NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Dlaczego (nie) jestem feministką? Drukuj
Kinga Dunin   
21.05.2006
To mógł być sam koniec lat 70. A może już stan wojenny? Siedziałam przy kuchennym stole z dwiema Niemkami ubranymi w stylu, który można by nazwać „nigdy nie zaprzestanę kontestacji”. Swoją drogą, ktoś później powiedział mi, że jedna z nich związana była z grupą Baader-Meinhof, ale może to tylko legenda. W każdym razie Niemki nie zaprzestawały kontestacji. Przyjechały do Polski na coś w rodzaju safari - chodziło o zwiedzenie tutejszej opozycji. U nich - narzekały - bunt już się znudził, pokolenie '68 obrosło sadłem, za to u nas, na dzikim Wschodzie, można było znaleźć dysydentów, czyli specyficzną, wschodnioeuropejską odmianę kontestacji. Nasze opowieści o braku demokracji, totalitaryzmie i occie w sklepie wywoływały w nich jednak jedynie odruchy sceptycyzmu. Gadały coś o zniewalającym kapitalizmie i…

No właśnie, chyba wtedy pierwszy raz zobaczyłam feministkę. Jednak opowieść o dyskryminacji kobiet była dla mnie wówczas czymś, co nie mieściło się w ramach zbioru sensownych wypowiedzi, nie odsyłała do żadnej rzeczywistości, nie dostrzegałam żadnego związku między nią a moim życiem.

W czasach PRL podstawowym problemem był dla nas niedemokratyczny ustrój. Za komuny tęskniliśmy za prawdziwą Polską, taką, która nie byłaby PRL-em, taką „jak przed wojną”. Tęskniliśmy też za lepszym, wygodniejszym, bogatszym życiem, które większości kojarzyło się z Zachodem, a mało komu z kapitalizmem. No i oczywiście chcieliśmy wolności i sprawiedliwości. „My”, czyli wyidealizowane społeczeństwo, pewien byt o charakterze ideologicznym, przeciwstawiony „im” - władzy, systemowi. Czasy „Solidarności” doprowadziły do utopijnego zlania się tych wszystkich marzeń w jedną całość, nie pozostawiając miejsca na refleksję, że tak pożądane przez nas wartości nigdy nie dadzą zapleść się w jeden warkoczyk.

Symbole religijne i narodowe, które jednoczyły w walce z autorytarnym systemem, były wspólną własnością i nie zadawano sobie pytań, co będzie, jeśli staną się one częścią prawa państwowego. Formalna demokracja jawiła się jako wystarczający gwarant wszelkich pożądanych wolności. A kiedy wreszcie nadeszła, nikt nie miał głowy do zajmowania się sprawami kobiet. Feminizm w świadomości społecznej nie istniał. Nie pojawiał się w publicznym dyskursie, nie był ani przedmiotem rozważań, ani kpin. Prawdę mówiąc, nikt nie wiedział, że istnieje „sex” i „gender”. Jeśli były jakieś grupki feministyczne, to działały na zupełnym marginesie. Kobietom, które chciały zająć się kwestiami równouprawnienia w odrodzonej „Solidarności”, szybko utarto nosa.

Aborcja i liberalizm

W roku 1989 marzenia zderzyły się z rzeczywistością, pod wieloma względami lepszą od tego, co było, ale też stawiającą przed nami nowe pytania i problemy. Dla mnie zwrotnym momentem była zmiana prawa zezwalającego na aborcję. Pamiętam swoją reakcję, kiedy usłyszałam o tym po raz pierwszy. - Świetnie - powiedziałam - zatem będziemy mieli w Polsce feminizm. Polska podzielona na „komunę” i „Solidarność” była w gruncie rzeczy nudna. Mówiąc więc o feminizmie, myślałam o różnorodności prądów intelektualnych i ruchów społecznych, jakiej oczekiwałam po odzyskanej wolności.

Warto tu zwrócić uwagę na to, że za sprawą nowej ustawy mieliśmy - w kraju, który właśnie wolność odzyskał - utracić wolność, która mojemu pokoleniu kobiet wydawała się oczywista.

Trwająca do dziś walka o prawo do legalnej aborcji nauczyła mnie paru rzeczy. Tego, co dotąd było tylko teorią, pozwoliła doświadczyć i przeżyć na własnej skórze.

Przede wszystkim okazało się, że zniesienie cenzury nie oznacza całkowitej wolności debaty publicznej. A także, że istniejące ograniczenia nie wynikają tylko z prawa. Jako socjolog z zaciekawieniem obserwowałam i badałam reguły, które sprawiały, że zmienia się język, że pewne sądy zyskują rangę powszechnych i oczywistych, a inne okazują się radykalne i wariackie. Patrzyłam, jak walka o aborcję staje się w istocie walką o język, jakim się posługujemy. Jak „płód” zostaje zastąpiony przez „dziecko poczęte” i jak kształtuje się „moralna większość” w dyskursie.

Jako socjolog mogłam patrzeć z zaciekawieniem. Jako obywatel, członek społeczeństwa doświadczałam skutków światopoglądowej polaryzacji. Już nie należałam do słusznego, uciskanego „my” - przypadła mi rola „innego”. Feministki, wariatki, morderczyni dzieci poczętych, wroga narodu polskiego. Dowiedziałam się, że jestem lesbijką i Żydówką. Społeczeństwo było podzielone, ale odrodzony naród pozbywał się różnych ciał obcych. Okazało się, jak bardzo w Polsce nieobecna jest świadomość, że państwo jest własnością ludzi o różnych światopoglądach i tożsamościach. Chociaż opinia publiczna od lat podzielona jest w sprawie aborcji mniej więcej po połowie, prawo zostało ukształtowane na sposób antyliberalny i żadna poważna siła polityczna nie miała i nie ma woli, żeby to zmienić. Dlaczego?

Polska scena polityczna przesunięta jest na prawo. Istnieje tutaj prawica - dziś przede wszystkim prawica - i rodzaj pragmatycznego centrum, dla którego dogmatem jest rynek. Bóg albo rynek - właściwie taki jest nasz wybór. „Rynek” to konieczność i modernizacja. Europa. „Bóg” to wartości, których jedynym depozytariuszem jest Kościół katolicki i prawica. Z powodów historycznych ugrupowania postkomunistyczne, które mogłyby zająć miejsce lewicy, w zasadzie nie podejmowały żadnych debat światopoglądowych. Aby zalegitymizować się i zatrzeć swoją przeszłość, unikały wszystkiego, co mogłoby postawić je poza nawiasem konsensusu, w skład którego wchodzi przekonanie, że społeczeństwo Polskie jest katolickie i należy się z tym liczyć.

Ta nadwyżka myślenia wspólnotowego utrudnia artykulację najprostszych zasad liberalnego państwa. Prosta prawda, że kto zakazuje aborcji, ten narzuca swój światopogląd innym, a ten, kto jest za wolnym wyborem, pozwala na współistnienie różnych postaw aksjologicznych, jest tu wciąż trudna do pojęcia. Podobnie jak zrozumienie, że demokracja powinna być systemem chroniącym mniejszości, a nie jedynie realizującym postulaty większości.

Nie czas tu i miejsce na szczegółowe rozważenie problemów liberalizmu. Chciałam jedynie pokazać, do czego doprowadził mnie pierwszy odruch feministyczny. Kazał mi on przede wszystkim porzucić stare, historyczne podziały - a kształtują one wciąż odruchy polityczne bardzo wielu ludzi z mojego pokolenia. To dzięki niemu stworzyłam sobie mapę polityczną i ideową, według której zaczęłam się orientować.

Feminizm pojawił się zatem w Polsce przy okazji - nieudanej w gruncie rzeczy - próby podziału społeczeństwa i sceny politycznej na część liberalną światopoglądowo i narodowo-konserwatywną. Niósł jednak ze sobą także kolejne wyzwania. Opowiadając się za prawem kobiet do decydowania o tym, ile i kiedy chcą mieć dzieci, zgadzamy się bowiem także na dalsze konsekwencje - prawo kobiety do bycia kimś innym niż matką i żoną, do samodzielnego określania swojej drogi życiowej. Oznacza to promowanie partnerskiego modelu rodziny i zakwestionowanie modelu tradycyjnego. Związane jest z zainteresowaniem pozycją kobiet na rynku pracy. Zmusza do zainteresowania się zarówno kwestiami obyczajowymi, jak i prawno-ekonomicznymi. I jeśli nawet walka o prawo do legalnej aborcji została przegrana, tematy te zostały na trwałe już wpisane do polskiego dyskursu publicznego. Pojawiają się jako „feministyczne” lub bez tej etykiety, bywają spychane na margines, ale jednak są obecne.

Krytyka kultury

Chociaż dostałam się do feminizmu przez furtkę z napisem „liberalizm”, to przecież stawiał on także swoje specyficzne pytania. Czymże bowiem jest feminizm? Przekonaniem, że istnieją nierówności między mężczyznami i kobietami i że są one niesprawiedliwe, zatem należałoby je usunąć.

Z rozmaitych powodów najbardziej wdzięcznymi (albo też niewdzięcznymi) do „pochylania się nad” są nierówności kulturowe. Wszechobecne stereotypy, przypisywane kobietom role i atrybuty. Jeśli zgodzimy się otworzyć oczy i uszy, zobaczymy je wszędzie. Kiedy już jest się feministką, nie można się przed owym widzeniem opędzić - ale pokazywanie palcem tego, czego nie sposób nie widzieć, szybko się nudzi. Najtrudniejszą do przekazania prawdą feministyczną jest to, że w kulturze patriarchalnej kobiecość jako taka jest gorsza od męskości. Że głęboką i fundamentalną zasadą naszej kultury jest androcentryzm - uniwersalnym wzorem człowieczeństwa jest mężczyzna.

Pewne tezy feminizmu w końcu przebiły się do dyskursu publicznego - twierdzenia o niższej pozycji ekonomicznej kobiet, o tym, że mają mniej wolnego czasu, że są nie dość reprezentowane na pozycjach związanych ze sprawowaniem władzy. Idzie za tym jednak przekonanie, że likwidacja nierówności może nastąpić na poziomie objawów, bez naruszenia podstaw kultury. Mówienie o nierówności głębiej zakodowanej, o wykluczeniu z kultury doświadczenia kobiecego, o tym, że jest to wciąż świat konstruowany na miarę mężczyzny - pozostaje domeną rozważań akademickich. A przecież to te najgłębsze i najlepiej ukryte założenia kultury są najciekawsze, a jednocześnie właściwie całkowicie przezroczyste i niewidzialne dla jej uczestników. W przeciwieństwie do dowcipów o blondynkach.

Feminizm potraktowany jako krytyczna filozofia kultury staje się naprawdę interesujący. I na szczęście w ciągu tych kilkunastu lat wydano parę klasycznych książek, trochę niezbędnych podręczników. Pojawiła się polska literatura feministyczna - zarówno odnawiająca tradycje emancypacyjne, jak i odnosząca się do współczesnych problemów. Na uniwersytetach pojawiły się gender studies - studia nad kulturową tożsamością płci. Dodajmy jednak, że towarzyszy temu głośna, najczęściej bardzo prymitywna krytyka feminizmu. I nadal pewne standardy myślenia, które obowiązują w krajach zachodnich, tu traktowane są podejrzliwie i nie weszły do kanonu nauk społecznych i humanistycznych.

 Z drugiej strony, czy na przykład fakt, że w wydawanych na świecie podręcznikach socjologii problem różnicy płci jest szeroko obecny, oznacza feminizm, czy po prostu sensowny rozwój zainteresowań naukowych? Czy to, że dzisiaj krytyk literacki dostrzega problemy wprowadzone przez krytykę feministyczną, na które dawniej był ślepy, jest równoznaczne z wypaczeniem warsztatu, czy przeciwnie - z rozszerzeniem możliwości interpretacyjnych?

Jednym z feministycznych sukcesów jest to, że ludzie, wygłaszając rozmaite sądy, dodają do nich często następującą, kąśliwą zazwyczaj uwagę: feministki w tym miejscu powiedziałyby… Dalej, rzecz jasna, zostaje zaprezentowany dowód na feministyczny dogmatyzm, czepialstwo i brak rozsądku. A mnie cieszy i bawi to, że udało się w dyskursie zaszczepić tę prostą świadomość, że feminizm proponuje jakiś komentarz do rzeczywistości, podważający to, co dotąd było uważane za oczywiste i żadnego komentarza nie wymagało.

Władza i pieniądze

Kto w czasach PRL znajdował się po stronie „społeczeństwa”, nie miał ani władzy, ani pieniędzy, wiedział jednak, kogo za to winić. Dziś nieporównanie większe nierówności ekonomiczne i mimo wszystko nierówny dostęp do władzy nie znajdują tak prostego wytłumaczenia.

Feminizm gorszą pozycję kobiet pod każdym z tych względów wyjaśnia dyskryminacją. I słusznie, bo dyskryminacja istnieje. Trudno jednak nie zauważyć, że chociaż różnice związane z genderem są ewidentne, to większe są różnice klasowe. I trudno, zastanawiając się nad jednymi, poważnie nie zastanowić się nad tymi drugimi.

Jednak polski feminizm jest w istocie mało radykalny, skupia się przede wszystkim na projektach i działaniach reformistycznych. Koncentrując się na dyskryminacji kobiet na rynku pracy, jednocześnie przyjmuje ukryte założenie, że gdyby zlikwidować tę dyskryminację, pozostałe nierówności byłyby sprawiedliwe, merytokratyczne. Czyli każdy nagradzany byłby „według zasług”. Ja mam mniej zaufania do kapitalizmu. Ponadto wydaje mi się on zorganizowany na miarę młodego, zdrowego mężczyzny, nieobciążonego nadmiernie rodziną. Kobiety mogą tu konkurować z mężczyznami, a ustawodawstwo antydyskryminacyjne powinno im to ułatwiać, ale pod warunkiem przyjęcia podobnego modelu kariery i wartości życiowych. A te i dla kobiet, i dla mężczyzn są niezbyt przyjemne, szczególnie jeśli stają się powszechnie obowiązujące. Pracoholizm, materializm, nadmierny indywidualizm, brak społecznego zaangażowania i alienacja, aspiracje ograniczone do sfery prywatnej. Wszystko to jest wytworem współczesnej cywilizacji i - moim zdaniem - nie służy ani człowiekowi, ani równości płci.

Tu jednak wypada zaznaczyć, że sytuacja ta ostatnio ulega zmianie i hasła feministyczne coraz częściej kojarzone są z krytyką całego systemu.

Szczególną emanacją problemu relacji między feminizmem a kapitalizmem jest zjawisko pop-feminizmu.

Niewątpliwie poważne zasługi w propagowaniu podstawowych idei emancypacji kobiet ma kolorowa prasa kobieca. Robi to jednak na swój sposób. Słuszne teksty feministyczne ukazują się tutaj w otoczeniu rozmaitych bardzo konserwatywnych przekazów oraz reklam perfum i majtek. Feminizm komercyjnych magazynów kobiecych służy przede wszystkim temu, aby z kobiety zrobić konsumentkę. Musi więc ona być w miarę wolna, dysponować pieniędzmi, no i mieć potrzeby. Wiadomo jakie - konsumpcyjne. Przy okazji kształtowany jest nowy model kobiecości, tylko pozornie bardziej wyzwolonej, a w istocie zależnej od standardów urody, od reklamowanych stylów życia.

W takich pismach jest dziś już miejsce także dla zdeklarowanych feministek. Powinny być jednak ładne, młode, a przede wszystkim odpowiednio wystylizowane - takie trochę wampy, trochę buntowniczki.

Oczywiście musimy sobie zdawać sprawę z całej dwuznaczności tej sytuacji. Pod pewnymi względami rynek oraz kultura liberalna wyzwalają, a pod pewnymi zniewalają i nie warto wylewać dziecka razem z kąpielą. Szczególnie dzisiaj, kiedy oficjalna polityka polega na promowaniu tradycyjnego modelu kobiety i rodziny, prasa kobieca pisząca o molestowaniu seksualnym czy mobbingu, o przysługujących zasiłkach czy dyskryminacji w pracy, promująca kobiety sukcesu zawodowego i politycznego jest sprzymierzeńcem.

Jak każdy rozsądny człowiek


Feminizm ma - przynajmniej dla mnie - tę zaletę, że pozwalając na teoretyczne rozpasanie domaga się jednocześnie pomysłów na rozwiązania praktyczne, a także działania, przekładania myśli na polityczny konkret. Wymaga to jednak postawienia pewnych pytań. W jakim zakresie możliwy jest polityczny konstruktywizm? Jaka jest podatność systemu na zmiany? Jak dalece można wpływać na rzeczywistość poprzez konkretne rozwiązania o charakterze instytucjonalnym?

To ważnym doświadczeniem okazali się dla mnie Zieloni. Chociaż przedtem pisywałam teksty propagujące zasadę parytetu i nawet sama wierzyłam w to, co piszę, w parytecie zasmakowałam dopiero, kiedy obejrzałam jego działanie w rzeczywistości. Okazało się, że statutowa zasada zapewniająca równy udział obu płci we wszystkich obieralnych gremiach partyjnych co prawda sprawia masę nieprzewidzianych kłopotów, ale działa. Aktywizuje kobiety, zmienia atmosferę w partii, staje się nawykiem.

Zieloni pod tym względem są dosyć radykalni, ale rozwiązania parytetowe przyjęte są w wielu krajach europejskich, nie oznaczają akcesu na rzecz radykalnego feminizmu, tylko zwyczajną troskę o równość.

Feminizm to oczywiście także ludzie - kobiety, które przy okazji poznałam, oraz grupy kobiece. W patriarchalnej kulturze znalezienie się od czasu do czasu w otoczeniu samych kobiet jest doświadczeniem niezwykle pouczającym. Kobiety, dotąd milczące, odzyskują głos, pojawiają się zakazane tematy. Inaczej wyglądają tu zasady konkurencji. Bardzo dobrze wspominam udział w Letnich Szkołach Feminizmu, gdzie dziewczyny i kobiety niezwiązane dotąd z ruchem feministycznym przebywają ze sobą przez tydzień. Gorzej - sytuację, kiedy promowałam swoją książkę, feministyczną zresztą, i jej wydawca został wyproszony z lokalu Polskiego Stowarzyszenia Feministycznego. Było to dla mnie przejawem dogmatycznego separatyzmu.

I tu wypada słów kilka powiedzieć o organizacjach kobiecych. Zrobiły i robią one wiele dobrego, ale… Organizacje pozarządowe w Polsce żyją z dotacji od zagranicznych fundacji, bo trudno jest o krajowych sponsorów. Przez to są jednak jakby mało zakorzenione. Nauczyły się sprawnie przerabiać pieniądze, z czasem jednak to, co miało być przede wszystkim działalnością społeczną, uległo profesjonalizacji - a podstawową umiejętnością profesjonalną jest załatwianie i rozliczanie grantów. Organizacje te zaczęły po trosze żyć własnym życiem. Nie mają też możliwości podejmowania szerszych działań politycznych, bo tak sformułowane są ich statuty. Mogą zajmować się konkretnymi sprawami, ale trudno oczekiwać od nich dalej sięgających wizji. Konkurują też ze sobą o pieniądze, co utrudnia współpracę. A to przede wszystkim w ramach „trzeciego sektora” rozwija się ruch kobiecy w Polsce.

Dzisiejszy ruch sprzeciwu wobec łamania przez władze standardów demokratycznych i swobód obywatelskich w dużej mierze inicjowany jest przez kobiety i feministki, o czym zresztą niechętnie się wspomina. Warto jednak zwrócić na to uwagę, bo może dzięki temu najlepiej widać, że związki między feminizmem a dużo szerszym spektrum postaw i poglądów są wręcz organiczne. I stąd też moje wahanie: czy jestem feministką, czy po prostu feminizm jest częścią mego światopoglądu? Kiedy przed laty odwiedziła Polskę Susan Sontag, pytano ją oczywiście także o to, czy jest feministką. I ona także wzruszyła na takie pytanie ramionami: - No, jestem - powiedziała - jak każdy rozsądny człowiek.

Jakiś czas temu spotkałam się z dwiema Niemkami realizującymi w Polsce pewien projekt artystyczno-polityczny. Widać było wyraźnie, czym się przejmują: imigrantami, innością kulturową, miejscem obcego w naszej kulturze. Na słowo „feminizm” lekko się zżymają. Jaki feminizm, o co chodzi? Mówię im: w Polsce kobieta nie ma prawa do legalnej aborcji. Odniosłam wrażenie, że uznały tę informację za nieistotną. Tutaj, tuż za miedzą, kobiety wciąż umierają podczas nielegalnych zabiegów, ale świat Niemek jest już gdzie indziej. Jestem przekonana, że prędzej czy później i my dołączymy do tego świata.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 21 maja 2006. Jest to zmieniona wersja tekstu, który ukazał się w Deutsches Polen-Institut Jahrbuche Polen 2006.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.75818 Seconds