Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Dunin: Solidarni bez Kościoła |
|
|
Kinga Dunin
|
|
12.11.2007 |
Polsce potrzebne jest ostre odgraniczenie sfery religijnej od politycznej. Z miejsc publicznych powinny zniknąć krzyże, religia z publicznych przedszkoli i szkół, obchodom świąt państwowych nie powinny towarzyszyć ceremonie religijne.
Załóżmy, że ci, którzy popierali PiS, istotnie zostali uwiedzeni hasłem
„solidarna Polska”, i spróbujmy je w najprostszy sposób rozszyfrować.
Mieści ono w sobie dwa komponenty: równość, rozumianą przede wszystkim
jako opiekuńczość, oraz wspólnotowość. W wydaniu PiS-owskim dość
oczywiste jest też, o jaką wspólnotę chodzi - tradycyjną, narodową,
katolicką. Co można zrobić z takim elektoratem? Albo co można zrobić
dla niego?
Po pierwsze, jak to zrobiło PO, można było wygrać wybory w starciu z
reprezentującą taki właśnie elektorat partią - i dalej prowadzić
politykę pomijającą potrzeby tej grupy. Rezultatem tego skądinąd
najwygodniejszego scenariusza może stać się jednak wygrana PiS-u w
następnych wyborach, a w najczarniejszej jego odmianie stała
polaryzacja sceny politycznej i trwająca latami wymiana władzy między
PiS-em a PO. Do czasu, kiedy ktoś wreszcie zastanowi się, co zrobić z
interesami oraz potrzebami tych kilku milionów obywateli.
Wolny rynek ponad wszystko
Zacznijmy od interesów ekonomicznych. Powszechnie uznaje się, że
PiS-owi udała się sztuczka polegająca na wprowadzeniu do zbiorowej
świadomości prostego podziału na tych, którzy są za liberalnym rynkiem,
i tych, którzy są za państwem opiekuńczym. U podstaw tego podziału leży
jednak funkcjonujące od lat w debacie publicznej na prawach dogmatu
przekonanie, że efektywność gospodarczą można osiągnąć jedynie
zdecydowanie ograniczając opiekuńcze funkcje państwa, rolę związków
pracowniczych itp. Musimy zatem wybierać: albo-albo, nie można mieć
ciastka i go zjeść.
W tej poetyce Donald Tusk opowiadał o Polakach uciekających z
socjalistycznej Polski do liberalnej Irlandii. Zapomniał tylko dodać,
że w Irlandii są progresywne podatki z najwyższym progiem na poziome 42
proc., związki zawodowe kilkakrotnie liczniejsze niż w Polsce, a
zabezpieczenia socjalne dużo lepsze. I taki to liberalizm. Dużo mówi
się u nas o amerykańskich sukcesach gospodarczych, a niewiele albo
nieprawdziwie o dobrze prosperującym modelu skandynawskim. Oczywiście,
zawsze będą istniały partie bardziej liberalne gospodarczo i bardziej
socjalne. I to te drugie mogłyby być odpowiedzią na potrzeby elektoratu
PiS-u, szczególnie gdyby od słów i deklaracji przedwyborczych przeszły
do czynów.
Ale dla ukształtowania sceny politycznej tak, aby taka alternatywa
mogła uczciwie zaistnieć, niezbędne jest uderzenie w samo jądro
neoliberalnego dyskursu - czyli przekonanie, że nie ma wzrostu PKB bez
zdecydowanego zahamowania „roszczeń” słabszej części społeczeństwa.
Taki paradygmat myślenia, przedstawiany jako jedyny możliwy i
bezdyskusyjny, jest w dużej części odpowiedzialny za populistyczną
reakcję, z którą z zasady się nie dyskutuje i ją lekceważy -
oczywiście, dopóki populiści nie wygrają wyborów.
Liberalny naród
A co zrobić z pragnieniem zakorzenienia w jakiejś wspólnocie?
Nowoczesną odpowiedzią na etniczną wspólnotę narodową jest -
przynajmniej teoretycznie - koncepcja „narodu liberalnego”, opartego na
obywatelstwie. Takiego, w którym nie pyta się obywateli ani o
narodowość, ani o wyznanie, ani o orientację seksualną. Tkanką takiego
obywatelskiego „narodu” jest dobrze zorganizowane państwo i silne
samorządy. Przede wszystkim jednak to, z czym obywatel styka się na co
dzień. Ulice, drogi, komunikacja publiczna, czystość i stan środowiska
naturalnego, życzliwe urzędy, przyjazne prawo, służba zdrowia nie tylko
dostępna, ale także przestrzegająca praw pacjenta, dobry system
emerytalny, ale i efektywne działania zapobiegające dyskryminacji ludzi
starszych, równość wobec prawa uwzględniająca problem płci. Wymagałoby
to głębokich zmian w edukacji: mądrze prowadzonego wychowania
obywatelskiego, kształtowania postaw otwartości i tolerancji,
zmniejszenia konkurencji, a za to zwiększenia nacisku na współpracę.
Zamiast mundurków można by wprowadzić treningi komunikacji bez przemocy.
Przydałoby się też inne podejście do przestrzeni publicznej - czyli
wspólnej. Kiedy w Warszawie przejdziemy z dworca Centralnego do Złotych
Tarasów, dostajemy jasną nauczkę: kapitalizm jest piękny, a to, co
wspólne, musi śmierdzieć. W tej sytuacji trudno czuć się członkiem
dobrze funkcjonującej wspólnoty, pozostaje jedynie rola konsumenta i
frustracja tych, którzy nie bardzo mogą sobie na konsumpcję pozwolić.
Oczywiście, warto też wspierać wszelkie organizacje społeczne, a władza
powinna nareszcie nauczyć się ich słuchać. Gdyby kolejne rządy słuchały
ekologów, nie byłoby problemu Rospudy.
Kruchta koniunkturalistów
Nie łudźmy się jednak, że taki rodzaj obywatelskiej wspólnoty - nawet
gdyby udało się ją stworzyć - może automatycznie zastąpić tradycyjne
przynależności i tożsamości, których najsilniejszą ostoją i opoką w
Polsce jest Kościół. Od 1989 r. polityczny koniunkturalizm czy też
specyficznie pojęty pragmatyzm, a może i dobra wola kolejnych ekip dały
mu mocną polityczną pozycję. I chyba nietrudno jest zrozumieć, że w
ostatecznym rachunku przełożyło się to na wzmocnienie elektoratu PiS-u,
a Kościół stał się quasi-partią. W rezultacie nie jest punktem
odniesienia dla swoich wyznawców, lecz stara się swój światopogląd
narzucić wszystkim. A w tej chwili każda próba odebrania Kościołowi
jakichkolwiek prerogatyw prawnych czy zwyczajowych oznacza ostry
konflikt społeczny i oskarżenia o wszczynanie wojny z religią.
Nie chodzi jednak o wojnę z religią, antyklerykalizm czy tym bardziej
naukowy ateizm - Polsce potrzebne jest ostre rozgraniczenie sfery
religijnej od sfery politycznej. Stworzenie warunków, w których ludzie
swoje potrzeby religijne, a także wspólnotowe czy tożsamościowe,
załatwialiby w Kościele i tworzonych przezeń organizacjach, a interesy
polityczne - w liberalno-demokratycznym państwie. Z miejsc publicznych
powinny zniknąć krzyże, religia z publicznych przedszkoli i szkół,
obchodom świąt państwowych nie powinny towarzyszyć ceremonie religijne.
Dla całkowitego wyjaśnienia sytuacji właściwe wydaje się wprowadzenie
podatku kościelnego jako podstawy finansowania związków wyznaniowych
przez ich uczestników. Chodzi też o wypracowanie takich politycznych
obyczajów, by ostentacyjne uczestnictwo w obrzędach religijnych
reprezentantów państwa po prostu nie uchodziło.
Dobry PiS, byle mały
W kwestiach takich jak dobrobyt społeczny czy przyzwoicie zorganizowane
państwo, na poziomie deklarowanych celów, istnieje powszechna zgoda -
różnice dotyczą środków i konkretyzacji tych wizji. Nie ma partii,
która nie obiecywałaby dobrobytu dla wszystkich i coraz lepszych
urządzeń społecznych; wszystkie dotychczasowe rządy mimo swojej
nieporadności, niekompetencji i partyjniactwa cele te próbowały
realizować. I przy pewnej pomocy Unii Europejskiej staliśmy się koniec
końców państwem bogatszym i pod pewnymi względami lepiej urządzonym.
W kwestii miejsca Kościoła w państwie taka zgoda też istnieje. Przy
pewnych różnicach retorycznych między rozmaitymi podmiotami
politycznymi, w tym także najważniejszymi mediami, i tak wiadomo, że
wszystko ma zostać tak, jak jest. Przynajmniej jako decorum.
Dla elektoratu PiS-u oznacza to nieustanne paliwo polityczne, dla
reszty mniejszy lub większy dystans wobec coraz bardziej
anachronicznego państwa. Dystans ten jednak niekoniecznie musi
przeradzać się w gotowość poparcia partii otwarcie głoszących projekt
rozdziału religii od polityki. Mało kto bowiem dostrzega związek między
aliansem z Kościołem a kłopotami z transformacją w „naród liberalny”.
Wielu uważa, że ostatecznie wszystko to załatwi rynek, unowocześniając
Polaków na swoją modłę. Tylko że zbiorowisko konsumentów i „liberalny
naród” to jednak nie to samo.
Co taka zmiana oznaczałaby dla elektoratu PiS-u? Konieczność nauczenia
się bardziej liberalnych i dostosowanych do wymogów współczesnego
świata, a przede wszystkim Europy, reguł demokracji. Oraz przeniesienia
aktywności politycznej z szeregów Rodzin Radia Maryja, czy w ogóle
Kościoła, do bardziej stosownych instytucji. Czego by taka zmiana
jednak nie oznaczała? Konieczności zmiany tożsamości, przekonań, stylów
życia, ograniczenia pola działania niepolitycznych organizacji
katolickich.
Łatwo jest projektować, trudniej jest budować i zmieniać. Nie wierzę
więc w natychmiastową ani tym bardziej pełną realizację tego projektu,
ale wierzę, że mimo wszystko jest to możliwy kierunek rozwoju. Czy,
gdyby chociaż w jakiejś mierze udało się wprowadzić go życie, PiS
straciłby cały swój elektorat? Nie sadzę, pozostałby mu elektorat rzędu
5-10 proc. I bardzo dobrze, bo każdy powinien mieć swoją reprezentację
polityczną.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 10-11 listopada 2007.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 12.11.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...