Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Dunin: Utracona cześć braci K. |
|
|
Kinga Dunin
|
|
18.09.2007 |
Bracia Kaczyńscy zrobili dla nas naprawdę dużo dobrego. Bo są to
pierwsi od lat naprawdę ważni polscy politycy, którzy do publicznej
debaty skutecznie wprowadzili istotne, ale trudne, drażliwe lub
nieostre, więc dotychczas uparcie przemilczane tematy.
Żaden polski polityk będący przy władzy nie miał odwagi otwarcie mówić
o rosnącym wciąż rozwarstwieniu, słabnącej spójności społecznej,
niesprawiedliwości, wyzysku. Bracia Kaczyńscy to robią.
Żaden rządzący polityk od czasu ministra Kuronia nie wpadł na pomysł,
żeby o państwie mówić nie tylko jako o wielkim przedsiębiorstwie, ale
też jako o wspólnocie ludzi, których łączy coś więcej niż produkcja,
handel i konsumpcja. Kaczyńscy taki język odkryli i zalegalizowali.
Żaden lider większości nie odważył się na wielką antykorupcyjną
krucjatę ani na zadarcie z egoistycznymi i niewydajnymi korporacjami
prawników, zwłaszcza z niefrasobliwymi sędziami i z lękliwymi
prokuratorami. Bracia Kaczyńscy się na to odważyli.
Żaden czołowy polityk nie miał od lat dość odwagi czy przenikliwości,
żeby otwarcie powiedzieć, że polskie media działają gorzej, niż
powinny, a zwłaszcza by podjąć niezwykle delikatną kwestię relacji
między mediami awładzą i jej tajnymi służbami. Kaczyńscy robią to
brawurowo.
Żaden polski prezydent ani szef będącej u władzy partii nie miał odwagi
publicznie powiedzieć, że szkoła nie tylko uczy, ale też wychowuje i
trzeba się zdecydować, do czego ma wychowywać. Bracia Kaczyńscy to
mówią.
Żaden czołowy polityk nie miał odwagi powiedzieć, że w nowoczesnym
świecie, w epoce globalizacji, zbiorowa tożsamość staje się wyzwaniem,
przed którym także państwo nie może się uchylać, i żaden ważny polityk
nie potraktował poważnie kryzysu demograficznego. Bracia się na to
zdobyli.
Kto jest autorem tej wzniosłej litanii do braci Kaczyńskich? Któżby jak
nie Jacek Żakowski. („Mój kłopot z panami K”. „Polityka”, 11/01/2006)
Wcześniej, tuż po wygranych przez Lecha Kaczyńskiego wyborach prezydenckich, Sławomir Sierakowski pisał:
Nie wiadomo, czy skończyła się III Rzeczpospolita, wiadomo na pewno, że
ostatecznie skończyło się poparcie dla niej. Wybierając Kaczyńskiego,
wbrew sprzyjającym Tuskowi mediom, wbrew wynikowi pierwszej tury, wbrew
zasadzie równowagi władzy, Polacy pokazali, że chcą zdecydowanej zmiany
zasad.
Wybór Lecha Kaczyńskiego traktowany jest przez wielu ludzi o lewicowych
poglądach jako narodowa tragedia. A ja się cieszę, że nie jest to Tusk.
Co więcej - myślę, że jest to szczęśliwy wybór. Z dwóch kandydatów
prawicy wygrał bowiem ten „prawdziwszy”, który nie ma szans udawać, że
jest prezydentem wszystkich Polaków.
Nie będzie też politykiem, który jednoczy i stara się nikomu nie
narazić, przeciwnie, podzieli Polskę. Może wreszcie będzie to podział
sensowny.
(„Kaczyński: szczęście w nieszczęściu”, „Gazeta Wyborcza” 25/10/2005)
Przywołane tu tak obszernie teksty oczywiście nie były peanami na
cześć nowej władzy. Sierakowski miał nadzieję na takie wyklarowanie
podziałów politycznych, które stworzy szansę na powstanie obok
“prawdziwszej” prawicy “prawdziwszej” lewicy. Żakowski narzekał, że na
trafnie postawione pytania PiS udziela błędnych odpowiedzi. Jednak w
jednym i w drugim wypadku propozycja ideowa Kaczyńskich traktowana była
z respektem, co nie jest jednoznaczne z poparciem, ale stanowi właściwą
płaszczyznę cywilizowanej polityki.
Powiedzmy sobie od razu, że utyskiwania Żakowskiego trzeba uznać za
naiwne. Istotą pluralistycznej demokracji jest współwystępowanie
rozmaitych odpowiedzi na te same pytania i jasne, że prawicowi
Kaczyńscy odpowiadają na nie na swój konserwtywno-prawicowy sposób.
Mają wyraźny światopogląd, który nie jest przecież prostym obrazem
rzeczywistości, ale zawiera też przekonania na temat jej sensu oraz
wartości i oceny wpływające na kształt ich programu politycznego. I nie
oni jedni mają światopogląd, dlatego też różnimy się w kwestiach
ogólnych i szczegółowych.
Inaczej rozumiemy i inną wagę ma dla nas tożsamość zbiorowa. Dzieli nas
stosunek do przeszłości (w tym do rozliczeń), do Europy, ekologii,
kwestii obyczajowych. Inaczej postrzegamy rolę Kościoła. Jednym bliższa
jest idea wolności, innym sprawiedliwości, jednym jednostka, drugim
rodzina. Różnice można mnożyć, tworzą one rozmaite, krzyżujące się
podziały, trudno jednak zaprzeczyć ich realności. Warto o nich
pamiętać, zanim oskarży się elity o niesprawiedliwe potraktowanie
projektu IV RP, i nie warto sprowadzać cynicznie całego problemu do
prostej gry interesów. Otóż elity (albo raczej ich część) nie poparły
projektu IV RP, gdyż był on im światopoglądowo obcy. Dla lewicy, tej
“prawdziwszej”, z głębokich powodów ideowych, dla elit
reprezentatywnych dla III RP dlatego, że w ogóle ośmielił się być
ideowy, podczas kiedy światem rządzić ma niewidzialna ręka rynku, a
wszelkie projekty mają być zastąpione przez autoregulację.
W III RP królował bowiem mit jedynie słusznej drogi, jeśli chodzi o
gospadarkę, i skrajny pragmatyzm oraz oportunizm w pozostałych
kwestiach. Gładcy i nijacy przywódcy próbowali zadawalać wszystkich i
unikać konfliktów, wykorzystując w ten sposób uzyskany pozór
społecznego spokoju do umacniania własnej władzy i pozycji. Nie jest
jednak prawdą, że posiadali pełne poparcie elit. To właśnie
intelektualne elity szlifowały koncepcje liberalnej demokracji, praw
człowieka, tolerancji, otwartości na świat. Wciaż też istnieli
tradycyjni inteligenci gotowi niepokoić się rosnącymi nierównościami i
niesprawiedliwością społeczną, a dla nich socjalny – w założeniach – projekt Kaczyńskich mógł stanowić pewną zachetę.
Tak więc od początku Kaczyńscy mieli przeciwko sobie elity, które po
prostu mają inne poglądy: lewicowe albo neoliberalne. Czy istniała
szansa, aby je przekonać? Może zresztą lepszym pytaniem jest, czy
istniała szansa, aby nie antagonizować ich do tego stopnia, znaleźć
sojuszników choćby w niektórych sprawach, część elit zneutralizować?
Kaczyńscy sformułowali mocny projekt ideowy, co wyostrzyło i uwyraźniło
pozycje ich przeciwników. Sądzę jednak – proszę raz jeszcze przeczytać
litanię Jacka Żakowskiego do barci K. - że nie musiło skończyć się to
aż taką nienawiścią, wrogością i nieprzezwyciężalnym antagonizmem, lecz – w idealnej sytuacji - właściwym sferze politycznej agonem. I
wstępnie szansa taka istniała, gdyż przynajmniej cześć elit, choć
obcych światopogladowo Kaczyńskim, była gotowa obdarzyć ich
szacunkiem należnym “szlachetnemu przeciwnikowi”. Pełnego poparcia dla
projektu IV RP wraz z jej ideowym zapleczem Kaczyńscy nie uzyskaliby
nigdy, mogli jednak ucywilizować ideowe podziały.
Dowodem na to, że można zachować szacunek, nawet będąc prawicowym
fundamentalistą, jest przypadek Marka Jurka, mimo że jego poglądy z
trudem mieszczą się w ramach liberalnej demokracji. Cechuje go jednak
ogłada, opanowanie i umiejętność prezentacji siebie jako człowieka
zasad. Marzyło się to też Kaczyńskim, jednak po wyborze koalicjantów,
obronie niekompetentnych urzędników, rozmowach z Beger, popisach
arogancji i otwartego cynizmu, kłamstwach Ziobro (lub premiera) ta
droga kreacji swojego wizerunku okazała się prowadzić do coraz większej
kompromitacji. Inna sprawa, że szlachetny i bezkompromisowy
fundamentalizm też jest prostą drogą do marginalizacji i ostatecznie -
klęski. Wtedy jednak pozostaje przynajmniej szacunek.
W tym miejscu od ideowych pryncypiów przechodzimy do imponderabiliów,
lecz ich rola w kształtowaniu postaw jest, jak wiadomo, trudna do
przecenienia. Jak można popierać premiera, który oskarża swojego
politycznego przeciwnika, Donalda Tuska, o to, że jest gotów zniżyć się
do współpracy z ludźmi pokroju Leppera i Giertycha? Wizerunkowo dla
PiS-u koalicjanci ci byli zabójczy, ale odwracanie tego argumentu jest
czymś, czego w ogóle nie da się wytłumaczyć. Zasada “cel uświęca
środki”, może być stosowana wyjątkowo, ale jako permanentna reguła
prowadzi do przykrego dysonansu poznawczego. Pragmatycy likwidują go
poprzez skupienie się na efektywności, moraliści przez jednoznaczne i
nie znające półcieni potępienie.
Elity, do których społecznej roli wciąż należy moralizownie, niekiedy
ten ostentacyjny rozziew między głoszonymi ideami a praktyką polityczną
wykorzystywały instrumentalnie, ale patrząc na rzesze inteligenckie
widać było, że są to odruchy autentyczne. Również wśród wcześniejszych
zwolenników PiS, tych mniej związanych z realną polityką, bardziej
wrażliwych na jej wymiar symboliczny i estetyczny; z całą pewnością
dotyczyło to inteligencji twórczej. Z każdą zmianą w rządzie panująca
ekipa stawała się dla nich coraz bardziej odrażająca. A kiedy jedni
odrażający panowie zaczęli donosić na drugich, powszechnym odruchem
szeroko rozumianych elit jest wycofanie się na jeszcze bardziej
estetyczne i moralistyczne pozycje. I w czasie następnej kampanii
wyborczej dla PiS-zaśpiewają zapewne już tylko Andrzej Rosiewicz i
Violetta Villas.
Są też w końcu prawicowe elity. Część z nich, kiedyś bardzo starająca
się poprzeć Kaczyńskich, dziś zajmuje się opisywaniem swego
rozczarownia, część doradza dawnym idolom, co mają zrobić, aby jednak
sprostać ideałom, wreszcie niektórzy gotowi są wytłumaczyć każde
posunięcie władzy, ale tłumaczenie to staje się kolejnym dowodem
zbrodni. (Tylko winni muszą się tak gęsto tłumaczyć.)
Czy można było tego uniknąć, a przede wszytkim, czy chciano? Wydaje
się, że PiS zupełnie świadomie postawił na elektorat
konserwatywno-ludowy. Na ojca Rydzyka i jego koncern. Na odruchy
populistyczne, które najlepiej buduje się na niechęci do grup
uprzywilejowanych. Możliwe, że niechęć ta jest uzasadniona, nie oznacza
to jednak, że nie może być podsycana i wykorzystywana instrumentalnie.
Tak jak pisałam, na pełne zrozumienie i poparcie polskich elit
Kaczyńscy nigdy nie mogli liczyć, ale mieli pewien kredyt zaufania do
swojej bezinteresownej ideowości i mogli z czasem zasłużyć na szacunek – choć niekoniecznie na wyborcze głosy. W tej sytuacji pójście z ludem
przeciwko elicie mogło wydawać się rządzącym skuteczniejsze. Może
zresztą jest to słuszna strategia. Wobec tendencji
klerykalno-konserwatywnych mocno obecnych w Polsce, ogromu
nierozwiązanych problemów społecznych owocujących populizmem, silnej
politycznej funkcji Kościoła może ona doprowadzić do zbudowaniu sporego
żelaznego elektoratu, który oczekuje wizyt na Jasnej Górze i pogardy
wobec elit. Lubi też politykę traktowaną jak wojnę, na której wszystkie
chwyty są dozwolone.
Skoro niemożliwe okazało się zdobywanie legitymizacji i poarcia elit
poprzez spójną postawę ideową, Kaczyńscy niekiedy próbowali drogi
pragmatycznego zbliżania się do centrum. Symbolem tej tendencji może
być, między innymi, postać Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która – zauważmy
to – mimo różnic ideowych nigdy nie była brutalnie atakowana na
przykład przez środowiska feministyczne. (Dużo gwałtowniej atakowało ją
prawe skrzydło własnej formacji.) Rzeczowość, przejęcie części
postulatów przeciwników, nie obarażanie nikogo ponad potrzebę – to
także jest droga do realizacji swoich celów. Spójrzmy na Sarkozy'ego,
który wygrawszy dzięki przejęciu głosów skrajnej prawicy, po wyborach
natychmiast zajął się obłaskawianiem socjalistów, kobiet i mniejszości
etnicznych.
Takie gesty były też czynione. Kaczyńscy przez chwilę stali się
obrońcami “kompromisu” antyaborcyjnego czy Gombrowicza. Jednak wobec
dominującego stylu uprawiania polityki były to maleńkie kwiatki do
kosmatego kożucha. Ostatecznie zaś zawsze wybierano swój elektorat i
swoich konserwatywnych sojuszników. Przypomnijmy, jak szybko nowy
minister edukacji pozbył się wątpliwości co do oceny z religii.
Natomiast w sprawie aborcji Kaczyńscy mieli poparcie Kościoła, kto wie,
co by było, gdyby biskupi postanowili inaczej.
W jednej jednak kwestii odstępstwo od mocnych programowych deklaracji
było stałym elementem polityki. To gospodarka. Na ostatniej konwencji
partyjnej Jarosław Kaczyński, zachwalając sprawiedliwe i solidarne
państwo, mówił to w kwadrans po wystąpieniu Zyty Gilowskiej, która
obiecywała obniżanie podatków, zbliżanie się do podatku liniowego i
ograniczenie roli państwa. I trzeba przyznać, że elity zainteresowane
tylko tą częścią programu wcale nadmiernie PiS-u nie atakowały.
Oczywiście, każdy prosocjalny wydatek z budżetu spotykał się z
reprymendą, ale tak traktowano wszystkie dotychczasowe rządy.
Jednocześnie jednak podkreślano, że jak dotąd Kaczyńscy nie
przeszkadzają gospodarce. Rzecz jasna wzrost gospodarczy nie jest ich
zasługą, tylko szerszych procesów, ale nie szkodzą, choć można by ich o
to podejrzewać. Elity, których opinie pojawiają się zawsze jako
“reakacje rynków światowych” nie były szczególnie zaniepokojone.
Pozostaje zatem odpowiedzieć na ostatnie pytanie, dlaczego elity nie
wsparły rządzącej formacji w walce z korupcją, układem i szarą siecią.
Istotnie, sfera publiczna, szczególnie styku biznesu z polityką, nie
spełnia w Polsce demokratycznych standardów i zmiana tego stanu rzeczy
jest zadaniem, które powinno być akceptowane przez wszystkich, którzy
sami nie czerpia profitów z przynależności do układu. A sadzę, że
większość szeroko rozumianych elit w bezpośredni sposób ich nie
czerpie, wystarczą im ogólne mechanizmy kapitalizmu, które postawiły je
mimo wszystko po stronie beneficjentów transformacji. W tym zakresie
Kaczyńscy nie stanowią jednak zagrożenia, a na użytek swojego
elektoratu zawsze mogą przeczołgać jakiegoś oligarchę. Przy
woluntarystycznym stylu polityki obecnej ekipy dla konkretnych osób
może to stanowić zagrożenie, nie ma ono jednak charkteru systemowego.
Tutaj kończą się spory ideowe i kwestie estetyczne, zaczyna natomiast
działać prosta biblijna zasada: “po owocach ich poznacie”. Pomińmy
hipotezy dotyczące źródeł i składu korupcyjnych sieci, to, czy naprawdę
ich korzenie tkwią w przeszłości, PZPRze i agenturach. Jaki by nie był
kształt i zapach tej patologii – powinna zniknąć. W tym wypadku jednak
ocenia się władzę, szczególnie taką, która już jakiś czas rządzi, nie
po deklaracjach i przechwałkach, ale poprzez widome efekty jej
działań. A te jakie są, każdy widzi. Korupcja w ministerstwie
rolnictwa? Może, ale nawet gdyby prowokacja CBA się powiodła i tak
wykazałaby jedynie, jak dalece sięga podatność Andrzeja Leppera na
pokusy. Kryzys, który to spowodowało, w istocie ujawnił takie zwyczaje
panujące za fasadą pisowskiej władzy, które mogą budzić niepokój, ale
też wszystko wskazuje na to, że raczej chodziło o rozgrywki w rządzącym
obozie niż prawdziwą próbę sanacji.
I znowu pojawia się pytanie: dla kogo to całe widowisko, łapanie
lekarza-mordercy, brygady antyterrorystów rzucające zatrzymanymi o
ziemię, by zakuć ich w kajdanki? W ten sposób raczej nie uwodzi się
elit. Dla elektoratu PiS-u jest to jednak jasny sygnał: nareszcie mamy
rząd facetów z jajami, którzy coś robią; pogardzani przez wyniosłe
elity, zdradzani przez fałszywych przyjaciół walczą jak lwy ze złem. I
to Kaczyńskim wystarczy, a sceptycyzm elit jest im nawet na rękę.
Wątpliwości dotyczące zakresu działania różnych służb, ich prerogatyw,
praw obywtelskich, powoływanie się na prawne niuanse, całe to elitarne
dzielenie włosa na czworo pokazuje, jak bardzo potrzebny jest tu
szeryf, kierujący się prostymi i zrozumiałymi zasadami.
Krótko mówiąc, elity nie poparły projektu IVRP, bo Kaczyńskim do
niczego nie jest to potrzebne, a nawet mogłoby zaszkodzić. Zyski, jakie
im to przyniesie, obliczymy po wyborach, to zaś, co na tym stracili, to
szacunek, a właściwie “szacowność”. Jest to kategoria raczej
socjologiczna niż etyczna, wyraźnie zabarwiona klasowo i odnosząca się
do zespołu norm określających właściwe i przyzwoite zachowanie
przypisane do określonej pozycji społecznej i służące podtrzymaniu
społecznego ładu. Oczywiście to elity stoją na straży reguł
“szacowności”. (Koalicję zniesmaczonych Kaczyńskimi mieliśmy okazję
obserwować na konferencji zorganizowanej przez Kawaśniewskiego, Wałesę
i Olechowskiego, na której prof. Zoll znalazł się obok Piskorskiego, a
prof. Osiatyński obok Wachowskiego. To pospolite ruszenie inteligencji
i nowych elit trudno jednak uznać za dowód szczególnej politycznej
przenikliwości.) Natomiast Kaczyńscy wraz ze swoją formacją w
rewolucyjny sposób owe reguły złamali. I to właśnie jest ten rów
wykopany między elitami i braćmi K. Wśród dziesiątków powodów
odrzucenia wizji politycznej PiS-u – od światopoglądowych po mniej lub
bardziej wyraźnie uświadomioną obronę własnych interesów – ten też
warto zauważyć. Elity po prostu nie lubią Kaczyńskich - i już!
Przydeptane sznurowadła, reklamówka w rękach pierwszej damy, brak konta
to już tylko kolejne dowody na utratę “właściwości honorowych”. A
zapiekłość tej niechęci jest tym większa, im silniejsze poczucie, że
Kaczyńscy zdradzili swoją klasę. Zachowując pewne wyróżniki bycia
“żoliborskimi inteligentami”, przerzucili most na drugą stronę
stratyfikacyjnej drabiny. Może wyciagnęli wnioski z porażki Unii
Wolności, a może z sukcesów Andrzeja Leppera, w każdym razie obnażyli
przy okazji siłę klasowych odruchów w polityce.
Jeśli nie pomyliłam się, to nadchodząca kampania wyborcza bez względu
na strukturalizujące ją hasła, takie jak Polska solidarna i liberalna,
kolejny raz okaże się wojną między dyktowaną przez elity
“szacownością”, a dążeniami reszty do bycia szanowanym. U jej podłoża
leżą całkiem realne społeczne podziały i bolączki, wciąż jednak nie
widać szans na to, aby przełożyły się one na sensowne podziały
polityczne.
Pełny tekst, którego skrócona przez redakcję wersja ukazała się w „Europie”, dodatku do „Dziennika” z 15-16 września 2007.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 18.09.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...