|
Cezary Michalski: Pierwsze
pytanie do Kingi Dunin: dlaczego „Krytyka Polityczna” zdecydowała się
wydać w Polsce „Rewolucję u bram”, czyli pisma Lenina komentowane
pozytywnie przez Slavoja Zizka? W Polsce istnieje ustawa zakazująca
promocji zarówno idei nazistowskich, jak i komunistycznych. Wypomniały
wam to „Rzeczpospolita”, „Wprost” i „Gazeta Polska”. Dlaczego
zdecydowaliście się na taki skandal?
Kinga Dunin: Nie sądzę, by to było skandalem. To pisma filozoficzne
i myślę, że dobrze rozpoczynają serię myśli politycznej, którą wspólnie
będą wydawały „Krytyka Polityczna” i Ha!art. Chodziło nam przede
wszystkim o przesłanie tej książki, jakim jest walka z hegemonią
konsensusu liberalno-demokratycznego. Z pomocą Zizka walczymy o zmianę
reguł panującego w Polsce dyskursu politycznego, ideowego, zmianę jego
granic, zakwestionowanie ukrytych założeń. Chcemy, by polscy
liberałowie - dziś w większości niebędący nawet liberałami, ale po
prostu prawicowcami - przyznali, że zajmują pozycję hegemona, że
zarządzają społeczeństwem bez większego oporu. Chcemy ten opór
pobudzić. Oraz, nie ukrywam, że naszym celem nie jest jedynie
stworzenie neutralnej sfery dla wszelkich poglądów, ale taka hegemonia,
która pozwoliłaby na zawsze z dyskursu wykluczyć pewne treści.
Powiedzmy, seksizm czy homofobię.
CM: Zanim jeszcze zbudujecie hegemonię własną, piętnujecie hegemonię
liberalizmu. Sławomir Sierakowski we wstępie do Lenina i Zizka pisze,
że liberalizm jest ufundowany na tym, co z pozoru neguje, na
wykluczeniu: języków antysystemowych, rewolucyjnych. Czy liberał Paweł
Śpiewak zgadza się z taką krytyką?
Paweł Śpiewak: Siła liberalizmu bierze się z szerokiej akceptacji
dla liberalnej praktyki społecznej i stąd, że jest w stanie wchłonąć i
współżyć z wieloma formami dyskursu. Natomiast jako filozofia
polityczna myśl liberalna ma oczywiście różne nurty. Europejska
tradycja liberalna jest na przykład o wiele bardziej nieufna wobec
daleko idących nadużyć wolności wypowiedzi dla celów promowania
przemocy czy nienawiści. W Europie tzw. negacjonizm, czyli negowanie
faktu istnienia obozów śmierci, a także jawne formy antysemityzmu są
karane, piętnowane przez prawo, wykluczane z debaty publicznej. Nie
dotyczy to już lewicy leninowskiej czy postmaoistowskiej. To wikła
europejski liberalizm w dwuznaczności zarówno co do zasady swobody
wypowiedzi, jak i co do symetrii wykluczenia języków totalitarnych.
Natomiast liberalizm amerykański jest pod tym względem o wiele bardziej
otwarty. I z tego punktu widzenia strategie Sierakowskiego jako wydawcy
Zizka i Lenina mogą być dwie. Pierwsza jest zbyt prosta, by się nią
zajmować - to po prostu rodzaj prowokacji, w której trzeba wykreować
sobie twardego przeciwnika, na przykład wymyślić opresywny liberalizm.
Natomiast druga strategia dotyczy próby sprawdzenia i pokazania tego,
co jest rzeczywiście w dzisiejszym liberalizmie tabu, którego nie wolno
ruszać. Będzie nim na pewno szacunek dla wolności ludzkiej, własności,
szacunek dla prawa, porządku prawnego i obywatelskości, której nie da
się uformować bez pojęcia prawa.
CM: Te tabu są zarówno w pismach Lenina, jak i w wywodach Zizka
jawnie negowane. A jednocześnie mamy tu ciekawą krytykę liberalizmu
jako ładu oligarchicznego, zablokowanego społecznie, kreującego
nierówności i napięcia, których sam nawet nie potrafi zauważyć. Czy to
są tezy legalne czy nielegalne, i co ma z nimi zrobić liberał?
PŚ: Użyłbym tu argumentu Johna Stuarta Milla z drugiego rozdziału
jego „Eseju o wolności”. Ideał liberalny musi się sprawdzić również w
polemicznym ogniu. To znaczy nie może się obawiać krytyki, negacji - bo
to zabije liberalizm i zniszczy jego największą wartość, jaką jest
wolność dyskusji. Mill próbuje oczywiście wyznaczyć granicę, do której
tolerujemy niechęć, krytykę, nawet podburzanie przeciwko władzy. Tyle
że ja nie sądzę, by należało umierać ze strachu z powodu wydania Lenina
z psychoanalitycznym komentarzem Slavoja Z.iz.ka. Po pierwsze dlatego,
że Lenin jest całkowicie dostępny i jakoś nikogo i niczego nie
rewolucjonizuje. W Polsce można go czytać z komentarzami głupszymi od
Zizkowego, ale i z mądrzejszymi - np. z komentarzem Aleksandra
Ochockiego, który jest bardzo ciekawym tekstem filozoficznym w
przeciwieństwie do - moim zdaniem - eseju Z.iz.ka. W związku z tym
książka „Rewolucja u bram” nie stanowi dla mnie jakiegokolwiek
wyzwania. Dla mnie o wiele większą prowokacją jest jeden z dwóch
tekstów, które zamieściła na temat tej książki „Europa” - tekst
profesora Siemka. Profesor Siemek twierdzi wprost, że wszyscy, którzy
krytykują dzisiaj Lenina, to w gruncie rzeczy heglowscy „kamerdynerzy”,
niedostrzegający i nieakceptujący wielkości Lenina jako bohatera i
twórcy historii. Otóż takie stawianie sprawy jest w gruncie rzeczy
odmową prawa do poważnej krytyki dziedzictwa leninowskiego. To też
odmowa twardej, krytycznej dyskusji na temat komunizmu. Mnie ten tekst
o tyle szokuje, że prof. Siemek był człowiekiem rzeczywiście
niezależnym, natomiast po 1989 roku zaczął bronić upadłego systemu tak,
jakby to był jego system - bez wystarczającego dystansu, który przystoi
jednemu z najciekawszych polskich filozofów heglowsko-marksistowskich.
CM: Teraz pytanie do prof. Wojciecha Kunickiego jako badacza
antysystemowej myśli prawicowej i konserwatywnej oraz znawcy obszaru
niemieckiego, gdzie dyskusje na temat tego, co dozwolone i
niedozwolone, toczą się w cieniu nazistowskiej przeszłości. Czy
Millowska otwartość i Millowska tolerancja są dziś stosowane
symetrycznie wobec różnych języków antysystemowych i różnych tradycji
wyraźnie antyliberalnych? Czy tak samo traktowany jest komunizm i nazizm?
Wojciech Kunicki: Jeśli chodzi o symetrię, to nie jest wcale tak
tragicznie. Bardzo się cieszę, że dzisiaj w Polsce z jednej strony mogą
się ukazywać polityczne teksty Lenina, a z drugiej prace Spenglera czy
Ernsta Jüngera. Szkoda, że w krytycznym naukowym opracowaniu nie może
się ukazać „Mein Kampf”, ale to jest spowodowane blokadą ze strony
landu Bawarii, który ma prawa autorskie, ale ich nie udziela.
PŚ: A Rosenberg na przykład?
WK: Rosenberg pewnie mógłby się ukazać, tylko ja uważam, że on jest bełkotliwy…
CM: „Mein Kampf” intelektualnie też nie jest szczytem osiągnięć
europejskiej ideologii. Tak samo jak Lenin, który - jeśli przymierzyć
do niego kryteria porządnej filozofii politycznej - jest raczej idiotą.
Ale obaj są ważnymi symptomami europejskiego myślenia i politycznego
działania, które musimy zapamiętać i zrozumieć.
WK: Dlatego ich publikacja jest potrzebna. Tym bardziej że one
niczym liberalnej hegemonii nie grożą. Bo na przykład książka Zizka nie
jest ani leninowska, ani rewolucyjna, ani subwersywna - to taki
lacanowski, salonowy suplement do dzieł Lenina. Zupełnie niewinny. Ta
książka jest de facto systemowa i dlatego ja rozumiem pragnienie pani
Kingi Dunin, żeby wyjść z tej liberalnej brei, w której wszyscy
siedzimy, do prawdziwej, ostrej polityczności. Dziękuję pani za tę
cenną wypowiedź. Tyle że nie da się tego zrobić akurat z Z.iz.kiem
komentującym Lenina. Bo to Lenin przyrządzony dla naszej publiczności,
która aspiruje do bycia liberalną. To nie jest ten Lenin polityczny, o
którym pani marzy. A szkoda.
KD: Zgadzam się, że same książki nie dokonują rewolucji - w każdym
razie nie wszystkie. Książki mogą jej dokonać dopiero wprowadzone w
pewien społeczny obieg, obudowane odniesieniami. „Rewolucja u bram”
uczyni rewolucję, jeżeli będzie fragmentem dalszych naszych pomysłów
wydawniczych oraz ruchu, który będzie wokół tych pomysłów powstawał -
ruchu ludzi poważnie myślących i odważnie działających. Odwaga Zizka
polega na tym, że piętnuje liberalizm jako system zamknięty. Choć
oczywiście w Polsce jest pewien problem z Zizkiem, bo pisząc o
dyskursach hegemonii liberalno-demokratycznej, odnosi się on do
politycznej rzeczywistości Europy Zachodniej, ale niekoniecznie Polski.
CM: My tu jeszcze nie mamy liberalizmu, a już się go obala.
KD: Tak, mamy w Polsce taką dziwną sytuację, w której najpierw
pojawia się krytyka pewnych prądów, a potem dopiero te prądy (jeśli w
ogóle). Nie jestem pewna, czy dzisiaj warto rewolucjonizować
społeczeństwo polskie przeciwko konsensusowi liberalno-demokratycznemu.
Ale sądzę, że odpowiednio czytana krytyka Z.iz.ka świetnie demaskuje
także coś, co w Polsce za liberalizm uchodzi, a jest w istocie
hegemonią neoliberalną, jeśli chodzi o gospodarkę, oraz konserwatywną i katolicką.
WK: Myślę, że gazety uznające „Rewolucję u bram” za skandal -
„Rzeczpospolita”, „Wprost” czy „Gazeta Polska” - dostosowały się do
reguł naszej liberalnej gry. One po prostu zainscenizowały
subwersywność Zizka dlatego, że im odpowiada. Ciągle wracam do tego, co
pani powiedziała na samym początku - moim zdaniem tylko wtedy będziemy
niesystemowi, kiedy zaczniemy poważnie traktować to, o czym mówimy, i
kiedy zaczniemy poważnie brać samych siebie - a nie będziemy tylko i
wyłącznie grali pewnymi całościami czy pewnymi słowami.
CM: Pomówmy więc o Zizku poważnie. On wydawał mi się zawsze ciekawy,
bo atakował pewien typ hipokryzji właściwy nowej lewicy, która
pozwoliła zdefiniować rewoltę jako wyłącznie rewoltę w sferze dyskursu,
a nie w sferze realnych zachowań społecznych. Zizek atakował Hardta i
Negriego z ich wspaniałą wizją „wielości”, „sieci”, która wypatroszy
liberalną demokrację, ponieważ jego zdaniem ta pseudorewolucyjna sieć
będzie jeszcze bardziej liberalno-demokratyczna niż współczesny
kapitalizm. Atakował też liberalnych filantropów, pisał straszliwie
pamflety na Sorosa i Gatesa, twierdząc na przykład, że Soros, który za
pomocą swoich potężnych działań na rynku walutowym potrafi spychać
spore ilości ludzi w nędzę, jednocześnie używa 1 proc. tego, co zarobił
na głodzeniu tłumów, do finansowania organizacji pozarządowych
walczących o emancypację i społeczeństwo otwarte. Zizek przypomina, że
nowa lewica stała się zabawą burżuazyjnej młodzieży, która używa języka
lewicowego jako pewnej dystynkcji wobec konserwatywnych mas. Wierzę, że
on będzie także wielkim wyzwaniem dla polskiej nowej lewicy, której nie
ruszało, kiedy bezrobotne „mohery” były w Ożarowie okładane prętami
przez ochroniarzy korporacji Telefonica, natomiast kiedy zamykano „Le
Madame”, reagowała bardzo żywo. A przecież gdyby obok Anny
Walentynowicz w obronie tego tłumu okładanego prętami wystąpiła
Kazimiera Szczuka albo Kinga Dunin, to byłoby prawdziwe wydarzenie
rewolucyjne. Liberałowie nie słuchają Zizka, ale czy rzeczywiście
posłucha go nowa lewica?
KD: Dla mnie, oczywiście w jakimś sensie, konserwatywna Polska,
nawet jeśli krzywdzona ekonomicznie, jest też wrogiem. Mam inne
wyobrażenie o prawdzie, o świecie, o wartościach. Tyle że troska
Cezarego Michalskiego z „Dziennika” Axela Springera nie wydaje mi się
szczera. To raczej hipokryzja.
CM: Nie, bo ja nie nazywam siebie lewicowcem, nie odgrywam
rewolucjonisty. Kocham wyłącznie rewolucję kapitalistyczną mimo całej
straszliwej ceny, jaką za nią płacimy - mimo że ona profanuje wszystko,
co święte i rozbija tradycyjne wspólnoty. Uważam, że dała Zachodowi
więcej wolności, więcej szczęścia i mniej przemocy niż faszystowskie i
bolszewickie „propozycje antysystemowe”. Mnie się tylko nie podoba
kłamstwo katolickich neokonserwatystów, że rewolucja kapitalistyczna
się ustatkuje, jeśli prezes globalnej korporacji postawi sobie krzyżyk
na biurku. I kłamstwo nowej lewicy, że wystarczy, jeśli Soros - po
obrabowaniu Dalekiego Wschodu - jedną setną tych pieniędzy da
feministycznym NGO-som.
KD: Jeśli rzeczywiście obserwujesz młodolewicowe ruchy
pozaparlamentarne, to powinieneś przynajmniej zanotować prawidłowość
ponownego łączenia postulatów ekonomicznych z kulturowymi. Symboliczna
była obecność górników związkowców na obchodach 80. rocznicy urodzin
Marii Janion. Oni się tam nie pojawili przypadkiem i nie zostali
sprowadzeni jako dekoracja. Te zjawiska nasilają się od paru lat.
Obserwuję ogromne przyśpieszenie w zmianie postaw młodej polskiej
lewicy. Pojawia się świadomość, że emancypacja kulturowa musi być
połączona ze zmianą warunków ekonomicznych. Dlaczego tak trudno jest o
tej zmianie mówić? I tu wracamy znowu do kwestii ograniczeń tego
dyskursu, który w Polsce nie jest liberalno-demokratyczny, tylko co
najwyżej konserwatywno-liberalny. Największym tabu jest tutaj
neoliberalne podejście do gospodarki. Każdy, kto chce powiedzieć coś
innego, bardzo szybko zostaje uznany za wariata. To nie znaczy, że nie
można grupom upośledzonym różnych rzeczy obiecywać, mówić, że się nimi
ktoś zajmie, albo rzucać hasła solidarności społecznej. Ale to są tylko
hasła. Można udawać - jak robi to PiS - że się likwiduje hegemonię
myśli Balcerowiczowskiej, a potem w to samo miejsce wsadzać ludzi, dla
których neoliberalizm też będzie dogmatem.
CM: To się jeszcze okaże… Ja zresztą myślę o tym obaleniu
liberalnej hegemonii w gospodarce z ogromnym dystansem, bo nie widzę
żadnej rozsądnej propozycji, która by ten gospodarczy liberalizm miała zastąpić.
KD: Aby się taka myśl pojawiła, trzeba zniszczyć hegemonię
twierdzącą, że ona się w ogóle nie może pojawić, że nawet nie wolno jej
poszukiwać. Dlatego pierwszym krokiem powinno być rozchwianie
neoliberalnego dyskursu, żeby mogły się w nim pojawić - jako propozycje
poważne - różne wizje organizacji gospodarki, wizje życia
gospodarczego, ale również konkretnych rozwiązań w kontekście polskiej
sytuacji gospodarczej. Nie na poziomie populistycznych haseł, ale na
poziomie poważnej ekonomii politycznej. Na polskich uniwersytetach
kształci się zresztą wyłącznie ekonomistów jednego rodzaju - w ramach
paradygmatu myślenia neoliberalnego. Ale na świecie jest inaczej.
Jeżeli spojrzy się na Nagrody Nobla z ekonomii, to są one przyznawane
za prace dotyczące nie tylko dyscypliny monetarnej, ale także
bezrobocia czy społecznych konsekwencji rozmaitych ekonomicznych rozwiązań.
CM: Agata Bielik-Robson napisała w „Europie”, że Zizek z pomocą
Lenina kokietuje burżuazyjną młodzież dreszczykiem myślenia o przemocy,
która w liberalnej demokracji jest zakazana, ale młodych kręci.
Tymczasem jego alternatywne propozycje społeczno-ekonomiczne w ogóle
nie istnieją. Czego zatem można się nauczyć od bolszewików, faszystów
czy rewolucyjnych konserwatystów z nazistowską przeszłością?
WK: Dla mnie istotnym impulsem intelektualnym była lektura Arnolda
Gehlena - ale nie tych jego pism, które odnosiły się do techniki w
społeczeństwie, tylko tych, które dotyczyły moralności i
„hipermoralności”, hipertrofii pewnych zachowań intelektualnych w
warunkach społeczeństw liberalnych i późnokapitalistycznych. Niemcy na
długo przed nami pokazali ten rozziew, jaki istniał między warstwami
gadającymi, które w Polsce w latach 90. doszły do władzy (i władzy tej
bronią rękami i nogami), a ludźmi, którzy realnie pracują, tworząc
ekonomiczne fundamenty społeczeństwa. Także antysystemowa, prawicowa
krytyka postaw pokolenia roku '68 w Niemczech była ciekawsza niż u nas.
Bo my tego pokolenia właściwie nie mamy, dopiero nadrabiamy
doświadczenie żarliwych ideowych dyskusji z lat 60. Druga sprawa to
Carla Schmitta teoria tego, co polityczne. Jako czytelnik Schmitta z
lubością słuchałem pani Kingi Dunin, bo jako jedyna tutaj traktuje
poważnie pewne elementy polityczności. Pani sytuuje wroga, sytuuje
przyjaciela. To są pewne odwieczne prawdy, odwieczne prawa - zarówno w
polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Ten, kto definiuje wroga, jest
suwerenny, ten, kto posługuje się kategorią wroga, jest również
polityczny. Wróg jest nam potrzebny - niekoniecznie do tego, byśmy go
zabili. Tylko antagonizm, tylko spór pozwala się społeczeństwom rozwijać.
PŚ: Czyli Jarosław Kaczyński jest świetnym uczniem Schmitta?
WK: Oczywiście, że tak i ja tego faktu nie uważam bynajmniej za
deprecjonujący dla aktualnego reżimu. Także od Ernsta Jüngera można się
bardzo wielu rzeczy nauczyć. Można nauczyć się na przykład swoistego
obchodzenia z historią: w momencie, kiedy dyskurs władczy u danego
polityka lub dyskurs hegemoniczny w danym społeczeństwie staje się
niemożliwy do zaakceptowania, nazbyt niemoralny, wtedy nawet człowiek
zaangażowany, człowiek walki, może się wycofać na pozycję anarchy. To
jest jakby sposób życia, prawo do pożegnania się ze społeczeństwem i
konstruowania prawdziwych przestrzeni wolności, nie w jakiejś grupie,
ale raczej w oderwaniu od grupy. Ci antysystemowi myśliciele uczą nas,
mieszkańców pozornie wolnego świata, jak nie dać się sprowadzić do roli
przedmiotu. Jak bronić tego, co moje… Dla mnie sympatyczniejszy jest
krwawy psychoanalityk, który walczy z religią, albo ojciec Rydzyk z
jego „moherami” niż z pozoru prawicowe czy lewicowe formacje, które w
rzeczywistości akceptują wszystkie liberalne zasady.
CM: Dlaczego właściwie pan tak nie lubi liberalizmu, zanim jeszcze na dobre w Polsce powstał?
WK: Lubię, gdy ludzie traktują siebie poważnie. Liberalizm to
utrudnia. Jeżeli ja jestem w obrębie faszyzmu, to nawet jako
antyfaszysta muszę istnieć w sensie poważnym, nie mogę błaznować. Muszę
traktować siebie poważnie.
PŚ: Wielu naocznych obserwatorów nazizmu uważało, że tam nie ma nic
z tego, o czym pan mówi, czyli że naziści wcale nie traktowali poważnie
ideologicznych dogmatów wpajanych masom. Że traktowali śmiertelnie
poważnie wyłącznie siebie, swój własny awans społeczny, swoją własną
pozycję, korupcję, która temu towarzyszyła. Tak jak to potem zauważyła
Hannah Arendt, śmiertelnie poważny był ich strach przed utratą własnej
pozycji społecznej. Za to byli w stanie zapłacić nawet zniszczeniem
własnego narodu, nie mówiąc już o eksterminacji innych. A mówię o tym
dlatego, że poważne traktowanie własnych poglądów, o którym mówi pan
Kunicki, jest kryterium ważnym także dla mnie. Tyle że nie odnajduję go
wcale w totalitarnych ideologiach, lecz w tym, że ktoś na przykład
wstępuje do klasztoru, wybiera mocną formę religijności, że uprawia
praktyczną politykę (czego ja niestety nie widzę wokół siebie, ani w
naszych formacjach liberalnych, ani w konserwatywnych, ani w
lewicowych). Ale w przeciwieństwie do pana Kunickiego nie sądzę, by
liberalizm wymuszał na nas odrzucenie powagi, on nas natomiast wyposaża
w taką sceptyczno-ironiczną postawę, która pozwala jednocześnie coś
poważnie proponować i nie być do końca pewnym swojej narracji, być
gotowym poddać ją pod dyskusję. To, czego mi brakuje w polskim życiu
politycznym i umysłowym, to nie powaga, lecz kompletny brak myślenia.
Po roku czy półtora pobytu w polityce mam poczucie, że tam w gruncie
rzeczy nikogo nic nie interesuje poza technologią władzy. To znaczy tam
nie ma żadnej poważnej rozmowy o sprawach publicznych. Jestem w
parlamencie przez półtora roku i nie widziałem w swoim otoczeniu
politycznym ani jednej dyskusji ideowej, prawdziwie światopoglądowej.
Byłem raz świadkiem dyskusji w sprawie Leppera. Ktoś mówi: „On jest
świetnym ministrem rolnictwa”, a na to ktoś inny odpowiada: „Zaraz,
zaraz, ale my nie dyskutujemy o tym, czy on dobrze ściąga podatki,
tylko czy jego wizja wsi stwarza szansę na to, by wieś się
zmodernizowała”. Na to pada odpowiedź: „A kogo to obchodzi, my musimy
zdobyć jutro wyborców”. Takie spłycenie polityki w naszej wersji
liberalnej demokracji jest absolutnie destrukcyjne.
CM: Kinga Dunin może zatem mieć rację - hegemonia myślenia
liberalnego wyjaławia. Ale chciałem powtórzyć moje pytanie: czego
liberał Paweł Śpiewak nauczył się od myślicieli antysystemowych,
wywodzących się z jawnie nieliberalnych tradycji?
PŚ: Rozsądna lektura Schmitta na przykład przypomina (bo niczego
absolutnie nowego nie wnosi) ten element w życiu politycznym, o którym
pisał Machiavelli - myślenie o polityce w kategoriach siły i w
kategoriach organizacji siły. Także w kategoriach wróg - przyjaciel.
CM: Schmitt nawrócił na politykę siły współczesną lewicę. Z.iz.ek, a
także Giorgio Agamben czy Ernesto Laclau dzisiaj bez przerwy mówią o
stanie wyjątkowym, o kategorii wroga i przyjaciela… Czy na politykę
siły nawrócił także liberałów?
PŚ: Nie wiem, czy nawrócił nas liberałów. Wolałbym mówić o sobie.
Powiedziałbym tak: kiedy czytam na przykład Hansa Morgenthaua czy
Friedricha Meineckego - całą realistyczną tradycję w myśleniu
politycznym - to czytam ich nie po to, by się nawrócić, tylko po to, by
uchwycić moment, który jest cieniem konserwatywnego myślenia i pokazuje
granicę idealizmu, granicę legalizmu, tę granicę, która jest wyznaczana
przez pojęcie siły, przez pojęcie wroga i przyjaciela. Ich wszystkich
Schmitt nauczył po prostu uprawiania polityki. A liberałowie myślenie o
polityce zastępują często mało refleksyjnym oportunizmem. I dla mnie
jako historyka idei i teoretyka polityki, który ma dziś wyjątkową
okazję obserwowania politycznej praktyki, jest to problem podstawowy.
Obojętnie, czy odnoszę to do Platformy Obywatelskiej, czy do innych
formacji liberalnych.
KD: To, co w Polsce uchodzi za liberalizm - jak słusznie powiedział
Paweł - jest czystym oportunizmem bez żadnych poglądów. W związku z tym
pozostaje tylko konserwatyzm, czasami przy zewnętrznych pozorach
liberalizmu. Czasem ktoś udaje, że jest w centrum, umiarkowanym centrum
mądrali. Ale robi to tylko po to, by zablokować dyskusję i wyrażanie
silnych tożsamości ideowych po stronie innej niż prawa. Ja może
przypomnę, jak poznaliśmy się z Cezarym. Napisałam tekst o politycznej
poprawności, w którym stwierdziłam, że dosyć mam mówienia, iż
polityczna poprawność to są reguły grzeczności, taki savoir-vivre. To
nie savoir-vivre, to pewien światopogląd, pewna ideologia, której
jestem gotowa intelektualnie bronić. Na co Cezary Michalski - zamiast
podjąć ze mną dyskusję o tym, jaki to jest światopogląd, czy on ma sens
- odpowiedział: „No, nareszcie przyznała się do tego, że wyznaje jakąś
ideologię. A skoro ideologia, to wiadomo że prowadzi do Gułagu, a Kinga
Dunin będzie mordować księży”. Właśnie w ten sposób blokuje się debatę.
CM: Używałem trochę bardziej rozbudowanej argumentacji, ale w
gruncie rzeczy Kinga Dunin ma rację, tak czy inaczej sprowadzała się
ona do mojego lęku przed najgorszą konsekwencją ideologii - obojętnie,
lewicowej czy prawicowej - jaką jest masowa przemoc. I nadal uważam, że
każda myśl antysystemowa (czy nieliberalna tradycja) musi być omawiana
razem z jej czarnymi kartami, jakimi najczęściej było po prostu masowe
mordowanie ludzi. Jeśli historia jest uczeniem się, szczególnie na
błędach, i jeśli wiemy, że jakiś typ radykalnej myśli miał konsekwencje
w postaci ludobójstwa, to musimy analizować tę tradycję także pod kątem
tych jej elementów, które do tego ludobójstwa doprowadziły. Krytykę
liberalizmu wyrażaną przez Zizka podpierającego się Leninem musimy
przyswajać tak, by nie zapomnieć o konsekwencjach stosowania
leninowskiej metody politycznej. Bo jeżeli czytam w „Rewolucji u bram”
wywody Lenina o błędach mienszewików i eserowców, to jednocześnie
pamiętam (i uważam, że zarówno Z.iz.ek, jak i Sierakowski powinien był
o tym przypomnieć), że Lenin, zdobywszy władzę, wsadzał tych
mienszewików i eserowców do obozów koncentracyjnych i masowo mordował.
Że kiedy Dora Kapłan próbowała na niego zrobić zamach, zarządził razem
z Trockim wymordowanie wielu tysięcy bezbronnych zakładników. Że Lenin
i jego uczeń Stalin, gdy chodzi o szafowanie przemocą, zasadniczo nie
różnili się od Adolfa Hitlera. Stosowali jedynie inne kryteria: dla
nich burżuj i kułak byli podludźmi, których można było mordować. Tak
samo eserowiec i mienszewik, religijny chrześcijanin i żyd. Rozumiem w
tym kontekście nadwrażliwość polskich prawicowców, choć oni sami, kiedy
ich spytać o masowe rozstrzeliwania dokonywane przez generała Franco
albo o masowe stosowanie tortur za Pinocheta, składają buzię w ciup i
wznoszą oczy ku niebu. Ale jak podawać młodym lewicowcom Lenina na tacy
razem z jego ofiarami?
KD: Nikt w „Krytyce” młodym ludziom nie mówi, że mają stosować
leninowskie metody. Na lewicy wszyscy znają historię, nie wygłupiaj się…
CM: Ja to mówię śmiertelnie poważnie. Młodzi ideowcy nigdy nie znają
historii albo nie chcą jej poznać. A o zbrodniach własnej tradycji
zapominają najszybciej. Co więcej sądzę, że ty unikasz odpowiedzi na
moje pytanie, ponieważ polityczna mobilizacja młodej lewicy jest dla
ciebie ważniejsza niż pamięć o ofiarach komunizmu.
KD: Moim zdaniem wszystkie tego typu bezpieczniki w tej książce są.
PŚ: Dla mnie odpowiedź na pytanie Cezarego Michalskiego powinna
polegać na nieustannej analizie swojej historii, przeszłości. To
oznacza, że nie mogę bronić naiwnie pojętego pryncypu
indywidualistycznego i traktować swojego ja poza jakimikolwiek
społecznymi uwikłaniami, poza wspólnotami. Jestem odpowiedzialny za
jakąś wspólnotę - także za jej błędy. I muszę odpowiadać na wszelkie
zarzuty, brać je także do siebie. Będąc Polakiem, nie mogę udawać, że
nie biorę pod uwagę zbrodni Polaków na innych nacjach, a będąc Żydem,
nie mogę nie mówić o złych rzeczach, które z udziałem Żydów się
dokonywały. Największym złudzeniem jest poczucie, że zaczynamy wszystko
od nowa.
CM: A kiedy pan profesor Kunicki uczy studentów o Schmittcie czy
Jüngerze, to jak sobie radzi z pewną dwuznacznością ich biografii w
epoce III Rzeszy?
WK: Po pierwsze, należy wyjść od pewnej antropologii, od tego, że
człowiek jest ze swej natury istotą złą i dlatego musi istnieć państwo,
policja, elementarny system porządku i ładu, a także my, czyli
nauczyciele akademiccy - po to, by tą ludzką agresją jakoś sterować. Ja
abstrahuję w tym momencie od możliwości, które stwarza chrześcijaństwo
dające ofertę pewnego złagodzenia tego wewnętrznego zła. Druga sprawa
to prymat absolutnej prawdy połączonej z odpowiedzialnością. Jeśli uczę
o Jüngerze, nie mogę abstrahować od jego artykułu opublikowanego w 1930
roku „Antysemityzm i nacjonalizm”, w którym sformułował bardzo
drastyczne tezy. Jeżeli mówię o Carlu Schmittcie, to nie mogę pomijać
faktu, że był on również radcą w państwie Hitlera. Tyle że nie
chciałbym tego robić w sposób histeryczny. Napisałem kiedyś artykuł o
niemieckim intelektualiście, który coś opublikował w 1939 roku. Mój
kolega z Berlina uznał, że nie może tego artykułu tak wydać. I musiałem
dołożyć wstęp, że „w roku 1939 Niemcy brutalnie napadły na Polskę…”,
a potem szedł mój podstawowy tekst. Ten mój kolega poczuwa się do
takiej postawy - i może jako Niemiec ma swoje racje. Natomiast ja tak
nie reaguję, bo nie czuję się zobligowany. Mam tę wiedzę i muszę ją
przekazać, ale z drugiej strony jestem zobowiązany do absolutnie
precyzyjnej rekonstrukcji warunków powstawania mojej wiedzy i warunków
generowania tych poglądów, które reprezentowali w danej sytuacji
ludzie, o których uczę.
CM: I ostatnie pytanie - o to, co jest dzisiaj w Polsce rzeczywiście
„rewolucją u bram”, a co tylko intelektualną zabawą. Czy bardziej
antysystemowe i rewolucyjne jest wydawanie Lenina przyprawionego
Z.iz.kiem przy ochach i achach salonu, czy może widok Tomasza
Terlikowskiego wołającego do biskupów: „Kościół to także ja, a nie
tylko wy” - jakby był jakimś młodym Lutrem? Czy przy okazji sprawy
Wielgusa świeccy katolicy nie zachowali się bardziej rewolucyjnie -
domagając się Kościoła demokratycznego, posoborowego, zamiast tego jaki
mają, czyli feudalnego? Czy to nie jest bardziej realna rewolucja,
nawet jeśli sami rewolucjoniści nie zdają sobie z tego sprawy?
PŚ: Rewolucji w polskim Kościele dokonuje Benedykt XVI swoją decyzją
w tej sprawie. W Polsce zawsze rewolucja przychodzi z zewnątrz i z
góry. To znaczy przyszedł wielki polityczny i religijny przywódca i
powiedział: dosyć tego układu, który w gruncie rzeczy obezwładnia
Kościół, ale też mentalność Polaków. Dość układu, w którym stare
interesy, kłamstwa, oportunizm i hipokryzja są normą i wyznaczają
sposób istnienia wspólnoty. To realna rewolucja w tym sensie, że w
Polsce zarówno Kościół, jak i całą tożsamość zbiorową zastępowano
istnieniem Jana Pawła II. A Benedykt XVI powiedział: nie! To wy
odpowiadajcie za siebie, a nie ten wielki człowiek, którego
uczyniliście jakimś bożkiem zwalniającym was od myślenia. To wy
odpowiadacie za własne kłamstwa i przemilczenia. Tyle że ja jestem
pesymistą - ta rewolucja się prawdopodobnie nie dokona, nie ma swoich
agentów zmiany, aktorów wystarczająco silnych, by ją przeprowadzić. Ta
rewolucja nie dokona się także dlatego, że i rządząca prawica zawisła w
Polsce na tej kościelnej hipokryzji. I raczej będzie stabilizowała
stare porządki. A co do Terlikowskiego, to nie podoba mi się jego
łatwość sądów, nadmierne korzystanie z daru późnego urodzenia.
WK: Sytuacja, o której mówi pan Śpiewak, jest elementem
poważniejszej rewolucji, a to może być tylko rewolucja konserwatywna -
to znaczy rewolucja, która przywraca powagę, wartości. Niekoniecznie
wartości konserwatywne - wystarczy, że będą poważnie traktowane. Dobrym
i wystarczająco silnym aktorem tej rewolucji jest choćby „Dziennik”. On
już działa w innej logice. W logice takiej rewolucji. Państwa gazeta
przypomina, że profesor ma być profesorem, polityk politykiem, że
przestępca jest przestępcą i ma być łapany, że agent nie może być
biskupem i tak dalej. To są proste sprawy. Taka rewolucja dokonała się
w Niemczech w XVIII wieku, to była rewolucja moralna, bo nie stać ich
było na rewolucję polityczną - nas też nie stać na rewolucję
polityczną, ale mam nadzieję, że dokonamy przynajmniej rewolucji konserwatywnej.
KD: Zacznijmy od powiedzenia, co się dzieje za oknami. W gruncie
rzeczy kapitalizmowi w Polsce, któremu ty Cezary służysz w tej
korporacji, chodzi o to, by ludzie się zajmowali Kościołem, bzdurami,
różnymi Wielgusami, jakimiś karierowiczami z dawnych czasów, bo to
służy utrzymaniu tego układu, który jest układem liberalnym gospodarczo
i prawicowym intelektualnie. I temu, by żadne inne kwestie tutaj nie
stanęły. Nawet jeżeli „Rewolucja u bram” nie zrobi tutaj takiego szumu
jak Wielgus (bo oczywiście nie zrobi), to przynajmniej jest bliższa
prawdy. I tyle.
Zapis debaty ukazał się w „Europie” z 13 stycznia 2007.
—
Kinga Dunin, ur. 1954, socjolog, badaczka
literatury, publicystka, działaczka feministyczna. Jest jedną z
najważniejszych postaci środowiska skupionego wokół pisma „Krytyka
Polityczna”, a także członkiem partii Zieloni 2004. Ostatnio
opublikowała książkę „Czytając Polskę. Literatura polska po 1989 roku
wobec dylematów nowoczesności” (2004).
Wojciech Kunicki, ur. 1955, germanista, profesor Uniwersytetu
Wrocławskiego. Jest znawcą twórczości autorów z kręgu niemieckiej
„konserwatywnej rewolucji”. Tłumaczył i wydawał m.in. dzieła Ernsta
Jüngera oraz eseistykę Tomasza Manna. Ostatnio opublikował: „Hans
Lipinsky-Gottersdorf: Leben und Werk” (2006).
Paweł Śpiewak, ur. 1951, socjolog, historyk idei, publicysta.
Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Jest posłem z ramienia PO.
Współzałożyciel takich pism jak „Res Publica Nowa” i „Przegląd
Polityczny”. Ostatnio wydał „Pamięć po komunizmie” (2005).
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...