Go West!
Ideologia nie jest przypisana ściśle do określonego
ugrupowania, partii czy nazwiska. Swoją moc zawdzięcza temu, że
organizuje aspiracje, marzenia i nadzieje różnych ludzi i w ten sposób
zapewnia sobie alibi, że nie jest bezpośrednio na czyichś usługach. W
Polsce najpotężniejszą ideologią tego rodzaju jest dążenie do
normalności sprzęgnięte z imitacyjną wizją modernizacji. Niezależnie od
tego, czy pierwsze skrzypce w polityce gra Kwaśniewski czy Tusk, bez
względu na to, czy władza symboliczna jest w rękach jednej gazety, czy
podzielona jest między kilka, pewne pozostaje to, że zadaniem dla
Polski jest dogonienie Zachodu i wydobycie się z podrzędnej kondycji
kraju na peryferiach. Hasło budowy drugiej Irlandii łatwo chwyta za
serce, bo Irlandia przeszła wymarzoną dla Polski drogę i z marginesu
awansowała do centrum. My też chcemy zarabiać, jeździć po równych
drogach i umierać staro.
Tę wizję modernizacji podzielają także partie polityczne,
które swą pozycję częściowo zbudowały na nieufności wobec Unii
Europejskiej i na idei podtrzymywania dumy narodowej. Gdy zachowa się
odpowiednią czujność, za pieniądze UE Polska może stać się jednym z
głównych rozgrywających narodów na arenie europejskiej… To miejsce
słusznie się zresztą Polsce należy - mamy tu do czynienia jedynie z
wypełnieniem się historycznej sprawiedliwości. Konserwatywna wizja
opiera się na nadziei pogodzenia narodowej treści z zachodnim bogactwem.
Głód normalności pobudzany obrazami dobrobytu sprawia, że
gorączkowo chcemy skrócić dystans. Zamiast do refleksji nad tym, jaki
kształt nadać swojemu światu, namawiani jesteśmy, by uczyć się,
pracować, zarabiać i doganiać Zachód. Komentatorzy ekonomiczni z
lubością podkreślają gotowość Polaków do ciężkiej pracy, co ma ich
odróżniać od gnuśnych Europejczyków, których dogonimy już niedługo, a
kto wie, może nawet przegonimy… Przenoszenie fabryk z Zachodu do
Polski witane jest z radością, która jest czymś więcej niż zadowoleniem
z pojawienia się nowych miejsc pracy. Przenoszenie fabryk do Polski to
rodzaj nagrody za gotowość do poświęceń i podążanie za wymogami
gospodarki rynkowej. Irlandzcy, niemieccy czy francuscy robotnicy na
bruku potwierdzają słuszność wybranej drogi.
Można zasadnie zapytać, dlaczego ma to być ideologia? Co
jest złego w dążeniu do wygodnego życia i ciepłej wody w kranie?
Ideologia polega tu na złudzeniu, że kontrolujemy sytuację, choć w
rzeczywistości pozostajemy w mocy mechanizmów od nas niezależnych.
Po pierwsze stajemy się więźniami pewnego obrazu, Zachodu
wyimaginowanego, który tak naprawdę nie istnieje i jest wyłącznie naszą
konstrukcją. Po drugie myślenie o modernizacji w kategoriach
dostosowywania się do standardów powoduje wykluczenie i marginalizację
wszystkich tych, którzy nie nadają się na Europejczyków i są kulą u
nogi w naszej podróży na Zachód. Po trzecie reżim, który sobie
narzucamy, wcale nie zbliża nas do Zachodu, ale wręcz od niego oddala.
Idea powrotu do Europy pomija niemal zupełnie to, że Europa
nie jest żadną jednością. Można znaleźć w niej zarówno kraje, w których
państwo jest duże, a różnice dochodowe między ludźmi małe (Szwecja,
Finlandia), jak i kraje, gdzie małe państwo łączy się z akceptacją
znacznych różnic dochodowych (Wielka Brytania, Holandia). Zapominamy
też, że nawet na Zachodzie istnieje podział na biedne państwa Południa
i bogatą Północ. Zamiast refleksji nad tym, który z modeli europejskich
chcemy realizować, staramy się coraz szybciej przebierać nogami, choć
nie bardzo wiemy, dokąd biegniemy. Frenetyczna aktywność stała się
alternatywą wobec podejmowania politycznych w swej istocie decyzji.
Jeśli wiedzielibyśmy, że w Portugalii biedni stanowią 14 procent
pracujących, a młodzież opuszcza szkoły średnie, bo nie widzi sensu
kontynuowania nauki ze względu na brak miejsc pracy dla wykształconych
pracowników, pewnie częściej zastanawialibyśmy się, dokąd zmierzamy.
Paradoksalnie, nieobecność refleksji nad kierunkiem przemian
nie wyklucza wcale modernizacji, polegającej na zdyscyplinowanym
dostosowywaniu się do standardów i reguł. Niejasny obraz Zachodu
umożliwia forsowanie zmian przedstawianych jako techniczna konieczność,
a nie polityczny wybór. Neoliberalne de facto zmiany, takie jak
obniżanie podatków, prywatyzacja czy reformy edukacji, wprowadza się
jako jedyne możliwe rozwiązania, które są rzekomo oczywiste w
cywilizowanym świecie. Wszyscy sceptycy automatycznie stają się wrogami
i podlegają irracjonalizacji. Związkowcy, „roszczeniowcy” czy
„ciemnogród” są niebezpieczni, bo nie chcą podążać za rozumnymi
standardami. W tle czai się przekonanie, że roszczeniowa lub
tradycjonalistyczna mentalność uniemożliwia udział w wyprawie na Zachód.
Ideologia sprawia, że zamiast trzeźwo oceniać rzeczywistość,
wolimy wierzyć w życzeniowy i nieprawdziwy obraz nas samych. Wydaje się
nam, że wzrost gospodarczy zbliża nas do Europy i stajemy się
społeczeństwem bardziej nowoczesnym. Gdy spojrzymy na polskie
społeczeństwo, zauważymy jednak, że wprawdzie przez 20 lat nieco się
ono wzbogaciło (znacznie się przy tym rozwarstwiając), ale zarazem
niezbyt się zmodernizowało. W rozwiniętych gospodarkach, takich jak na
przykład niemiecka, mieliśmy do czynienia ze wzrostem liczby miejsc
pracy wymagających wysokich kompetencji i dających ludziom sporą dozę
autonomii. Zakładamy, że uwolnieni z komunistycznego gorsetu i
absurdalnej gospodarki planowej automatycznie podążyliśmy w tym
kierunku. Nic z tego. Od 1982 do 2004 roku udział wykwalifikowanych
robotników w strukturze pracujących spadł (z 25,7 do 20 procent), a
niewykwalifikowanych wzrósł (z 11 do 14 procent). Wzrósł też udział
bezpośrednich nadzorców pracy (z 2,2 do 6,8 procent!), co oznacza, że
pracodawcy nie zapewniają efektywności za pomocą autonomii, ale przez
zwiększanie bezpośredniej kontroli społecznej (wszystkie dane za:
Henryk Domański, „Struktura społeczna”, 2004). Ponad milion osób
pracuje w szarej strefie, wykonując tam przede wszystkim nisko płatne,
proste zajęcia. Dwadzieścia lat poświęciliśmy na to, by wejść do Europy
jako źródło taniej siły roboczej umożliwiające bogatemu centrum lepszą
akumulację kapitału. Ideologiczne skrzywienie sprawia, że jesteśmy z
tego nawet zadowoleni.
Prywatyzacja
Jedną z najgłębiej osadzonych ideologicznych oczywistości w
Polsce jest prywatyzacja. Najczęściej jej zakres ogranicza się do zmian
własnościowych, ale w rzeczywistości prywatyzacja oznacza całkowitą
przemianę sposobu funkcjonowania polityki, wspólnoty i życia codziennego.
W polityce realizowanej po 1989 roku prywatyzacja była
jedyną stałą i wyrazistą propozycją reform. To wokół niej trwale
skupiała się energia ekspertów, dziennikarzy i polityków z lewej i
prawej strony sceny politycznej. Inne propozycje były co najwyżej
nieśmiałymi projektami obrony resztek, z góry skazanymi na
niepowodzenie. Kolejne sfery były wyłączane spod wpływu państwa, które
utożsamione zostało z nieefektywnością i marnotrawstwem. Kolejne ekipy
przesuwają granice tego, co może zostać oddane mechanizmom rynkowym. Po
przedsiębiorstwach i bankach przyszła kolej na system emerytalny. Po
systemie emerytalnym prywatyzacji mają być poddane szpitale - akurat
wtedy, gdy w NFZ pojawiło się wreszcie sporo pieniędzy na skutek
zwiększania składki i wzrostu płac. Co będzie następne? Może wojsko?
Tym, którzy powątpiewają, zacytuję oficjalny dokument MON: „Istotnym
elementem środowiska operacyjnego sił interwencyjnych w perspektywie 20
- 25 lat będą komercyjne, ponadnarodowe organizacje paramilitarne. Na
podstawie kontraktu z władzami państwowymi lub międzynarodowymi
korporacjami przemysłowymi będą one realizowały szerokie spektrum zadań
stanowiących obecnie obszar działalności sił wojskowych” („Wizja sił
zbrojnych RP - 2030”).
Prywatyzacja to przede wszystkim skrajna zmiana w sposobie
przypisywania odpowiedzialności. Jeśli się to zrozumie, stanie się
oczywiste, dlaczego kwestia efektywności sprywatyzowanych dziedzin nie
jest przedmiotem szerokiego zainteresowania i kontrowersji. Dopóki
określona dziedzina jest kontrolowana przez państwo, to państwu
przypada odpowiedzialność za jej funkcjonowanie. Jeśli emerytury są
niskie, wiadomo, kogo winić - tak samo jak w wypadku półrocznych
kolejek do kardiologów. Prywatyzacja zdejmuje odpowiedzialność z
państwa i składa ją na barki jednostek. Już nie możemy narzekać na
niskie emerytury. Każdy ma tyle, ile sobie sam odłożył w funduszu,
który sam wybrał. A jeśli ktoś jest niezadowolony, może sobie odłożyć
więcej na indywidualnym koncie emerytalnym. Nietrudno przewidzieć, że
podobnie rzecz może mieć się z opieką medyczną. Nie stać cię na protezę
biodra? To twój osobisty problem, ponieważ zwyrodnienie stawu
biodrowego nie jest chorobą śmiertelną.
W czasach, gdy akumulacja bogactwa wymagała rąk do pracy,
zachowywanie przez państwo kontroli nad ludźmi - ich edukacją i
zdrowiem - było elementem stabilizującym system. Dziś, gdy warunkami
bogacenia się są redukowanie nadmiernych obciążeń i elastyczność,
państwo chętnie pozbywa się zobowiązań. W ten sposób dwie pieczenie
pieką się na jednym ogniu: politycy nie muszą odpowiadać przed ludźmi
za problemy społeczne, a prywatni właściciele mogą zbijać interes na
obsłudze sfer opuszczonych przez państwo. Ideologiczny mechanizm
podtrzymujący tę sytuację wykorzystuje dążenie do autonomii i zdrowy
antysystemowy odruch. Jednostkom oferowana jest wizja autonomii i
wyzwolenia z kolektywnych zobowiązań i obciążeń. Wyobrażamy sobie, że
znajdziemy się po stronie tych, którym nigdy nie brakuje środków na
najlepsze usługi. Jeśli dzieje się inaczej, to w świecie, gdzie pozycja
zależeć ma od indywidualnej pracy i talentu, wstyd tłumi protest. W
końcu porażka źle świadczy o nas samych.
Emancypacyjne paradoksy
Specjalne miejsce w naszej ideologii zajmuje kres realnego
socjalizmu. Rok 1989 oddziela czas całkowitej niewoli od absolutnej
wolności. Jeśli wolność jest po prostu stanem różnym od systemu sprzed
1989 roku, to znika przestrzeń na poszerzanie wolności i stępieniu
ulega wyczulenie na kwestie jej naruszania. W ten sposób wyzwolenie z
autorytarnego systemu peerelowskiego paradoksalnie zaczęło służyć
ograniczaniu postulatów emancypacyjnych.
Początek lat 90. to okres polskich wojen kulturowych o
reprodukcyjne prawa kobiet i zachowanie rozdziału Kościoła od państwa.
Prowizoryczny wynik tych wojen został „zaklepany” w imię pokoju
społecznego i wejścia do UE. Jakiekolwiek próby powrotu do dyskusji o
ustawie ograniczającej prawo do usuwania ciąży lub kwestii lekcji
religii w szkołach publicznych są dezawuowane jako odgrzewanie wojen
ideologicznych. Ideologia nie oznacza w tym miejscu narzędzia
rozpalającego groźne polityczne namiętności, lecz rodzaj tematu
zastępczego niedotykającego rzeczy naprawdę ważnych. Wobec wyzwolenia z
komunizmu ograniczanie wolności kobiet czy naruszanie liberalnego
minimum nie mogą jawić się jako prawdziwy problem.
O ile historię przed 1989 rokiem periodyzować można przez
odwołanie do „polskich miesięcy”, gdy walka o wolność przeplatała się z
przemocą, nikomu nie przychodzi do głowy, by historię współczesną
dzielić na tę przed i po Ożarowie. Determinacja pracowników, którzy
okupowali zakład prawie rok, i brutalność policji broniącej interesów
właścicieli z pewnością czynią to wydarzenie ważną cezurą. Bitym
robotnikom przed 1989 rokiem można współczuć i wpisywać ich działania w
walkę o wolność. Po 1989 roku bitym robotnikom można co najwyżej
współczuć, że nie rozumieją praw rynku i logiki dziejów. Wolność
przecież już mamy - upadł komunizm.
Alibi, jakie zapewnia absolutyzowanie różnicy obecnego
systemu względem realnego socjalizmu, zaważyło także na zlekceważeniu
kwestii tortur. Być może w Polsce za przyzwoleniem władz państwowych
torturowano ludzi. Media z pewnością za długo puszczały mimo uszu
informacje o naruszaniu praw człowieka w naszym kraju. Tłumaczenia
dziennikarzy, które potem słyszeliśmy, że działali, kierując się zasadą
bezpieczeństwa kraju, były najlepszym oskarżeniem, jakie mogli wobec
siebie sformułować liberalni redaktorzy. Najsmutniejsze w tym wszystkim
jest to, że Polska wzięła udział w psuciu liberalnej demokracji przez
USA głównie dlatego, że tak bardzo wierzyła, iż jest już jej wcieleniem.
Moment krytyczny
Dziś na naszych oczach chwieje się porządek, który reklamowany
był jako system gwarantujący nieskończony wzrost i dobrobyt. Pojawił
się wyłom w tak hołubionej przez nas normalności. Nie bardzo wiadomo,
jak głęboki będzie kryzys, ale jedno jest pewne: przyjdzie nam zapłacić
za złudzenia. Być może wystarczą jakieś drobne korekty, ale równie
prawdopodobny jest scenariusz, w którym UE będzie musiała wymyślać się
od nowa. W tej sytuacji nie będzie już mowy o przenoszeniu kosztów i
odpowiedzialności na jednostki. Masy problemów nie uda się ukryć pod
jednostkowym poczuciem wstydu. Społeczne emocje zorganizowane zostaną
albo przez strach i powrót do narodowych partykularyzmów, albo przez
entuzjazm dla tworzenia jakichś form życia zbiorowego, transformujących
dotychczasowe tożsamości i interesy. Być może uda się przy okazji
poszerzyć obszary naszej wolności.
Tekst ukazal się w „Europie” 21-22 marca 2009.
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...