|
Cezary Michalski: Do czego używała Brzozowskiego polska lewica
i do czego jest on potrzebny „Krytyce Politycznej”, jeśli wznawia jego
książki, a nawet bierze go sobie za patrona?
Sławomir Sierakowski: Przychodzą mi oczywiście do głowy
wszystkie sytuacje od wydarzeń 1905 roku, Krakowa i Zakopanego, poprzez
międzywojnie, aż po rewizjonistów i pokolenie komandosów. Brzozowskim
inspirowało się każde pokolenie polskiej lewicy. Brzozowski wszedł w
marksizm - tak jak właściwie w każdą inną teorię - od razu jako
dysydent, więc wszyscy ci, którzy mieli podobny problem bycia
wewnętrznymi krytykami, czyli heretykami doktryny, musieli się do niego
odwoływać. Przypomnijmy też, że Brzozowskiego używano - także po lewej
stronie - na sposób bardziej osobisty. Dużo łatwiej było bronić siebie,
własnej biografii Brzozowskim, niż pisać o sobie wprost. Nawiązywali
więc do niego ci wszyscy, którzy mieli problem z byciem postrzeganymi
jako zdrajcy - czy to przez aktualną władzę, czy przez „patriotów” albo
przez jakkolwiek rozumiany własny ideowy obóz. Miłosz pisząc „Człowieka
wśród skorpionów” pisał w dużej mierze o sobie.
Ale was przecież nikt nie uważa za zdrajców, od początku byliście twardą lewicą.
SS: Wydaje mi się, że nasze zainteresowanie Brzozowskim jest
inne niż wszystkie znane nam z historii lewicy fale zainteresowania
nim. My poznaliśmy Brzozowskiego już zintegrowanego (dzięki wysiłkom
Mieczysława Sroki, który wyjaśnił większość tajemnic jego biografii
oraz dzięki monografiom Andrzeja Walickiego i Andrzeja Mencwela, którzy
spoili światopogląd Brzozowskiego w jedną całość), z którego życia albo
dzieła nie musimy wybierać jakiegoś okresu i mówić, że ten jest
najistotniejszy dla niego i dla nas, a inne dezawuować. Do
Brzozowskiego doszliśmy zupełnie inną drogą. Na przykład dla nas
istotniejsza okazała się jego kampania antymiriamowska niż
antysienkiewiczowska, bo kampania antysienkiewiczowska i różne tropy
wówczas przez Brzozowskiego stworzone stały się już dzisiaj w dużej
mierze konserwatywne, zużyte i zrytualizowane. Dziś szanujący się
nieprawicowy polski inteligent - z Adamem Michnikiem na czele - może
walczyć z antysemityzmem prawicy, nacjonalizmem konserwatystów, ale
zarazem bezrefleksyjnie pozostaje w tym narodowym kontenerze i
reprodukuje jego istnienie w zbiorowej świadomości. Może pisać teksty w
obronie narodowego interesu, Nicei, i nie jest w stanie choćby pomyśleć
o nowym projekcie kosmopolitycznym. W Polsce w dużej mierze mamy dziś
do czynienia z walką tradycyjnego nacjonalizmu z nacjonalizmem
zmodernizowanym. I w tym sensie krytykowanie dzisiaj
sienkiewiczowszczyzny jest dużo bardziej zachowawcze niż było za czasów
Brzozowskiego. Natomiast kampania przeciw Miriamowi (Zenonowi
Przesmyckiemu, redaktorowi ważnego wówczas pisma „Chimera”), czyli
kampania walki z autarkią czystej sztuki, czystego estetyzmu, z
argumentami zarzucającymi instrumentalizację sztuki każdemu bardziej
całościowemu jej odczytaniu - jest dużo aktualniejsza dziś w Polsce,
gdzie artysta ma być „genialnym idiotą”, człowiek nauki ma być
neutralny politycznie (co zazwyczaj oznacza, że ma wyznawać panujące
poglądy i siedzieć cicho), zaś człowieka polityki w pełni określa
przynależność do jakiejś partii i brak pojęcia o czymkolwiek poza
medialną „bieżączką”. Drugi moment dotyczy antyesencjalizmu (czy też
antydeterminizmu) Brzozowskiego. Kiedy się zestawi jego prace z książką
dla lewicy współczesnej fundamentalną, czyli „Hegemonią i
socjalistyczną strategią”, to przecież ta książka oparta jest właściwie
w całości na, z jednej strony, krytyce esencjalizmu, a z drugiej -
krytyce tego, co jej autorzy, Ernesto Laclau i Chantal Mouffe nazywają
jakobinizmem. Czyli opiera się na odrzuceniu zarówno naukowej, jak i
rewolucyjnej pewności w urzeczywistnianiu lewicowego projektu. Tak
dochodzimy do trzeciego momentu, być może najciekawszego. Bo skoro
odrzucamy jako fałszywe i niebezpieczne te „zewnętrzne gwarancje”
realizacji naszych ideałów, to zostaje nam… wiara. Czyli przywiązanie
do arbitralnie podjętej decyzji opowiedzenia się po stronie pewnych
idei. Tak właśnie zaczęła się przygoda Brzozowskiego z religią, a nasza
z postsekularyzmem. Dla nas nie ma w tym religijnym zwrocie
Brzozowskiego niczego niekonsekwentnego. Robiąc choćby ostatni numer
„Krytyki” poświęcony spotkaniu lewicy z nowoczesną teologią
chrześcijańską, odkrywaliśmy, do jakiego stopnia Brzozowski jest
myślicielem nowoczesnym, jak można go łączyć z Badiou, Agambenem czy Zizkiem.
Ale w takim razie próba strawienia Brzozowskiego może się wam
odbić czkawką, bo on akurat w „narodowym kontenerze” pozostaje. On
trzepie Polaków po pysku, żeby stali się bardziej narodem historycznym
- choćby trochę takim, jak Anglicy, Francuzi, Niemcy czy Rosjanie. Jak
to połączycie z waszym wcześniejszym naiwnym luksemburgizmem, czyli
przekonaniem, że tożsamość narodowa czy narodowe państwo to w czasach
globalizacji już wyłącznie reakcyjne truchła?
SS: Brzozowski był zawsze uniwersalistą, tyle że on ma tę
świadomość - i tu jest heretykiem także w odniesieniu do uniwersalizmu
- że ten uniwersalizm nie ma sensu, kiedy jest niezakorzeniony, naiwny,
sentymentalny. Ale mówiąc zupełnie szczerze, z tym typem zakorzenienia
uniwersalizmu Brzozowskiego - przede wszystkim narodowym - nam
najłatwiej sobie poradzić, pokazując, że jest ono historycznie doraźne.
I że dzisiaj Brzozowski szukałby prawdopodobnie innych zakorzenień dla
swojego uniwersalizmu. Od nowych idei kosmopolitycznych (na przykład
federacyjna Unia Europejska), przez odejście od makrohistorii w stronę
mikrohistorii, aż po tropy obecne choćby w literaturze małych ojczyzn.
Myślę, że napisałby wielki esej o Oldze Tokarczuk…
A jeśli zamiast popaść w zachwyt nad politycznie poprawnym
sentymentalizmem małych ojczyzn, Brzozowski powiedziałby: „Mamy wciąż
jeszcze 60 procent narzędzi poprawy życia społecznego na poziomie
państwa narodowego, a dopiero 40 procent na poziomie europejskim i
globalnym, wobec tego używajmy obu tych typów narzędzi…”?
SS: Z takim postawieniem sprawy - w istocie
nienacjonalistycznym - bym się absolutnie zgodził. Nowy kosmopolityzm
oparty jest na krytyce naiwnego kosmopolityzmu oświeceniowego i jego
fetyszów. Wydajemy Brzozowskiego, ale czujemy, że czeka nas także
spotkanie z Mochnackim, z tradycją romantyczną… Mówisz o naszym
odchodzeniu od naiwnego luksemburgizmu, ale dla nas to jest po prostu
próba reaktywacji w tym kraju inteligencji zaangażowanej lewicowo,
czyli wielkiej polskiej narodowej tradycji, której zawdzięczamy
najciekawsze osiągnięcia polskiej kultury. Do „Krytyki” ludzie trafiają
pod wpływem współczesnej myśli politycznej, bardzo często bez
jakiegokolwiek poczucia konieczności zakorzeniania jej w Polsce, gdzie
- jak sam wielokrotnie narzekałeś - bardzo słabo prowadzona jest
intelektualna praca nad lokalizowaniem czy uwspółcześnianiem
politycznych teorii. I w „Krytyce” fascynaci współczesnej filozofii
dowiadują się o polskiej historii idei oraz tradycji inteligencji
zaangażowanej, a z kolei miłośnicy Kuronia i historii opozycji
antypeerelowskiej zaczynają wchodzić w świat współczesnych idei
lewicowych. Energia do działania uwalnia się właśnie ze zderzenia tych
dwóch pierwiastków. Dzięki temu nie jesteśmy naiwnymi polskimi kopiami
zachodnich ruchów kontestatorskich, ani nostalgicznie zapatrzonymi
wstecz epigonami wielkich mistrzów.
Kolejne pytanie kieruję do Macieja Urbanowskiego - zarówno jako
historyka literatury, w którego opracowaniu (ze wstępem Marty Wyki)
ukazał się właśnie „Pamiętnik” Brzozowskiego, ale też jako
współpracownika prawicowych „Arcanów”, kogoś, kto nawet teksty
krytycznoliterackie pisał z pozycji zaangażowanej, co przynajmniej dla
mnie nie czyni go wcale gorszym literaturoznawcą. Kto poza lewicą w
Polsce używał Brzozowskiego i do czego używała go prawica?
Maciej Urbanowski: Poza lewicą w Polsce Brzozowskiego używali
chyba wszyscy, zwłaszcza do końca drugiej wojny światowej. Jest zresztą
na ten temat książka Mariana Stępnia, gdzie dość skrupulatnie opisany
został „romans”, jaki z autorem „Legendy Młodej Polski” mieli ludzie
sanacji, endecy, ONR-owcy, ale też „niezależni” - jak Kołaczkowski czy
Kazimierz Wyka spierający się znakomicie o Brzozowskiego z Frydem. Po
1945 roku do Brzozowskiego też wracali ludzie bardzo różni: Andrzej
Stawar, Czesław Miłosz, Andrzej Mencwel, Andrzej Kijowski, Józef
Czapski, Tomasz Burek, Marta Wyka, Andrzej Walicki, z młodszych Ryszard
Nycz czy Andrzej Zawadzki… Ciągnę tę niekompletną przecież listę,
żeby pokazać, iż wbrew retoryce „odkrywania Brzozowskiego”, autor
„Legendy” - pomijając czasy stalinizmu, kiedy to uznano go za
„ideologicznego prekursora polskiego faszyzmu” - był w Polsce obecny
przede wszystkim w obiegu naukowym. Rzeczywiście w PRL były kłopoty z
wydawaniem jego książek, ale akurat „Płomienie” wznowione przez
„Krytykę Polityczną” miały kilka wydań po drugiej wojnie - inaczej niż
„Głosy wśród nocy”, które wychodzą dziś po raz pierwszy od 1913 roku. W
ostatnich latach ukazała się zresztą arcyciekawa krytyczna edycja
„Legendy Młodej Polski” w opracowaniu Mencwela, przechodząc jednak bez
większego echa. Ale rzeczywiście od lat 80. XX wieku przestano używać
Brzozowskiego do uzasadniania własnych stanowisk ideowych. Nie był też
Brzozowski wzorem pisania o współczesnej literaturze. Ostatnią taką
próbą jego wykorzystania był chyba „Świat nieprzedstawiony” Kornhausera
i Zagajewskiego, a potem „Rozbiory” Andrzeja Pawluczuka. Te ostatnie
ostro krytykował Tomasz Burek jako karykaturę metody Brzozowskiego. Nie
wiem, czy to krytyka słuszna, ale z pewnością sporo było w naszej
literaturze rentierów odcinających wygodnie i raczej bezkarnie kupony
od myśli autora „Płomieni”. Był Brzozowski i była brzozowszczyzna…
Znamienny dla odwrotu od Brzozowskiego w latach 80. był znany tekst
Zagajewskiego z „Solidarności i samotności”, przestrzegający młodych
krytyków przed nakładaniem maski Brzozowskiego. Natomiast co do pytania
o prawicowe lektury Brzozowskiego… Przy szerokim traktowaniu
prawicowości, przyjmując istnienie w naszej tradycji różnych jej typów
- choćby konserwatywnej i rewolucyjnej - możemy chyba mówić o dość
intensywnej prawicowej lekturze dzieł Brzozowskiego, choć oczywiście
różne tu będą oceny różnych jego książek. Czasem te oceny mogą
zaskakiwać. Na przykład Zygmunt Wasilewski, krytyk związany z endecją,
czytał „Głosy wśród nocy” jako potwierdzenie „Myśli nowoczesnego
Polaka” Dmowskiego. Wśród prawicowych czytelników Brzozowskiego był
Marian Zdziechowski, który poświęcił mu ciekawą, „rozumiejącą”
książeczkę. Entuzjastami byli Jerzy Braun, Bohdan Suchodolski, Karol
Ludwik Koniński, Andrzej Trzebiński, Włodzimierz Pietrzak… No i jest
jeszcze bardzo ważne dla współczesnej prawicy czytanie Brzozowskiego
przez Tomasza Burka, choć nie nazwałbym go prawicowym w sensie jakichś
politycznych aktualizacji tej myśli.
SS: Także dla nas Burek był ważny w tym sensie, w jakim
oczyszczał Brzozowskiego z prostej kalki, zakładającej, że autor
„Głosów wśród nocy” dotarł do religii albo zupełnie akcydentalnie, w
związku ze swoją chorobą, albo na tle czysto nacjonalistycznym, gdzie
naród i religia stanowią bezrefleksyjną ideologiczną zbitkę, wobec
której polski intelektualista musi się po prostu w końcu ukorzyć. Burek
precyzyjnie pokazywał, jaki to był typ zainteresowania religią, jak
bardzo suwerenny, jak silnie związany z nowymi tendencjami
intelektualnymi w Europie. I w jak dużym zakresie używany także do
krytyki rozmaitych aspektów polskiego katolicyzmu i nacjonalizmu.
MU: Zgoda. I gdybym z taką poprawką powiedział o użyciach
Brzozowskiego przez prawicę, to myślę, że odbierała go zarówno
krytycznie, jak i pozytywnie. W tym ostatnim przypadku najbardziej
fascynował ostatni etap jego życia, ten zapisywany w „Pamiętniku”,
„Książce o starej kobiecie”, „Głosach wśród nocy”, wreszcie we wstępie
do „Przyświadczeń wiary” Newmana, które zresztą przyczyniły się w
dwudziestoleciu do wielu konwersji wśród polskich intelektualistów.
Chodzi tu o Brzozowskiego dokonującego zwrotu religijnego, dochodzącego
do katolicyzmu, piszącego, że „narody są jedynymi organami dziejowego
działania psychiki”. To także Brzozowski, który odżegnuje się od swoich
wcześniejszych fascynacji rewolucją i Rosją. A w przypadku prawicowych
rewolucjonistów, takich jak Trzebiński czy Pietrzak, istotny jest i
Brzozowski ostro krytykujący bezdziejowość polskiej inteligencji i
polskiej literatury, no i demaskujący „odyseję polskiej słabości”, jak
to ładnie nazwał Trzebiński…
Andrzej Trzebiński, czasem bardzo brutalnie, używał Brzozowskiego
do walki z liberalnym salonem inteligenckim, czyli wówczas ze spuścizną
„Wiadomości Literackich”.
MU: Było to sięganie po Brzozowskiego trochę w taki sposób, w
jaki pan Sierakowski używa go w swoim wstępie do „Płomieni”, atakując
Kołakowskiego i Wajdę, a pan Michalski do ataku na Krasnodębskiego i
Rymkiewicza. Powiedziałbym, że to jest używanie Brzozowskiego w roli
wygodnego młota mającego rozbijać polemicznie traktowane wartości czy
hegemonie. I oczywiście pojawia się zaraz pytanie, kto i dlaczego tak
Brzozowskiego używa, w jakich okolicznościach i dlaczego akurat jego, a
nie na przykład Irzykowskiego, który był również świetnym rewizjonistą.
Kiedy mamy do czynienia z koniunkturą na Brzozowskiego? Może wtedy, gdy
jest koniunktura na jakiś rodzaj aktywizmu i radykalizmu, gdy pojawia
się apetyt na rewolucję, który wynika z przejedzenia się tym, co jest?
SS: Koniunktura na Brzozowskiego - jako partnera do myślenia,
a nie tylko obiekt akademickich badań - wraca, kiedy pojawiają się
społeczne warunki podobne do tych, w jakich sam Brzozowski się
zaktywizował. Myślę tu o nowym naturalizmie, tym razem w wersji
neoliberalnej (heglowskie jądro determinizmu przeskoczyło z
ortodoksyjnego marksizmu do neoliberalizmu), czyli znowu takim zdjęciu
odpowiedzialności z człowieka i powiedzeniu mu, że dla panującego ładu
ekonomicznego i politycznego nie ma alternatywy, że człowiek nie musi
walczyć o własne miejsce w przyszłości, bo ma już tam przytułek
zagwarantowany przez system. Z taką mentalną sytuacją mamy dziś do
czynienia. To Fukuyama, w którego wierzy się szczególnie
bezrefleksyjnie na kapitalistycznych peryferiach. Brzozowski demaskował
też bezwład, kwietyzm kulturalny, dopatrujący się w nędzy i poniżeniu
znamion wyższości moralnej - to zupełnie jak dziś z hołubieniem przez
ogromną część elit naszego prymitywnego katolicyzmu, który ma stanowić
wielką wartość duchową i ostoję polskości, której poseł Gowin nie
pozwoli zanieczyścić żadnymi europejskimi nowinkami. Albo jak z tymi
ekspertami ekonomicznymi, którzy cieszą się, że Polacy bardziej niż
inni gotowi są wykonywać niewolniczą pracę na Zachodzie albo w Polsce,
co świadczyć ma o ich „młodym duchu” w „sklerotycznej Europie”. A
najgorszym złem są oczywiście wszelkie zasiłki i pomoc państwa, bo to
tylko zdemoralizuje naszych niewolników i osłabi ich wolę wypruwania
sobie żył za 1200 złotych na rękę.
Ale z drugiej strony właśnie w momencie tego dorabiania się po
200 latach tracenia rewolucyjny zapał jest dla ważnych grup społecznych
w Polsce nieatrakcyjny. Także salon inteligencki, z którym autor
„Pamiętnika” się spierał, jest już dzisiaj trupem. Może więc
przestrzeliliście z tym Brzozowskim?
SS: Nie, nie przestrzeliliśmy, bo nie używamy Brzozowskiego
jako młota, nawet jeśli podstawiamy pod Sienkiewicza naszych obecnych
wieszczów - Wajdę z okresu infantylnej „Zemsty” i „Katynia” czy
Kołakowskiego, którego od wielu lat stać jedynie na pogardliwe
prychanie na współczesną filozofię, tak jak Sienkiewicz prychał kiedyś:
„Ruja i poróbstwo!” na nową literaturę i dramat. Koniunktura na
Brzozowskiego jest dzisiaj doskonała w tym sensie, w jakim wszystkie
elementy, które dla Brzozowskiego były tak irytujące i napędzały go do
krytyki, właśnie zaistniały w wolnej Polsce albo trwają w niej
nieprzerwanie, od kiedy Brzozowski pisał o „Polsce zdziecinniałej”. A
myślę też o jego krytyce polskiej religijności i polskiej rodziny. W
tekście Romana Pawłowskiego o „Płomieniach” z „Gazety Wyborczej” trafna
jest na przykład uwaga, że choćby diagnozy Brzozowskiego na temat
Kościoła brzmią w dzisiejszej Polsce nieprawdopodobnie wprost aktualnie.
MU: Mnie akurat pewien typ antyklerykalizmu wydaje się u
Brzozowskiego przestarzały, demagogiczny. Podczas niedawnej lektury
„Płomieni” uderzyła mnie scena, gdzie Michał Kaniowski dowiaduje się,
że księża zarazili w kierowanym przez siebie sierocińcu syfilisem małe
dziewczynki. Potem widzimy rozwścieczony tłum niszczący klasztor,
palący na stosie krucyfiksy, znęcający się nad duchownymi, oczywiście
brzuchatymi i brzydkimi… To wszystko utrzymane jest w nieznośnie
hagiograficznym stylu.
Naprawdę nie znajduje pan u Brzozowskiego nic aktualnego w czasie
sporów o sprawę szczecińską, sprawę Paetza czy sprawę Wielgusa? Kościół
wciąż jest ważną częścią polskiej sfery publicznej, wraz z nią się
rozwija i wszystkim jej patologiom ulega, a czasem sam je pogłębia…
MU: Nie, nie widzę tu jakiejś specjalnej aktualności poza
taką czysto publicystyczną, do tego literacko oraz intelektualnie
niezbyt odkrywczą. No i nie jestem na tyle megalomanem narodowym, by
wiązać pewien typ patologii tylko z polskością. Równie dobrze można dla
zilustrowania takich zjawisk wydać cokolwiek innego, na przykład
„Zmory” Zegadłowicza czy jakieś antykościelne, wolteriańskie
broszurki… Co oczywiście nie znaczy, że o takich sprawach nie trzeba
mówić, czy z nimi walczyć. Rzecz w metodach walki i proporcjach
widzenia tego, co jest patologią, a co nie. Poza tym, czytając takie
fragmenty, tym mocniej zastanawiamy się nad punktem dojścia
Brzozowskiego, nad słynnymi zapisami z końca „Pamiętnika”: „Człowiek
jest niezrozumiałą zagadką bez Kościoła. Życie ludzkie jest szyderstwem
i igraszką, jeżeli Kościoła nie ma”. Bardzo ciekawe są tutaj ostatnie
wypowiedzi Burka na temat aktualności Brzozowskiego jako l’antimoderne,
reakcjonisty i katolickiego realisty…
Zgodnie z tradycją mówienia o sobie przez Brzozowskiego, Burek
akcentuje późnego siebie, przeciwko sobie wcześniejszemu, co jest
trochę innym stanowiskiem niż słynne „zabrać wszystko do nawrócenia” z
„Pamiętnika”. Brzozowski miał obsesję ciągłości, do samego końca.
Mówił: ja nie mogę się z tamtego wywinąć, ja będę używał i Nietzschego,
i Marksa do samego końca, bez nich mój Newman czy Chesterton w ogóle
nie miał sensu. Podczas gdy u późnego Burka niepoważne, nihilistyczne
machiny krytyczne nowoczesności objawiły swoją bezradność, a on sam
wybiera metafizyczną powagę.
MU: U późnego Burka czy późnego Brzozowskiego? Ten ostatni
jednak z jakiegoś powodu sięgał do Newmana znacznie częściej niż do
Nietzschego i poświęcał mu - umierając właściwie - tyle energii
duchowej. Ta metafizyczna powaga Brzozowskiego jednak jest dla mnie
intrygująca i jakoś zobowiązująca. I projektowana przezeń rewolucja
dusz raczej, niż instytucji. Bo instytucja już jest - Kościół…
SS: Dla mnie nie ma tu mowy o klasycznej konwersji na
katolicyzm. Brzozowski materialistą pozostał konsekwentnie do końca
życia. Przypomnę tylko jego słowa z „Pamiętnika”, że „prócz katolicyzmu
kultury jest katolicyzm jako droga do świata nadprzyrodzonego. I ta
jest dla mnie zamknięta”. Nieco dalej Brzozowski pisze zresztą wprost:
„Nie jestem katolikiem, nic nie wiem, mam pewną sumę antypatii i
sympatii, ale wiem, że wszystkie one pozostawiają mnie w świcie
ludzkim”. Jego zwrot religijny jest raczej zadawaniem tego samego
pytania, które towarzyszyło mu przez całe życie: jak ugruntować to
działanie człowieka, jak mu dać jakiś moment absolutny. To
jednoznacznie kojarzy mi się ze współczesnymi fascynacjami Zizka i
Badiou chrześcijaństwem. Ale jeśli Maciej Urbanowski mówi o Brzozowskim
„katolik”, to ja się nie kłócę, bo, jak mówiłem, nie ma dziś sensu
konkurowanie o to, czyj Brzozowski…
MU: Nie szarpiemy tutaj Brzozowskiego, nie chcemy go szarpać. Raczej chcemy zrozumieć, na ile jest on nam bliski…
Ponieważ nie jesteśmy Katarzyną Kolendą-Zaleską wspominającą
papieża, ja jestem za szarpaniem Brzozowskiego - im bardziej osobistym,
tym lepiej. Dlatego moje kolejne pytanie brzmi: co się panom w
Brzozowskim nie podoba, co drażni, czego ze swoimi poglądami nie
mogliście tam strawić?
MU: Akceptuję podstawowy ton Brzozowskiego, którego
elementami są takie pojęcia, jak powaga, patos, maksymalizm, heroizm,
naród, humor… Nawet moją niechęć dla pewnego typu literatury
niepoważnej, jaka dominuje w Polsce po roku 1989, zawdzięczam
Brzozowskiemu… Zawsze podobała mi się jego krytyka. Zarówno ta
walcząca, jak i ta „rozumiejąca”, dzięki której powstał piękny,
„muzyczny” szkic o Charlesie Lambie w „Głosach”. A irytuje mnie, a może
tylko niepokoi u niego jego migotliwość, jak to nazywa trafnie Marta
Wyka. To chyba Irzykowski powiedział, że Brzozowski jest jak wystawiona
hurtem na sprzedaż apteka. Każdy może kupić, co chce i ile chce… Do
tego dochodzi jeszcze ów irytujący już Zdziechowskiego optymizm
suchotnika. Jest Brzozowski „chory” i „rekonwalescent”. Przypomina
trochę Hansa Castorpa z „Czarodziejskiej góry”. Gruźlica, na którą obaj
chorowali, była chorobą ciała, ale do pewnego stopnia i duszy. W sensie
metaforycznym w ich chorobie widzimy metaforę stanu ówczesnych umysłów
europejskich, gorączkowo szukających wyjścia z matni, w jaką wtrącił je
„głupi” wiek XIX, ale i przewidujących kłopoty, jakie Europa ma już
przed sobą. Castorp dystansuje się wobec Settembriniego i Naphty,
Brzozowski - jak mi się zdaje - skłania się ku Naphcie ze wszelkimi
tego konsekwencjami - dobrymi i złymi. Tam są dla mnie jednak jakieś
miejsca niepokojące, które Brzozowski dziedziczy na równi ze swymi
współczesnymi. Jak czytam na przykład książki Zeeva Sternhella o
narodzinach ideologii faszystowskiej we Francji przed 1914 rokiem, to
przecież mowa w nich jest o ulubionych pisarzach Brzozowskiego. Nie
chodzi mi oczywiście o etykietowanie znowu Brzozowskiego mianem
faszysty, ale o przemyślenie tego, co Fryde pisał o nim jak ideologu
polskiej inteligencji. To tekst ciągle wart uwagi.
Czemu prawica oddała Brzozowskiego „Krytyce Politycznej”?
MU: Nie wiem, czy tak się naprawdę stało i czy prawica
kiedykolwiek posiadała Brzozowskiego. No i nie wiem, czy wydanie dwu
książek przez „Krytykę Polityczną” oznacza jakieś przejęcie tego
pisarza. Czekajmy, co z tego wyniknie. Nieskromnie też przypomnę, że
ja, „prawicowiec”, pisywałem jednak o Brzozowskim, pisywali też Burek,
Kopiński, pewnie inni. Ale zapewne jest tak, że koniunktura na
„prawicowe” lektury Brzozowskiego skończyła się wraz z eksterminacją
prawicy jako pewnej formacji intelektualnej po 1945 roku.
Wielokrotnie pytałem o Brzozowskiego Jarosława Marka Rymkiewicza,
Zdzisława Krasnodębskiego czy Andrzeja Nowaka, którzy nie zostali
eksterminowani. I każdy z nich na różny sposób odpowiadał mi, dlaczego
Brzozowski go nie interesuje albo wręcz drażni. Rymkiewicza z powodów
estetycznych, ale nie tylko. Bo Brzozowski chce Polaków modernizować i
okcydentalizować, czyli z punktu widzenia Rymkiewicza ma kompleks.
Krasnodębski uważa, że Brzozowski uwierzył w naiwną modernizację
imitacyjną i dlatego niepotrzebnie Polaków upokarza, bo my tu mamy
przecież tak gigantyczny potencjał, że gdyby nie terroryzujący nas
zwolennicy modernizacji imitacyjnej, to byśmy nawet Niemcom dali radę.
Z kolei Nowak odpowiada, że Polska przegrała historycznie z Prusami i
Rosją, ale za to wygrała moralnie, ocaliliśmy naszą czystą duszę
republikanów, podczas gdy oni ją utracili. Gdyby młody Brzozowski po
swoim spotkaniu z Ochraną usłyszał od Nowaka, że co prawda Polaków nie
osłania ich własne państwo, ale za to ich republikańska dusza pozostała
czysta, to by mu się pewnie rzucił do gardła… Prawica pogrążyła się w
narcystycznych fantazjach na temat polskości i dlatego Brzozowski ze
swoją purytańską zasadą rzeczywistości społecznej może ją co najwyżej drażnić.
MU: Drażnić albo nudzić. W końcu od jego śmierci minęło
prawie sto lat i przez ten okres coś niecoś się jednak zdarzyło.
Dzisiaj na przykład nie można takich „Płomieni” z ich patetyczną
pochwałą Narodnej Woli czytać naiwnie, zapominając o tym, co było
dalej. Ta powieść to dla mnie już w tym sensie wystygłe popioły… Z
pewnością też dla niektórych konserwatystów Brzozowski wczesny,
prometejski, ze swoim radykalizmem, także retorycznym, z tym niekiedy
jawnie niesprawiedliwym, niemądrym krytycyzmem wobec sporej części
polskiej tradycji, z naiwnym chwilami zapatrzeniem w Rosję,
postrzeganiem terrorystów jako nadludzkich tytanów - bywa ciałem obcym.
Oni wybraliby już raczej letniego Gombrowicza z jego „im mądrzej, tym
głupiej”. Pewne myśli formułowane przez Brzozowskiego polska prawica
znajdowała potem u innych, może literacko bardziej komunikatywnych pisarzy…
Część polskiej prawicy rzeczywistość zawsze śmiertelnie nudziła, ale kogo w takim razie znaleźli, żeby się nie nudzić?
MU: Może Herberta, Herlinga-Grudzińskiego, Mackiewicza, może
Bobkowskiego… Na pewno Karola Wojtyłę. Myślę generalnie o polskich
pisarzach nieskażonych prometeizmem, co nie oznacza, że bezkrytycznych
wobec wspólnoty narodowej i tradycji. Raczej opisujących świat niż
chcących go gwałtownie zmieniać, by „tańczyć na pobojowisku”, jak się
marzy Brzozowskiemu jeszcze w „Pamiętniku”. Sponiewierany tamże
Irzykowski napisał o Brzozowskim, że są to marzenia skazanej na
bezczynność nahajki. Coś w tym jest. Skazany na bezczynność inteligent
marzy, aby wziąć rzeczywistość w galop… Myślę tu zresztą nie tyle o
Brzozowskim, co jego naśladowcach.
SS: Nas z kolei w „Krytyce Politycznej” strasznie drażni cały
ten powtarzany bez przerwy, w odpowiedzi na najbardziej choćby ostrożne
hasła emancypacyjne, szantaż totalitaryzmem, nahajką itp. My oczywiście
jesteśmy po lekcji postmodernizmu i - tak jak Brzozowski to najczęściej
robił - postępujemy po heglowsku: nowy rezultat zawsze zakłada drogę,
zniesienie czy przezwyciężenie poszczególnych jej etapów, ale nie
zapomnienie o nich czy ich przekreślenie. I jeśli próbujemy odnaleźć
moment przekroczenia postmodernizmu w myśli nawet takiego radykała jak
Badiou, to wydaje nam się, że ten moment postmodernistyczny chroniący
nas w jakiejś mierze przed unieważnieniem Innego czy różnicy stanowisk
i tożsamości jest w tym obecny. A póki jest obecny, póty nie grożą nam
nahajki. Natomiast wiem dobrze, że ten moment szantażu konsekwencjami,
ten argument z równi pochyłej, gdzie na końcu musi być totalitaryzm,
odgrywa dzisiaj znacznie większą rolę i nie jest tylko ostrzeżeniem. On
odgrywa też rolę demobilizującą wszystkich, którzy chcieliby podjąć
krytykę liberalnej hegemonii. To właśnie ma na myśli Sloterdijk, kiedy
pisze o oświeconym cynizmie.
MU: Ja się w dużej mierze z tym zgadzam, jeśli chodzi o te
rozmaite szantaże z totalitarnym na czele, które kneblują dzisiaj nasze
myślenie. Brzozowski z pewnością nie był myślicielem cynicznym, ale też
nie bardzo rozumiem, jak dzisiaj miałby on mobilizować swoich
czytelników przeciw liberalnej hegemonii. Dla mnie zawsze ważne było
też to, że Brzozowski uczył, iż historia nie tworzy się sama, że
jesteśmy za nią - a więc i za siebie - odpowiedzialni. W tym sensie
bliskie jest mi rozróżnienie, o którym niedawno mówił w Klubie „Krytyki
Politycznej” w Krakowie Bronisław Łagowski, a mianowicie, że o ile
Gombrowicz był piewcą niedojrzałości, a więc jakiegoś dystansu wobec
kultury, to Brzozowski - odwrotnie - chciał nas nauczyć dojrzałości,
czyli poczucia odpowiedzialności za kulturę, której jesteśmy (albo mamy
być) twórcami, nie zaś tylko biernymi konsumentami. Z całą tego gestu
konsekwencją, także z jego nieuniknioną śmiesznością. Bardzo lubię to
zdanie z „Legendy”: „Biada człowiekowi, który nie czuje się nigdy już
śmiesznym. Jest już więc doskonały, ma bezwzględną słuszność, przestał
żyć, nie chce już stać się niczym innym”. W tym sensie Brzozowski jako
wychowawca ciągle chce, abyśmy - jako jednostki i jako naród - żyli na
własny koszt, abyśmy walczyli z tą przeklętą odyseją polskiej słabości,
z brakiem wiary we własne istnienie.
***
Rozmowę prowadził Cezary Michalski, autor wstępu do książki Głosy wśród nocy Stanisława Brzozowskiego. Rozmowa ukazała się w „Europie”, dodatku do „Dziennika”, z 10 maja 2008.
Sławomir Sierakowski, ur. 1979,
publicysta, socjolog, założyciel i redaktor naczelny „Krytyki Politycznej”. Autor wstępu do specjalnego wydania Płomieni, które ukazało się w 100. rocznicę śmierci Stanisława Brzozowskiego.
Maciej Urbanowski, ur. 1965, historyk literatury i krytyk
literacki. Współzałożyciel i członek zespołu redakcyjnego
dwumiesięcznika „Arcana”. Autor m.in. książek: Oczyszczenie. Szkice o
literaturze polskiej XX w. (2002), Prawą stroną polskiej literatury
(2007). Opracował najnowsze wydanie Pamiętnika Stanisława
Brzozowskiego (wyd. Ossolineum, 2008).
***
Zapraszamy do lektury Płomieni. W księgarni internetowej KP do pierwszych 50 zamówień dodajemy bawełnianą ekotorbę z cytatem ze Stanisława Brzozowskiego Męczeństwo nie zastępuje pracy.
[fot. Jakub Szafrański]
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...