|
Przeszłość uczy, że śmiech, ironia, groteska to potężna broń w rękach
krytyków wszelkiej opresji. Z zazdrością słucham opowieści o tym, jak
to cudem zdobyty egzemplarz „Ferdydurke” krążył z rąk do rąk między
licealistami, którzy mieli szczęście czytać ją inaczej niż jako lekturę
szkolną. Choć pod innymi względami szczęścia nie mieli. Z tym większą
jednak siłą mógł eksplodować podkładany przez Gombrowicza pod system
ładunek.
Gombrowicz dzisiejszy - szkolny, przerabiany na lekcjach polskiego -
jest klasykiem i jak to klasycy ani ziębi, ani grzeje. Co więcej,
wydaje się pisarzem przebrzmiałym w obu dominujących w krytyce
literackiej wcieleniach.
Po pierwsze - jako krytyk polskich narodowych kompleksów. Gombrowicz,
którego słownik literacki zostaje połączony z jedną tylko polską formą,
niewiele ma nam dzisiaj do powiedzenia. Kojarzy się z zastępami
Bladaczek każących nam wiecznie zabawiać się dyskusjami, czy to z
miłości, czy z pogardy do Polski kpił z niej w powieściach, dramatach,
dziennikach. Morał, że wydobywając z Polaka człowieka, uszlachetniamy w
ten sposób naszą polskość, odmieniony przez wszystkie przypadki nie
porusza, bo i poruszać już nie ma czego.
Po drugie - jako ojciec duchowy dzisiejszej wszechironii. Choć tutaj
może zamiast określenia „przebrzmiały” należałoby napisać „szkodliwy”.
Jest szkodliwy, o ile szyderstwo podniesiemy do jedynej roli -
narzędzia emancypacji ze skostniałej formy. Szkodzi, kiedy będziemy się
upierali, że gombrowiczowska forma spowija każde zachowanie społeczne.
Jeśli będziemy powtarzali, że nie ma ucieczki przed gębą, bo zawsze się
wpada w inną gębę. Jeśli tak, to gdzie jest ta jego siła krytyczna?
Lecz ten pusty gest wciąż kusi wielu.
Tak odczytany w jednym i drugim przypadku ostatecznie okazuje się
pisarzem establishmentowym. Raz utwierdzając nas w aktualnym wizerunku
polskości, takim, o którym sądzimy, że jest nam z nim bardzo do twarzy
- nowoczesno-tradycyjnych Polaków. Innym razem dostarcza broni, którą
można pokonać wszystko, co zbyt poważne, a co kieruje swoje ostrze
przeciwko nieznośnej lekkości liberalnego świata.
O przesłaniu Gombrowicza za każdym razem decydują czas i miejsce, z
którego się go czyta. A te dalece się zmieniły, od kiedy powstały
kanoniczne interpretacje jego dorobku. Spróbujmy zatem przeczytać
Gombrowicza nie tyle przeciwko dotychczasowym trybom lektury, ile
przede wszystkim w odniesieniu do dzisiejszej sytuacji.
Koniec międzyludzkiego kościoła
Gombrowicz długo czekał na uznanie, a pierwszą pozytywną recenzję
„Ferdydurke” musiał napisać sobie sam pod pseudonimem. Pisarze
niezrozumiani przez współczesnych, latami dobijający się o zrozumienie,
tacy, których wielkość nie od razu rzucała się w oczy, budzą zaufanie.
Ich pozycja wydaje się solidna jak skała.
Inaczej jest z pisarzami, którzy wprost trafiają w emocje przeciętnego
czytelnika. Ich diagnozy bywają może powierzchowne, ale są oni jak
barometr mierzący społeczne nastroje. Rzucają hasła, jak choćby
„cząstki elementarne”. Czyż określenie to nie opisuje bezbłędnie
kondycji człowieka Zachodu? Ten tytuł powieści Michela Houellebecqa
niech stanie się przez chwilę dla nas nicią przewodnią, a także
brutalnym być może sposobem zderzenia pisarza z gmatwaniną dzisiejszych
problemów.
Ekscentryczny Francuz, krytyk nowoczesności Michel Houellebecq, w
prostej beletrystycznej formie dał wyraz tym tendencjom we współczesnej
filozofii i nauce, które stały się już powszechnym doświadczeniem.
Widzimy zatem konsekwencje wyzwolenia Zachodu - z Wiary i Rozumu.
Widzimy zwycięstwo nowożytnego indywidualizmu okupione zniszczeniem
wszelkich więzi łączących ze sobą jednostki. Czas wyzwolenia - rok 1968
- okazuje się czasem totalnego wyzwolenia, także ze społeczeństwa,
wspólnoty, a zatem - jeśli wierzyć Arystotelesowi - z człowieczeństwa w
ogóle.
Późnonowoczesny pęd do autentyczności i indywidualizmu odziera nas z
autentycznego istnienia, jako cząstki elementarne jesteśmy nicością i
jako tacy - wyginiemy. Koniec Kościoła okazał się nie tylko początkiem,
ale i końcem gombrowiczowskiego kościoła międzyludzkiego. Czy
Gombrowicz był prorokiem tej nowej niewiary, z której krytyką próbujemy
go tutaj skonfrontować?
Dlaczego polski pisarz emigracyjny stał się tak popularny w
odzierającej człowieka z właściwości Francji lat 60.? Zdaniem Czesława
Miłosza zadecydowało o tym nieporozumienie. Gombrowicza ceniono na
Zachodzie, ale nie za to, za co powinno się go cenić. „Rozbierać można
tylko osobę ubraną (…) Ale świat zachodni rozebrał się z Boga, z
ojczyzny, z moralności wiktoriańskiej, z Rozumu, nawet ze zwyczajnych
zasad przyzwoitości”. Miłosz słusznie dostrzegał, że tak odczytywany
Gombrowicz mówił Zachodowi tylko to, co już wiedziano i co chciano
usłyszeć. Rozbierał już rozebranego.
Dla Miłosza Gombrowicz wartościowy wciąż był Gombrowiczem polskim. O
wielkości jego dzieła przesądzał opór wobec polskiego obyczaju, wobec
tradycji i przez tę tradycję uświęconych absolutów. „Potęga ich, ich
zakorzenienie w historii, ich zdolność odradzania się w doktrynach i
abstrakcjach, pozostaną czymś niepojętym dla cudzoziemca”. Tego może
Francuzi pojąć nie potrafili, my jednak lekcję tę wykuliśmy już na
pamięć. Nie wiadomo tylko, czy jej repetycja ma jeszcze sens.
Szydercy w matni
Jak wobec tych problemów sytuuje się współczesna polska literatura,
szczególnie ta najmłodsza? Czy jesteśmy już wystarczająco wyswobodzeni
nie tylko z Polski? Czy nadal wyswobadzamy się z wszelkich form? A może
nadszedł już czas, aby wyswobodzić się z samego przymusu wyswobadzania?
W Polsce większe emocje niż Houellebecq wzbudziła Dorota Masłowska. A
jej powieść „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” jest wielką
rozprawą ze współczesną świadomością Polaków. Z narodowymi mitami
pożenionymi z wulgarną komercją. Polska wyzwolona z sowieckiej niewoli
świętuje w rytmie disco polo: „Dzień bez Ruska, festyn, szczęk i skurcz
w mikrofonach, tańczy zespół Biedronki i bardziej młodzieżowy Fantastic
Dance. Dym z grilla doszczętnie pokrył miasto, ofiara z kiełbasy,
żeberek i chrzęści zwierzęcych złożona bogom w imię zwycięstwa nad
zaborcami. Swąd pełznie ulicami wokół amfiteatru miejskiego i brudzi tę
część budynków, co miała niby być biała. No więc teraz jesteśmy
państwem flagi szaro-czerwonej, brudny orzeł na czerwonym tle w
okopconej koronie. ( ) biało-czerwona fala rzygów płynąca przez miasto,
fala rzygów widziana wyraźnie z kosmosu, co by Ruskowie wiedzieli,
gdzie jest nasze państwo „.
Polskie kompleksy pojawiają się u Masłowskiej jako część krajobrazu po
bitwie tradycji i nowoczesności. Widzimy, jak wyłania się z niego
okopcona flaga biało-czerwona ubrudzona tłustymi łapami
Polaka-katolika-konsumenta, które trzęsą mu się z obawy przed szybkimi
przemianami wyrywającymi go z korzeniami z jakichkolwiek pewności. Tyle
że - jak słusznie zauważa Kinga Dunin - „konstruowanie zbiorowej
tożsamości wciąż wokół osi, którą stanowi »wojna polsko-ruska pod flagą
biało-czerwoną «, utrudnia pojawienie się innych języków”. Główny
bohater powieści Silny napotyka na swojej drodze wszystkie istotniejsze
współcześnie w Polsce języki: „antyruski”, katolicki,
antyglobalistyczny, feministyczny, ekologiczny. I wszystkie okazują się
bezradne. Śmieszne, pozbawione mocy krytycznej, nieatrakcyjne,
niepoważne.
W powieści Masłowskiej ten pierwszy, polski Gombrowicz idzie ręka w
rękę z drugim, socjologiem i filozofem. Razem śmieszą i tumanią,
obdarzając swoją prawowitą córkę łaską języka. Czy jednak zwycięstwo
Gombrowicza nie okazuje się w końcu naszą klęską? „Wygląda na to, że
staliśmy się zakładnikami zużytych symboli. Powstająca w Polsce
nowoczesna tożsamość nie potrafi się wyrazić w języku »wojny
polsko-ruskiej «” - pisze dalej Dunin. Zauważa także, że w tym języku
nie może się dziś wyrazić także świadomość konserwatywna. I
rzeczywiście, jeśli weźmiemy do ręki powieść Cezarego Michalskiego
„Siła odpychania”, okaże się, że jest ona kadyszem za nienarodzone
dziecko polskiego neokonserwatyzmu, który poległ w walce nie tylko z
nowoczesnością, ale także z kołtuńskim i wydrążonym polskim
konserwatyzmem. I nie przypadkiem jej tytuł także prowadzić ma do
skojarzeń z fizyką cząstek. Cząstek, które zamiast przyciągać się, już
tylko się odpychają.
Odpowiedzią na wyśmianie wszystkich form staje się bełkot (tak brzmi
zresztą tytuł książki innego młodego pisarza Sławomira Shutego). Jednak
wszystkie języki, które mogłyby go zastąpić, zgodnie z gombrowiczowskim
duchem współczesnej literatury muszą zostać wyśmiane. Czyżby zatem bez
naszych narodowych kompleksów niemożliwa była polska literatura? Bez
„polskości” okazujemy się samotni. O niczym innym pisać nie umiemy? O
niej albo raczej przeciwko niej. Przede wszystkim przeciwko. A także
przeciwko wszystkiemu, co mogłoby ją zastąpić. Najpierw jako
pokrzepiający serca piewcy, dziś jako szydercy nie możemy się wyrwać z
tej biało-czerwonej matni.
Gombrowicz skupia jak w soczewce naszą beznadziejną pokusę
autentyczności - jak celnie nazwał literackie zabiegi Gombrowicza Paweł
Lisicki - i uświadamia nas w naszym działaniu. Jest z nami szczery, nie
pozostawia złudzeń - nie ma ucieczki od formy, bo nie ma wyjścia z
kościoła międzyludzkiego. Wiedzeni wolą autentyczności kruszymy jedną
formę, by popaść w kolejną, i znów jesteśmy nieautentyczni. Rozbrajamy
stare rytuały, by nieświadomie popaść w nowe. Tak Gombrowicz opisuje
sytuację człowieka nowoczesnego w świecie, z którego wyparowała wszelka transcendencja. Albowiem to dopiero człowiek nowoczesny stał się podatny na ów mit
autentyczności. Przestał ufać rytuałom, w których dotąd bezrefleksyjnie
uczestniczył. Zaczął domagać się prawdy i szukać jej w samym sobie.
Stał się w swojej syzyfowej walce o autentyczność samotny. Od kiedy
zwątpił w Boga, zamknął sobie drogę do poczucia się częścią całości.
Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba!
Snobizm kruszenia form
Za szybko jednak odłożyliśmy książki Gombrowicza na półkę.
O wartości jego dzieła, o jego przesłaniu nie da się rozstrzygnąć bez
rozstrzygnięcia, w jakiej epoce, w jakiej Polsce żyjemy. Epoka, w
której tworzył Gombrowicz, wydała z siebie nową epokę. Oto mit
autentyczności stał się mitem drugiego rzędu. Naszą nową formą stało
się kruszenie form. Chorobliwie i na odlew. Niszczenie wszystkiego, co
stałe, co opiera się „płynnej nowoczesności”. To jest dziś naszym
nowym, narzucającym się obowiązkiem, koniecznym snobizmem, ostatnią
pewnością, a może naszym nowym kompleksem?
Gombrowicz wielkim pisarzem był! - wyrywa nam się z ust. Każdy akt
rebelii rodzi nową formę. „Tutaj, obawiam się, jest punkt, w którym
przestaję Gombrowicza rozumieć. Kto wybija klin klinem, czyli używa
świadomości, żeby odkryć, co ją samą określa, szuka pewnego rodzaju
»zbawienia «. Ale jakie »zbawienie « (prawda, autentyczność) tam,
gdzie, jak u Gombrowicza, fantasmagoria jest nie do uniknięcia i Forma
bez ustanku zalęga Formę?” - pisał Czesław Miłosz. Problem przypomina
próby barona Münchhausena, który sam próbował za włosy wyciągnąć się z
bagna. Unieruchomieni w Polsce staliśmy się niemymi zakładnikami Formy,
którą tym razem nie jest już polskość, tylko konieczność podważania
każdej formy.
Podczas gdy Houellebecq - potraktujmy go jako pars pro toto pewnej
intelektualnej postawy - krytykuje nowoczesny świat, Masłowska w znanym
gombrowiczowskim geście rozbija schematy poznawcze, które mogłyby go
afirmować lub zmieniać, pozostawiając nas z pustymi rękoma.
Człowiek człowiekowi aktorem - to zbyt prosta lekcja z autora „Ślubu”.
Chciałbym jednak wierzyć, że nie jest prawdziwe także i to, co w
gruncie rzeczy wynika z rozumowania Miłosza. Mianowicie, że Gombrowicz
jest pisarzem od polskich kompleksów narodowych i na tym polega jego
wielkie dzieło. Polskie wady i kompleksy narodowe są wielkie, ale
Gombrowicz je znacznie przerasta. Pod pojęcie formy nie powinniśmy
podstawiać aż każdego ludzkiego działania ani tylko polskich
kompleksów.
Formą u autora „Ślubu” jest każdy przezroczysty, acz zniewalający
system narzucających się oczywistości, które wiążą nam ręce, splatają
języki, naszej krytyce przyprawiają gębę, w naszym sprzeciwie upupiają
nas. W Polsce martyrologicznej ubezwłasnowolniającą formą staje się
„Bóg, honor, ojczyzna”. W Polsce patosu skałę kruszył strumyk ironii. A
co z Polską, w której wszyscy śmieją się z tradycji, z nowoczesności i
z ponowoczesności zarazem? Co z Polską tak specyficznie osadzoną w
świecie „końca ideologii”? Tu i teraz mieć jakieś poglądy i poważnie
ich bronić, oznacza narazić się na śmieszność. Jesteś katolikiem,
feministką, wegetarianinem, ekologiem, konserwatystą, lewakiem, idziesz
na demonstrację, będziesz głosował w wyborach? Żartujesz?! Ta ma gębę
feministki, a ten prawicowego publicysty. W takiej Polsce proste
naśladowanie Gombrowicza jest sprzeczne z jego duchem. Bo dziś wolno, a
nawet należy się wyśmiewać, a bardzo nietwarzowe jest mówienie
czegokolwiek na poważnie.
Przeczytajmy Masłowską, Vargę, Stasiuka, Nahacza, Sieniewicza, Shutego,
Świetlickiego - czy normą literacką nie są dziś „środki ubogie” -
ironia i antyprogramowość? W takiej Polsce, kto wie, może Gombrowicz
byłby człowiekiem patosu lub oręż ironii skierowałby przeciw samej
ironii i uderzył nim w największych prześmiewców.
A jak potraktować w takim razie Wielki Poczet Ciot Polskich, czyli
świetne „Lubiewo” Michała Witkowskiego? Jako „rozbieranie” gejów i
szyderstwa dla szyderstwa ciąg dalszy? Czy raczej jako „ubieranie”
świata w cioty, poszerzanie pola widzenia przez wyciąganie tego, co
przez dziesiątki lat tkwiło w podziemiu? Uczenie Polaka inności w
wersji hard? Nie przez geja, którego emancypacja uczyniła jednym z nas,
normalnych Polaków, ale przez ciotę, która siedzi w szalecie. Witkowski
wydaje mi się najbliższy temu, co najważniejsze u Gombrowicza, nie
przez transatlantycką frazę, której gęsto używa, nie przez
wzbudzającego pożądanie luja-parobka albo atencję dla młodej łydki, ale
przez zastosowanie szyderstwa w zbożnym celu poprawiania świata. Polak
pobratany z innym to lepszy Polak. Tym „Lubiewo” różni się od pozornie
podobnych „Murów Hebronu” Stasiuka. Stasiukowy cwel budzi ciekawość,
którą Polak zaspokaja, oglądając kryminalne reportaże w telewizji.
Ciota Witkowskiego to rękawica rzucona normalności, tożsamości - to
lekcja inności w pseudoliberalnej Polsce.
Tak odczytany Witkowski jest jednak wyjątkiem w polskim życiu
literackim ostatnich lat, które przywykło używać ironii jako
bezpiecznika, by nie doszło do niekontrolowanego spięcia w tej
kulturze, której - jak się powszechnie uważa - należy się co najwyżej
parę poprawek. Jeśli dobrać się do rodziny, to jak Kuczok, jeśli do
kapitalizmu, to jak Shuty, pokazując, jak dobre instytucje potrafią
czasem źle funkcjonować. To „bezpieczna literatura”, zaś dzisiejsza
Polska zasługuje na „literaturę niebezpieczną”, taką, jaką fundował jej
Gombrowicz.
Żart po stronie systemu
Jan Józef Lipski pisał w 1957 roku: „Gombrowicz był groźny (…) bo
kształcił w czytelnikach zdolność groteskowego widzenia świata - i
poczucie humoru. A system, jak wiemy, trafia do różnych ludzi (…).
Wszystkich umie podejść, oszukać, otumanić. Nie udało mu się to jednak
nigdy z ludźmi, którzy mają poczucie humoru”.
To, co było prawdą w roku 1957, niekoniecznie musi być prawdą dzisiaj.
Poza tym poczucie humoru mieli i wielcy nawróceni, z Leszkiem
Kołakowskim na czele, i ludzie trwający w systemie do końca, jak Jerzy
Urban. Zauważmy natomiast, że poczucie humoru, a przede wszystkim to,
co jest przedmiotem śmiesznego żartu, często bywa funkcją dominującej
hierarchii ważności. Brak poczucia humoru zarzucają najczęściej ci,
którzy są w głównym nurcie literatury, publicystyki, polityki, tym,
którzy są na jego marginesach i jakoś nie jest im do śmiechu, gdy żart
oznacza pokazanie im miejsca w niesprawiedliwie skonstruowanej
hierarchii. Z ważnych rzeczy śmiejemy się rzadziej i mniej chętnie niż
z nieważnych. Żartując, potwierdzamy granice tego, co istotne i
nieistotne. Żartem zbywa się niewygodną krytykę (w czasach ironii to
świetnie działa), przykrywa brak argumentów. Żart zatem nie ma barw
politycznych, żart jest tylko żartem. Może służyć walce z systemem,
doskonale nadaje się także do wspierania go. Dziś - w świecie ironii i
groteski - żart częściej jednak stoi po stronie systemu. Żart
protekcjonalny, paternalistyczny, patriarchalny.
Dzisiejsza Polska jest urządzona naprędce. Na pozór jesteśmy wolni i od
Ojczyzny, i od Formy. Dziwimy się tym, którzy marnują cenny czas na
szamotanie się z Polską, poprawianie jej. Są śmieszni. W sumie nie jest
przecież źle. Przecież starcza sił na realizowanie indywidualnych
projektów. Źle nie jest ani dobrze nie jest. Polska trochę nas uwiera,
ale w gruncie rzeczy jest nam obojętna. Żyjemy obok. Co najwyżej
chwilowo rozpali jeszcze emocje u Adama Michnika albo abp. Życińskiego,
ale już raczej jako sentymentalny powrót do czasów minionych i do
minionego Gombrowicza.
Zbyt szybko może utożsamiliśmy się w niewierze z naszymi braćmi z
Zachodu. Oni przynajmniej zdążyli zmęczyć się swoją liberalną
wolnością. Dostrzec tkwiącą w niej atomistyczną i usypiającą pokusę.
Wytworzyć nowe języki krytyczne i podjąć się nowych projektów. Nam
projekt od razu kojarzy się z totalitaryzmem, prawica z faszyzmem, a
lewica z komunizmem.
Antytotalitarna szczepionka wprawiła polskiego pacjenta w stan ideowej
śpiączki. Wszystko, co powie, brzmi jak majaczenie chorego. Nad
wszystkim czuwa pragmatyczny pan doktor. Gdy tylko powiemy coś
poważnie, zakwestionujemy panujące oczywistości, zaraz poda nam na
wszelki wypadek głupiego jasia.
Gombrowicz by go obudził.
Pisarz zawsze był człowiekiem marginesu, a dziś ucieka nam z pomnika.
Źle czułby się w centrum. „Za życia błazen, po śmierci król-duch” -
krzywił się Miłosz na próby „uwieszczenia” autora „Ślubu”. Gombrowicz
błaznował z Polski rozmodlonej i rozmitologizowanej, dziś kpiłby z
Polski odmitologizowanej, zatopionej w letargu dnia codziennego. Polski
śpiącej z głupim uśmiechem na twarzy. Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 15-16 stycznia 2005
Na podobny temat
|
Pani Agnieszko, wyrazy współczucia, ...
A te pieniądze, samochody, firmy i wo...