|
Donald Tusk przewidział nasz artykuł i zapewne zbytnio się nim nie przejmie. Zapowiadając 9 września przymusową kastrację pedofilów, premier wspomniał z ironią, że jego słowa wywołają oburzenie u obrońców praw człowieka. Miał rację - wywołują.
Odezwał się już i Komitet Helsiński i trzech byłych prezesów Trybunału
Konstytucyjnego, przypominając, czym są prawa człowieka. My też
jesteśmy „oburzeni” - przede wszystkim politycznym sensem wypowiedzi
premiera. Uważamy, że nie była odosobnionym wybrykiem, lecz częścią
strategii, a może wręcz filozofii politycznej rządzącej Polską partii.
Słowa
premiera z pozoru wypowiedziane były w stanie wzburzenia po ujawnieniu
szokującej sprawy wieloletniego kazirodztwa, gwałtu i znęcania się. W
gruncie rzeczy mamy tu jednak do czynienia z zagrywką medialną, z
retoryką szczucia na przestępców znaną z epoki tzw. IV RP.
Donald Tusk wybrał typ przestępcy wyjątkowo plugawy, jednak mechanizm jest ten sam. Premier
wie doskonale, że jego elektorat nie składa się - w większości - z
obrońców praw człowieka. Jeśli zaś chodzi o wyborców potencjalnych, to
adresatem jego słów są dziś raczej wyborcy PiS niż lewicy. Dlatego
politykom PO populizm w stylu PiS się opłaca. Rzecz w tym, że zupełnie
nie opłaca się on polskiej demokracji.
Podobnie jak
„wzburzony” potwornościami z Siemiatycz Donald Tusk, większość Polaków
uważa, że z przestępcami trzeba ostro, a prawo służy do tego, by
społeczeństwo mogło się zemścić na rozmaitych „kreaturach”. Najprostszą
i bardzo popularną formą zemsty jest eliminacja. Chociaż liczba
zwolenników kary śmierci spadła w ostatnich latach znacznie, a jej
przywrócenie wobec członkostwa Polski w Unii Europejskiej jest
niemożliwe, to nadal popiera ją 63 proc. Polaków (CBOS, 2007).
Kastracja pedofilów okazała się strzałem w dziesiątkę. Po wypowiedzi premiera w sondażu portalu TVN
24 aż 79 proc. internautów poparło kastrowanie. Mało tego, 60 proc.
opowiedziało się za zabiegiem w wersji radykalniejszej, czyli
„chirurgicznej”.
Śladami PiS
To
właśnie popularność wizji państwa jako pogromcy i mściciela sprawiła,
że kilka lat temu do władzy doszli politycy PiS. W ten sam sposób we
Francji budował popularność Nicolas Sarkozy, a w Stanach Zjednoczonych
- Rudy Giuliani.
Minister sprawiedliwości w rządzie PiS Zbigniew Ziobro
zdumiewał i oburzał liberalne elity, ale społeczeństwo polubiło w nim
twardziela, surowego szeryfa, który rozprawi się z przestępcami, nie
bacząc na prawa człowieka.
Instrumentalne traktowanie polityki
karnej opłaca się politycznie - dlatego dziś buty Zbigniewa Ziobry
przymierza Donald Tusk. Wypowiedź o pedofilach to przecież
bezpieczniejsza - bo skierowana przeciw uogólnionej grupie pariasów, a
nie konkretnej grupie zawodowej - wersja słynnej wypowiedzi min.
Ziobry: „już nikt nigdy przez tego pana „.
Represyjna polityka
karna jednak nie redukuje przestępczości. Temu służy raczej prewencja
niż represja, a przede wszystkim sprawny i drożny - a nie groźny -
system sprawiedliwości. Tusk podnosi sobie słupki, proponując
okaleczanie przestępców seksualnych, tymczasem polski system
sprawiedliwości jest wobec przemocy seksualnej w dużej mierze bierny.
Tylko
około jednej trzeciej zgwałconych kobiet zgłasza fakt popełnienia
przestępstwa na policji, a jedną z przyczyn ich milczenia jest brak
jasnych procedur postępowania w przypadku gwałtów.
Od ponad
trzech lat nie udaje się wprowadzić pakietów dla ofiar gwałtów
zaproponowanych jeszcze w 2005 roku przez Towarzystwo Rozwoju Rodziny
(chodzi o zabezpieczenie przed chorobami i niechcianą ciążą oraz o
ułatwienie zbierania dowodów w sprawie o gwałt).
Od lat bez
odzewu pozostają też apele organizacji kobiecych o nowelizację ustawy o
przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. W obecnym kształcie chroni ona
raczej sprawców niż ofiary, bo te zmuszone są często mieszkać pod
jednym dachem z oprawcą. Odpowiednie zmiany w ustawie zostały
przygotowane przez organizacje pozarządowe w ramach projektu
obywatelskiego oraz przez lewicę, ale bynajmniej nie przez rząd.
W
obliczu tragedii z Siemiatycz z pewnością łatwiej jest wzywać do
kastrowania zboczeńców, niż skonfrontować się z realnymi problemami
społecznymi, których ta historia jest symptomem - ogromną skalą
przemocy w rodzinie i przyzwolenia na przemoc jako sprawę „prywatną”.
Obojętność sąsiadów, nieporadność lokalnych instytucji, takich jak
szkoła, zaszczucie ofiar i bezkarność sprawców - w każdej z tych
kwestii można zrobić wiele, a nie robi się nic.
Wypowiedź premiera Tuska nie posuwa tych spraw o milimetr, przeciwnie - odciąga od nich uwagę.
Niewygodne prawa człowieka
Prawa
człowieka pojawiają się w wypowiedziach polityków Platformy bardzo
rzadko. Wiedzą, że to niebezpieczny grunt, łatwo tu wejść na polityczną
minę, taką jak prawo przestępcy do sprawiedliwego procesu czy do
obrony. Tymczasem wielu wyborców woli opowieści o ściganiu bandytów i
zwyrodnialców. I woli polityków, którzy dają do zrozumienia, że
potrafią odróżniać zło od dobra, czarne od białego.
Opłaca się
więc budować argumentację w ten właśnie sposób. Tu jesteśmy my,
porządni ludzie, którzy chętnie wykastrują złoczyńcę-dewianta. A tam są
oni, kreatury (terroryści, gwałciciele, mordercy, imigrancka hołota -
niepotrzebne skreślić), oraz ich obrońcy, naiwni idealiści, zwani
obrońcami praw człowieka. A niech się oburzają, my wiemy swoje.
Upolitycznienie polityki karnej, oderwanie jej od argumentów
merytorycznych i realiów społecznych należy do chorób współczesnych
demokracji. Jak się okazuje, również PO jest tej choroby nosicielem.
Pierwszym sygnałem ostrzegawczym było podejście Donalda Tuska do Karty
Praw Podstawowych UE. Choć przed wyborami deklarował pełne poparcie dla
Karty, to po wyborach jego postawa się zmieniła. Prof. Zbigniew Hołda
podsumował, że decyzja premiera to „porażka państwa praw człowieka”.
Podobno zgodził się na tzw. protokół brytyjski (ograniczający
zastosowanie Karty) w zamian za zgodę prezydenta na ratyfikację
traktatu z Lizbony. Można próbować zrozumieć racjonalność tej polityki,
jednak warto ją nazwać po imieniu - to handel prawami człowieka, a więc
prawami własnych obywateli.
Ścinanie ustawy o równym traktowaniu
Drugi
sygnał ostrzegawczy to ustawa o równym traktowaniu. Jej wniesienie do
Sejmu rząd planował na pierwszą połowę roku. Mija wrzesień, a ustawa
wciąż jest na etapie prac w Ministerstwie Pracy.
Ciekawą lekcją jest porównanie różnych wersji
projektu. Pierwszy - powstały jeszcze za czasów PiS - był porządną,
wręcz wzorową ustawą (co było raczej skutkiem dobrej pracy eksperta niż
politycznego planu). Obejmował wszystkie najważniejsze przesłanki
dyskryminacji, zakazywał jej w różnych sferach życia publicznego,
tworzył niezależny urząd ds. równości.
Najpierw projekt był
okrajany przez PiS, a później przez rząd PO. Teraz obejmuje tylko
niektóre przesłanki dyskryminacji i napisany jest tak, aby tylko
wykonać dyrektywy unijne. Ani kroku dalej. Brak w nim mowy o
niezależnym Urzędzie ds. Równości. Zamiast tego będzie specjalny
minister - a więc urzędnik podległy rządowi - odpowiedzialny za kwestie
równości. Znów - jak najmniej praw dla obywateli, a jak najwięcej dla
państwa.
Prawdziwy strzał z armaty nastąpił jednak kilka dni
temu - zapowiedź wprowadzenia przymusowej kastracji farmakologicznej
dla pedofilii. Naszym zdaniem najważniejszy jest tu polityczny wymiar
słów Tuska, bo oddają one jego prawdziwy stosunek do praw człowieka. Premier
powiedział mianowicie, że nie sądzi, aby „wobec takich indywiduów,
takich kreatur jak te przypadki można zastosować termin »człowiek «. W
związku z tym nie sądzę, żeby obrona praw człowieka dotyczyła tego
rodzaju zdarzeń”.
Bo lud chce karać
Wielokrotnie
słyszeliśmy takie zdania w pociągu czy autobusie. Taka właśnie jest
mentalność znacznej części społeczeństwa. Zawiera się w niej
przekonanie, że prawo powinno działać wedle logiki „ząb za ząb”,
irytacja, że w imię jakiejś abstrakcji zlikwidowano karę śmierci,
podejrzenie, że przestępcom w więzieniach dzieje się za dobrze (za
nasze pieniądze!). A także niechęć do adwokatów, bo ci - nie wiadomo po
co - bronią przestępców.
Zresztą do zwolenników kary śmierci
premier Tusk też puszcza oko. Deklarował ostatnio, że „większość
Polaków chce wprowadzenia kary śmierci, ja tego nie robię, chociaż w
moich poglądach nie jestem od tego daleko”. Pozostaje zapytać, czy
odwoływanie się do tego rodzaju przekonań, utrwalanie ich w
społeczeństwie to zadanie dla partii, której celem jest modernizacja i
europeizacja Polski.
W sprawie kastracji wszystko poszło zgodnie
z planem. Na hasło premiera „kastrować” naród odpowiedział tłumnie
„kastrować!”. Poseł Stefan Niesiołowski
dodał radośnie, że kastracją można by objąć też gwałcicieli, a
następnego dnia min. Sławomir Nowak był gotów zmieniać konstytucję, aby
umożliwić realizację pomysłów premiera.
To, że przymusowa
kastracja może być zakazana z punktu widzenia prawa międzynarodowego,
nie jest jego zdaniem ważne, bo przecież to tylko „kwestia debaty […]
być może na szerszym forum”. Rzecznik praw obywatelskich też nie widzi
przeciwwskazań. A zatem do dzieła, panowie, noże w garść. I nie będą
nam te mięczaki od praw człowieka mówić, co wolno, a czego nie. Słupki
w sondażach rosną jak na drożdżach. A min. Zbigniewa Ćwiąkalskiego,
który jako jedyny miał wątpliwości, jakoś udobruchamy.
Należy
przypomnieć politykom, że o zakazie tortur i poniżającego traktowania
się nie „debatuje” na żadnym forum, ani wąskim, ani szerokim, bo jest
to zakaz absolutny. Ale skoro w PO takie debaty się toczą, to może
istotnie warto się zastanowić, do jakiego forum Polska chce należeć. Na
początku roku premier deklarował konieczność ratyfikacji „Europejskiej
konwencji bioetycznej”. We wrześniu opowiada się za przymusowym
leczeniem pedofilii, co z tą konwencją jest absolutnie sprzeczne (bo
wymóg zgody na leczenie jest w niej świętością).
Jeśli zestawi
się walkę z pedofilią z prawami człowieka, to wybór dla przeciętnego
wyborcy jest oczywisty. Problem w tym, że takiego zestawienia nie wolno
robić premierowi demokratycznego państwa w środku Europy. Nie wolno
podważać wiary w prawa człowieka.
Prawa człowieka przysługują
każdemu - w tym najgorszemu przestępcy, z pedofilem czy mordercą
włącznie. Przysługują zwykłemu złodziejaszkowi, politykowi lewicy i
politykowi prawicy, obywatelowi uczciwemu i nieuczciwemu.
Przykre,
że trzeba o tym przypominać w państwie należącym do UE, szczycącym się
swoimi przemianami demokratycznymi. W państwie, które chce być wzorem
dla Gruzji, Ukrainy czy innych państw w drodze do Europy.
Członkowie
Komitetu Helsińskiego, protestując przeciw wypowiedzi Tuska, ujęli
rzecz następująco: „Sądzimy każdego zbrodniarza jako człowieka. Nasze
własne człowieczeństwo zmusza nas do powstrzymywania się od kar
okrutnych i zadawania tortur, tak fizycznych, jak psychicznych.
Odrzucenie ich nie wynika ze współczucia dla zbrodniarzy, lecz z
szacunku dla siebie samych, społeczeństwa i państwa”.
Rząd Tuska
najwyraźniej poczuł się w butach po PiS nader wygodnie, bo dwa dni po
wypowiedzi o kastracji ogłoszono kolejny nowatorski plan zmagań z
przestępczością - minister zdrowia Ewa Kopacz zapowiedziała, że aby
walczyć z podziemiem aborcyjnym, wprowadzi obowiązek rejestracji ciąż.
Traf chciał, że w odróżnieniu od zapowiedzi kastrowania pedofilów
rejestr nie wzbudził w społeczeństwie entuzjazmu. Toteż parę dni
później („Gazeta”, 13-14 września) Ewa Kopacz tłumaczyła, że to
wszystko nieporozumienie: rejestr ma być dobrowolny, chodzi o to, by
„ciężarna w każdej sytuacji mogła liczyć na pomoc lekarza czy
położnej”.
Pani minister najwyraźniej nie może się jednak
powstrzymać przed myśleniem w kategoriach przymusu, nawet wówczas, gdy
się z niego wycofuje: w tym samym wywiadzie ubolewa nad niską liczbą
urodzeń i zaznacza, że refundacji antykoncepcji nie ma w planach. A
zatem jednak nie chodzi o zapobieganie aborcji, lecz o przymus
rodzenia. Warto mieć świadomość, że pierwotny plan min. Kopacz w
gruncie rzeczy przewidywał, że kobiety w ciąży zostaną pozbawione prawa
do prywatności, a ich lekarze staną się donosicielami z urzędu. Warto
też zestawić ten pomysł z deklaracją z exposé premiera, że „Polacy
dobrze sobie radzą, kiedy władza nie zamierza kontrolować ich życia”.
xxxx
Platforma Obywatelska
wygrała wybory w dużej mierze jako anty-PiS. Odcięła się od
niechlubnych konferencji prasowych min. Ziobry, od nadużywania służb do
uzyskiwania korzyści politycznych, od łamania praw człowieka. Wielu
Polaków, w tym wybitne autorytety, tej cywilizowanej europejskiej
twarzy Donalda Tuska zaufało. On zaś obiecywał powrót do normalnego
państwa, deklarował zaufanie do obywateli i ich aktywności, rozsądek w
sprawowaniu władzy, poszanowanie wartości demokratycznych czy wreszcie
„państwo miłości”. Tylko nieliczni sceptycy przypominali skrót PO-PiS,
twierdząc, że te dwie partie dużo więcej łączy, niż dzieli. Dziś widać,
że mieli sporo racji.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 19 września 2008.
Dr
Adam Bodnar jest adiunktem w Zakładzie Praw Człowieka Wydziału Prawa i
Administracji UW oraz sekretarzem Zarządu Helsińskiej Fundacji Praw
Człowieka
Dr Agnieszka Graff jest adiunktem w Ośrodku Studiów
Amerykańskich UW, członkinią zespołu „Krytyki Politycznej” oraz rady
programowej Programu Spraw Precedensowych Helsińskiej Fundacji Praw
Człowieka. Niedawno wydała książkę pt. „Rykoszetem. Rzecz o płci,
seksualności i narodzie”.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...