|
Od niedawna czuję się jak na filmie powstałym ze skrzyżowania
„Władcy pierścieni” z „Dniem świra”. Czytając gazety przy porannej
kawie, dowiaduję się, że wojnę w Iraku przesłoniło widmo mobilizacji w
kraju. Bronisław Wildstein obwieszcza „wojnę kulturową”
(„Rzeczpospolita” z 8 czerwca). Piotr Skwieciński pisze o „nowej
odsłonie cywilizacyjnej wojny” („Rzeczpospolita” z 17 czerwca). Siły
Zła powstają przeciwko Dobru!
Ofensywa faktu
„Wojna kulturowa - ogłasza Wildstein - wynika z erupcji aktywności
środowisk (gejowskich, feministycznych i innych walczących o
specyficznie rozumianą tolerancję)”. Jednak nie tylko. Publicysta
„Rzeczpospolitej” kojarzy jej wybuch z wydarzeniami politycznymi:
„Załamanie się partii postkomunistycznej i nagłe nasilenie się
wystąpień ruchów gejowskich może być przypadkiem, ale nie musi”.
Podobnie „cywilizacyjna wojna”, przed którą ostrzega Skwieciński,
związana jest z „ofensywą ruchu gejowskiego i wsparciem jej przez
ugrupowania lewicy”.
Skąd nagła sympatia dla dotychczas
„niedotykalnych”? „Szansą dla SLD i jego otoczenia stają się klasyczne
dla lewicy zachodniej hasła wojny kulturowej. Daje im to szansę
dotarcia do ludzi i środowisk nieczułych na tradycyjne wdzięki lewicy
postkomunistycznej” - pisze Wildstein. Podobnie argumentuje
Skwieciński, mówiąc o wsparciu „ofensywy ruchu gejowskiego” przez
lewicę w wyborach do europarlamentu.
Jednak czy działacze
„środowisk okołogejowskich” nie dostrzegają zagrożenia
instrumentalizacją? Wildstein prześwietla ich intencje i ostrzega, że
„nie należy lekceważyć ambicji aktywistów wszelkich ugrupowań
walczących o tolerancję, którzy nie tylko postawili na karierę, ale
uzyskują wsparcie swoich ideologicznych towarzyszy z zachodniej Europy”.
Nie tylko karierowicze, ale i zachodnie karły
reakcji, które zrzucają stonkę na żyzne, polskie pola! Urodziłam się
wystarczająco późno, by takiego języka nie pamiętać, czy nie jest to
jednak złośliwy paradoks historii, że Bronisław Wildstein opanował go
tak doskonale?
Dopóki geje i reszta nie wyszli na ulice ze
swoimi żądaniami, trawka była zielona i niedwuznaczna, a dziewczęta
rumiane i zadowolone (zdaniem Wildsteina „mniejszości seksualne i inne
oraz kobiety w Polsce” tylko „podobno” cierpią dyskryminację). Wojna
zburzy sielankowy spokój i przyniesie „nasilanie się konfliktów,
kolejne żądania, domaganie się „tolerancji pozytywnej”, czyli zmiany
podręczników, kampanii w mediach publicznych, domagania się kwotowych
reprezentacji poszczególnych grup itd.”.
Część problemów
widać już dziś: mobilizacja elektoratu prawicowego, polaryzacja sceny
politycznej i zbliżenie się umiarkowanych konserwatystów do prawicowego
ekstremum, „spektakularny sukces” prawicy w wyborach do Parlamentu
Europejskiego. „Czy komponentem LPR-owskiej wiktorii - pyta retorycznie
Skwieciński - nie była właśnie ofensywa gejowskich aktywistów (…) i
spektakularna walka, jaką ofensywie tej wydała Liga?”.
To
miłe, że publicysta „Nowego Państwa” i „Wprost” troszczy się o
„środowiska okołogejowskie” i przestrzega przed skutkami najazdu
radykalnej prawicy. Uwierzyłabym w jego szczerość, gdyby nie to, że
tekst wieńczy konkluzją: „»walka o tolerancję« nie jest
jeszcze politycznie popłatna”. Sprowadzając debatę o tożsamości do
kwestii interesu, potwierdza „spiskowe” zapędy gejowskich aktywistów i
pogłębia podejrzliwość wobec nich.
Odpór interpretacji
Nagonka
na wroga i deprecjonowanie go należą do tego samego porządku co
absurdalny postulat obecny w większości tekstów krytycznych wobec
środowiska homoseksualistów, by zrównać w prawach geja i homofoba.
Zgodnie z tym stanowiskiem (prezentowanym w „Rzeczpospolitej” przez
Surażską, Fedyszak-Radziejowską, Rybińskiego czy Wildsteina) domaganie
się prawa do bycia gejem usprawiedliwia prawo do bycia antygejem; prawo
do zachowania odmiennej tożsamości płciowej daje prawo do jej
zwalczania; obrona uzasadnia atak.
A
gdyby tak odwrócić sytuację i zapytać o pobudki tych publicystycznych
sztuczek? Czy nie okaże się wtedy, że radykalizacja „środowisk
okołogejowskich” jest reakcją na nasilającą się cenzurę obyczajową i
artystyczną, na zwiększające się wpływy lokalnych działaczy prawicowych
i nieustępliwą pracę u podstaw aktywistów Młodzieży Wszechpolskiej?
Maciej Twaróg zorganizował nielegalny protest przeciwko krakowskiej
paradzie gejów i lesbijek, podczas którego zaatakowano jej uczestników.
Polityk LPR i deputowany do europarlamentu Wojciech Wierzejski wysyłał
listy, w których groził prokuraturą dyrektorom szpitali za wykonywanie
dopuszczanych przez prawo zabiegów aborcji oraz właścicielom aptek za
sprzedawanie legalnych środków antykoncepcyjnych. Warszawska Parada
Równości nie doszła do skutku z powodu szantażu prawicowych bojówek.
Pretekst do wojny
Publicyści
i politycy wykorzystują aktywność homofobów w sposób instrumentalny.
Niby ulegając szantażowi, winą za narastające napięcie obarczają tych,
przeciw którym zwrócona jest agresja. I tylko od nich domagają się
ograniczenia swobody wyrażania poglądów. Prawda, że ciekawy sposób
neutralizowania przekonań przeciwnika? Podobną funkcję pełnią zabiegi
Wildsteina i Skwiecińskiego: zwiastując wojnę, wskazując wroga,
wyolbrzymiając konsekwencje konfliktów - dają pretekst.
Przez
lata ugrupowania prawicowe przywłaszczyły sobie władzę nad umysłami
Polaków, centrowo-lewicowym partiom pozostawiając nudne kwestie
redystrybucji. W miarę postępującej modernizacji okazuje się jednak, że
kwestie ideologiczne zaczynają wykraczać poza wąski i bezpieczny obszar
religii i tradycji. W walce o rząd dusz pojawiają się konkurencyjne
idee, na dodatek wystarczająco atrakcyjne, by przyciągnąć tych, którzy
z ideowości wydawali się wypłukani - młodych. Stąd tak gwałtowna obrona
dotychczasowego monopolu. Parafrazując Wildsteina - szansą dla prawicy
i jej otoczenia stają się hasła wojny kulturowej.
W
artykule „Miasto zamknięte” („Rzeczpospolita” z 15 czerwca) Wojciech
Sadurski przypomina, że w demokracji każda ze stron sporu ma takie samo
prawo do prezentacji swojego stanowiska. O przekonaniu przeciwnika
decydować ma jakość argumentów oraz chęć wysłuchania racji innych.
Krytykując stanowisko homofobów, Sadurski stwierdza, że szwankuje
właśnie to ostatnie: „Autorka [Fedyszak-Radziejowska] musi mieć niską
opinię o sile własnych przekonań, jeśli potrzebuje aż zakazu prawnego
wyrażania poglądów przeciwnych, by utwierdzić się we własnych sądach.
To jest jednak jej problem. Problemem nas wszystkich jest odpowiedź na
pytanie, czy chcemy żyć w państwie, które przemocą będzie utrudniać
wyrażanie poglądów zmierzających do zmiany opinii współobywateli”.
Myślę,
że to za mało. W rozumowaniu Sadurskiego tkwi bowiem ukryta przesłanka,
że obie strony sporu akceptują demokratyczny porządek. Co jednak, jeśli
tak nie jest? Jeśli spór o obronę własnego świętego spokoju traktowany
jest wyłącznie jako pretekst, by zasady demokracji podważyć? I to tak
niepostrzeżenie, żeby przerzucić odpowiedzialność na kogoś innego?
Deklaracja
ideowa Młodzieży Wszechpolskiej głosi wprost: „MW zamierza dokonać
odnowy moralnej i narodowej młodego pokolenia, wypowiadając wojnę
doktrynom głoszącym samowolę, liberalizm, tolerancjonizm i relatywizm”.
Twaróg pisze: „Moje nietolerancyjne poglądy wobec tych, którzy niosą
jakiekolwiek zagrożenie dla tradycyjnego świata wartości, umocnią się
jeszcze bardziej niż dotychczas”.
I
nawet jeśli skończy się na buńczucznym pokrzykiwaniu i machaniu
szabelką - to ja się boję. Boję się hipokryzji, która zabrania innym
tego, na co sobie daje się przyzwolenie. Boję się syndromu strażników,
których okrucieństwo przekracza granice wyznaczone przewinami tych,
których pilnują. Boję się retoryki, która wprowadza do publicznej
debaty napięcie, negatywne emocje i nienawiść. Tylko po to, by
realizować własne, polityczne cele.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 2 lipca 2004.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...