Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Graff: Chcę zmieniać Polskę |
|
|
Agnieszka Graff w rozmowie z Marcinem Teodorczykiem
|
|
23.05.2008 |
Marcin Teodorczyk, homiki.pl: „Rykoszetem.
Rzecz o płci, seksualności i narodzie” to książka o współczesnej
Polsce. Co takiego wydarzyło się, że postanowiłaś zabrać głos? Mam
tutaj na myśli nie tylko Twoje komentarze i analizy mrocznej
rzeczywistości okresu IV RP i dyskursu nacjonalistycznego, ale przede
wszystkim Twoją wewnętrzną motywację.
Agnieszka Graff: Pytasz: co się stało? To, co wszyscy
widzieli - pochód triumfalnego kaczyzmu. Jurek w roli autorytetu
moralnego. Giertych i Wierzejski jako pełnoprawni gracze polityczni…
Zalew agresji, pogardy, atrofia demokracji. A ja mam potrzebę, żeby
reagować. Pisząc, broniłam się przed własną bezradnością, starając się
to opisać, zrozumieć. Nie potrafię się odizolować, powiedzieć: to mnie
nie dotyczy. Opisuję te emocje we wstępie, ponieważ postanowiłam siebie
włączyć do tej książki, bardziej chyba niż do „Świata bez kobiet”.
Wielu ludzi myślących podobnie żyje na emigracji wewnętrznej. Ja nie
potrafię się odizolować, zająć grzecznie literaturą amerykańską. Wciąga
mnie polityka m.in. dlatego, że mój mąż jest dziennikarzem agencyjnym i
codziennie przynosi mi kolejne opowieści o tym, co się dzieje. Miałam
do wyboru, albo się ukryć w jakiejś nerwicy i mieć poczucie obcości,
albo spotkać się z IV RP w pół drogi. Ta książka jest takim spotkaniem.
A narzędzia teoretyczne? Kiedy zaczęłaś zastanawiać się nad polskim nacjonalizmem?
Intelektualnie kluczowym impulsem był pobyt w Stanach jesienią 2004
roku. To był nietypowy Fulbright. Zbiorowy - dla kobiet z całego
świata, które zajmują się tematyką praw kobiet. Wiele z nich pracuje
właśnie nad problematyką płeć a nacjonalizm, płeć a obywatelstwo.
Spotkania z nimi uświadomiły mi, że pewne procesy mają znacznie szerszy
zasięg, niż sądziłam. Na przykład upolityczniona homofobia, jaka
towarzyszy integracji Polski z Unią, to nie „Polskie ZOO”. Tu działają
pewne mechanizmy, które widać też w innych kontekstach. Z tych spotkań
i lektur powstała książka. Można powiedzieć, że nawaliłam: miałam
nadzieję, że w Nowym Jorku napiszę książkę o amerykańskim feminizmie,
ale znów zaczęłam zajmować się Polską.
W „Rykoszetem” stawiasz bardzo interesującą i na gruncie polskim
nowatorską tezę: w dyskursie seksistowskim i homofobicznym serwowanym
przez prawicę wcale nie chodzi o kobiety i gejów. Piszesz: „tu chodzi o
naród”. Zapytam prowokacyjnie: dlaczego w dobie „płynnej nowoczesności”
wciąż powracamy do tej kategorii? Czy nie jest to anachronizm? Dlaczego
operujesz kategorią narodu, a nie kategorią społeczeństwa?
Anachronizm? Powiedz to słuchacz(k)om Radia Maryja. Powiedz to Serbom,
którzy właśnie zagłosowali na nacjonalistów. I Amerykanom z tzw. „pasa
biblijnego”. Muzułamnom, którzy toczą z nami „świętą wojnę”. Oni żyją
tu i teraz i nie czują się anachroniczni… To nie jest tak, że
nacjonalizmy i fundamentalizmy religijne są mroczną przeszłością.
Żyjemy w epoce postsekularnej, ale nie jest to epoka postnarodowa.
Czasem myślę sobie, że w baumanowskiej „płynnej nowoczesności” żyją
głównie lewicowi intelektualiści (tak jak ci liberalni żyli niedawno u
„kresu historii”). Tymczasem dla wielu ludzi, którzy nie czytają
uczonych książek, emocje związane z wiarą i z tożsamością etniczną mają
niesłychaną siłę, z tego trzeba zdać sobie sprawę. Koniec narodowości i
religijności - te wizje się po prostu nie sprawdziły. Trzeba zmierzyć
się z faktem, że zarówno religia jak i narodowe tożsamości są silne.
To, w jaki sposób dane społeczeństwa myślą o płci i seksualności w
dużej mierze wynika z tych mechanizmów.
Jak funkcjonują te mechanizmy?
Najprostszy mechanizm polega na tym, że KOBIETA - tzn. pewne
wyobrażenie o płci - funkcjonuje jako nośnik zbiorowej tożsamości.
Ucieleśnienie „swojskości”, tradycji. Kobiety są od tego, żeby dawać
poczucie odrębności, stabilności. „Nasze kobiety” są zawsze lepsze niż
cudze. Bardziej kobiece, opiekuńcze itd. To działa w obie strony. Nie
jest tak, że kraje i społeczeństwa uważające się za nowoczesne, myślę o
liberalnych demokracjach, miały do wolności płci i seksualności
stosunek czysto liberalny, odpuszczały kobietom rolę „nosicielek
tradycji”. We Francji, Holandii też instrumentalizuje się kwestię
równości płci i praw gejów - tylko jakby na odwrót niż u nas. „Nasze
kobiety”, powiada Sarkozy, są bardziej wyzwolone niż cudze (czyli np.
muzułmanki). „Nasi geje” są wolni, a „obcy” im zagrażają - powiada
prawica w Holandii, która zupełnie zinstrumentalizowała te kwestie.
Czytam właśnie świeży tekst Judith Butler, która opisała lustrzane
odbicie tego, co Kaczyński zrobił z kwestią praw mniejszości w swoim
orędziu. Nasz konserwatywny polityk starszy nas gejami, by ostrzec
przed zbyt ścisłą integracją z Unią Europejską. To była czysta
instrumentalizacja. Chciałabym przy tym być - to musiał być fascynujący
moment: sztab Kaczyńskiego wpada na pomysł, że najlepszym straszakiem
przypominającym o tożsamości Polaków, będzie obrazek z gejami i ślubem.
Otóż w tym samym mniej więcej czasie, 2 - 3 lata temu, wychodzi w
Holandii film propagandowy, który jest pokazywany imigrantom z krajów
muzułmańskich, po to by sprawdzać ich dopasowanie do kultury
holenderskiej. Muszą obejrzeć film, na którym pokazują rożne obyczaje
holenderskie, m.in. parę gejów całującą się na łące. I teraz taki
biedny imigrant, bo bogaty nie musi tego oglądać, zostaje poddany
testowi za pomocą gejów. Ciekawe, że w obu przypadkach domniemana
homofobia okazuje dowodem na „nie-europejskość”. Czy to jest dobrze dla
gejów? Czy chcesz, żeby sprawdzano czyjąś tożsamość w ten sposób -
obrazkiem, na którym całujesz się z partnerem?
Zdumiałaś mnie tą opowieścią. Jasne, że nie chciałbym być
straszakiem przeciw komukolwiek. Nie tak wyobrażam sobie nasz proces
„emanacypacyjny”…
Judith Butler pisze, że, oczywiście, chciałaby móc całować się na łące
z partnerką i nie być z tego powodu prześladowana, ale nie chciałaby
być używana przez aparat państwa holenderskiego do opresjonowania
muzułmanów. Zwróćmy uwagę, że ta para całujących się czy biorących ślub
gejów w obu przypadkach staje się narzędziem władzy państwa, opresji,
przymusu. Tu nie chodzi wcale o gejów, a o to, kto jest swój, a kto
obcy, kto ma się kogo bać. Kto ma być prawdziwym Holendrem, Polakiem,
Europejczykiem.
Na tym polegał fenomen nagłego wybuch tradycyjnych wyobrażeń o płci w
okresie IV RP. Kaczyzm to było wyobrażenie o nas jako zbiorowości, w
której kobieta jest kobietą, a mężczyzna mężczyzną, a gej i feministka
to obcy. Tak do nas gadali politycy - ale także kultura popularna - tę
fiksację na tradycyjnych wyobrażeniach płci widać też w sferze
wizualnej, na przykład na okładkach tygodników, które dość dokładnie
analizuję. Ja twierdzę, że to wyobrażenie kompensacyjne, które
pozwalało Polakom tak się nie bać Unii, narysować własne granice.
Ciekawe, że Unia też stwarza wyobrażenie upłciowionej swojskości, to
wizja postępowej rodziny. Ta para całujących się na łące gejów, ta
kobieta w stroju „topless” na europejskiej plaży - to ma pozwalać
ludziom zachodu na traktowanie z wyższością innych, obcych. My -
kobiety, mniejszości seksualne - jesteśmy narzędziem w walce o
tożsamość zbiorową. I to trzeba przemyśleć. To nie jest walka dobra z
siłami zła. „Postępu” i „wstecznictwa”. To jest dużo bardziej złożona
sytuacja.
W „Rykoszetem” piszesz także o kobietach i gejach jako zakładnikach
narodu. I jako analogię do sytuacji kobiet w Polsce, podajesz przykład
sporu o prawo do noszenie chusty przez muzułmanki we francuskich
szkołach. I znów dowodzisz, że Polska wcale taka wyjątkowa nie jest,
jakbyśmy sobie to wyobrażali…
W tym rzecz: sytuacja kobiety jako zakładnika narodu nie jest czysto
polska. Dla mnie najlepszą analogią jest sytuacja między tą muzułmanką,
której na siłę zdejmują, to znów zakładają chustę, a Polką, która musi
wyjechać do Anglii, by przerwać niechcianą ciążę. Na chwile musi
przestać być członkinią swojego społeczeństwa, by zrobić to, co ma do
zrobienia w swoim życiu. Ona jest w bardzo podobnej sytuacji do młodej
muzułmanki, której laicka Francja - nadmuchana przekonaniem, że jest
lepsza, bo francuskie kobiety są wolne - każe zdjąć chustę. Tymczasem
ojciec i bracia każą jej założyć. Ona jest w sytuacji patowej, staje
się narzędziem w walce, w której chodzi o coś innego. Bo ja uważam, że
Polska zakazała „swoim kobietom” przerywania ciąży po to, by
zademonstrować swoją odrębność w Europie. Cenę za dumę narodową płacą
konkretne kobiety w kryzysowej sytuacji. One nie chcą być „czyjeś”,
chcą być swoje i wyjeżdżają. A potem wracają i znów są „swoje”.
Wróćmy na chwilę do naszych „gwiazd” z Ameryki, sławnego już „geja
Feja”. Odniosłem wrażenie, że nagle Polacy zachłysnęli się tymi
„lepszymi” gejami z lepszego świata, którzy nie mają kompleksów geja, a
nawet kompleksu geja katolika. Są jak z obrazka, weseli, przystojni,
ale to nie są „nasi geje”. Dziwna to sprawa, ponieważ znów musi się
pojawić ktoś z zewnątrz, kto nas obroni przed Kaczyńskim - jak dawniej
Trybunał w Strasburgu, gdzie poszło o zakaz Parady Równości czy
czuwająca nas nami Unia Europejska. Chciałbym więc poprosić Cię jako
amerykanistkę o komentarz do tego wydarzenia. Zresztą podpisałaś się
pod listem napisanym przez Sergiusza Kowalskiego adresowanym do Fay’a i
Moultona, więc dobrze znasz sprawę.
To była cudna sytuacja, gdy okazało się, że geje z orędzia nie są
gejami europejskimi, ale amerykańskimi. Oni mieli być abstrakcyjni,
widmowi, symboliczni. A tu przyjechali dwaj panowie - widmo się
zmaterializowało w telewizorze. Przemówiło. Co zabawne, oni przemówili
językiem „wartości rodzinnych” - tyle że gejowskich.
I tu zaszło zderzenie kulturowe, tak to widzę. Wydaje mi się, że ich
pobyt nie spełnił roli „oświcającej” - w powszechnym odbiorze to był
raczej kabaret pt. „dziwni Amerykanie”, niż lekcja tolerancji. Nudzi
mnie trochę i irytuje język „postępu” i „nowoczesności”, którym się
posługujemy, by ludzi „oświecić”. Tolerujmy się to wszyscy będą
szczęśliwi i będą się kochać, więc oni do nas przyjechali, by nam
powiedzieć o tej miłości i o tym, że się spotkali w kościele.
No właśnie, ten spektakl wydał mi się bardzo „amerykański”.
Tymczasem gadka edukacyjna Faya i Moultona nie jest taka naiwna jak się
wydaje, ona nie powstała w próżni. Tak się dziś w Stanach gada do
ludzi, tak się „lud” oświeca - lud demokratyczny i tradycyjny zarazem.
To jest strategia asymilacyjna i ona nieźle się sprawdza w Nowym Jorku,
choć w Alabamie już słabiej. Ale w Polsce te opowieści o „gejowskiej
rodzinie”, która szanuje tradycje, zabrzmiały jak język z księżyca. Ci
panowie nie są produktem lewicowej, kontrkulturowej utopii. Oni są
produktem procesów, które z konserwatywnej perspektywy pięknie opisywał
Andrew Sullivan w tekście „The End of Gay Culture”. On opisuje, jak
lesbijki i geje w Ameryce przestali być subkulturą, jak weszli do
mainstreamu. Stali się konserwatywnymi ojcami rodzin, tyle, że w tych
rodzinach jest dwóch ojców, albo dwie mamy. Są to ludzie sukcesu,
lekarze, biznesmeni, prawnicy. On opisuje ich rytuały jako wariacje na
temat „American Dream”. Wszyscy mają przed domkami azalie i dbają o to,
by one rosły, a przecież u gejów nie rosną gorzej niż u heteryków, więc
o co chodzi, skoro ceny nieruchomości rosną? Tu w ogóle nie chodzi już
o walkę - ale o to, by być pełnoprawną częścią klasy średniej. Historia
dwóch gejów z Ameryki z tej perspektywy jest nieprzystawalna do
polskiej rzeczywistości. To są Amerykanie, amerykański mainstream. To
nie są bojownicy o kulturę gejowską jak sobie to wyobraża oburzona ich
wystąpieniem pani Najfeld. To są faceci, którzy założyli rodzinę w
Nowym Jorku i nie życzą sobie, by jakiś prezydent Kashynsky tę ich
rodzinę obrażał. Dlatego w liście do Kaczyńskiego powołują się na
wartości rodzinne, co z perspektywy naszego środowiska jest szalenie
zabawną sytuacją. Na moje oko, ci panowie są bardzo mieszczańscy.
Reprezentują to, o czym George Mosse pisał, a co się nie udało w latach
20-tych ubiegłego wieku w Niemczech - wejście do mainstreamu dzięki
ubraniu się w strój mieszczanina. Znacznej grupie amerykańskich gejów
to się udało.
Jak do tego doszło?
To jest w dużej mierze kwestia mechanizmów ekonomicznych. Zwłaszcza
geje, w mniejszym stopniu lesbijki, trafili do wyższej klasy średniej.
Jak się ma dużo kasy w Stanach, to można sobie pozwolić na różne
dziwactwa, m.in. na odmienną orientację seksualną. Konserwatyzm
kulturowy to także spadek po AIDS. Ci geje, którzy byli permisywni,
tworzyli amerykańską subkulturę, w znacznej mierze nie przeżyli tego.
Przeżyli nieliczni i oni mają traumę. Stąd silna motywacja by żyć w
zgodzie z normą mieszczańską. Oczywiście to się nie stało - ot tak - to
była burzliwa przemiana, która nadal trwa. Pięknie te zmiany, te spory,
tę żałobę i nowy projekt asymilacyjny widać w „Aniołach w Ameryce”
Kushnera.
Tak się zastanawiam właśnie, czy taka sytuacja jest możliwa w
Polsce, tzn. na ile wzrost społecznej akceptacji może mieć związek z
ekonomią? Przypominają mi się znajomi geje, którzy głosują na
homofobiczną PO, myśląc, że liberalna pod względem ekonomicznym partia
zapewni dobrobyt, a tym samym syte społeczeństwo ich zaakceptuje.
Szczerze w to wątpię, choć oczywiście życzę Tuskowi i nam wszystkim
cudu gospodarczego…
Polska nie ma doświadczenia ruchu wyzwolenia mniejszości seksualnych,
obyczajowo my jesteśmy na etapie lat 60-tych. W Polsce geje mają do
wyboru albo pozostać w szafie i się bać homofoba pałkarza, albo wyjść
na ulicę. Nie macie moim zdaniem takiej opcji, by być szanowanym gejem
z klasy średniej, któremu rodzina z sąsiedztwa przynosi z okazji
zaręczyn świeżo upieczone ciasteczka. Nie ma takiej opcji, etapu buntu
się nie przeskoczy. Inna rzecz czy ta mieszczańska asymilacja jest
Waszym marzeniem…
To już przynajmniej jakaś wizja rzeczywistości, do której możemy
aspirować. Nasuwa mi się skojarzenie z „Błażejem z Poznania”, jako
nośnikiem zachodniego mieszczaństwa, którego Michał Witkowski wydrwił w
„Lubiewie” - coś takiego zaczyna się w Polsce formować, tacy geje
pojawiają się w serialach „M jak miłość” czy „Magda M”. I oczywiście -
z ciotami, które nie chcą się wychylać ze swojej rzeczywistości. To
genialny fragment konfrontacji dwóch pokoleń homoseksualistów, ale też
dwóch postaw. Pewnie prawda o polskich gejach jest gdzieś po środku.
Czy w środowisku funkcjonuje taki dowcip?
Przychodzi syn kierowcy ciężarówki do ojca i mówi:
- Tato, jestem gejem.
Ojciec patrzy na niego i mówi:
- Masz garnitur od Armaniego?
- Nie mam.
- Masz buty jakiejś tam marki.
- Nie mam.
- To ty ciota jesteś, a nie żadej gej!
Tak, rzeczywiście coś jest na rzeczy!
Ja mam ogromny szacunek do Witkowskiego za to, że on te rzeczy uchwycił
uczciwie. W jego książce jest wiele brutalności wobec tego środowiska
gejów, którzy walczą z homofobią. I to ludzie mają mu za złe. Ale z
drugiej strony Witkowski z tkliwością opisuje cioty, które są ludem
pracującym mas gejowskich.
Zgadzam się, ale wydaje mi się, że wciąż mamy nieprzerobioną kwestię „zwykłego geja”.
Czyli zwykłej cioty. W rozdziale mojej książki „Gej, czyli Żyd… i co
dalej?” pojawia się jedna myśl, co do której mam wielką nadzieję, że
zostanie ona przechwycona i przeanalizowana. A nawet - że mi się
dostanie za nią. Otóż mówię że osoby zaangażowane w ten ruch, omijają
szerokim łukiem kwestię seksualności. A przecież Wasza sprawa
seksualności dotyczy. Geje i lesbijki są definiowani przez to, co robią
w łóżku i jeżeli się o tym nie mówi, jeżeli stawia się w roli „obrońców
praw człowieka” to definiowanie seksualności zostawia się homofobicznej
prawicy. Wy grzecznie o prawach człowieka, a taka Pani Najfeld że ręki
nie poda, bo się brzydzi. Idei LGBT nie można tworzyć abstrahując od
seksu. W Polsce jest taki podział, że upolityczniony gej lub lesbijka
działa w KPH albo w Lambdzie albo organizuje Parady Równości, ale na
pytanie, czy ma cokolwiek wspólnego z seksem natychmiast mówi, że
wykluczone, my tylko równość i obywatelstwo, a seks to Love Parade w
Berlinie. A z drugiej strony istnieją portale gejowskie, które są
czysto erotyczne. Ten podział polityka-erotyka jest zapewne wygodny,
pozwala powiedzieć: gołe pupy to nie my. Ale powstaje
niebezpieczeństwo, które się ziściło w telewizyjnej konfrontacji Adlera
z Najfeld. Tam na oczach milionow ludzi pupę Adlera - czyli zbiorową
pupę wszystkich gejów - wyciąga nam fundamentalistyczna katoliczka. I
okazało się, że w imieniu gejów politycznych musi przemówić Adler,
człowiek, który jak rozumiem niekoniecznie was reprezentuje. To jest
bardzo niefortunna sytuacja, w której fundamentalistyczna prawica
tworzy ramy dyskusji o seksualności. A te ich ramy to dyskurs
awersyjny. Zamiast o orientacji seksualnej, mówimy o tym, gdzie była
czyjaś ręka, zamiast w debacie o wolności seksualnej znajdujemy się w
sferze fantazji erotycznych i lęków seksualnych Marka Jurka i Joanny
Najfeld. Ja sobie nie życzę operować tymi kategoriami. Ja bym chciała
usłyszeć dyskurs dotyczący miłości i seksu ze środka tego środowiska.
Afirmujący, wyzwolony, radosny.
Na tegorocznym marszu w Krakowie skandowano, ku mojemu zdumieniu,
„precz z faszyzmem”. Też o tym piszesz w „Rykoszetem”, że pod hasłem
antykaczyzmu zmieszczą się ludzie, którzy na paradę gejów i lesbijek by
nie przyszli. Teraz, gdy Kaczyńscy utracili władzę, a LPR praktycznie
nie istnieje, coś musi się zmienić. Zresztą patrząc na ubiegłoroczną
warszawską paradę i kilka platform z muzyką, czyli taką namiastkę
zachodniej wolności, może właśnie wkraczamy na drogę, o której mówisz.
Jednak coś się zaczyna przełamywać wewnątrz środowiska. Myślę, że
Witkowski był jaskółką tej zmiany. On się nie boi pisać o seksie, o
pożądaniu. „Lubiewo” i „Barbara” to nie są książki o obywatelstwie, to
książki o seksualności. Witkowski ucieka przed polityką, bo ona go
nudzi, ale uprawia dyskurs dotyczący seksualności w głównonurtowej
dyskusji o gejach. Moim celem w tekście o geju i Żydzie było z jednej
strony otwarte przyjrzenie się, co ta analogia dla mnie znaczy jako dla
polskiej Żydówki, ale też sprowokowanie dyskusji, dlaczego to
środowisko tak bardzo rozdziela kwestię seksualności od kwestii praw.
Nie przewidziałam tego, że pojawi się Najfeld mówiąca o „lizaniu
rowów”, ale jak będziemy się zachowywać jak u cioci na imieninach, to
prawica będzie przypominać te awersyjne obsesje homofobiczne. Bo one
istnieją, im trzeba przeciwstawić afirmujący dyskurs dotyczący
seksualności. Taki, który nie będzie dyskursem pornograficznym.
Chyba jako jedna z pierwszych osób zaczęłaś wplatać kwestię
patriotyzmu do dyskursu, nazwijmy go umownie, wolnościowego. Bardzo
wyraźnie piszesz o emocjonalnym stosunku do Polski w „Rykoszetem”.
Dodam tylko, że na homikach.pl popełniliśmy tekst zainspirowani Twoim
wpisem na blogu „bez jaj” (www.stopfanatykom.blox.pl), by przynieść na
Paradę Równości polskie flagi. Tekst - manifest zatytułowaliśmy
przekornie, ale też serio „Patriotyzm jutra”.
Myślę, że nie byłam pierwsza, ale jestem jedną z osób, które starają
się mówić o zbiorowości, bo zauważyły niedobór emocjonalny dyskursu
liberalnego i indywidualizmu. O tym pisała Magdalena Środa, chociaż ona
po stronie indywidualizmu się opowiada. U mnie doszło do sporej wolty w
tej mierze. Adam Ostolski ładnie ten dylemat ujął podczas promocji
„Rykoszetem” w Krytyce Politycznej - to jest przejście od myślenia o
tym jak mają myśleć jednostki, by miały równe prawa, do myślenia o tym,
jak definiować zbiorowość i wspólnotę, żeby te prawa byly wpisane w
projekt wspólnoty. Wspólnota to niebezpieczne słowo, ale też trzeba je
odzyskać, by jednostki mogły się między sobą dogadać. To jest przejście
od myślenia w kategoriach indywidualizmu, do zbiorowości, projektu
politycznego.
Piszesz także w swojej książce, by „nie oddawać Polski endekom”. Co przez to rozumiesz?
Tak zrobił Żuradzki w tekście opublikowanym w „Gazecie Wyborczej”, z
którym polemizuję. To oddanie „patriotyzmu”, a wraz z nim całego pola
dobrych emocji dla swojego kraju, skrajnej prawicy. Przecież projekt
liberalny jest również projektem opartym na pewnej wizji patriotyzmu.
Na antywojennych demonstracjach w Stanach czy Wielkiej Brytanii częstym
hasłem jest „pacyfizm jest patriotyczny”. „Kochajmy Amerykę, nie
pozwólmy na mordowanie swoich obywateli i obywateli innych państw.” My
- patriotyczna lewica. To jest silny ładunek emocjonalny, duma, wspólny
zryw. Ruchy społeczne wynikają ze zbiorowych emocji, bez nich można
sobie najwyżej seminarium zrobić. My też nie chodzimy na parady
wyłącznie jako jednostki. Jako jednostki chodzimy na spacery do parku.
Czy my jako członkowie tej społeczności czujemy się członkami grup o
nazwie polski feminizm czy polska nowa lewica? Czy też chcemy zmieniać
Polskę, bo to jest nasz kraj, nasze miejsce na ziemi, nasza „grupa”? Ja
chcę zmieniać Polskę! Gdyby mi nie zależało na Polsce, to bym
wyemigrowała do Anglii, która jest dużo lepiej urządzona. Wróciłam ze
Stanów do Polski z pełną świadomością, że rzeczy, na których mi zależy,
są tu niezałatwione. Ja mam emocjonalny stosunek do Polski. I nie
zamierzam się tego wstydzić. My jesteśmy stąd, nie jesteśmy obcy, nie
wolno nam pozwolić na utrwalanie stereotypu, że wszystko, co jest
wolnościowe jest obce, że Polska w swoim trzonie jest i będzie
konserwatywna. Ja nie jestem obca. Jestem polską Żydówką o
feministycznych i lewicujących poglądach i jestem stąd. Z Boya
Żeleńskiego jestem. I z polskiego Oświecenia. Szalenie mnie wzruszyła
dziewczyna, która na Manifie szła z transparentem przez siebie
zrobionym z napisem: „jestem polską feministką”. Zwróć uwagę, że taki
transparent na Manifie francuskiej byłby absurdalny. Francuska
feministka niosłaby truizm, a w Polsce to wyzwanie. Ja też tak mam:
jestem obywatelką świata jako polska feministka.
Zastanowiło mnie, że w „Rykosztem” pojawia się takie określenie jak
„narodowa homofobia w stanie ostrej neurozy”. Dlaczego łączysz
nacjonalizm z homofobią? W czym polska homofobia różni się od - na
przykład - niemieckiej?
One są spokrewnione. Polska homofobia jest bliską krewną niemieckiej
homofobii narodowej. Tzn. wyobrażenie polskiego naziola, że w Polsce
nie ma gejów jest bardzo bliskim krewnym wyobrażenia niemieckiego
naziola. I one obie są spokrewnione z wypowiedzią prezydenta Iranu,
którą cytuję w książce, że „u nas” (czyli w Iranie) nie ma
homoseksualistów jak u was.
To jest cecha dyskursów narodowych, tzw. etnonacjonalistycznych. Bardzo
są skupione na obrazie heteroseksualnej męskiej dominacji, jest to
sprzężone z fantazjami militarystycznymi: prawdziwy żołnierz, który
przyjaźni się z innymi żołnierzami, ale przecież nic się za tym nie
kryje. To jest homofobia charakterystyczna dla grup czysto męskich. O
tym pisała Maria Janion, pierwotna teoria wyrażona została przez Eve
Kosovsky Sedgwick. To homofobia, w której nie ma miejsca na lesbijki.
Lesbijki są poza zasięgiem, nie istnieją. Bo to jest męska rozmowa o
męskości. Geje są realnym zagrożeniem, bo reprezentują to co męska
społeczność wyparła. To jest neurotyczne, bo w centrum obsesji jest
zaprzeczenie: może ten gej jest we mnie? Nie ma! Nie ma! Nie ma! Gej to
obcy! Nie wiem, czy pamiętasz, ale był taki moment, to przemknęło przez
media szybko, kiedy wypłynęły nagrania Młodzieży Wszechpolskiej,
ówczesnej młodzieżówki LPR, gdzie panowie w biurze organizacji
zabawiali się symulując ruchy kopulacyjne. To jest to, czego nie widać.
To się dzieje w czysto męskich homoseksualnych społecznościach. To jest
neurotyczne. Mamy tu zaprzeczenie i pokusę, żeby to jednak nagrać, bo
to jeden z nich przecież nagrał…
Pamiętam też zdjęcie ukazującego Wierzejskiego obejmującego się z
łysymi półnagimi facetami. Media kpiły wówczas z tego, że naczelny
homofob lgnie do mężczyzn…
To jest homoerotyzm oparty wyłącznie na dominacji, to nie ma nic
wspólnego z wyzwoleniem seksualnym czy współczesnymi gejami czy
lesbijkami. To inny rodzaj homoseksualizmu niż emancypacyjny,
równościowy. To jest to, co opisywał Genet. U niego to było więzienie;
u wszechpolakow - też swoiste koszary. Świat męskich mężczyzn, których
łączy pogarda wobec kobiet i wzajemna fascynacja. Homoseksualizm jest
stabuizowany przez dyskurs narodowy. Ale on tam jest. Tak jak jest w
męskich klasztorach. I męskich szkołach. I w wojsku. I my jesteśmy
ofiarami tego, bo oni w nas, tzn. w Was - gejach - widzą zagrożenie.
Wyjmujecie szkielet z ich szafy, nie ze swojej. Wy pokazujecie coś na
temat emocji, które oni odczuwają, a nie mają na to języka. Po prostu
tradycyjna wizja ludzkiej seksualności, która jest zerojedynkowa, albo
jesteś homo albo hetero, mur totalny pomiędzy - to fikcja. Ten mur
zrobiony jest z homofobii.
Jakby zestawić dwa obrazki: z jednej strony kopulujący wszechpolacy, a
z drugiej ci sami wszechpolacy trzymający ten odrażający plakat „zakaz
pedałowania” - dwóch kopulujących ludzików, to co to jest? Oni siebie
pokazują? Czy nas pokazują? Oni pokazują swoją ostrą neurozę.
Jak uważasz, jakie wyzwania stoją przed ruchem gejowsko-lesbijskim i kobiecym także?
Istnieje niebezpieczeństwo, że kwestia gejów i lesbijek utknie w
paradygmacie my-oni. Po jednej stronie stoi wszechpolak z homofobiczną
neurozą, po drugiej stronie stoi gej „pan od tolerancji”, który mówi:
jestem zwolennikiem liberalizmu, kocham Unię Europejską, żądam prawa
do… nie wiadomo czego, a głównie do tego, żeby wszechpolak nie rzucał
we mnie kamieniami. Wyzwaniem stojącym przed środowiskami wolnościowymi
jest wyskoczenie poza rytuał, który Kitliński i Leszkowicz nazywają
polskim gotykiem. Po jednej stronie jest nacjonalista z obsesją
antyseksualną, a po drugiej liberał, który nie będzie mówił o seksie i
miłości. Godząc się na ten podział sami wpadamy w szpony wszechpolaka.
My musimy stworzyć nasz własny pluralistyczny i wolnościowy język
dotyczący również, ale nie tylko, cielesności i naszych postulatów. Ja
chcę usłyszeć jakieś postulaty tego ruchu, wychodzące poza postulat, by
wszechpolacy nie bili w nas kamieniami. Jasne: „niech nas zobaczą”. Już
zobaczyli. I co dalej? Wyjście poza binaryzm, ale nie złoty środek i
wstąpienie do PO. Mój złoty środek to zupełnie inny język, który nie
jest językiem lęku.
W jakich barwach widzisz przyszłość? Będzie lepiej?
Ja w poniedziałki, środy i piątki jestem optymistką, a we wtorki i
czwartki wieszczę katastrofę. Dziś jest piątek, więc będzie wersja
pozytywna. Polska nie jest już zamkniętym kotłem, w którym wszystko się
gotuje, i to budzi moją nadzieję. Na przykład, wiążę ogromne nadzieję z
Polakami, którzy masowo wyjechali do Irlandii i Anglii. Oni się wyrwali
spod kurateli cioci, którą każdy z nas ma w głowie, a która się oburza
na wszystko. Spod kurateli swojego wewnętrznego proboszcza. Zobaczyli
kawałek świata. Władza cioci i proboszcza zaczyna pękać. W ostatnich
dniach coraz bardziej otwarcie mówi się o pedofilii w Kościele
katolickim, co nie znaczy, że ona pojawiła się dopiero teraz. To
znaczy, że pękła tama. Myślę, że to się zacznie wietrzyć, co oznacza,
że za 10-15 lat możemy się zacząć mierzyć z problemami, o których
mówiłam na początku. Polska będzie przyjmować migrantów ze wschodu,
muzułmanów z Armenii, Może biuro imigracyjne pokaże im zdjęcia z
kampanii „Niech Nas Zobaczą”? Tu się różne rzeczy mogą wydarzyć. Nie
wierzę w wieczne życie polskiego konserwatyzmu, który będzie strzegł
tzw. kultury życia przed liberalnym zachodem. Polska nie będzie do
końca świata przedmurzem i opoką. To są fantazje polityków, a życie
jest gdzie indziej. Jestem przekonana, że przyszłość należy do strony
internetowej homiki.pl, niż do Młodzieży Wszechpolskiej.
Z Agnieszką Graff rozmawiał Marcin Teodorczyk (homiki.pl).
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 24.05.2008 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...