Dlaczego wciąż tkwimy w kręgu szkodliwych konserwatywnych mitów
Cóż to właściwie jest ten liberalizm? Powiedzmy - symbolicznie
- że jego ojcem jest Adam Smith, matką John Stuart Mill, a on sam
powstał, by uporać się z dziedzictwem feudalizmu. Ta para rodziców
zgadza się zatem ze sobą, że potrzeba nam ogólnych, uniwersalnych zasad
przeznaczonych dla ludzkich jednostek, obywateli, a nie dla
tradycyjnych wspólnot. Poza tym jednak wiele ich różni. Podczas gdy
ojciec pcha nas do pełnej, czasem okrutnej wolności, matka, jak to
matka, ostrzega, że wolność niepoddana żadnej etyce czy regulacjom
łatwo może przerodzić się we własne przeciwieństwo - zaowocować
monopolami w gospodarce i dyktaturą większości w demokracji. Trudno
więc mówić o jednej, spójnej liberalnej doktrynie politycznej, tym
bardziej o takiej, która gdziekolwiek została w pełni wcielona w życie.
Liberalizm nie jest zbiorem nieruchomych zasad, ale pewną społeczną
praktyką, w której widać zarówno wpływy ojca, jak i matki.
W Polsce - jak to w kraju patriarchalnym - dominuje
liberalny ojciec, matką natomiast jest konserwatywny Kościół. Kościół -
matka nasza. A mnie brakuje matki liberalnej, która szanowałaby prawa
człowieka, pragnęła równego podziału wolności, proponowała możliwie
jasne i uniwersalne zasady sprawiedliwości, ale potrafiła też dostrzec
konkretne, ludzkie sytuacje. Która byłaby empatyczna, a nie ideologiczna.
Odwołajmy się do konkretnego przykładu. Dla mnie prawa
mniejszości seksualnych to kwestia pewnych ogólnych zasad: każdy, kto
nie szkodzi innym, ma takie samo prawo do godności, publicznego
eksponowania swojej tożsamości, prawnej ochrony związków. Nie tylko
nieetyczna, ale w gruncie rzeczy irracjonalna wydaje mi się sytuacja, w
której jedna mieszkająca wspólnie bezdzietna para może skorzystać z
małżeńskich przywilejów, a druga nie tylko dlatego że jest
jednopłciowa. Kiedy jeden polityk może chwalić się żoną, a inny nie
może pochwalić się swoim mężem. Z mojego punktu widzenia społeczeństwo
polskie jest do tego stopnia nieracjonalne i niekonsekwentne w
wyznawanych poglądach, że staje się po prostu nieetyczne. Nie mieszczę
się (i chyba nigdy nie mieściłam) w tej przedziwnej mieszaninie
konserwatyzmu z liberalizmem, starych odruchów z nowym wygodnictwem i
poglądami tworzonymi ad hoc wtedy, gdy tak jest komuś na rękę. Skąd
bierze się to nasze wewnętrzne pomieszanie?
Po pierwsze brak odruchów
Pierwszy poważny problem w Polsce polega na niezrozumieniu i
niezinternalizowaniu liberalnych odruchów wynikających ze zgody na
różnorodność i - co może jeszcze trudniejsze tu do pojęcia - pragnienia
równego podziału wolności. Liberalizm, do którego jestem przywiązana,
to doktryna egalitarna! Trudno w tym miejscu nie przyznać, że równy
podział wolności to zadanie trudne, niewdzięczne i prawdopodobnie
niewykonalne, co nie zmienia tego, że jest wyzwaniem i wiecznym zadaniem.
Warto byłoby, aby Polacy zrozumieli, że prawdziwy liberał to
człowiek, który nawet jeśli osobiście przywiązany jest do pewnych
konserwatywnych wartości, godzi się, by inni ludzie postępowali tak jak
chcą. Człowiek taki jak Daniel Bell, który twierdzi, że chociaż
osobiście jest przeciwnikiem aborcji, nie znajduje żadnego rozsądnego
powodu, by jej komukolwiek zabronić. Inna sprawa, że równy podział
wolności w wypadku tych, którzy mają jej więcej od innych, oznacza
ograniczenie ich wolności. Wolności do narzucania swoich poglądów
innym. Grupy domagające się równego udziału w wolności postrzegane są
zwykle jako roszczeniowe, a wydawałoby się, że wolność nie jest grą o
sumie zerowej i że nikomu jej nie ubywa. Trzymając się naszego
pierwszego przykładu: prawo do zawierania związków jednopłciowych nie
ogranicza niczyjego prawa do ich niezawierania. Nikomu niczego nie
narzuca - oczywiście poza koniecznością przyznania innym takiej samej
porcji wolności, jaka nam przysługuje.
Proste zasady leżące u podstaw liberalizmu wymagają
spełnienia licznych warunków, gdy pragniemy wprowadzić je w życie. Tak
naprawdę liberalizm - tu zgadzam się z Ryszardem Legutką - jest
systemem nie tylko politycznym, ale i etycznym dość drobiazgowo
mówiącym, co ludzie powinni robić, skoro uznają wolność za podstawową
wartość. I zgadzam się, że liberalizm jest zaborczy, nie kończy się na
postulatach dotyczących władzy politycznej, ale chce też liberalnej
sfery publicznej, liberalnej szkoły, liberalnej rodziny. I cóż w tym
złego? Dlaczego naszą narodową specjalnością ma być wychowawczy klaps?
I czemu jedyną rzeczą, która przychodzi nam do głowy poza tym, jest
tzw. permisywne wychowanie, czyli brak wychowywania. Liberalna rodzina
to - najprościej mówiąc - model propagowany przez „Supernianię”. Nie
uznałabym za zagrożenie wolności sytuacji, w której zamiast gościć w
prywatnej telewizji, zagościł on w polskim ustawodawstwie w postaci
zakazu kar fizycznych.
Decyzja o liberalizacji społeczeństwa oznacza zatem
konieczność podjęcia wielu politycznych i prawnych działań, które mają
doprowadzić do urzeczywistnienia pewnych wartości i zakorzenienia ich w
świadomości społecznej. Jeżeli na przykład uważamy, że prawo do
skorzystania z instytucji małżeństwa, z jej uprawnieniami i
obowiązkami, ma przysługiwać nie tylko parom heteroseksualnym, ale
również jednopłciowym, to żeby stało się to mentalnie możliwe dla
społeczeństwa, trzeba jeszcze wielu działań edukacyjno-wychowawczych.
Oznacza to piętnowanie homofobii, nawet jeśli w rezultacie będziemy
musieli ograniczyć dopuszczalność pewnych treści w wypowiedziach
publicznych, tak jak to ma miejsce z rasizmem czy antysemityzmem. Jakoś
się do tego przyzwyczailiśmy - i nie budzi to powszechnych protestów
ani poczucia zakneblowania. Być może należy uznać homofobię za mowę
nienawiści i karać, tak jak ma to miejsce w Szwecji. W społeczeństwie
masowym wszelkie zmiany mentalności odbywają się również przez
publiczną edukację, a więc centralnie sterowane działania będące
częścią polityki państwa. Stoimy tu przed wieloma wyborami: albo
wpiszemy zajęcia o mniejszościach do planu zajęć wychowawczych, albo
nie. Albo zmienimy sposób przedstawiania kobiet w podręcznikach, albo nie.
Po drugie polskie dwójmyślenie
Brak wykształconych liberalnych odruchów nie jest jednak
największym problemem. Kolejny problem jest bowiem nie mniej poważny:
brakuje nam konsekwencji w tym, jak myślimy o świecie i jak postępujemy.
Nie wiem właściwie, skąd wziął się mit o wyjątkowym
konserwatyzmie Polaków, bo choć na tle państw Europy Zachodniej
zachowują się oni bardziej konserwatywnie, dynamika zmian społecznych
jest dziś tak duża, że szybko możemy dołączyć do innych krajów.
Rozwodzimy się, zaczynamy wcześniej współżycie seksualne, a parą roku
„Gali” została para gejów. Istnieje jednak silny rozdział sfery
publicznej od prywatnej. Choć przepisy zabraniają różnych rzeczy,
wszyscy wiemy, że nasze państwo nie kontroluje wszystkiego ściśle i
wszyscy mają świadomość, że „jakoś to będzie”. Jakoś zrobi się in
vitro, jakoś zrobi się aborcję… Jeśli nie jest to mała miejscowość i
mam pieniądze, mogę robić to, na co mam ochotę. Ta sfera, która się
modernizuje i liberalizuje, jest też - niestety - sferą rosnącej
indywidualizacji i stawiania na prywatne życie, sferą odpolitycznioną.
Tu jednak rządzi nie liberalizm republikański, który jednocześnie
ćwiczyłby nas w obywatelskości, lecz liberalizm pod hasłem: „niech
sobie państwo gada, co chce, póki za bardzo się nie wtrąca”. I w takim
zakresie Polacy są coraz bardziej liberalni. Pamiętajmy jednak, że
pokazanie rzeczonej pary roku - Raczka i Szczygielskiego - w Telewizji
Polskiej zostało uznane przez niektórych prawicowych publicystów za
koniec telewizji publicznej, żądano wręcz zamknięcia budynków na
Woronicza. W sferze publiczno-politycznej bowiem Polacy udają w
najlepsze, że są konserwatystami albo nieustannie idą z konserwatyzmem
na kompromis. Stosowana tu strategia to „tak, ale”. Mówimy: „tak,
aborcja jest bardzo zła, jest zabójstwem, ale pozwólcie na nią, bo
czasami jest mniejszym złem”. Dokonujemy zatem najpierw aktu
aksjologicznej zgody, by potem domagać się wyjątków. Mało kto ma odwagę
powiedzieć wprost, że w pewnych sytuacjach aborcja jest dobra i bywa
najlepszym wyjściem z sytuacji.
W prawo przesunięta jest cała sfera publiczna, łącznie ze
środowiskami na co dzień podkreślającymi swój liberalizm i lewicowość.
W wypadku SLD wszystko stało się jasne, gdy zrobiono badania opinii
jego członków: okazało się, że są oni raczej konserwatywni w swoich
deklaracjach. W istocie jest to bowiem partia, której deklaracje nie
przekładają się ani na liberalną wrażliwość, ani na przywiązanie do
pewnych wartości, choćby takich jak wolność, równość, braterstwo. Stare
symbole - naród, Pan Bóg - działają na Polaków o wiele mocniej, więc z
upodobaniem się ich używa. Jednak tam, gdzie kończy się rytuał, a
zaczyna codzienność, wartości te przestają działać. Brak mocnej
liberalnej propozycji oznacza jednak, że zamiast etycznej alternatywy
mamy do czynienia raczej z nihilizmem. Może zabrzmi to jak paradoks,
ale jestem przekonana, że konserwatywno-prawicowo-kościelni moraliści,
atakując bezpardonowo wszelkie inne propozycje etyczne i ich
przedstawicieli, w istocie odpowiadają za stępienie moralnej
wrażliwości społeczeństwa.
Po trzecie błędy transformacji
Jak doszło do sytuacji, którą obserwujemy dziś, po 20 latach
od powstania wolnej Polski? Po roku 1989 „Solidarność” spłacała dług
wobec Kościoła, a postkomuniści słusznie zawstydzeni swoją przeszłością
robili wszystko, by wyglądać „tak jak wszyscy”. Liberałowie, czy też
protoliberałowie, zamiast bronić swojej doktryny w szeroki sposób,
skoncentrowali się na kwestiach gospodarczych, bo z niewiadomych
przyczyn uznali, że wolny rynek w wystarczającym stopniu zagwarantuje
wolność. Moralność natomiast została oddana Kościołowi. I dziś nikt nie
dziwi się, gdy języka Kościoła używają politycy. Pozwala się więc na
to, by Jarosław Gowin mówił publicznie, że mrożenie zarodków jest
zabójstwem dzieci. Nikogo nie dziwi ta oparta na ściśle religijnym
języku argumentacja, choć Gowin reprezentuje partię, uchodzącą za jakoś
tam związaną z liberalizmem. W Polsce brakuje zarówno rządów, które
zdecydowałyby się na poważny zwrot liberalny, jak i wyrazistego
liberalnego programu. Platforma Obywatelska prezentuje konserwatyzm o
iście mydłkowatym obliczu. Jej program obyczajowy polega na dawaniu do
zrozumienia, że „platformersi” są bardzo przyzwoitymi konserwatystami,
ale przecież nie będą nikogo krzywdzić ani ścigać, bo są też równymi
chłopakami. Czyli róbta sobie, co chceta. Żeby program liberalnej
demokracji stał się dla Polaków ważny, być może trzeba byłoby jeszcze
lepszych Kaczyńskich, którzy konsekwentnie zrealizowaliby konserwatywny
projekt ideowy: na przykład doprowadzili do całkowitej likwidacji
podziemia aborcyjnego albo zakazali rozwodów (w końcu na Malcie ich nie
ma.). Wtedy być może wszyscy by się ocknęli. Państwa, które pragną być
uznawane za liberalne, musiały w ostatnich dziesięcioleciach zdecydować
się na rewolucje prawne. Jak wtedy, gdy Hiszpania wprowadziła
małżeństwa i adopcje dla par homoseksualnych, a Holandia zalegalizowała
eutanazję. Były to w istocie działania regulatywne, na pierwszy rzut
oka dalekie od „państwa minimum”. Choć rzecz jasna ich rezultatem jest
mniejsza ingerencja państwa w życie obywateli - państwo przestało być
właścicielem płodu czy panem czyjejś śmierci. Dla liberała to dość
straszna wizja, że człowiek może przyjść na świat, bo jego matka
została zmuszona do jego urodzenia, a potem nawet nie wolno mu
zdecydować o momencie, w którym chce ten świat opuścić.
Czy istnieje w Polsce baza społeczna dla większej
liberalizacji? Może nie jest ona tak szeroka, by tylko dzięki takim
hasłom można było wygrać wybory, ale wystarczająca, by podobne zmiany
nie wywoływały większego oporu społecznego. Polacy w większości nie są
gotowi umierać za legalizację aborcji, ale też nie byliby gotowi
umierać za jej zakaz.
Jeśli nie liberalizm…
Nie trzeba sięgać do Heideggera czy Schmitta, by krytykować
liberalizm. Poza konserwatywną krytyką, którą referował Robert
Krasowski w ostatniej „Europie”, są też inne, przede wszystkim
wynikające z pozycji lewicowych. Głoszą one na przykład , że liberalizm
nie odpowiada w wystarczającym stopniu na pytania o tworzenie wspólnoty
i spójność społeczną. Że bywa politycznie kunktatorski, gdy trzeba
podjąć się wielkich politycznych przedsięwzięć. Że w gospodarce nie bez
powodów kojarzy się z neoliberalizmem i jego społecznymi
konsekwencjami. Że uchyla się od bycia doktryną etyczną, choć w istocie
nią jest. Liberalizmowi lepiej by zrobiło, gdyby otwarcie przyznawał
się do swojego aksjologicznego zaplecza i potrafił zrobić z tego gorącą
propozycję pokazującą wartości, na których nam zależy. Sama zajmę się
bardzo chętnie lewicową krytyką liberalizmu… kiedy tylko będziemy go
naprawdę mieli.
To nieprawda, że liberalna demokracja jest propozycją słabą
politycznie: liberalizm tak samo jak konserwatyzm określa swoich
przyjaciół i swoich wrogów. Gdy chodzi o wolność dla wszystkich,
wrogiem jest wróg tolerancji - homofob, rasista, antysemita, religijny
fundamentalista, a także ktoś, kto godzi się na duże różnice
ekonomiczne. (Wolność potrzebuje oparcia w warunkach materialnych!).
Publicyści prawicowi, także ci z „Dziennika”, są tu zagubieni we
własnym dwójmyśleniu, bo z jednej strony zarzucają programowi
liberalnej demokracji miałkość, a z drugiej gotowi są uznać propozycje
odpowiadające liberalnym standardom europejskim za rodzaj
totalitaryzmu.
Tekst ukazał się w „Europie”, dodatku do „Dziennika”, z 16-17 stycznia 2009.
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...