Nowość w sklepie kp
Komentarze
CYTAT DNIA
Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
|
|
Graff: Czy Obama jest wybieralny? |
|
|
Agnieszka Graff
|
|
11.10.2008 |
Kwestia rasowa nie stanowi obecnie głównego problemu Ameryki. Kolor
skóry Baracka Obamy nie jest centralnym tematem obecnej kampanii.
Jednak ciążenie historii niewolnictwa, segregacji, a także świadome i
nieświadome uprzedzenia będące spadkiem po tej historii to sprawa w
Stanach dużo istotniejsza, bardziej złożona i bolesna, niż siwę zwykło
mniemać po naszej stronie Atlantyku. Co więcej, uprzedzenia rasowe
Amerykanów mogą wkrótce zadecydować o losach USA - a więc i świata.
Dramatyczna sytuacja ekonomiczna i niepopularność Busha powinny
zdecydowanie przechylić szalę na rzecz Demokratów. Obama co
prawda przewodzi ostatnio w sondażach, ale wiele wskazuje na to, że to
właśnie współczesny rasizm - choć ani nie powszechny, ani nie tak
otwarty jak dawniej, bo obciążony piętnem wstydu - może mieć decydujący
wpływ na wynik wyborów.
Architekci kampanii Obamy starannie
unikają odwołań do kwestii rasowej, bo to Amerykanów dzieli. Sam
kandydat wciąż mówi o jedności Ameryki, podkreśla swój udział w
„amerykańskim marzeniu”, cytuje Deklarację niepodległości. To, że jest
czarny, pojawia się tylko w jednym kontekście - patriotycznym. Do swego
pochodzenia Obama odwołuje się po to, by stwierdzić, że tylko w USA
taka historia awansu społecznego jest w ogóle możliwa.
Ze strony Republikanów nie doszło natomiast do żadnych ataków, które
jednoznacznie można by określić jako rasistowskie. I nic dziwnego - z
badań socjologicznych jasno wynika, że strategia taka byłaby chybiona.
W głośnej książce „The Race Card ”
(2001) politolożka z Uniwersytetu w Princeton Tali Mendelberg dowodzi,
że w walce o amerykańskich wyborców sprawdzają się podprogowe aluzje
rasistowskie, czyli odwołania do „rasowego resentymentu” dość
powszechnego zwłaszcza wśród białych mężczyzn o niskim poziomie
wykształcenia, mieszkańców Środkowego Zachodu i Południa. Opłaca się
mrugnąć do takiego wyborcy, mówiąc z niechęcią o „niezaradnych
odbiorcach pomocy społecznej” lub ilustrując problem przestępczości
wizerunkiem czarnego bandyty (jak to zrobiono w słynnej reklamówce
George’a Busha seniora z Williem Hortonem w 1988 r.). Jednak jawne
odwołania do rasistowskich uprzedzeń wyborców są przeciwskuteczne, bo
odbierają je oni jako obraźliwe.
W obecnej kampanii gra nie
polega więc na tym, by samemu wyciągnąć z rękawa „rasową kartę”, lecz
na tym, by wywołać rasistowskie skojarzenia pośrednio, nie dać się na
tym przyłapać, a zarazem skutecznie oskarżyć o rasizm przeciwnika. Rasa
pozostaje wielkim obecnym nieobecnym tej kampanii. Pojawia się raz po
raz w sposób niejednoznaczny, w postaci nieporozumień i insynuacji. Coś
się komuś wymyka, ktoś się oburza, ktoś zaprzecza, prostuje,
przeprasza. A kwestia rasowa przez kilka dni pozostaje w centrum uwagi.
Problem rasowy w sześciu odcinkach
1. Określenie
„race card” trafiło do mediów głównego nurtu pod koniec stycznia 2008
r., gdy Bill Clinton porównał zwycięstwo Obamy w prawyborach w
Południowej Karolinie do zwycięstw czarnego kandydata na prezydenta
Jesse Jacksona w latach 1984 i 1988. Słowa te wywołały burzę, bo
odczytano je jako próbę sprowadzenia kandydatury Obamy do wymiaru
rasowego - oto kolejny czarny, który co prawda tu i ówdzie wygrywa, ale
ostatecznie nie ma szans na nominację. Ta wypowiedź to początek końca
kandydatury Hillary Clinton - ale także inauguracja wątku rasowego w
dyskusjach wokół kampanii Obamy.
2. W lutym żona Obamy,
Michelle, popełniła drobny z pozoru błąd. Podczas wiecu w Milwaukee
dała wyraz wzruszeniu, mówiąc publicznie: „Po raz pierwszy w swoim
dorosłym życiu jestem naprawdę dumna z mojego kraju”. Kilkakrotnie
potem odwoływała i uściślała te słowa, ale niefortunna wypowiedź
trafiła do filmików wideo rozprowadzanych przez Republikanów.
Zacytowała ją też ironicznie Cindy McCain, deklarując, że ona z kolei
zawsze była dumna z Ameryki. Niby nie chodziło tu o rasę, lecz o
rzekomy deficyt patriotyzmu, jednak cała sprawa ma wiele wspólnego z
długą tradycją oskarżania Afroamerykanów o radykalizm, gniew i
zaciętość wobec Ameryki. Michelle została tu - zresztą nie po raz
ostatni - obsadzona w roli wściekłej radykałki, gniewnej Murzynki. W
przemówieniu wygłoszonym podczas konwencji Demokratów zrobiła wszystko,
by ten wizerunek złagodzić.
3. W marcu wybuchł skandal
wokół związków Obamy z wielebnym Jeremiahem Wrightem, radykalnym
pastorem czarnego Kościoła w Chicago, którego Obama był przez wiele lat
członkiem. Telewizja ABC News przyjrzała się dokładnie kazaniom
Wrighta, a ich najbardziej radykalne fragmenty - dotyczące rzekomej
winy rządu w rozprzestrzenianiu się AIDS oraz porównujące poczynania
wojenne Ameryki do ataków terrorystycznych - puszczono w szeroki obieg.
Jak pamiętamy, Obama parokrotnie odciął się od poglądów Wrighta, a 18
marca, gdy skandal przybrał na sile, wygłosił mowę poświęconą relacjom
rasowym w USA. Odciął się od radykalizmu Wrighta, ale nie od niego
samego, wyznając, że radykalny kaznodzieja jest częścią jego osobistej
historii w stopniu nie mniejszym niż biała babka, która nie potrafiła
się powstrzymać przed wygłaszaniem rasistowskich uwag. Skandal powrócił
jednak pod koniec kwietnia, gdy Wright stwierdził publicznie, że Obama
odciął się od niego jedynie z przyczyn politycznych. Tym razem
nastąpiło ostre cięcie - Obama oświadczył, że jest postawą Wrighta
oburzony i w maju opuścił jego Kościół.
4. Kolejny etap
kłopotów Obamy z czarnym radykalizmem, tym razem nieco kabaretowy, miał
miejsce na początku lipca, gdy Jesse Jackson (ten sam, którego w
styczniu przywołał Clinton) komentował dla telewizji Fox niedawne
wypowiedzi Obamy o potrzebie większej odpowiedzialności ze strony
czarnych ojców. Obama stwierdził mianowicie, że nie sztuka spłodzić
dziecko, trzeba je jeszcze wychować. Wypowiedź Jacksona była krytyczna,
lecz wyważona. Po chwili, przekonany, że kamery i mikrofony już
wyłączono, dodał szeptem: „Obama mówi do czarnych z góry chciałbym mu
obciąć jaja”. Wybuchł skandal, a miliony wyborców zobaczyły migawkę o
„jajach” w telewizji i internecie. Dalej było przewidywalnie:
parokrotne przeprosiny, deklaracja Jacksona, że gorąco popiera
kandydaturę Obamy, krytyczne komentarze syna Jacksona (kongresmana z
Illinois) oraz czarnego przywódcy wielebnego Ala Sharptona. Obama
chętnie wybaczył gafę, ale w mediach ruszyła lawina komentarzy
dotyczących „rasowej lojalności” czarnego kandydata. Czy przypadkiem
nie „zachowuje się jak biały”? A może przeciwnie, stara się wywołać
„białe poczucie winy”? Mówiąc najkrócej: tak źle i tak niedobrze.
5. W połowie lipca ukazał się pamiętny „New Yorker” z okładką zatytułowaną „The Politics of Fear”. Rysownik
Barry Blitt zawarł w zamieszczonym na niej satyrycznym obrazku
wszystkie kłamstwa, plotki i rasistowskie stereotypy krążące
wokół kandydatury Obamy. W Gabinecie Owalnym wisi portret Osamy ben
Ladena; w kominku wesoło płonie amerykańska flaga; kandydat jest
muzułmaninem w arabskim stroju, a jego żona to nowe wcielenie czarnej
radykałki Angeli Davis, z afro, karabinem i zapasem amunicji. Satyra na
rasizm i oszczerstwo została odczytana jako powielanie rasizmu i
oszczerstw. Potępieniom nie było końca. Z rasizmem w Stanach nie ma
żartów.
6. Epizod ostatni, z sierpnia i września: dwie
reklamówki telewizyjne wyprodukowane przez obóz McCaina oskarża się o
rasistowski „podtekst”. W jednej porównuje się Obamę do „celebrytek”
Paris Hilton i Britney Spears, druga dotyczy kłopotów finansowych
korporacji gwarantującej kredyty hipoteczne Fannie Mae (zdaniem McCaina
doradcy Obamy są za nie współodpowiedzialni). W obu przypadkach nie
chodzi jednak o właściwy przekaz, lecz o drugie dno. Liberalni
publicyści oskarżają obóz McCaina o celowe zestawienie twarzy czarnych
mężczyzn z twarzami białych kobiet, czyli próbę wywołania głębokich
rasistowskich lęków dotyczących czarnej męskości i „mieszania ras”.
Prawicowi publicyści kpią natomiast, że to demokraci mają obsesję na
tle rasowym - starają się moralnie szantażować zwolenników McCaina,
sugerując, że każdy, komu nie podoba się Obama, jest rasistą.
Skojarzenia, oskarżenia, aluzje
Według
sondaży 22 proc. Amerykanów istotnie uznało filmik ze sławnymi
blondynkami i Obamą za rasistowski (badanie z 3 sierpnia). Natomiast 53
proc. dostrzegło rasizm w uwadze Obamy, że jego oponent będzie się
starać odstraszyć od niego wyborców, bo „nie przypominam wszystkich
pozostałych prezydentów, których portrety widać na banknotach”. Innymi
słowy, Amerykanie chętniej widzą rasizm w oskarżeniach o rasizm niż w
rasistowskich podtekstach. Obama szybko wycofał się z oskarżeń,
twierdząc, że sztab McCaina nie posługuje się rasizmem, lecz cynizmem.
Każde
z opisanych wyżej zdarzeń (może oprócz skandalu z pastorem Wrightem)
wydaje się błahe, a wobec powagi politycznych i gospodarczych problemów
trapiących Stany - wręcz żenujące. Każdy z tych epizodów był jednak
groźny dla Obamy. Pojawienie się kwestii rasowych na powierzchni
dyskursu publicznego uświadamia bowiem Amerykanom coś, o czym woleliby
zapomnieć - że nie żyją w upragnionym społeczeństwie postrasowym,
którego kandydatura Obamy jest rzekomo uosobieniem. To wywołuje
irytację i obniża szanse czarnego kandydata.
Ośrodki i instytuty
w Stanach z zapałem badają ostatnio skalę uprzedzeń rasowych, a media
te badania komentują - pytanie o rasizm to rodzaj narodowej rozrywki
przedwyborczej. Chodzi zarówno o świadome przekonania, jak i negatywne
skojarzenia, z których badani nie zdają sobie sprawy (tzw. implicit
racial attitudes). Okazuje się, że 40 proc. dorosłych Amerykanów ma
przynajmniej częściowo negatywny obraz czarnych. Dotyczy to także
demokratów i wyborców niezależnych. Szczególnie ciekawe są wyniki testu
skojarzeń, który polega na przypisywaniu przymiotników pokazywanym na
ekranie twarzom. Otóż 20 proc. białych uważa, że do czarnych pasuje
określenie „gwałtowny” (violent); 22 proc. - „skłonny do przechwałek”
(boastful); 29 proc. - „skłonny do narzekania” (complaining); 13 proc.
- „leniwy” (lazy). Ponad jedna czwarta białych demokratów zgadza się ze
twierdzeniem: „Gdyby czarni bardziej się starali, wiodłoby im się tak
samo dobrze jak białym”.
Dla czarnego kandydata groźny jest
rzecz jasna rasizm demokratów, a nie republikanów. Okazuje się, że
zaledwie siedmioro na 10 wyborców, którzy identyfikują się z Partią
Demokratyczną, popiera Obamę (85 proc. republikanów popiera McCaina), a
w grupie, która Obamy nie popiera, uprzedzenia rasowe są znacznie
silniejsze niż u pozostałych. Wśród osób, które przed nominacją Obamy
popierały Hillary Clinton, aż 17 proc. zamierza głosować na McCaina.
Oczywiście rasizm nie jest jedyną przyczyną braku jednomyślności wśród
demokratów, jednak oblicza się, że gdyby nie uprzedzenia rasowe,
poparcie dla Obamy byłoby wyższe o 6 proc (ankieta AP-Yahoo News z 5
września)
„Rasę” widać w statystykach
Starając
się zrozumieć, czym jest amerykański rasizm, warto przywołać Gunnara
Myrdala, szwedzkiego ekonomistę i socjologa, który w 1942 r.
opublikował książkę o kwestii rasowej w USA „The
American Dilemma”. Myrdal doszedł do wniosku, że przekonania
rasistowskie - o niższości intelektualnej, infantylizmie, służalczości,
życiowej niezaradności i lenistwie itp. rzekomych „wrodzonych cechach”
czarnych - są w Stanach wszechobecne i stanowią rodzaj uporczywie
powtarzanego dogmatu. Badacz postawił naiwne z pozoru pytanie: po co
Amerykanom tak wyrafinowane usprawiedliwienie ekonomicznego i
politycznego wykluczenia? Czy do utrzymania systemu opresji nie
wystarczyłaby po prostu niechęć i kategoria „obcości”? Po co ideologia
rasy, oparta najpierw na przesłankach biblijnych, później na
darwinizmie, wreszcie na szemranych pomiarach „inteligencji”?
Odpowiedź
warta jest przytoczenia. „Dogmat o rasowej nierówności - pisał Myrdal -
można uznać za dziwaczny owoc epoki Oświecenia. Brzemienne w skutki
słowo RASA ma przecież nie więcej niż 200 lat. Ideologia oparta na
biologii była potrzebna po to, by intelektualnie wyjaśnić, a także
moralnie usprawiedliwić, istnienie niewolnictwa w społeczeństwie, które
z wielką emfazą odwołuje się do nienaruszalnych praw jednostki,
wolności i równych szans, traktując te zasady jako najwyższe wartości.
Uprzedzenia rasowe okazują się zatem reakcją obronną Amerykanów -
bronią się oni w ten sposób przed siłą własnych, najbardziej
umiłowanych ideałów”.
Innymi słowy, rasizm nie stanowi zestawu
błędnych przekonań na temat czarnych mieszkańców USA. Jest raczej
ideologią, która pozwala białym załagodzić pewną bolesną sprzeczność
dotyczącą ich samych czy - jakby powiedział psycholog społeczny -
pewien dysonans poznawczy. Chodzi o przykrą świadomość, jak wielka
przepaść dzieli ideały zapisane w Deklaracji niepodległości i
konstytucji (egalitaryzm, indywidualizm, prawo do starania o własne
szczęście) od rzeczywistości, jaką jest sytuacja Afroamerykanów
(dziedziczona bieda, plaga przestępczości, brak perspektyw, poczucie
głębokiego wykluczenia).
Ta niezgodna z ideałami rzeczywistość miała kolejne etapy: od
niewolnictwa, poprzez nieudaną próbę wprowadzenia zasad równości
politycznej w epoce tzw. rekonstrukcji po wojnie secesyjnej, poprzez
epokę linczów, segregację rasową, aż po sytuację obecną. Segregacja
rasowa minęła bezpowrotnie - zakończyło ją ustawodawstwo z lat 50. i
60., wymuszone przez potężny Ruch Praw Obywatelskich. Koniec segregacji
de jure nie jest jednak końcem nierówności ekonomicznej. W
amerykańskiej debacie publicznej przewija się kategoria „residential
segregation” (segregacja mieszkaniowa). Każdy, kto odwiedził Stany,
zobaczył białe przedmieścia i czarne, zdemolowane, a często wypalone
centra miast, wie, o czym mowa. W białych dzielnicach, do których
wprowadza się jedna czy dwie czarne rodziny, lawinowo spadają ceny
domów.
Skalę nierówności wyraźnie widać w statystykach.
Bezrobocie wśród dorosłych białych latem 2007 r. wynosiło 4,2 proc;
wśród czarnych - 7,7 proc. Poziom ubóstwa dla całej populacji wyniósł
11,5 proc., a wśród Afroamerykanów - 32,2 proc. Średnie dochody na
czarną rodzinę to zaledwie 61 proc. dochodów białej rodziny.
Oszczędności na starość i ubezpieczenia posiada 43 proc. białych
gospodarstw domowych, a tylko 18 proc. czarnych; 40 proc. białych i
zaledwie 22 proc. czarnych obywateli USA posiada ubezpieczenie na
życie. Afroamerykanie trafiają też do więzień niemal sześć razy
częściej niż biali. Krótko mówiąc, różnice ekonomiczne i dotyczące
szans życiowych w Stanach nadal w znacznym stopniu pokrywają się z
podziałami rasowymi.
Gdyby tylko się bardziej starali
Dysproporcje
ekonomiczne mają kapitalne znaczenie w kraju, gdzie sukces życiowy
jednostki - bardziej niż gdziekolwiek indziej - mierzy się zawartością
portfela. Amerykanie wierzą głęboko, że każdy ma to, na co sobie w
życiu zapracował, a nierówności ekonomiczne odzwierciedlają różnice w
inteligencji, ambicji, wysiłku. Tymczasem los Afroamerykanów jako
zbiorowości jest jawnym zaprzeczeniem merytokracji, bo czarni
Amerykanie dziedziczą nie wypracowany przez pokolenia majątek, lecz
spuściznę niewolnictwa. Praca ich przodków nie przekłada się na ich
dobrobyt, przeciwnie - stanowi piętno. W odróżnieniu od innych
mniejszości etnicznych, na które składają się imigranci lub potomkowie
imigrantów, którzy przybyli do Stanów gnani wiarą w „amerykańskie
marzenie”, czarni są ofiarami Ameryki, potomkami jej więźniów. Ten fakt
jest oczywisty, a zarazem trudny do pogodzenia z przekonaniem, że Stany
to kraina „wielkiej szansy” dla każdego. Wobec tej sprzeczności
wygodnie jest wierzyć, że czarni są „leniwi”, „skłonni do narzekań”, a
„gdyby bardziej się starali, wiodłoby im się tak samo dobrze jak
białym”.
Współczesne uprzedzenia rasowe mają inną treść niż te,
z którymi w latach 40. zetknął się Myrdal. Rasizm nie polega dziś na
obsesyjnym powtarzaniu rzekomo naukowych tez o wrodzonej niższości
czarnych (czyli obwinianiu za nierówność społeczną matki natury). To
raczej rozmaite wersje przekonania, że Afroamerykanie „sami są sobie
winni”, połączonego z lękiem przed ich roszczeniami i przypisywaną im
agresją. Przybiera to formy zniecierpliwienia, zaprzeczenia, odsunięcia
od siebie trudnych tematów.
Ameryka za czasów Myrdala miała
obsesję na tle podziałów i różnic rasowych. Współczesna Ameryka
obsesyjnie pragnie być postrasowa. Obama jest z jednej strony
ucieleśnieniem tego marzenia. Z drugiej strony jednak jest czarny. Ten
fakt zmusza Amerykanów do rozmowy o rasie - rozmowy, którą rzekomo mają
już za sobą. Współczesny rasizm to w znacznym stopniu efekt
zaprzeczenia, wstydu, wysiłku włożonego w zbiorową niepamięć.
Niewolnictwo stanowi element historii ich kraju, o której biali
Amerykanie chętnie by zapomnieli. Wybitny historyk Eric Foner twierdzi,
że w przypadku tego właśnie tematu istnieje największa przepaść między
badaniami naukowymi a świadomością zbiorową, tym, co można określić
mianem „historii publicznej”, zapisanej w muzeach, pomnikach,
przekazywanej na lekcjach historii.
Turyści odwiedzający
plantacje na Południu nadal otrzymują lukrowany obraz życia
niewolników. Spośród setek pomników ofiar wojny secesyjnej zaledwie
kilka odnotowuje to, że walczyło w niej - po stronie Unii - 200 tys.
czarnych żołnierzy. W Waszyngtonie wybudowano w 1993 r. ogromne muzeum
Holocaustu, ale muzeum niewolnictwa dopiero powstaje (otwarcie
planowane jest na ten rok).
Ile czerni w czerni
Na
koniec zadajmy pytanie podstawowe: kto właściwie jest w Stanach
„czarny”? Albo inaczej: jak bardzo „czarnym” trzeba być, by zostać za
„czarnego” uznanym? Pytanie to jest szczególnie istotne wobec
„hybrydalnej” tożsamości Obamy. Czy ma to jakieś znaczenie, że Obama
jest dzieckiem mieszanego małżeństwa? I czy syn białej matki i
afrykańskiego ojca (obywatela Kenii, który zresztą nie uczestniczył w
jego wychowaniu) w ogóle jest „Afroamerykaninem”?
W sensie
biologicznym „rasa” jest czystą fikcją - nie istnieje genetyczna
granica między ludzkimi populacjami, które do niedawna nazywano
„rasami”. Ta fikcja zajmuje jednak realne miejsce w zbiorowej
wyobraźni, a do niedawna istniała także w prawie. Linię podziału
rasowego określa zasada „jednej kropli krwi”, niespotykana nigdzie
indziej. Inaczej niż na przykład w Afryce Południowej, gdzie za
apartheidu istniała kategoria pośrednia („colored”), w Stanach jest się
albo w stu procentach białym, albo - mając czarnego przodka choćby w
odległej przeszłości - jest się czarnym. Nie dotyczy to żadnej innej
grupy etnicznej. Mając prapradziadka Polaka, Hiszpana czy Chińczyka,
Amerykanin nie staje się przez to Polakiem, Hiszpanem czy Chińczykiem
(choć bywa, że z nostalgią wspomni o swoich „korzeniach”). Logika
albo-albo dotyczy tylko czerni.
Zasada „jednej kropli” stanowi
spuściznę po niewolnictwie, kiedy to dziedziczenie statusu niewolnika
po matce pełniło funkcję ochrony własności. Właściciele niewolników
mogli - a nawet musieli - swoje „mieszane” potomstwo traktować po
prostu jako część dobytku; dziedziczenie czarnego dziecka po białym
ojcu nie wchodziło w grę. Oczywiście dzieci urodzonej w ten sposób
niewolnicy i kolejnego białego mężczyzny także były niewolnikami i tak
dalej, aż do ucieczki na Północ lub zniesienia niewolnictwa. W systemie
segregacji rasowej, jaki wykształcił się na przełomie XIX i XX w.,
linia koloru dzieliła ludzi na dwie kategorie - nie było grupy
pośredniej. Zasada „jednej kropli” okazała się brzemienna w skutkach w
kolejnych epokach i jest istotna do dziś. Dlatego „czarny”
niekoniecznie znaczy „czarnoskóry”.
Skutkiem ubocznym tej
zasady stało się (zwłaszcza w latach 20.) zjawisko zwane „passing” -
sytuacja, w której osoba biała z wyglądu, ale czarna według prawa,
„przechodzi” na białą stronę, zacierając prawdę o swoim pochodzeniu i
zrywając więzi z krewnymi. Opowieść o „udawaniu” białego to częsty
wątek literatury amerykańskiej; jednym z ostatnich przykładów jest
powieść ”Piętno” Philipa Rotha (w filmie na jej podstawie główną
rolę rasowego „oszusta” zagrał Anthony Hopkins). W amerykańskim
imaginarium rasistowskim poczytne miejsce zajmuje lęk, że ktoś
„podszywa się” pod białego lub, co gorsza, że sam zainteresowany, nic o
tym nie wiedząc, jest ofiarą „przejścia”, którego dopuścił się jakiś
jego przodek. Mechanizm obsesyjnej podejrzliwości przypomina nieco
wątek rozpoznania i ujawniania, jaki towarzyszy antysemityzmowi w
Polsce.
Czarny, ale czy autentyczny?
Zgodnie
z rasistowską zasadą „jednej kropli” Obama jest niewątpliwie czarny.
Jednak autentyczność jego czarnej tożsamości kulturowej bywała podawana
w wątpliwość przez politycznych oponentów. W 1998 r. Obama przegrał w
wyborach do Kongresu, m.in. dlatego, że jego przeciwnik Bobby Rush,
były członek Czarnych Panter, skutecznie podał w wątpliwość jego
przynależność do czarnej Ameryki. W 2004 r. podobne ataki spotkały go
ze strony Alana Keyesa, czarnego konserwatysty, podczas kampanii do
Senatu. Tym razem podważano chrześcijaństwo Obamy (Keyes twierdził
m.in., że Jezus by na Obamę nie zagłosował). Podobny wydźwięk miała
krążąca zimą 2007 r. internetowa plotka głosząca, że „Barack Hussein
Obama” jest muzułmaninem. Czyli niby czarny, ale przecież nie nasz.
Sam
Obama, wychowywany wyłącznie przez białych, przez wiele lat zmagał się
ze swoistą tęsknotą za utożsamianą z ojcem „czarną autentycznością”. To
w jej poszukiwaniu po studiach przeniósł się do Chicago i zajął się
działalnością społeczną w czarnej dzielnicy South Side, a wkrótce potem
pojechał do Kenii, by poznać rodzinę ojca. Wieloletnią przynależność do
radykalnego kościoła Jeremiaha Wrighta też zapewne można przypisać owej
tęsknocie za rasową autentycznością. Jak zauważył czarny konserwatysta
Shelby Steele, „mieszane pochodzenie rasowe Obamy stawia go nieustannie
na rozdrożu. Daje mu bez-rasowość, która może się politycznie podobać
białym, ale jednocześnie sprawia, że ciągnie go w kierunku takiej
właśnie czarnej samoświadomości, która najsilniej alienuje białych”.
W
kontekście nadchodzących wyborów „mieszana” tożsamość Obamy zdaje się
mieć pewne pozytywne znaczenie - to, że pochodzi on z mieszanego
małżeństwa, traktuje się jako dowód na to, że Ameryka uwolniła się od
demonów rasistowskiej przeszłości. Jedno z często powtarzanych
powiedzonek dotyczących tej kandydatury brzmi: Biali kochają go za to,
że ma białą matkę, a czarni za to, że ma czarną żonę.
Obama historyczno-patriotyczny
Wątek
mieszanej tożsamości pozostaje jednak drugoplanowy wobec tożsamości
czarnej. Kandydatura Obamy jest traktowana jako „historyczna” (to słowo
powtarzane jest niczym mantra) właśnie dlatego, że jest on
Afroamerykaninem. Decyzja, by przyjęcie przez Obamę nominacji
Demokratów nastąpiło dokładnie w 45. rocznicę marszu na Waszyngton i
słynnej mowy Martina Luthera Kinga „I Have a Dream”, to próba
zdyskontowania owej „historyczności”. Nie chodziło jednak o
podkreślenie czarnej tożsamości Obamy, lecz zmianę jej sensu przez
wprowadzenie wyborców w stan patriotycznego uniesienia: zobaczcie, na
co nas stać, zobaczcie, jak daleko zaszliśmy - my, Amerykanie. Siła tej
retoryki była imponująca.
Do rocznicy nawiązywali liczni
uczestnicy konwencji (w tym dzieci samego Kinga - Bernice King i Martin
Luther King III) - jednak w przemówieniu Obamy te nawiązania miały
szczególny charakter. Słowa „czarny”, „rasa” i „rasizm” nie padły ani
razu, za to słowo „marzenie” (dream) - aż sześciokrotnie. Samego Kinga
Obama przywołał aluzyjnie jako człowieka, który 45 lat temu zjednoczył
Amerykę w pragnieniu zmiany. Jako „czarny kandydat” Obama jest na
przegranej pozycji - wygrać może tylko jako kandydat Ameryki, która
uwierzy w „zmianę” - uwierzy, że „rasa nie ma już znaczenia”.
Retoryka
„zmiany” nie dotyczy oczywiście tylko sfery relacji rasowych, ale jest
z nią silnie sprzężona. Jak zauważył Timothy Garton Ash, powstaje
pytanie, czy w obecnej atmosferze strachu, a nawet paniki, wywołanej
sytuacją ekonomiczną, Amerykanie są gotowi utożsamić się właśnie ze
„zmianą” („Obama kontra obawa” ],
„Gazeta” 22.09). Ash przywołuje lipcową ankietę CBS i „New York
Times’a”, w której zaledwie 5 proc. białych otwarcie przyznaje, że nie
zagłosują na czarnego kandydata, ale aż 24 proc. twierdzi, że Ameryka
nie jest na taki wybór gotowa. To brzmi znajomo - wielokrotnie
słyszałam opinię entuzjastów Obamy, że jest on niestety
„niewybieralny”. Ostatecznie, powiadają, gdy przeciętny biały
Amerykanin zostanie sam na sam z maszyną do głosowania w swoim okręgu,
nie będzie wybierał między Obamą a McCainem, między demokratą a
republikaninem, ale między czarnym i białym. I wybierze to, co zna. To,
co „wybieralne”. Czy tak wygląda prawda o „przeciętnym” Amerykaninie? Z
badań wynika, że może to być prawda o kilku procentach. Przekonania o
tym, co myślą „inni”, mają jednak wielką moc kształtowania
rzeczywistości społecznej - dlatego wolę słuchać opowieści o
„postrasowej” Ameryce niż o rzekomej „niewybieralności” Obamy.
Wizerunek Afroamerykanina jako twarzy amerykańskiej „nadziei” jest
bezsprzecznie znakiem wielkiej kulturowej zmiany. W tej symbolicznej
funkcji Obama to już nie Afroamerykanin, ale wybitny Amerykanin, który
- tak się składa - jest czarny. Taka jest strategia tej kampanii, a
towarzyszący jej masowy entuzjazm, zwłaszcza wśród młodzieży, wskazuje,
że jest ona w dużej mierze trafna. Byłabym jednak ostrożna z
twierdzeniem, że zmiana już się dokonała, że to kandydatura
„postrasowa”, że Ameryka wyzwoliła się spod panowania rasowej obsesji -
logiki winy, zaprzeczenia i gniewu.
Przejście do ery
postrasowej odbywa się na naszych oczach. Jednak Amerykanie wciąż na
nowo - w badaniach opinii publicznej, w mediach, w rozmowach zwykłych
obywateli - stawiają sobie pytanie: czy jesteśmy na to gotowi? Nawet
wówczas, gdy odpowiedź brzmi „tak”, pytanie ma w sobie coś
dramatycznego.
*dr Agnieszka Graff jest adiunktem w
Ośrodku Studiów Amerykańskich UW, członkinią zespołu „Krytyki
Politycznej”. Niedawno wydała książkę „Rykoszetem. Rzecz o płci,
seksualności i narodzie”.
Tekst ukazał się w „Gazecie Świątecznej” z 11-12 października 2008. Obszerniejsza wersja tego tekstu została wygłoszona na Festiwalu Nauki 2008.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 12.10.2008 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
-
Michalski: Żeby Powstanie nie poszło na marne
-
Sutowski: Cyrk szaleństwem podszyty
-
Kitliński: Jesteśmy zakładnikami własnej ksenofobii
-
Dymińska: Psi przemysł made in China
-
Erbel: Mosty zamiast gejów?
-
Gdula: Jak naprawić to, co napsuła religia w szkołach
-
Bauman: O loterii i Babilonie
-
Stokfiszewski: W stronę prawa do dobrej śmierci
-
Eichler: Czy w Czechach naprawdę wygrała prawica?
-
Bielski: Solidarność zaczyna się od śmietnika
-
Szelewa, Polakowski: Dlaczego warto zrównać wiek emerytalny
-
Ostolski: Prawo do adopcji? Tak. Bo logika zobowiązuje
-
Gill: Argentyna nie jest macho
-
Kurc: Mąż i mąż. Śmieszne?
-
Kurkiewicz: Tęsknię za tobą, cenzuro!
-
Piątek: Flash mop, czyli bojkotujemy carrefaszystów
-
Sutowski: Lis strzeże kurnika, czyli polityka narkotykowa po rosyjsku
-
Ost: W Polsce jest miejsce na prawdziwą socjaldemokrację
-
Rudnicki: Polska - nożem na pół
-
Banot: Polska niezrównoważona polityka bez kobiet
-
Kuczyński: W roku 2011 Polska znowu może być wyspą
-
Machalica: Cała władza w ręce Platformy
-
Dunin: Okopy Świętej Trójcy
-
Kowalska: Nic się nie stało
-
Silna Polska to 1 procent na kulturę
-
Targowisko śpiewało o Jarku
-
Erbel: Kebab, kurczak i zupa Pho przeciwko miejskiej estetyce ładu
-
Piątek: Moja żona obywatelka
-
Kowalska: Wolałabym nie, czyli krótka odpowiedź na komentarze
-
Sierakowski: Wybierzmy działanie
-
Gdula: Wykorzystać szansę, żeby nie siedzieć cicho
-
Kowalska: Dlaczego na pewno nie Kaczyński
-
Andrzejewski: Domowy sposób na ochronę zdrowia
-
Im gorzej, tym gorzej, czyli dlaczego jednak Komorowski
-
Bodnar: Jak uchwalić w Polsce ustawę o związkach partnerskich?
|
|
"Są gry komputerowe, które mogą&n...
Proszę Pani, ale to się i tak stać mu...
"Jak poszczuję kogoś psem, nie ch...