Nowość w sklepie kp

odczarowanie_okladka_m.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
Advertisement
Graff: Czy Obama jest wybieralny? Drukuj
Agnieszka Graff   
11.10.2008
Kwestia rasowa nie stanowi obecnie głównego problemu Ameryki. Kolor skóry Baracka Obamy nie jest centralnym tematem obecnej kampanii. Jednak ciążenie historii niewolnictwa, segregacji, a także świadome i nieświadome uprzedzenia będące spadkiem po tej historii to sprawa w Stanach dużo istotniejsza, bardziej złożona i bolesna, niż siwę zwykło mniemać po naszej stronie Atlantyku. Co więcej, uprzedzenia rasowe Amerykanów mogą wkrótce zadecydować o losach USA - a więc i świata. Dramatyczna sytuacja ekonomiczna i niepopularność Busha powinny zdecydowanie przechylić szalę na rzecz Demokratów. Obama co prawda przewodzi ostatnio w sondażach, ale wiele wskazuje na to, że to właśnie współczesny rasizm - choć ani nie powszechny, ani nie tak otwarty jak dawniej, bo obciążony piętnem wstydu - może mieć decydujący wpływ na wynik wyborów.

Architekci kampanii Obamy starannie unikają odwołań do kwestii rasowej, bo to Amerykanów dzieli. Sam kandydat wciąż mówi o jedności Ameryki, podkreśla swój udział w „amerykańskim marzeniu”, cytuje Deklarację niepodległości. To, że jest czarny, pojawia się tylko w jednym kontekście - patriotycznym. Do swego pochodzenia Obama odwołuje się po to, by stwierdzić, że tylko w USA taka historia awansu społecznego jest w ogóle możliwa.

Ze strony Republikanów nie doszło natomiast do żadnych ataków, które jednoznacznie można by określić jako rasistowskie. I nic dziwnego - z badań socjologicznych jasno wynika, że strategia taka byłaby chybiona. W głośnej książce „The Race Card ” (2001) politolożka z Uniwersytetu w Princeton Tali Mendelberg dowodzi, że w walce o amerykańskich wyborców sprawdzają się podprogowe aluzje rasistowskie, czyli odwołania do „rasowego resentymentu” dość powszechnego zwłaszcza wśród białych mężczyzn o niskim poziomie wykształcenia, mieszkańców Środkowego Zachodu i Południa. Opłaca się mrugnąć do takiego wyborcy, mówiąc z niechęcią o „niezaradnych odbiorcach pomocy społecznej” lub ilustrując problem przestępczości wizerunkiem czarnego bandyty (jak to zrobiono w słynnej reklamówce George’a Busha seniora z Williem Hortonem w 1988 r.). Jednak jawne odwołania do rasistowskich uprzedzeń wyborców są przeciwskuteczne, bo odbierają je oni jako obraźliwe.

W obecnej kampanii gra nie polega więc na tym, by samemu wyciągnąć z rękawa „rasową kartę”, lecz na tym, by wywołać rasistowskie skojarzenia pośrednio, nie dać się na tym przyłapać, a zarazem skutecznie oskarżyć o rasizm przeciwnika. Rasa pozostaje wielkim obecnym nieobecnym tej kampanii. Pojawia się raz po raz w sposób niejednoznaczny, w postaci nieporozumień i insynuacji. Coś się komuś wymyka, ktoś się oburza, ktoś zaprzecza, prostuje, przeprasza. A kwestia rasowa przez kilka dni pozostaje w centrum uwagi.

Problem rasowy w sześciu odcinkach

1. Określenie „race card” trafiło do mediów głównego nurtu pod koniec stycznia 2008 r., gdy Bill Clinton porównał zwycięstwo Obamy w prawyborach w Południowej Karolinie do zwycięstw czarnego kandydata na prezydenta Jesse Jacksona w latach 1984 i 1988. Słowa te wywołały burzę, bo odczytano je jako próbę sprowadzenia kandydatury Obamy do wymiaru rasowego - oto kolejny czarny, który co prawda tu i ówdzie wygrywa, ale ostatecznie nie ma szans na nominację. Ta wypowiedź to początek końca kandydatury Hillary Clinton - ale także inauguracja wątku rasowego w dyskusjach wokół kampanii Obamy.

2. W lutym żona Obamy, Michelle, popełniła drobny z pozoru błąd. Podczas wiecu w Milwaukee dała wyraz wzruszeniu, mówiąc publicznie: „Po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu jestem naprawdę dumna z mojego kraju”. Kilkakrotnie potem odwoływała i uściślała te słowa, ale niefortunna wypowiedź trafiła do filmików wideo rozprowadzanych przez Republikanów. Zacytowała ją też ironicznie Cindy McCain, deklarując, że ona z kolei zawsze była dumna z Ameryki. Niby nie chodziło tu o rasę, lecz o rzekomy deficyt patriotyzmu, jednak cała sprawa ma wiele wspólnego z długą tradycją oskarżania Afroamerykanów o radykalizm, gniew i zaciętość wobec Ameryki. Michelle została tu - zresztą nie po raz ostatni - obsadzona w roli wściekłej radykałki, gniewnej Murzynki. W przemówieniu wygłoszonym podczas konwencji Demokratów zrobiła wszystko, by ten wizerunek złagodzić.

3. W marcu wybuchł skandal wokół związków Obamy z wielebnym Jeremiahem Wrightem, radykalnym pastorem czarnego Kościoła w Chicago, którego Obama był przez wiele lat członkiem. Telewizja ABC News przyjrzała się dokładnie kazaniom Wrighta, a ich najbardziej radykalne fragmenty - dotyczące rzekomej winy rządu w rozprzestrzenianiu się AIDS oraz porównujące poczynania wojenne Ameryki do ataków terrorystycznych - puszczono w szeroki obieg. Jak pamiętamy, Obama parokrotnie odciął się od poglądów Wrighta, a 18 marca, gdy skandal przybrał na sile, wygłosił mowę poświęconą relacjom rasowym w USA. Odciął się od radykalizmu Wrighta, ale nie od niego samego, wyznając, że radykalny kaznodzieja jest częścią jego osobistej historii w stopniu nie mniejszym niż biała babka, która nie potrafiła się powstrzymać przed wygłaszaniem rasistowskich uwag. Skandal powrócił jednak pod koniec kwietnia, gdy Wright stwierdził publicznie, że Obama odciął się od niego jedynie z przyczyn politycznych. Tym razem nastąpiło ostre cięcie - Obama oświadczył, że jest postawą Wrighta oburzony i w maju opuścił jego Kościół.

4. Kolejny etap kłopotów Obamy z czarnym radykalizmem, tym razem nieco kabaretowy, miał miejsce na początku lipca, gdy Jesse Jackson (ten sam, którego w styczniu przywołał Clinton) komentował dla telewizji Fox niedawne wypowiedzi Obamy o potrzebie większej odpowiedzialności ze strony czarnych ojców. Obama stwierdził mianowicie, że nie sztuka spłodzić dziecko, trzeba je jeszcze wychować. Wypowiedź Jacksona była krytyczna, lecz wyważona. Po chwili, przekonany, że kamery i mikrofony już wyłączono, dodał szeptem: „Obama mówi do czarnych z góry chciałbym mu obciąć jaja”. Wybuchł skandal, a miliony wyborców zobaczyły migawkę o „jajach” w telewizji i internecie. Dalej było przewidywalnie: parokrotne przeprosiny, deklaracja Jacksona, że gorąco popiera kandydaturę Obamy, krytyczne komentarze syna Jacksona (kongresmana z Illinois) oraz czarnego przywódcy wielebnego Ala Sharptona. Obama chętnie wybaczył gafę, ale w mediach ruszyła lawina komentarzy dotyczących „rasowej lojalności” czarnego kandydata. Czy przypadkiem nie „zachowuje się jak biały”? A może przeciwnie, stara się wywołać „białe poczucie winy”? Mówiąc najkrócej: tak źle i tak niedobrze.

5. W połowie lipca ukazał się pamiętny „New Yorker” z okładką zatytułowaną „The Politics of Fear”. Rysownik Barry Blitt zawarł w zamieszczonym na niej satyrycznym obrazku wszystkie kłamstwa, plotki i rasistowskie stereotypy krążące wokół kandydatury Obamy. W Gabinecie Owalnym wisi portret Osamy ben Ladena; w kominku wesoło płonie amerykańska flaga; kandydat jest muzułmaninem w arabskim stroju, a jego żona to nowe wcielenie czarnej radykałki Angeli Davis, z afro, karabinem i zapasem amunicji. Satyra na rasizm i oszczerstwo została odczytana jako powielanie rasizmu i oszczerstw. Potępieniom nie było końca. Z rasizmem w Stanach nie ma żartów.

6. Epizod ostatni, z sierpnia i września: dwie reklamówki telewizyjne wyprodukowane przez obóz McCaina oskarża się o rasistowski „podtekst”. W jednej porównuje się Obamę do „celebrytek” Paris Hilton i Britney Spears, druga dotyczy kłopotów finansowych korporacji gwarantującej kredyty hipoteczne Fannie Mae (zdaniem McCaina doradcy Obamy są za nie współodpowiedzialni). W obu przypadkach nie chodzi jednak o właściwy przekaz, lecz o drugie dno. Liberalni publicyści oskarżają obóz McCaina o celowe zestawienie twarzy czarnych mężczyzn z twarzami białych kobiet, czyli próbę wywołania głębokich rasistowskich lęków dotyczących czarnej męskości i „mieszania ras”. Prawicowi publicyści kpią natomiast, że to demokraci mają obsesję na tle rasowym - starają się moralnie szantażować zwolenników McCaina, sugerując, że każdy, komu nie podoba się Obama, jest rasistą.

Skojarzenia, oskarżenia, aluzje

Według sondaży 22 proc. Amerykanów istotnie uznało filmik ze sławnymi blondynkami i Obamą za rasistowski (badanie z 3 sierpnia). Natomiast 53 proc. dostrzegło rasizm w uwadze Obamy, że jego oponent będzie się starać odstraszyć od niego wyborców, bo „nie przypominam wszystkich pozostałych prezydentów, których portrety widać na banknotach”. Innymi słowy, Amerykanie chętniej widzą rasizm w oskarżeniach o rasizm niż w rasistowskich podtekstach. Obama szybko wycofał się z oskarżeń, twierdząc, że sztab McCaina nie posługuje się rasizmem, lecz cynizmem.

Każde z opisanych wyżej zdarzeń (może oprócz skandalu z pastorem Wrightem) wydaje się błahe, a wobec powagi politycznych i gospodarczych problemów trapiących Stany - wręcz żenujące. Każdy z tych epizodów był jednak groźny dla Obamy. Pojawienie się kwestii rasowych na powierzchni dyskursu publicznego uświadamia bowiem Amerykanom coś, o czym woleliby zapomnieć - że nie żyją w upragnionym społeczeństwie postrasowym, którego kandydatura Obamy jest rzekomo uosobieniem. To wywołuje irytację i obniża szanse czarnego kandydata.

Ośrodki i instytuty w Stanach z zapałem badają ostatnio skalę uprzedzeń rasowych, a media te badania komentują - pytanie o rasizm to rodzaj narodowej rozrywki przedwyborczej. Chodzi zarówno o świadome przekonania, jak i negatywne skojarzenia, z których badani nie zdają sobie sprawy (tzw. implicit racial attitudes). Okazuje się, że 40 proc. dorosłych Amerykanów ma przynajmniej częściowo negatywny obraz czarnych. Dotyczy to także demokratów i wyborców niezależnych. Szczególnie ciekawe są wyniki testu skojarzeń, który polega na przypisywaniu przymiotników pokazywanym na ekranie twarzom. Otóż 20 proc. białych uważa, że do czarnych pasuje określenie „gwałtowny” (violent); 22 proc. - „skłonny do przechwałek” (boastful); 29 proc. - „skłonny do narzekania” (complaining); 13 proc. - „leniwy” (lazy). Ponad jedna czwarta białych demokratów zgadza się ze twierdzeniem: „Gdyby czarni bardziej się starali, wiodłoby im się tak samo dobrze jak białym”.

Dla czarnego kandydata groźny jest rzecz jasna rasizm demokratów, a nie republikanów. Okazuje się, że zaledwie siedmioro na 10 wyborców, którzy identyfikują się z Partią Demokratyczną, popiera Obamę (85 proc. republikanów popiera McCaina), a w grupie, która Obamy nie popiera, uprzedzenia rasowe są znacznie silniejsze niż u pozostałych. Wśród osób, które przed nominacją Obamy popierały Hillary Clinton, aż 17 proc. zamierza głosować na McCaina. Oczywiście rasizm nie jest jedyną przyczyną braku jednomyślności wśród demokratów, jednak oblicza się, że gdyby nie uprzedzenia rasowe, poparcie dla Obamy byłoby wyższe o 6 proc (ankieta AP-Yahoo News z 5 września)

„Rasę” widać w statystykach

Starając się zrozumieć, czym jest amerykański rasizm, warto przywołać Gunnara Myrdala, szwedzkiego ekonomistę i socjologa, który w 1942 r. opublikował książkę o kwestii rasowej w USA „The American Dilemma”. Myrdal doszedł do wniosku, że przekonania rasistowskie - o niższości intelektualnej, infantylizmie, służalczości, życiowej niezaradności i lenistwie itp. rzekomych „wrodzonych cechach” czarnych - są w Stanach wszechobecne i stanowią rodzaj uporczywie powtarzanego dogmatu. Badacz postawił naiwne z pozoru pytanie: po co Amerykanom tak wyrafinowane usprawiedliwienie ekonomicznego i politycznego wykluczenia? Czy do utrzymania systemu opresji nie wystarczyłaby po prostu niechęć i kategoria „obcości”? Po co ideologia rasy, oparta najpierw na przesłankach biblijnych, później na darwinizmie, wreszcie na szemranych pomiarach „inteligencji”?

Odpowiedź warta jest przytoczenia. „Dogmat o rasowej nierówności - pisał Myrdal - można uznać za dziwaczny owoc epoki Oświecenia. Brzemienne w skutki słowo RASA ma przecież nie więcej niż 200 lat. Ideologia oparta na biologii była potrzebna po to, by intelektualnie wyjaśnić, a także moralnie usprawiedliwić, istnienie niewolnictwa w społeczeństwie, które z wielką emfazą odwołuje się do nienaruszalnych praw jednostki, wolności i równych szans, traktując te zasady jako najwyższe wartości. Uprzedzenia rasowe okazują się zatem reakcją obronną Amerykanów - bronią się oni w ten sposób przed siłą własnych, najbardziej umiłowanych ideałów”.

Innymi słowy, rasizm nie stanowi zestawu błędnych przekonań na temat czarnych mieszkańców USA. Jest raczej ideologią, która pozwala białym załagodzić pewną bolesną sprzeczność dotyczącą ich samych czy - jakby powiedział psycholog społeczny - pewien dysonans poznawczy. Chodzi o przykrą świadomość, jak wielka przepaść dzieli ideały zapisane w Deklaracji niepodległości i konstytucji (egalitaryzm, indywidualizm, prawo do starania o własne szczęście) od rzeczywistości, jaką jest sytuacja Afroamerykanów (dziedziczona bieda, plaga przestępczości, brak perspektyw, poczucie głębokiego wykluczenia).

Ta niezgodna z ideałami rzeczywistość miała kolejne etapy: od niewolnictwa, poprzez nieudaną próbę wprowadzenia zasad równości politycznej w epoce tzw. rekonstrukcji po wojnie secesyjnej, poprzez epokę linczów, segregację rasową, aż po sytuację obecną. Segregacja rasowa minęła bezpowrotnie - zakończyło ją ustawodawstwo z lat 50. i 60., wymuszone przez potężny Ruch Praw Obywatelskich. Koniec segregacji de jure nie jest jednak końcem nierówności ekonomicznej. W amerykańskiej debacie publicznej przewija się kategoria „residential segregation” (segregacja mieszkaniowa). Każdy, kto odwiedził Stany, zobaczył białe przedmieścia i czarne, zdemolowane, a często wypalone centra miast, wie, o czym mowa. W białych dzielnicach, do których wprowadza się jedna czy dwie czarne rodziny, lawinowo spadają ceny domów.

Skalę nierówności wyraźnie widać w statystykach. Bezrobocie wśród dorosłych białych latem 2007 r. wynosiło 4,2 proc; wśród czarnych - 7,7 proc. Poziom ubóstwa dla całej populacji wyniósł 11,5 proc., a wśród Afroamerykanów - 32,2 proc. Średnie dochody na czarną rodzinę to zaledwie 61 proc. dochodów białej rodziny. Oszczędności na starość i ubezpieczenia posiada 43 proc. białych gospodarstw domowych, a tylko 18 proc. czarnych; 40 proc. białych i zaledwie 22 proc. czarnych obywateli USA posiada ubezpieczenie na życie. Afroamerykanie trafiają też do więzień niemal sześć razy częściej niż biali. Krótko mówiąc, różnice ekonomiczne i dotyczące szans życiowych w Stanach nadal w znacznym stopniu pokrywają się z podziałami rasowymi.

Gdyby tylko się bardziej starali

Dysproporcje ekonomiczne mają kapitalne znaczenie w kraju, gdzie sukces życiowy jednostki - bardziej niż gdziekolwiek indziej - mierzy się zawartością portfela. Amerykanie wierzą głęboko, że każdy ma to, na co sobie w życiu zapracował, a nierówności ekonomiczne odzwierciedlają różnice w inteligencji, ambicji, wysiłku. Tymczasem los Afroamerykanów jako zbiorowości jest jawnym zaprzeczeniem merytokracji, bo czarni Amerykanie dziedziczą nie wypracowany przez pokolenia majątek, lecz spuściznę niewolnictwa. Praca ich przodków nie przekłada się na ich dobrobyt, przeciwnie - stanowi piętno. W odróżnieniu od innych mniejszości etnicznych, na które składają się imigranci lub potomkowie imigrantów, którzy przybyli do Stanów gnani wiarą w „amerykańskie marzenie”, czarni są ofiarami Ameryki, potomkami jej więźniów. Ten fakt jest oczywisty, a zarazem trudny do pogodzenia z przekonaniem, że Stany to kraina „wielkiej szansy” dla każdego. Wobec tej sprzeczności wygodnie jest wierzyć, że czarni są „leniwi”, „skłonni do narzekań”, a „gdyby bardziej się starali, wiodłoby im się tak samo dobrze jak białym”.

Współczesne uprzedzenia rasowe mają inną treść niż te, z którymi w latach 40. zetknął się Myrdal. Rasizm nie polega dziś na obsesyjnym powtarzaniu rzekomo naukowych tez o wrodzonej niższości czarnych (czyli obwinianiu za nierówność społeczną matki natury). To raczej rozmaite wersje przekonania, że Afroamerykanie „sami są sobie winni”, połączonego z lękiem przed ich roszczeniami i przypisywaną im agresją. Przybiera to formy zniecierpliwienia, zaprzeczenia, odsunięcia od siebie trudnych tematów.

Ameryka za czasów Myrdala miała obsesję na tle podziałów i różnic rasowych. Współczesna Ameryka obsesyjnie pragnie być postrasowa. Obama jest z jednej strony ucieleśnieniem tego marzenia. Z drugiej strony jednak jest czarny. Ten fakt zmusza Amerykanów do rozmowy o rasie - rozmowy, którą rzekomo mają już za sobą. Współczesny rasizm to w znacznym stopniu efekt zaprzeczenia, wstydu, wysiłku włożonego w zbiorową niepamięć. Niewolnictwo stanowi element historii ich kraju, o której biali Amerykanie chętnie by zapomnieli. Wybitny historyk Eric Foner twierdzi, że w przypadku tego właśnie tematu istnieje największa przepaść między badaniami naukowymi a świadomością zbiorową, tym, co można określić mianem „historii publicznej”, zapisanej w muzeach, pomnikach, przekazywanej na lekcjach historii.

Turyści odwiedzający plantacje na Południu nadal otrzymują lukrowany obraz życia niewolników. Spośród setek pomników ofiar wojny secesyjnej zaledwie kilka odnotowuje to, że walczyło w niej - po stronie Unii - 200 tys. czarnych żołnierzy. W Waszyngtonie wybudowano w 1993 r. ogromne muzeum Holocaustu, ale muzeum niewolnictwa dopiero powstaje (otwarcie planowane jest na ten rok).

Ile czerni w czerni

Na koniec zadajmy pytanie podstawowe: kto właściwie jest w Stanach „czarny”? Albo inaczej: jak bardzo „czarnym” trzeba być, by zostać za „czarnego” uznanym? Pytanie to jest szczególnie istotne wobec „hybrydalnej” tożsamości Obamy. Czy ma to jakieś znaczenie, że Obama jest dzieckiem mieszanego małżeństwa? I czy syn białej matki i afrykańskiego ojca (obywatela Kenii, który zresztą nie uczestniczył w jego wychowaniu) w ogóle jest „Afroamerykaninem”?

W sensie biologicznym „rasa” jest czystą fikcją - nie istnieje genetyczna granica między ludzkimi populacjami, które do niedawna nazywano „rasami”. Ta fikcja zajmuje jednak realne miejsce w zbiorowej wyobraźni, a do niedawna istniała także w prawie. Linię podziału rasowego określa zasada „jednej kropli krwi”, niespotykana nigdzie indziej. Inaczej niż na przykład w Afryce Południowej, gdzie za apartheidu istniała kategoria pośrednia („colored”), w Stanach jest się albo w stu procentach białym, albo - mając czarnego przodka choćby w odległej przeszłości - jest się czarnym. Nie dotyczy to żadnej innej grupy etnicznej. Mając prapradziadka Polaka, Hiszpana czy Chińczyka, Amerykanin nie staje się przez to Polakiem, Hiszpanem czy Chińczykiem (choć bywa, że z nostalgią wspomni o swoich „korzeniach”). Logika albo-albo dotyczy tylko czerni.

Zasada „jednej kropli” stanowi spuściznę po niewolnictwie, kiedy to dziedziczenie statusu niewolnika po matce pełniło funkcję ochrony własności. Właściciele niewolników mogli - a nawet musieli - swoje „mieszane” potomstwo traktować po prostu jako część dobytku; dziedziczenie czarnego dziecka po białym ojcu nie wchodziło w grę. Oczywiście dzieci urodzonej w ten sposób niewolnicy i kolejnego białego mężczyzny także były niewolnikami i tak dalej, aż do ucieczki na Północ lub zniesienia niewolnictwa. W systemie segregacji rasowej, jaki wykształcił się na przełomie XIX i XX w., linia koloru dzieliła ludzi na dwie kategorie - nie było grupy pośredniej. Zasada „jednej kropli” okazała się brzemienna w skutkach w kolejnych epokach i jest istotna do dziś. Dlatego „czarny” niekoniecznie znaczy „czarnoskóry”.

Skutkiem ubocznym tej zasady stało się (zwłaszcza w latach 20.) zjawisko zwane „passing” - sytuacja, w której osoba biała z wyglądu, ale czarna według prawa, „przechodzi” na białą stronę, zacierając prawdę o swoim pochodzeniu i zrywając więzi z krewnymi. Opowieść o „udawaniu” białego to częsty wątek literatury amerykańskiej; jednym z ostatnich przykładów jest powieść ”Piętno” Philipa Rotha (w filmie na jej podstawie główną rolę rasowego „oszusta” zagrał Anthony Hopkins). W amerykańskim imaginarium rasistowskim poczytne miejsce zajmuje lęk, że ktoś „podszywa się” pod białego lub, co gorsza, że sam zainteresowany, nic o tym nie wiedząc, jest ofiarą „przejścia”, którego dopuścił się jakiś jego przodek. Mechanizm obsesyjnej podejrzliwości przypomina nieco wątek rozpoznania i ujawniania, jaki towarzyszy antysemityzmowi w Polsce.

Czarny, ale czy autentyczny?

Zgodnie z rasistowską zasadą „jednej kropli” Obama jest niewątpliwie czarny. Jednak autentyczność jego czarnej tożsamości kulturowej bywała podawana w wątpliwość przez politycznych oponentów. W 1998 r. Obama przegrał w wyborach do Kongresu, m.in. dlatego, że jego przeciwnik Bobby Rush, były członek Czarnych Panter, skutecznie podał w wątpliwość jego przynależność do czarnej Ameryki. W 2004 r. podobne ataki spotkały go ze strony Alana Keyesa, czarnego konserwatysty, podczas kampanii do Senatu. Tym razem podważano chrześcijaństwo Obamy (Keyes twierdził m.in., że Jezus by na Obamę nie zagłosował). Podobny wydźwięk miała krążąca zimą 2007 r. internetowa plotka głosząca, że „Barack Hussein Obama” jest muzułmaninem. Czyli niby czarny, ale przecież nie nasz.

Sam Obama, wychowywany wyłącznie przez białych, przez wiele lat zmagał się ze swoistą tęsknotą za utożsamianą z ojcem „czarną autentycznością”. To w jej poszukiwaniu po studiach przeniósł się do Chicago i zajął się działalnością społeczną w czarnej dzielnicy South Side, a wkrótce potem pojechał do Kenii, by poznać rodzinę ojca. Wieloletnią przynależność do radykalnego kościoła Jeremiaha Wrighta też zapewne można przypisać owej tęsknocie za rasową autentycznością. Jak zauważył czarny konserwatysta Shelby Steele, „mieszane pochodzenie rasowe Obamy stawia go nieustannie na rozdrożu. Daje mu bez-rasowość, która może się politycznie podobać białym, ale jednocześnie sprawia, że ciągnie go w kierunku takiej właśnie czarnej samoświadomości, która najsilniej alienuje białych”.

W kontekście nadchodzących wyborów „mieszana” tożsamość Obamy zdaje się mieć pewne pozytywne znaczenie - to, że pochodzi on z mieszanego małżeństwa, traktuje się jako dowód na to, że Ameryka uwolniła się od demonów rasistowskiej przeszłości. Jedno z często powtarzanych powiedzonek dotyczących tej kandydatury brzmi: Biali kochają go za to, że ma białą matkę, a czarni za to, że ma czarną żonę.

Obama historyczno-patriotyczny

Wątek mieszanej tożsamości pozostaje jednak drugoplanowy wobec tożsamości czarnej. Kandydatura Obamy jest traktowana jako „historyczna” (to słowo powtarzane jest niczym mantra) właśnie dlatego, że jest on Afroamerykaninem. Decyzja, by przyjęcie przez Obamę nominacji Demokratów nastąpiło dokładnie w 45. rocznicę marszu na Waszyngton i słynnej mowy Martina Luthera Kinga „I Have a Dream”, to próba zdyskontowania owej „historyczności”. Nie chodziło jednak o podkreślenie czarnej tożsamości Obamy, lecz zmianę jej sensu przez wprowadzenie wyborców w stan patriotycznego uniesienia: zobaczcie, na co nas stać, zobaczcie, jak daleko zaszliśmy - my, Amerykanie. Siła tej retoryki była imponująca.

Do rocznicy nawiązywali liczni uczestnicy konwencji (w tym dzieci samego Kinga - Bernice King i Martin Luther King III) - jednak w przemówieniu Obamy te nawiązania miały szczególny charakter. Słowa „czarny”, „rasa” i „rasizm” nie padły ani razu, za to słowo „marzenie” (dream) - aż sześciokrotnie. Samego Kinga Obama przywołał aluzyjnie jako człowieka, który 45 lat temu zjednoczył Amerykę w pragnieniu zmiany. Jako „czarny kandydat” Obama jest na przegranej pozycji - wygrać może tylko jako kandydat Ameryki, która uwierzy w „zmianę” - uwierzy, że „rasa nie ma już znaczenia”.

Retoryka „zmiany” nie dotyczy oczywiście tylko sfery relacji rasowych, ale jest z nią silnie sprzężona. Jak zauważył Timothy Garton Ash, powstaje pytanie, czy w obecnej atmosferze strachu, a nawet paniki, wywołanej sytuacją ekonomiczną, Amerykanie są gotowi utożsamić się właśnie ze „zmianą” („Obama kontra obawa” ], „Gazeta” 22.09). Ash przywołuje lipcową ankietę CBS i „New York Times’a”, w której zaledwie 5 proc. białych otwarcie przyznaje, że nie zagłosują na czarnego kandydata, ale aż 24 proc. twierdzi, że Ameryka nie jest na taki wybór gotowa. To brzmi znajomo - wielokrotnie słyszałam opinię entuzjastów Obamy, że jest on niestety „niewybieralny”. Ostatecznie, powiadają, gdy przeciętny biały Amerykanin zostanie sam na sam z maszyną do głosowania w swoim okręgu, nie będzie wybierał między Obamą a McCainem, między demokratą a republikaninem, ale między czarnym i białym. I wybierze to, co zna. To, co „wybieralne”. Czy tak wygląda prawda o „przeciętnym” Amerykaninie? Z badań wynika, że może to być prawda o kilku procentach. Przekonania o tym, co myślą „inni”, mają jednak wielką moc kształtowania rzeczywistości społecznej - dlatego wolę słuchać opowieści o „postrasowej” Ameryce niż o rzekomej „niewybieralności” Obamy.

Wizerunek Afroamerykanina jako twarzy amerykańskiej „nadziei” jest bezsprzecznie znakiem wielkiej kulturowej zmiany. W tej symbolicznej funkcji Obama to już nie Afroamerykanin, ale wybitny Amerykanin, który - tak się składa - jest czarny. Taka jest strategia tej kampanii, a towarzyszący jej masowy entuzjazm, zwłaszcza wśród młodzieży, wskazuje, że jest ona w dużej mierze trafna. Byłabym jednak ostrożna z twierdzeniem, że zmiana już się dokonała, że to kandydatura „postrasowa”, że Ameryka wyzwoliła się spod panowania rasowej obsesji - logiki winy, zaprzeczenia i gniewu.

Przejście do ery postrasowej odbywa się na naszych oczach. Jednak Amerykanie wciąż na nowo - w badaniach opinii publicznej, w mediach, w rozmowach zwykłych obywateli - stawiają sobie pytanie: czy jesteśmy na to gotowi? Nawet wówczas, gdy odpowiedź brzmi „tak”, pytanie ma w sobie coś dramatycznego.

*dr Agnieszka Graff jest adiunktem w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW, członkinią zespołu „Krytyki Politycznej”. Niedawno wydała książkę „Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie”.

Tekst ukazał się w „Gazecie Świątecznej
z 11-12 października 2008. Obszerniejsza wersja tego tekstu została wygłoszona na Festiwalu Nauki 2008.

Komentarze
Lenny  - Anglosasi?   |17.10.2008 13:19:32
Gdybym mieszkał jeszcze w Polsce uznałbym ten artykuł za doskonały. Wyważony,
rzeczowy itd.
Obecnie jednak najbardziej ciekawi mnie to, czego w nim nie ma.
Otóż wydaje mi się, że nie da się rzetelnie zrelacjonować obecnej kampanii
prezydenckiej opisując jedynie jej sposób przedstawiania przez główne media
amerykańskie, szczególnie tak wybiórczy, że pomija on występy obydwu kandydatów
u np. Davida Lettermana czy Jaya Leno.
Bez docenienia roli takich
czarnoskórych znakomitości amerykańskiego życia politycznego jak Oprah (b.
oczywiste), ale przede wszytkim Dave’a Chappelle’a i Chrisa Rocka nie można
zrozumieć zmian jakie zaszły w USA w ciągu paru ostatnich lat.
Nie
przekonają mnie argumenty, że "Krytyka Polityczna" jest pismem zbyt
poważnym, aby zwrócić uwagę na tak wpływowe i intelektualne programy jak
"Daily Show" Jona Stewarta (żydowskiego komika, stand - upera) czy Billa
Mahera.
To Ci właśnie ludzie, których nie chcę porównywać z Wojewódzkim, bo
szanuję tego dziennikarza i nie jest jego winą, że w Polsce tradycja otwartego
wyśmiewania najpoważniejszych problemów się nie rozwinęła. W każdym razie to Ci
właśnie ludzie kształtują teraz obraz polityki Stanów, który potem w formę
bardziej przystępną dla intelektualistów ubierają politolodzy itd.

Leszek
Templewicz
Lenny   |17.10.2008 14:34:11
Acha, gdyby wciąż powodowała Wami nieufność wobec tego typu rozrywki proszę
sobie przypomnieć jak Hłasko i Tyrmand się wręcz ‘zachłysnęli’ Johnny’m Carsonem
("Here is Johnny!" Lśnienie, Kubricka, Nicholson?).
Pozdrawiam
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 12.10.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »