Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Idzie Polak na wojenkę Drukuj
Magda Pustoła   

Od niedawna czuję się jak na filmie powstałym ze skrzyżowania „Władcy pierścieni” z „Dniem świra”. Czytając gazety przy porannej kawie, dowiaduję się, że wojnę w Iraku przesłoniło widmo mobilizacji w kraju. Bronisław Wildstein obwieszcza „wojnę kulturową” („Rzeczpospolita” z 8 czerwca). Piotr Skwieciński pisze o „nowej odsłonie cywilizacyjnej wojny” („Rzeczpospolita” z 17 czerwca). Siły Zła powstają przeciwko Dobru!

Ofensywa faktu

„Wojna kulturowa - ogłasza Wildstein - wynika z erupcji aktywności środowisk (gejowskich, feministycznych i innych walczących o specyficznie rozumianą tolerancję)”. Jednak nie tylko. Publicysta „Rzeczpospolitej” kojarzy jej wybuch z wydarzeniami politycznymi: „Załamanie się partii postkomunistycznej i nagłe nasilenie się wystąpień ruchów gejowskich może być przypadkiem, ale nie musi”. Podobnie „cywilizacyjna wojna”, przed którą ostrzega Skwieciński, związana jest z „ofensywą ruchu gejowskiego i wsparciem jej przez ugrupowania lewicy”.

Skąd nagła sympatia dla dotychczas „niedotykalnych”? „Szansą dla SLD i jego otoczenia stają się klasyczne dla lewicy zachodniej hasła wojny kulturowej. Daje im to szansę dotarcia do ludzi i środowisk nieczułych na tradycyjne wdzięki lewicy postkomunistycznej” - pisze Wildstein. Podobnie argumentuje Skwieciński, mówiąc o wsparciu „ofensywy ruchu gejowskiego” przez lewicę w wyborach do europarlamentu.

Jednak czy działacze „środowisk okołogejowskich” nie dostrzegają zagrożenia instrumentalizacją? Wildstein prześwietla ich intencje i ostrzega, że „nie należy lekceważyć ambicji aktywistów wszelkich ugrupowań walczących o tolerancję, którzy nie tylko postawili na karierę, ale uzyskują wsparcie swoich ideologicznych towarzyszy z zachodniej Europy”.

Nie tylko karierowicze, ale i zachodnie karły reakcji, które zrzucają stonkę na żyzne, polskie pola! Urodziłam się wystarczająco późno, by takiego języka nie pamiętać, czy nie jest to jednak złośliwy paradoks historii, że Bronisław Wildstein opanował go tak doskonale?

Dopóki geje i reszta nie wyszli na ulice ze swoimi żądaniami, trawka była zielona i niedwuznaczna, a dziewczęta rumiane i zadowolone (zdaniem Wildsteina „mniejszości seksualne i inne oraz kobiety w Polsce” tylko „podobno” cierpią dyskryminację). Wojna zburzy sielankowy spokój i przyniesie „nasilanie się konfliktów, kolejne żądania, domaganie się „tolerancji pozytywnej”, czyli zmiany podręczników, kampanii w mediach publicznych, domagania się kwotowych reprezentacji poszczególnych grup itd.”.

Część problemów widać już dziś: mobilizacja elektoratu prawicowego, polaryzacja sceny politycznej i zbliżenie się umiarkowanych konserwatystów do prawicowego ekstremum, „spektakularny sukces” prawicy w wyborach do Parlamentu Europejskiego. „Czy komponentem LPR-owskiej wiktorii - pyta retorycznie Skwieciński - nie była właśnie ofensywa gejowskich aktywistów (…) i spektakularna walka, jaką ofensywie tej wydała Liga?”.

To miłe, że publicysta „Nowego Państwa” i „Wprost” troszczy się o „środowiska okołogejowskie” i przestrzega przed skutkami najazdu radykalnej prawicy. Uwierzyłabym w jego szczerość, gdyby nie to, że tekst wieńczy konkluzją: „»walka o tolerancję« nie jest jeszcze politycznie popłatna”. Sprowadzając debatę o tożsamości do kwestii interesu, potwierdza „spiskowe” zapędy gejowskich aktywistów i pogłębia podejrzliwość wobec nich.

Odpór interpretacji

Nagonka na wroga i deprecjonowanie go należą do tego samego porządku co absurdalny postulat obecny w większości tekstów krytycznych wobec środowiska homoseksualistów, by zrównać w prawach geja i homofoba. Zgodnie z tym stanowiskiem (prezentowanym w „Rzeczpospolitej” przez Surażską, Fedyszak-Radziejowską, Rybińskiego czy Wildsteina) domaganie się prawa do bycia gejem usprawiedliwia prawo do bycia antygejem; prawo do zachowania odmiennej tożsamości płciowej daje prawo do jej zwalczania; obrona uzasadnia atak.

A gdyby tak odwrócić sytuację i zapytać o pobudki tych publicystycznych sztuczek? Czy nie okaże się wtedy, że radykalizacja „środowisk okołogejowskich” jest reakcją na nasilającą się cenzurę obyczajową i artystyczną, na zwiększające się wpływy lokalnych działaczy prawicowych i nieustępliwą pracę u podstaw aktywistów Młodzieży Wszechpolskiej? Maciej Twaróg zorganizował nielegalny protest przeciwko krakowskiej paradzie gejów i lesbijek, podczas którego zaatakowano jej uczestników. Polityk LPR i deputowany do europarlamentu Wojciech Wierzejski wysyłał listy, w których groził prokuraturą dyrektorom szpitali za wykonywanie dopuszczanych przez prawo zabiegów aborcji oraz właścicielom aptek za sprzedawanie legalnych środków antykoncepcyjnych. Warszawska Parada Równości nie doszła do skutku z powodu szantażu prawicowych bojówek.

Pretekst do wojny

Publicyści i politycy wykorzystują aktywność homofobów w sposób instrumentalny. Niby ulegając szantażowi, winą za narastające napięcie obarczają tych, przeciw którym zwrócona jest agresja. I tylko od nich domagają się ograniczenia swobody wyrażania poglądów. Prawda, że ciekawy sposób neutralizowania przekonań przeciwnika? Podobną funkcję pełnią zabiegi Wildsteina i Skwiecińskiego: zwiastując wojnę, wskazując wroga, wyolbrzymiając konsekwencje konfliktów - dają pretekst.

Przez lata ugrupowania prawicowe przywłaszczyły sobie władzę nad umysłami Polaków, centrowo-lewicowym partiom pozostawiając nudne kwestie redystrybucji. W miarę postępującej modernizacji okazuje się jednak, że kwestie ideologiczne zaczynają wykraczać poza wąski i bezpieczny obszar religii i tradycji. W walce o rząd dusz pojawiają się konkurencyjne idee, na dodatek wystarczająco atrakcyjne, by przyciągnąć tych, którzy z ideowości wydawali się wypłukani - młodych. Stąd tak gwałtowna obrona dotychczasowego monopolu. Parafrazując Wildsteina - szansą dla prawicy i jej otoczenia stają się hasła wojny kulturowej.

W artykule „Miasto zamknięte” („Rzeczpospolita” z 15 czerwca) Wojciech Sadurski przypomina, że w demokracji każda ze stron sporu ma takie samo prawo do prezentacji swojego stanowiska. O przekonaniu przeciwnika decydować ma jakość argumentów oraz chęć wysłuchania racji innych. Krytykując stanowisko homofobów, Sadurski stwierdza, że szwankuje właśnie to ostatnie: „Autorka [Fedyszak-Radziejowska] musi mieć niską opinię o sile własnych przekonań, jeśli potrzebuje aż zakazu prawnego wyrażania poglądów przeciwnych, by utwierdzić się we własnych sądach. To jest jednak jej problem. Problemem nas wszystkich jest odpowiedź na pytanie, czy chcemy żyć w państwie, które przemocą będzie utrudniać wyrażanie poglądów zmierzających do zmiany opinii współobywateli”.

Myślę, że to za mało. W rozumowaniu Sadurskiego tkwi bowiem ukryta przesłanka, że obie strony sporu akceptują demokratyczny porządek. Co jednak, jeśli tak nie jest? Jeśli spór o obronę własnego świętego spokoju traktowany jest wyłącznie jako pretekst, by zasady demokracji podważyć? I to tak niepostrzeżenie, żeby przerzucić odpowiedzialność na kogoś innego?

Deklaracja ideowa Młodzieży Wszechpolskiej głosi wprost: „MW zamierza dokonać odnowy moralnej i narodowej młodego pokolenia, wypowiadając wojnę doktrynom głoszącym samowolę, liberalizm, tolerancjonizm i relatywizm”. Twaróg pisze: „Moje nietolerancyjne poglądy wobec tych, którzy niosą jakiekolwiek zagrożenie dla tradycyjnego świata wartości, umocnią się jeszcze bardziej niż dotychczas”.

I nawet jeśli skończy się na buńczucznym pokrzykiwaniu i machaniu szabelką - to ja się boję. Boję się hipokryzji, która zabrania innym tego, na co sobie daje się przyzwolenie. Boję się syndromu strażników, których okrucieństwo przekracza granice wyznaczone przewinami tych, których pilnują. Boję się retoryki, która wprowadza do publicznej debaty napięcie, negatywne emocje i nienawiść. Tylko po to, by realizować własne, polityczne cele.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 2 lipca 2004.

Komentarze
Dodaj nowy
Cezary   |19.09.2004 15:36:11
Bzdury.
adam   |11.12.2004 19:02:48
tekst bardzo oka
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 14.40494 Seconds