|
Kto chciałby opisać dziś scenę polityczną, opierając się jedynie na sondażach opinii publicznej i przekazie płynącym z mediów, musiałby zagłębić się w relacje między rozmaitymi odłamami prawicy, dla której nie ma już żadnej liczącej się opozycji. Czy można odwrócić ten trend? Czy istnieje jakaś możliwość stworzenia realnej przeciwwagi dla wyłonionego podczas ostatnich wyborów układu? Wskazówek i inspiracji poszukajmy w historii. Blok obywatelski Nie tylko ze względu na okrągłą rocznicę, przypomnijmy sobie, co wydarzyło się 75 lat temu. W marcu 1930 roku premierem zostaje Walery Sławek. Rząd Sławka kończy epokę gabinetów, w których Marszałek Piłsudski wspomaga się jeszcze siłami niezależnie myślącymi, a rozpoczyna epokę gabinetów w pełni mu podporządkowanych. W tej sytuacji siły opozycyjne, oczywiście bez endecji, spotykają się w czerwcu. W sali Starego Teatru w Krakowie odbywa się Kongres Obrony Praw i Wolności Ludu. Przemawiający na nim przywódca PPS Norbert Barlicki krytykuje Marszałka: „W oparciu o pewne grupy w wojsku, policji i administracji, sprawując zdobytą władzę po dyktatorsku, sztucznie zahamował dalszy demokratyczny rozwój państwa i po prostu jawnie w ciągu całych czterech lat występnie dążąc do zupełnego pozbawienia ludu pracującego wpływów na sprawy państwowe, gospodarcze i społeczne, druzgocze teraz prawa i wolności obywateli, łamie konstytucję i lekceważy prawo”. Słowa wypowiedziane na tym zebraniu posłużyły później za pretekst do haniebnych represji, jakie spadły na polityków kontestujących reżim sanacji. Tak, jak obecnym rządzącym daleko do formatu Piłsudskiego, tak szykan i hipokryzji sanacyjnego systemu nie sposób zestawić z tym, co obserwujemy, a raczej, co zaczynamy obserwować dzisiaj. Zamiast więc igrać z analogiami zauważmy tylko, że nie pierwsza to rewolucja moralna, którą w historii tego kraju się nam obiecuje. I nie pierwsza to moralność, która w swoje przeciwieństwo się obraca, nie pierwsze to prawo, które od bezprawia się zaczyna, i sprawiedliwość, która po wyborczym zwycięstwie zamienia się w arbitralność wyroków nowej władzy. A lata 30. warto przypomnieć politykom, którzy tak chętnie przymierzają dziś czapkę Komendanta. Innym zaś przypomnijmy o Centrolewie. Sześć ugrupowań posiadających silną tożsamość własną, wcale niezainteresowanych budową jednej formacji, umiało się porozumieć mimo wzajemnej niechęci i obaw o zachowanie suwerenności. Reżim sanacji w kolejnych wyborach dysponował za każdym razem jedynie mniejszością w Sejmie, mimo to był w stanie kierować państwem i za pomocą rozmaitych sztuczek wyłaniać kolejne rządy. Rozgrywanie skłóconych ze sobą licznych partii i sytuacja, w której nie tworzą one jednolitego bloku antyrządowego, były warunkiem możliwości uprawiania przez obóz sanacji skutecznej polityki. Tak było do czasu. Stworzenie bloku antyrządowego i oparcie go na mianowniku obrony praw obywatelskich bez jednoczesnego zawieszenia propagowania różnych opcji ideowych przez poszczególne partie okazało się tak silną przeszkodą dla sanacji, że musiała sięgnąć po fizyczne represje, żeby utrzymać się przy władzy. Obecnie nikt nie zdecyduje się na podobne potraktowanie opozycji. Przypomniana historia podsuwa nam zatem przede wszystkim receptę na stworzenie skutecznego oporu. Model amerykański czy niemiecki? Dziś w Polsce, za sprawą braci Kaczyńskich, obserwujemy nie tyle grę, co raczej metagrę o władzę. Chodzi o gruntowną przebudowę całej sceny politycznej. I temu właśnie, a nie realizacji jakiejś konkretnej wizji politycznej, służy braciom Kaczyńskim rząd i jego program. Stąd dobór takich, a nie innych polityków w radzie ministrów (przynajmniej trzech ministrów powołano głównie po to, żeby utrudnić potencjalną krytykę ze strony PO), stąd zaskakujące zawieszenie tak silnie podkreślanych wcześniej norm praworządności przy wyborze sojuszników politycznych, stąd dziwny liberalny program tego „prosocjalnego” rządu (obniżka górnej stawki PIT z 40 proc. na 32 proc. będzie kosztować budżet państwa ok. 6 mld zł, czyli ponad dziesięć razy więcej niż zapowiedziane większe wydatki socjalne). Po zwycięskich wyborach parlamentarnych i prezydenckich bracia Kaczyńscy postanowili zdobyć władzę na lata, co zagwarantować ma im odpowiednie przebudowanie sceny politycznej. Dla opozycji oznacza to zastąpienie klasycznej konkurencji między partiami walką o być albo nie być na nowo tworzonej arenie polityki. Budowa wielkiej chadecji, która przejmie populistyczne elektoraty Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, sprawia, że decydującego znaczenia nabiera dziś to, kto będzie główną alternatywą i gdzie przebiegać będzie zasadnicza linia podziału. W polityce bowiem liczą się w pierwszym rzędzie ci, którzy są stronami dominującego sporu. W wyobraźni obywatela obecne są przede wszystkim te ugrupowania, które utożsamiają główny wybór. Zasadnicze pytanie brzmi więc, czy Polska pójdzie w stronę modelu amerykańskiego czy niemieckiego, mówiąc inaczej, czy główną alternatywą w polskim polu politycznym będzie wybór między konserwatystami i liberałami, czy między konserwatystami i socjaldemokratami. Przypomnijmy paradoksy ostatnich wyborów. Zasymulowano w nich spór między modelem socjalnym i wolnorynkowym, jednocześnie obiecując koalicję po wyborach. I co więcej, ludzie chcieli tej koalicji. Za czym więc w istocie opowiedzieli się? Za nadzieją na poważne zamiany na lepsze. Co większość wyborców przyjęła jako oczywiste? To, o czym w tych wyborach nie mówiło się. Zgodzono się na Polskę eurosceptyczną, narodową, konserwatywną i katolicką. Właściwie poza obszarem realnej polityki pozostali ci, którzy chcieliby Polski pluralistycznej, respektującej prawa jednostek, dbającej o mniejszości. Przede wszystkim zaś wyrugowano myślenie w kategoriach odpowiadającym wyzwaniom nowoczesnego świata. Nie ma już euroentuzjastów, nie ma zwolenników pojednania z Niemcami, zniknęła możliwość refleksji nad konsekwencjami globalizacji, nie ma komu zmierzyć się z zagadnieniami wynikającymi z szybkich zmian technologicznych, zmian w dziedzinie pracy. Konserwatywno-chrześcijańska PO jest w opozycji tylko dlatego, że nie została dopuszczona do koalicji. Kłopot z SLD Wydaje się dziś absolutnie konieczne odtworzenie linii frontu, która zasypana została podczas niedawnych wyborów. A naturalnymi aktorami dla podjęcia takiej roli są siły centrowe i lewicowe. Poza tym tylko odwojowanie takiej nowoczesnej alternatywy dla Polski pozwoli partiom tym zaistnieć. W Polsce narodowo-katolickiej mamionej pozornym solidaryzmem, karmionej czczymi obietnicami oraz anachronicznymi sporami ich istnienie nie ma żadnych podstaw. Bracia Kaczyńscy - podobnie jak wcześniej Leszek Miller - wygrali wybory retoryką socjalną, ale do rządów zabierają się całym bagażem transformacyjnych dogmatów, które dziedziczą po wszystkich poprzednich ekipach, a Kazimierz Marcinkiewicz jako swoich idoli potrafi wymienić jedynie neoliberałów z Margaret Thatcher na czele. Szybko może się okazać, że Polacy zorientują się, że także i ta ekipa nie skieruje polskiej gospodarki na socjaldemokratyczne tory. Gdzie i między kim leży dziś główna linia cywilizacyjnego podziału w polskiej polityce, widać było podczas Marszu Równości w Poznaniu oraz w innych miastach tydzień później. Widać było też wyraźnie, kogo nie było widać w ogóle. Platformy Obywatelskiej. Ten podstawowy spór cywilizacyjny, spór o zasady demokracji i filozofię społecznego ładu musi zostać zreanimowany, a cel ten może zjednoczyć bardzo różne siły polityczne. Wśród nich zaś najbardziej kłopotliwy jest SLD. Wykluczenie z góry Sojuszu z takiej konstrukcji oznaczałoby konserwowanie historycznych sporów. Trudniejszym problemem jest totalna kompromitacja tej formacji z powodów niemających z historią nic wspólnego. SLD ciągle istnieje i wciąż utożsamiany jest z lewicą nie tyle z powodu prezentowanych poglądów albo politycznych talentów eseldowskich działaczy, ile dzięki nostalgii i przyzwyczajeniu części polskiego społeczeństwa, strukturom i pieniądzom. Powiedzmy sobie szczerze: „materiał ludzki” SLD jest nieporównywalnie mniej wartościowy od tego, który reprezentują środowiska lewicy poza parlamentem. Stąd wysiłkom Wojciecha Olejniczaka - wydaje się, że świadomego sformułowanych powyżej okoliczności - ciągle towarzyszą kuriozalne występy partyjnych kolegów. Jak choćby rejtanowskie gesty Grzegorza Napieralskiego w obronie interesów finansistów przed zakusami minister Teresy Lubińskiej. Albo ratowanie skazanych na kryminał znajomych przez odchodzącego prezydenta. Czas takiego SLD jest ściśle wyznaczony metrykami wyborców głosujących w obronie dobrej pamięci po PRL i wywodzącej się z niego nomenklatury. Tymczasem to między PO a potencjalną centrolewicą rozegra się walka o to, kto reprezentować będzie drugą stronę w - być może wieloletniej - rywalizacji z PiS. Jeśli zamroczona Platforma w końcu otrzeźwieje, SLD w obecnej postaci walkę tę przegra. Polską wymieniać się będą dwie prawice: konserwatywno-liberalna i katolicko-narodowa. Opór nowej władzy umiały stawić po wypadkach poznańskich nie SLD ani tym bardziej PO, ale Zieloni wraz z pozaparlamentarnymi ugrupowaniami lewicowymi. Nie powinniśmy mieć jednak złudzeń, że środowiskom pozaparlamentarnym uda się samodzielnie pokonać w końcu próg wyborczy. W tym czasie wszyscy niezadowoleni wpadać będą w objęcia Platformy. Skazani na siebie Aż się prosi, aby wezwać w tym miejscu do „zaniechania sporów na lewicy” i budowy jednej formacji, ale na dziś to droga donikąd, którą zapewne niewielu będzie chciało uczciwie podążyć. Rozważyć można byłoby za to taktyczną i niezamazującą tożsamości różnych ugrupowań kooperację nastawioną na wygranie walki z PO o to, kto w najbliższych latach stanie do cywilizacyjnego sporu z PiS-em. Zainteresowana tym powinna być także zdruzgotana w ostatnich wyborach, ale ciągle posiadająca przecież jakiś potencjał i ambicje Partia Demokratyczna. Jaki kształt konkretnie przyjąć mogłaby taka konstelacja oraz na ile jej tożsamość ma mieć charakter negatywny, a na ile posiadać jednak jakiś wspólny mianownik, pozostaje pytaniem do dyskusji. Najlepszym rozwiązaniem w kontekście rywalizacji z PO byłoby stworzenie przed wyborami samorządowymi centrolewicowego bloku, w którym obok przedstawicieli SLD znalazłyby się także wszystkie gotowe do startu w wyborach środowiska lewicowe, centrowe oraz organizacje społeczne. Przy czym SLD musiałoby wówczas poważnie powściągnąć swoje wyborcze apetyty i pogodzić się z dużą nadreprezentacją ugrupowań pozaparlamentarnych na listach. Samorządy, które będziemy za rok wybierać, powinny być naprawdę nowe, i w ramach przysługujących im kompetencji stanowić przeciwwagę dla krystalizującego się centralnego układu władzy. Lokalnie mogłyby być to rozmaite komitety obywatelskie używające partyjnych szyldów lub nie. Wchodzące w rozmaite koalicje, ale na przykład tylko między sobą. Spajane przy tym w jakiś przejrzysty dla obserwatorów sceny politycznej sposób, inaczej w świadomości publicznej nie zaistnieje trzecia duża siła obok PiS i PO. Być może na razie wystarczyłaby komisja koordynująca, lub po prostu jedna wspólna duża konferencja albo kongres wykorzystany jednocześnie do konfrontacji i wymiany poglądów - przyjrzenia się sobie. Walorem takiego rozwiązania byłoby także wprowadzenie do polityki nowych sił i postaci, dotąd spychanych na margines. Ponadto widać dziś wyraźnie, iż głównym polem oporu wobec nowej władzy, a zarazem najlepiej dobranym polem bitwy jest obszar praw obywatelskich i światopoglądowych. A tu kapitał symboliczny potrzebny do tej rywalizacji znajduje się raczej poza parlamentem, czyli wśród tych, którzy byli gospodarzami solidarnościowych wieców, gdzie politycy SLD byli tylko gośćmi. Jedni wydają się dziś być skazani na drugich, jeśli chcą w przyszłości na poważnie uczestniczyć w kształtowaniu losów tego kraju. Jeśli Sojusz okaże się tak samo żądny władzy dla władzy, jak w przeszłości, a pozostali aktorzy przegapią moment, w którym decyduje się, czy w Polsce dla PiS-u główną alternatywą będzie PO czy centrolewica, jeśli przy tym zlekceważą ambicje Olejniczaka do przekształcenia Sojuszu ze związku zawodowego kombatantów byłego systemu w coś lepszego, na trwałe może dojść do eliminacji wszelkich innych niż prawicowe poglądów z głównego nurtu polskiej polityki. Największą przeszkodą na drodze do tego specyficznego, acz potencjalnie bardzo skutecznego przedsięwzięcia jest nieufność - dodajmy głęboko uzasadniona - środowisk lewicowych, Zielonych i organizacji społecznych do partii establishmentowych SLD, SdPL i PD. Słusznie mogą się one obawiać, że po pokonaniu PO centrolewica okaże się jedynie kostiumem, odrzuconym, gdy tylko uda się wkroczyć do „poważnej polityki”. Tak dotąd kończyły się wszelkie lewicowe lub po prostu ideowe projekty. Tak traciły tożsamość wszystkie partie, które podejmowały ryzyko sojuszu z Sojuszem. I wtedy znowu wszyscy lewicą nazywać będą pseudolewicę, a ideowcom zostanie margines, z którego wołać będą o odróżnianie cynicznie skonstruowanej atrapy od znajdującego się gdzie indziej i nieoświetlonego fleszami kamer oryginału. Popsuć szyki prawicy W dzisiejszym świecie istnieje pewien zestaw praktyk i poglądów politycznych, które na okres wyborczy ukrywać można za dowolną retoryką, ale które natychmiast przyjmuje się w trakcie rządzenia. Są to - hasłowo mówiąc - liberalizm gospodarczy oraz konserwatyzm światopoglądowy. Presję, aby trzymać się pierwszego, skutecznie wywiera biznes, w tym koncerny medialne z całą armią ideologów zatrudnionych do tłumaczenia, że partykularny interes tej grupy jest interesem ogólnym modernizującego się społeczeństwa. Presję w drugiej kwestii wywiera skutecznie Kościół. Może być więc tak, że realizacja żadnej nowoczesnej, centrolewicowej polityki w tym kraju nie jest w najbliższej przyszłości możliwa i zająć się należy dawaniem ideowego świadectwa poza strukturami władzy. Być może tę drogę właśnie wybiorą środowiska lewicowe, które nie zdecydują się na taktyczny sojusz z partiami establishmentowymi. Główną zaletą budowy Centrolewu jest popsucie szyków obu prawicom, które chciałyby zdominować polską politykę. Środowiska potencjalnego Centrolewu łączy liberalne rozumienie demokracji, podejście do praw człowieka oraz proeuropejskie nastawienie, obce zarówno PiS-owi jak i Platformie. Symbolicznym i wspólnym odwołaniem ideowym mogłaby być postać Jacka Kuronia. W przyszłości zaś Centrolew mógłby stać się zaczynem dwóch formacji: autentycznej lewicy i nowoczesnego centrum. Dostrzegając „pełne obłudy i fałszu szermowanie hasłami sanacyjnymi i frazesem patriotycznym, aby w ten sposób jeszcze raz oszukać społeczeństwo” (Barlicki) centrowe i lewicowe partie kiedyś potrafiły mimo rywalizacji i wzajemnej nieufności stanąć razem i stworzyć antyreżimowy blok. Czy podobnie postąpią dziś? Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 13 grudnia 2005.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...