko, co charakteryzuje pana odmienność w stosunku do Oza,
Grossmana czy Jehoszuy?
Ja tylko mówię, że jak stajesz przed murem i chcesz go przekroczyć,
masz kilka rozwiązań. Możesz zrobić podkop, próbować ten mur
przeskoczyć albo rozbić. Ja znalazłem pewną drogę w literaturze, taką,
która prawdopodobnie najbardziej pasuje do mojego charakteru.
Komplikowanie, szukanie trudnych rozwiązań po prostu leży w mojej
naturze. Moja żona mówi do mnie, że jestem „trouble-maker”. Także
dlatego nigdy nie podpisuję żadnych petycji. Wydaje mi się to zbyt
proste dla pisarza. Nie twierdzę, że moja droga jest jedyną słuszną
drogą, jest po prostu moja.
Jednym z najczęściej podejmowanych przez pana tematów jest związek między okupacją i codzienną przemocą…
Zastanawiam się, co się dzieje z przemocą doświadczaną przez każdego
młodego Izraelczyka i każdą młodą Izraelkę, którzy w wieku 18 lat
trafiają do wojska na całe trzy lata, przyzwyczajają się do wyważania
drzwi, obezwładniania ludzi, a często także strzelania do nich. To dla
mnie bardzo ważne. Społeczeństwo to taki system, który opiera się na
niewidzialnych granicach, wokół których przez całe życie krążysz. I
wiesz, że nie możesz ich przekroczyć. Tymczasem w Izraelu młody
człowiek przekracza wszystkie granice na samym początku swojej drogi.
Granice, które byłeś w stanie przekroczyć w mundurze, bez trudu
przekroczysz ponownie, tym razem bez munduru. Byłoby naiwnością sądzić,
że nie ma to wpływu na życie społeczne. Każdy fragment moich tekstów
dotyczący tego tematu jest tak naprawdę polityczną manifestacją. Choć
nie ma postaci łatwego sloganu.
A czy nie jest tak, że czasem konwencja, którą pan wybrał -
krótkie groteskowe powiastki, niejasne w swojej wymowie - nie jest po
prostu wyrazem kapitulacji wobec naszych czasów? Czasem wydaje mi się,
że pan tylko udaje, że jest bardzo krytyczny, oryginalny i radykalny. I
że to, co pan pisze, nie ma nic wspólnego z kontestacją. Nic lepiej nie
współgra z epoką, w której żyjemy, niż niejednoznaczny, ironiczny - w
gruncie rzeczy obliczony na ucieczkę przed światem - przekaz…
Gdybym był cyniczny, odpowiedziałbym, że bardzo lubię poetów, którzy
sądzą, że swoimi wierszami zmienią świat, ale nie przypominam sobie
żadnego poety, któremu by się to udało. Załóżmy, że społeczeństwo jest
architektoniczną strukturą. Ja przynależę do generacji, której zadaniem
nie jest rozebranie i złożenie na nowo tej konstrukcji. Moim zadaniem
jest pokazanie jej błędów. Być może to znak czasów. Dziś znacznie
trudniejsze niż kiedyś i w tym sensie bardziej istotne i rewolucyjne
jest pokazanie i uświadomienie ludziom błędów w funkcjonowaniu
współczesnych społeczeństw. Jeśli żyjemy w Matriksie, pokazanie tego
ludziom jest naszym podstawowym zadaniem.
Ale pan nie mówi niczego wprost. Nie mówi pan nigdy: „Żyjemy w Matriksie”.
To, że koncentruję się na nierozstrzygalnych moralnych dylematach, a
nie na realistycznych historiach z jasnym przesłaniem, wynika - w
sposób paradoksalny - z tego, że uważam, iż świat potrzebuje
fundamentalnej zmiany. Nigdy świat nie tkwił w takim bezwładzie jak
dzisiaj. Siła sztuki zorientowanej na zakłócanie tej inercji choćby na
sekundę wydaje mi się większa niż dydaktyka i slogany. Dochodzi do tego
także pragmatyczny argument. Proste identyfikacje ograniczają pisarza
do jednego obozu. To, co pisze Amos Oz, przemawia do jednego obozu w
Izraelu. Jeśli jednak skonstruuje się przekaz dotyczący bardziej
fundamentalnego poziomu, można przemówić do wielu obozów. Jak chcesz
trafić do ludzi, którzy są za pełną sekularyzacją i skrajnie agresywnie
odnoszą się do ortodoksów w Izraelu, jeśli zaczynasz od jednoznacznych
identyfikacji z przeciwnym im obozem? A jak dotrzesz do osadników
żydowskich, jeśli piszesz tak jak David Grossman? Na tym poziomie
będziesz słyszalny tylko dla swoich, w żadnym razie nie zmienisz innych.
Wywiad ukazał się w „Europie” z 2 grudnia 2006.
— -
*Etgar Keret, ur. 1967, poeta, pisarz,
scenarzysta filmowy, jeden z najważniejszych izraelskich twórców
młodszego pokolenia. Zasłynął przede wszystkim jako autor krótkich
opowiadań, w których zwykle obecny jest element absurdu i groteski.
Pisane zwięzłym, chłodnym stylem opowiadania te przedstawiają życie
codzienne w Izraelu, a także realia konfliktu z Palestyńczykami i jego
wpływ na społeczeństwo. Niektóre z nich ściągnęły na Kereta oskarżenia
o lekceważący stosunek do żydowskiego państwa i tradycji. W Polsce
wydano trzy zbiory jego opowiadań: „Gaza blues” (2000), „Pizzeria
«Kamikaze«” (2001) oraz „8% z niczego” (2006). Od 1995
roku Keret jest wykładowcą wyższej szkoły filmowej w Tel Awiwie.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...