Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Gdula: Jak wyrwać państwo z rąk neoliberałów Drukuj
Maciej Gdula   
29.10.2008
Dziś wciąż nie jest jasne, czy kryzys na giełdach już się skończył, czy może czeka nas jeszcze dłuższy czas zawirowań i niepewności. Nawet jeśli giełdy się ustabilizują, ciąży na nas obowiązek zrozumienia, co właściwie się stało. Brak refleksji nad przyczynami obecnego kryzysu sprawi, że łatwo powtórzymy stare błędy w przyszłości. Zwolennicy neoliberalizmu przekonują, że podstawowy problem to nadmiar państwa. Dylemat mniej czy więcej państwa odwraca nas jednak od głębszej przyczyny kryzysu, którą jest deficyt demokracji.

Gdzie szukać przyczyn?

Źródeł obecnego stanu rzeczy należy poszukiwać przede wszystkim w okresie rządów Billa Clintona, który stworzył warunki dla powstania casino economy – gospodarki hazardzistów. Od początku swojej kadencji prowadził on politykę zmierzającą do deregulacji i wzmocnienia instytucji finansowych. W 1999 roku Clinton podpisał Financial Modernization Act. Ustawa ta znosiła ograniczenia funkcjonujące w USA od czasu wielkiego kryzysu. Rozmontowanie dawnych regulacji znosiło bariery bezpieczeństwa między działalnością banków komercyjnych, firm ubezpieczeniowych i banków inwestycyjnych.

Złe kredyty generowane przez kredytodawców były przekształcane na obligacje, które sprzedawano rozmaitym instytucjom finansowym. Chodziło o zmniejszenie ryzyka przez podzielenie się nim z innymi. Ten system doprowadził jednak do zakażenia złymi długami całego systemu finansowego. Jeśli dodamy do tego rozbudowany rynek gry na instrumentach pochodnych, który dzięki decyzji Clintona z 2000 roku wyzwolony został z federalnej kontroli, otrzymamy część odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się kryzys.

Innym jego źródłem była władza technokratów. Wszyscy zauroczeni prostotą recept neoliberalnych i skuszeni obietnicami wielkich zysków z chęcią oddawali władzę w ręce ekspertów. Wydawało się, że wystarczy pozwolić, aby stopami procentowymi w Fed zarządzał niezależny specjalista, żeby liczyć zyski w nieskończoność. Okazało się to mrzonką, bo właśnie niezależny Fed, obniżając stopy procentowe, nadmuchał wielkie bańki spekulacyjne na rynkach walut, nieruchomości i kredytów.

Fed nie był jednak odpowiedzialny wyłącznie za wysokość stóp procentowych. Już w połowie zeszłego roku, kiedy instytucje finansowe zaczęły mieć problemy z płynnością, przeznaczał duże sumy na stabilizowanie sytuacji. W sierpniu w ciągu dwóch dni Fed zasilił system finansowy sumą 57 mld dolarów.

Pod koniec roku Fed uruchomił specjalną formę tańszego kredytu dla banków (Term Auction Facility), przez którą pożyczyły one szybko 50 mld dolarów. Te działania Fed nie podlegały żadnej publicznej debacie i faworyzowały wielkie instytucje finansowe. Zamiast demokratycznej kontroli mieliśmy do czynienia z oddaniem przez polityków władzy technokratom, co oznaczało de facto zwiększenie wpływów elit finansowych.

Bajka o żelaznym socjalizmie

Niektórzy publicyści – także na łamach „Rzeczpospolitej” – twierdzili, że dla zrozumienia źródeł kryzysu wystarczy przeczytać rozmowę z Dickiem Armeyem, w której wyjaśnia, że kryzys został spowodowany przez szkodliwe państwowe regulacje. Wynika z tego, że za kryzys odpowiada odchylenie socjalistyczne w ramach kapitalizmu. Obowiązujący w USA Community Reinvestment Act (CRA) doprowadzić miał do rozdawnictwa złych kredytów osobom bez zdolności kredytowej tylko dlatego, że są biedne i należą do mniejszości rasowej.

Sam fakt, że Dick Armey jest profesorem ekonomii na North Texas University słynącym niestety nie z wydziału ekonomii, ale muzyki (wśród absolwentów m.in. Meat Loaf i Norah Jones), a także to, że Dick Cheney przekonał go do wojny z Irakiem, wmawiając mu, że Saddam Husajn jest w posiadaniu minibomby atomowej, powinno skłonić wszystkich, dla których tezy Armeya były miodem lanym na serce, przynajmniej do minikrytycyzmu.

Osławiony CRA obowiązuje w USA już od 1977 roku. Wprowadzono go, aby umożliwić osobom o niskich i średnich dochodach branie kredytów na nieruchomości.

Powodem wprowadzenia ustawy były częste odmowy udzielenia kredytu, jakie spotykały biednych i kolorowych obywateli, a także ustanawianie dla nich wyższych wymagań przy staraniu się o kredyt (żądano od nich np. proporcjonalnie wyższego wkładu własnego niż w przypadku osób zamożnych). CRA nie zobowiązuje banków do udzielania pożyczek biednym i średnio zamożnym, a jedynie zachęca do tego i dostarcza instytucjonalnego wsparcia. Zachęca też do przestrzegania standardów bezpieczeństwa przy zawieraniu tego typu transakcji i zapewnia nadzór odpowiednich instytucji.

CRA nie mogło się stać przyczyną kryzysu choćby dlatego, że 50 proc. złych pożyczek udzieliły instytucje finansowe niedziałające według regulacji tej ustawy. Dalsze 30 proc. takich pożyczek udzieliły instytucje tylko częściowo podporządkowujące swą działalność CRA. Trudno bronić tezy, że kryzys nie pojawiłby się, gdyby złych długów było o 20 proc. mniej. Co więcej, badanie wykonane w 2008 roku przez firmę prawniczą Traiger & Hinkley dowodzi, że banki działające zgodnie z zapisami CRA udzielały złych kredytów o wiele rzadziej niż inne instytucje finansowe. Widać zatem wyraźnie, że nie można winy za kryzys zrzucić na wyrównywanie szans w dostępie do kredytu i działanie ustawodawcy.

Małżeństwo z rozsądku

Oficjalnie neoliberalne elity odżegnują się od związku z państwem. Uważają je za przeszkodę w racjonalnej alokacji kapitału i ograniczenie wolności człowieka. Od urzędnika zawsze lepszy ma być przedsiębiorca, który ryzykuje własne pieniądze i dlatego bardziej się stara. Tej oficjalnej doktrynie towarzyszy jednak praktyka daleka od pełnych patosu opowieści o indywidualnym ryzyku i dzielnym przedsiębiorcy. Kiedy instytucje finansowe popadały w tarapaty, często to właśnie państwo wykładało pieniądze na ich ratowanie. Jednym z elementów obecnej kampanii prezydenckiej w USA jest pomoc senatora McCaina w przygotowywaniu korzystnych ustaw ratujących kasy oszczędnościowe w połowie lat 80. pieniędzmi podatników.

Nie można jednak zrozumieć związków elit finansowych z państwem, jeżeli pozostanie się tylko na poziomie jednego państwa narodowego. Kiedy weźmie się pod uwagę kontekst międzynarodowy, ujawni się złożona i paradoksalna sytuacja. Zapewnieniom o niezawodności wolnego rynku towarzyszy regulacyjna działalność IMF i World Bank, które wdrażają porządek korzystny dla elit.

Do rangi symbolu urosła krytyka tych instytucji w wykonaniu ojca neoliberalizmu Miltona Friedmana, której towarzyszył prawdziwy szturm jego wiernych uczniów na IMF i World Bank. Kiedy już zasiedli w skórzanych fotelach w Waszyngtonie, pod pozorami pakietów ratunkowych dla krajów pogrążonych w kryzysie wprowadzali neoliberalne reformy. Kraje w potrzebie w zamian za udzielenie pomocy musiały zażyć trzy trucizny: deregulację, prywatyzację i ograniczanie wydatków publicznych.

Najciekawsze jest to, że Amerykanie leczyli często chorobę wywołaną wcześniej przez samych siebie. W latach 70. pożyczali oni dyktatorskim reżimom (państwom, a nie przedsiębiorstwom!) w Ameryce Południowej ogromne sumy pieniędzy, które wykorzystywane były w znacznej mierze na zakup uzbrojenia w USA i wzmocnienie sektora militarnego na miejscu.

Kiedy dyktatury straciły władzę, długi przejęli ich następcy. Wtedy wojskowych doradców amerykańskich zastąpili doradcy ekonomiczni, którzy obiecywali wyciągnięcie kraju z kłopotu pod warunkiem, że ograniczy wydatki publiczne i otworzy się szerzej na działalność zagranicznych firm, prywatyzując kluczowe przedsiębiorstwa i usługi publiczne. W ten sposób na relacjach z zależnymi krajami najpierw zarobił sektor militarny i finansowy, a potem dodatkowo firmy, dla których uzyskano korzystne warunki działalności i możliwość inwestowania we względnie pewne przedsięwzięcia.

Państwo ma siedzieć cicho

Rację mają zatem publicyści, którzy piszą, że establishment w znacznej mierze zależny jest od państwa i wykorzystuje je dla swoich celów. Nie mają jednak racji, kiedy upatrują w tym ducha socjalizmu. Neoliberalne elity korzystają z państwa tylko wtedy, gdy jest im ono potrzebne jako źródło stabilności, skarbonka pozwalająca przerzucić koszty działalności na podatników i instytucja narzucająca innym krajom korzystne rozwiązania dla ich biznesu. Państwo ma jednak siedzieć cicho, kiedy idzie o kontrolę nad operacjami finansowymi. Wtedy staje się niebezpiecznym, żądnym władzy lewiatanem.

Elity krytykują też państwo zawsze, gdy chce ono zrealizować postulaty wyborców domagających się lepszej infrastruktury, edukacji i służby zdrowia. Wtedy elity wysyłają do boju krytyków państwa, którzy przekonać nas mają, że biurokracja marnotrawi pieniądze i ogranicza naszą wolność. Dobrotliwe opowieści o wolnym rynku nie służą dziś wyrównywaniu szans, ale konserwują nierówności i asymetrię władzy.

Zamiast straszyć państwem, trzeba dziś zapytać, jak państwo wyrwać z rąk elit i neoliberalnych technokratów i z powrotem uczynić narzędziem zbiorowego działania. To będzie możliwe tylko wtedy, gdy pojawi się więcej demokracji. Państwo nie jest genetycznie skazane na służbę interesom mniejszości.

W dobrze funkcjonującej demokracji, gdzie operacje finansowe poddaje się kontroli, a postulaty obywateli traktuje poważnie i z szacunkiem, państwo staje się na powrót narzędziem realizowania woli ludzi. Dlatego właśnie zamiast naiwnej wiary w rynek, która w ostatniej instancji służy elitom, ja wybieram demokrację.

Artykuł ukazał się w „Rzeczpospolitej” 29 października 2008 r.

Komentarze
Dodaj nowy
Rylew  - Pytanie retoryczne   |29.10.2008 05:46:58
Jak wyrwać państwo z rąk neoliberałów ?
To pytanie jak widać retoryczne nie
ma w tym tekscie odpowiedzi.
Próbuje ją znaleźć
ATTAK

attac.org.pl/?lg=pl&kat=&dzial=71&typ=2&i d=131

Panie Gdula nie czas
na eufemizmy.
Ruszać się, ruszać panowie i panie bo okradną do reszty :-).
wojnier  - To skąd wzięły się złe kredyty?   |09.11.2008 13:49:37
W artykule, złe kredyty wymienia się jako jeden z wierzchołków trójkąta przyczyn
krachu. Szkoda, że nie dowiadujemy się o motywach udzielania tychże. Jeżeli
gwarantowane przez rząd było tylko 50 % a dalsze 30% częściowo a przedstawione
to jest jako niewystarczający motyw, to oznacza, że banki udzielały pożyczek
celem wyłudzenia kwot pierwszych wpłat i przewidywanych zysków po konfiskacie
nieruchomości w przypadku wzrostu ich wartości. Inna motywacja zakłada
autodestrukcję kredytodawców. Ja nie widzę związku kradzieży czy autodestrukcji
z liberalizmem.
Drugi wierzchołek to wstrętni technokraci działający na pohybel
najbiedniejszym. Czy to jest tylko sam Greenspan czy wszyscy maklerzy w USA nie
do końca wiadomo, ale niewątpliwie ktoś musiał w biedakach rozbudzić rządzę
posiadania. Widać liberalizm musiał trafić na swój elektorat, nic tak nie
przemawia do najmniej zarabiających jak idee neo czy hiper liberalne.
Trzeci
wierzchołek to sam FED. I tu pojawia się pytanie, czy FED to jest instytucja
mająca pilnować dobra ogółu czy aby go wycyckać. Lewica lansuje tezę, że to
drugie. Należałoby sprawdzić ile kto stracił, czy gracze giełdowi, czy ciułacze
dla których chyba większość rządów udzieliła gwarancji wkładów. Ale załóżmy że
część wielkiego kapitału się wzbogaciła, dzieje się tak zawsze, bo zawsze
istnieje grupa która dostała pewne informacje wcześniej niż inni lub po prostu
mieli szczęście i wycofali się z giełdy przypadkiem. Autor artykułu nie powiązał
jednak tych możliwości z tezą liberalną.
Straszy jeno neoliberalizmen jak
Czarnym Ludem, który jest odpowiedzialny za wojny na świecie.
Wydaje mi się, że
chwilowy sukces retoryki Samoobrony jest zbyt wątłą przesłanką do budowy nowej
polskiej lewicy.
Zamorano   |26.02.2010 13:40:43
@przewidywanych zysków po konfiskacie nieruchomości w przypadku wzrostu ich
wartości

Ale nie jest przecież specjalnie trudno przewidzieć, że już wtedy
ceny nieruchomości spadną. Tak też się w Stanach stało przecież.

@Inna
motywacja zakłada autodestrukcję kredytodawców.

Popełniasz zasadniczy błąd.
Zakładasz aprioryczną racjonalność działań banku. W przypadku większości dużych
podmiotów na rynku, zwłaszcza tych obecnych na giełdzie nie jest to takie
oczywiste. Ryzyko było wpisane w ten system immamentie. A większość banków nie
przestała udzielać złych kredytów, nawet wtedy gdy już było dla nich jasne, że
to wszystko idzie w kierunku problemów.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 29.10.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.04325 Seconds