Nowość w sklepie kp
Komentarze
CYTAT DNIA
Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
|
|
Im gorzej, tym lepiej |
|
|
Kinga Dunin, Sławomir Sierakowski
|
|
10.02.2005 |
Wyniesienie problemu lustracji do rangi naczelnego tematu ostatnich miesięcy odbywa się wśród moralizatorskich popisów i powszechnie składanych deklaracji najczystszych intencji poszukiwania prawdy i sprawiedliwości. A jednocześnie dość jasno widać, że jest to wynik takiego, a nie innego układu sił. Powracająca mania lustrowania to jeden z akordów bojowej pieśni prawicy. Na naszych oczach opowieść z początku III RP powraca, ale już w innej nieco konfiguracji. Powraca znany słownik polityczny: dekomunizacja, lustracja, teczki… Tym razem jednak to już nie „Gazeta Wyborcza” i Adam Michnik są najsilniejszymi narratorami. Kolejny raz możemy się przekonać, że kształt opowieści nie zależy od tego, jak było, tylko od tego, kto i po co opowiada. A jeżeli nawet u źródeł III RP mieliśmy do czynienia z autentycznymi moralnymi odruchami i sporem fundamentalnych racji, zaś strony sporu zachowywały jakąś ideową tożsamość, dziś bardziej zwraca uwagę zwykła gra polityczna, wyglądająca zza haseł typu „walczymy o prawdę w życiu publicznym”. Podniecenie wywołane pojawieniem się na dziennikarskiej giełdzie, a następnie w mediach, tak zwanej “listy Wildsteina” oraz całe zamieszanie, które w konsekwencji powstało, nie może przesłaniać nam pewnego ciekawszego morału płynącego z tej historii. Morał ów zauważyć powinni przede wszystkim zwolennicy tezy, że istnieje prawda i nieprawda, a na dowód prawdy wystarczą fakty. Fakty te bowiem, w postaci listy nazwisk agentów, niedoszłych agentów, ofiar oraz funkcjonariuszy, nie były nigdy przez IPN skrywane. Każdy dziennikarz, a także liczne inne osoby mogły sobie fakty te kontemplować do woli i zrobić z nich użytek, jaki uznają za właściwy. I nagle te same, wcale – jak zostało powiedziane – nieutajnione fakty przeniesione z komputera IPN-u do sfery publicznej, odpowiednio użyte i nagłośnione zyskują zupełnie inne znaczenie. Z nudnych akt - do złudzenia przypominających książkę telefoniczną średniego miasta - zamieniają się w polityczny dynamit, a dynamit ten pojawia się w nieprzypadkowym miejscu i czasie. Tej interesującej operacji na znaczeniach dokonał Bronisław Wildstein, czym, miejmy nadzieję, na stale wpisze się on w historię polskiego postmodernizmu. Na własnej skórze przekonując się, że nie ma czystych faktów ani prostych prawd, które wystarczy ujawnić i prawda zamieni się w dobro. Są za to różne opowieści budowane w oparciu o fragmentaryczną dokumentację, a to, co hic et nunc zyska miano prawdy, zależy głównie od siły autora narracji. O czym ponownie mógł przekonać się Wildstein, gdy został usunięty z “Rzeczpospolitej”, choć prawa nie złamał, a tylko dopełnił konsekwencji prolustracyjnej linii swojej byłej firmy. Okazuje się, że domaganie się ujawnienia materiałów IPN nie jest tym samym, co ich ujawnienie. Nie jesteśmy do tego stopnia relatywistami moralnymi, by nie uznawać różnicy między dobrem i złem. W naszym odczuciu jednak te podstawowe intuicje moralne w coraz mniejszym stopniu oddziaływają na przebieg wydarzeń. Przed naszymi oczami roztacza się bowiem obraz zaiste kuriozalny. Możemy na przykład zobaczyć, jak Bronisław Wildstein, autor książki „Dekomunizacja, której nie było”, ręka w rękę z Markiem Królem, byłym sekretarzem KC PZPR, wzywa do oczyszczenia Polski z postkomunistycznego raka. Kiedy widzimy, jak tenże Wildstein, przez lata dzielnie bijący się o tytuł najradykalniejszego antykomunisty, w programie Moniki Olejnik „Prosto w oczy” poucza znaną opozycjonistkę Ewę Milewicz o prawie naczelnego „Wprost” do zmiany poglądów, trudno nie zastanowić się nad faktycznym znaczeniem powrotu lustracji do dominujących tematów polskiej debaty publicznej. Pogląd Wildsteina, że grzechem pierworodnym III RP był brak dekomunizacji mógł być niegdyś zrozumiały. Tak jak zrozumiałe było też jego moralne potępienie Lesława Maleszki, TW “Ketman”, którego agenturalna działalność bezpośrednio uderzała w Wildsteina. I nawet zrozumiała była taka właśnie kolejność – najpierw oczyszczenie państwa z pozostałości komunistycznych, później rozliczenie najniższych wykonawców reżimu. Zrozumiałe jest również dzisiejsze zachowanie Wildsteina, który wybiera na sojusznika wpływowego oportunistę. Rozumiemy, że skończyły się czasy moralnych uniesień, a zaczyna się gra o władzę. My w tej sytuacji raczej gotowi bylibyśmy podać rękę Maleszce niż Markowi Królowi. Ten pierwszy, odsądzony od czci i wiary, zniknął z powierzchni życia publicznego, drugi – szef jednego z największych i najbogatszych mediów prasowych w Polsce - prowadzi właśnie ofensywę medialną w blasku fleszy. Podalibyśmy ją raczej Maleszce, bo jego hańba, to hańba człowieka, który przegrał z historią, historią kraju, który w najtrudniejszych swoich chwilach miał i bohaterów, i zdrajców. Bo niskie pobudki agenta i jego małość były pochodną systemu, który nad nim pracował. Bo stał przed wyzwaniem i przegrał, a podanie ręki pokonanemu wrogowi nie przynosi ujmy. Nie podamy jej natomiast Królowi, bo postępował zawsze tak, aby nie stanąć przed prawdziwym wyzwaniem, nie wspiął się nigdy na ten poziom, z którego ryzykuje się albo dramatyczny upadek, albo pozostaje na zawsze w chwale. Za komuny komunista, za III RP antykomunista. Tak lawirował trzymając się zawsze władzy, że potrafił z peerelowskiego kacyka stać się skarbnikiem antykomunizmu. Dziś dostarcza łam wszystkim głośnym polskim dekomunizatorom i lustratorom. W komplecie (Semka, Pospieszalski, Śpiewak, Wildstein, Legutko, Krasnodębski) piszą o uwłaszczeniu nomenklatury w piśmie, które jest jej jednym z najbardziej bulwersujących przykładów. W każdym razie znamy już nowe miejsce pracy Bronisława Wildsteina. W tej sytuacji mówienie o prawie do zmiany poglądów naczelnego “Wprostu” jest śmieszne. Żeby zmienić poglądy, trzeba je najpierw mieć, a to, z czym tutaj mamy do czynienia, to jedynie koniunkturalna zmiana frontu. Przypadek romansu dekomunizatorów z “Wprostem” może wydawać się sprawą drugorzędną wobec istoty problemu, jest jednak doskonałym wskaźnikiem szczerości intencji prawicowych „odnowicieli”. I z taką wiedzą, spójrzmy też na inne kampanie: kolejne, coraz bardziej kuriozalne komisje śledcze, sprowadzanie całej filozofii rządzenia Polską do walki z korupcją to dziś tematy prawie w całości wypełniające łamy mediów i angażujące uwagę polityków. Głośno zapowiadana IV RP powtarza błędy III RP - znowu postkomuniści i dekomunizatrorzy dostarczają sobie nawzajem legitymizacji i zainteresowania opinii publicznej. A ponieważ ani jedni ani drudzy nie mają nic ciekawego do zaproponowania temu społeczeństwu, wolą zajmować się sobą. W ten sposób, krzycząc na zmianę, łapaj złodzieja albo łapaj agenta, powraca na scenę prawica. Trudno przeciwko takim hasłom występować, bo czy ktoś rozsądny powie, że agenci i złodziej powinni pozostać bezkarni? A ten, kto zacznie brać w nawias te problemy, mówić o czymś innym, natychmiast zostanie albo zakrzyczany, albo niedostrzeżony, albo oskarżony o sprzyjanie złodziejom lub agentom. Atmosfera szantażu wciąż narasta. Oto Jarosław Kaczyński domaga się powołania ponadpartyjnego Instytutu Obrony Dobrego Imienia Narodu Polskiego. Przy okazji zaś stwierdza, że kto do projektu tego nie dołączy nie tylko nie jest polskim patriotą, ale wręcz nie należy do polskiego narodu. Szczególnie że chodzi o rzecz oczywistą – zaprzeczenie oszczerstwom o ”polskich obozach koncentracyjnych”. To, że przy okazji wszyscy, cały “prawdziwy naród polski”, mają stać się częścią maszynki propagandowej PiS, jest doprawdy drugorzędną sprawą. Druga strona w tak skonstruowanym sporze może zatem jedynie mnożyć rozmaite “ale”. Łapać złodzieja? Oczywiście, ale z poszanowaniem prawa. Łapać agenta? Jasne, ale tak żeby nie skrzywdzić niewinnych, żeby służyło to sprawiedliwości i prawdzie, a nie rozbudzaniu populistycznych uniesień. Zajęci dyskutowaniem z prawicą na wyznaczonym przez nią polu nie mają już głowy ani miejsca w mediach biegających od Giertychów do Rokity i z powrotem, do proponowania samodzielnej polityki, stawiania innych problemów. A przecież Polska nawet bez złodziei i agentów nie stanie się automatycznie krajem odpowiadającym nie-prawicowym aspiracjom, a jej piękny obraz marketingowy, choć pożyteczny, nie ma wpływu na zawartość opakowania. Na dodatek przed każdym “ale” - nie ma wyboru – trzeba powiedzieć “tak”. Tak, i my także jesteśmy przeciwko agentom i złodziejom. Tak, my także wiemy, że to nie w polskich obozach dopełniał się Holocaust. I w aurze tego wszechobecnego “tak” niedługo prawica dojdzie do władzy. Dla wielu środowisk jest to powód do niepokoju. Liberalnie lub lewicowo zorientowani obywatele obawiają się dalszego ograniczenia wolności światopoglądowej, wzniecania narodowych, antyeuropejskich histerii oraz zaostrzenia się nierówności ekonomicznych i ograniczenia zabezpieczeń socjalnych, artyści martwią się, że pogłębi się ograniczenie wolności twórczej. Perspektywa rządów PO szantażowanej przez PiS i LPR, zapowiadającej rządy silnej ręki, nie pozostawia złudzeń, że nie będzie to raczej polityka centrowa i bardzo dobrze. Po 15 latach rządów partii określanych jako lewicowe lub prawicowe, ale mydlanych, niewyrazistych, kunktatorskich wydaje się, że nareszcie będziemy mieli do czynienia ze śmiałą i zdecydowaną polityką nastawioną na realizowanie prawicowego programu. Dobrze, że kończy się ten ideologiczny misz-masz, w którym „lewica” rozważa podatek liniowy i nie jest w stanie uczynić prawa liberalnym światopoglądowo, a „prawica” doprowadza do gigantycznych deficytów budżetowych. Chwytanie się przez dzisiejszą prawicę przebrzmiałych problemów dekomunizacji i lustracji, czynienie z awaryjnych mechanizmów demokracji – śledczych komisji - zasady działania, to polityka na krótkich nogach. Niemniej dla ludzi i środowisk o poglądach lewicowych okres wyraźnych i zdecydowanych rządów prawicy może okazać się szansą na nowy porządek ideowy, w którym znikną takie historyczne nowotwory jak postkomuniści i w starciu z rządzącą prawicą pojawi się szansa na prawdziwą lewicę. Może z czasem media przestaną żyć dotychczasowymi podziałami, a ludzie uwierzą, że nie są skazani na SLD i jej klony. Szarpnięcię cugli w prawo może przesunąć bieg wydarzeń na właściwe tory fundamentalnego sporu między ideową lewicą i prawicą. Zresztą tylko wówczas możliwe będzie uczciwe rozwiązanie delikatnego i skomplikowanego problemu komunistycznej agentury, bez cynicznych instrumentalizacji i licytacji w świetle kamer.
Tekst opublikowała „Rzeczpospolita” z 10 lutego 2005.
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
-
Michalski: Żeby Powstanie nie poszło na marne
-
Sutowski: Cyrk szaleństwem podszyty
-
Kitliński: Jesteśmy zakładnikami własnej ksenofobii
-
Dymińska: Psi przemysł made in China
-
Erbel: Mosty zamiast gejów?
-
Gdula: Jak naprawić to, co napsuła religia w szkołach
-
Bauman: O loterii i Babilonie
-
Stokfiszewski: W stronę prawa do dobrej śmierci
-
Eichler: Czy w Czechach naprawdę wygrała prawica?
-
Bielski: Solidarność zaczyna się od śmietnika
-
Szelewa, Polakowski: Dlaczego warto zrównać wiek emerytalny
-
Ostolski: Prawo do adopcji? Tak. Bo logika zobowiązuje
-
Gill: Argentyna nie jest macho
-
Kurc: Mąż i mąż. Śmieszne?
-
Kurkiewicz: Tęsknię za tobą, cenzuro!
-
Piątek: Flash mop, czyli bojkotujemy carrefaszystów
-
Sutowski: Lis strzeże kurnika, czyli polityka narkotykowa po rosyjsku
-
Ost: W Polsce jest miejsce na prawdziwą socjaldemokrację
-
Rudnicki: Polska - nożem na pół
-
Banot: Polska niezrównoważona polityka bez kobiet
-
Kuczyński: W roku 2011 Polska znowu może być wyspą
-
Machalica: Cała władza w ręce Platformy
-
Dunin: Okopy Świętej Trójcy
-
Kowalska: Nic się nie stało
-
Silna Polska to 1 procent na kulturę
-
Targowisko śpiewało o Jarku
-
Erbel: Kebab, kurczak i zupa Pho przeciwko miejskiej estetyce ładu
-
Piątek: Moja żona obywatelka
-
Kowalska: Wolałabym nie, czyli krótka odpowiedź na komentarze
-
Sierakowski: Wybierzmy działanie
-
Gdula: Wykorzystać szansę, żeby nie siedzieć cicho
-
Kowalska: Dlaczego na pewno nie Kaczyński
-
Andrzejewski: Domowy sposób na ochronę zdrowia
-
Im gorzej, tym gorzej, czyli dlaczego jednak Komorowski
-
Bodnar: Jak uchwalić w Polsce ustawę o związkach partnerskich?
|
|
Proszę Pani, ale to się i tak stać mu...
"Jak poszczuję kogoś psem, nie ch...
Ale wierzę, że ruskie służby nie obcy...