Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Leszczyński: Zegarek sam się nie wyreguluje Drukuj
Adam Leszczyński   
02.02.2009

W „Liście do starszych kolegów” - rozrachunku ze spadkiem po Unii Wolności i, szerzej, postawą liberalnej inteligencji po 1989 r. - Rafał Kalukin pisał: „My u progu wolności zaproponowaliśmy rozsądną, pełną umiaru i odpowiedzialności opowieść o Polsce. Przestrzegaliśmy, że droga ku modernizacji i dostatkowi będzie długa”.

Najciekawsze są często tezy niewypowiedziane. Kalukin stawia znak równości między modernizacją i racjonalizmem a kapitalizmem - w tym także kapitalizmem w polskim wydaniu. Pisze do „starszych kolegów”: „Przypominam sobie Waszą partię w późniejszych latach, gdy na jej czele stanął największy polski Reformator. Człowiek twardy jak skała, zdeterminowany w dążeniu do celu, nieulegający sentymentom racjonalista. Po dziś dzień chyba największy autorytet dla mojego pokolenia. […] Właściwy człowiek na właściwym miejscu? Akurat nie wtedy, nie w tamtej roli. W polityce oprócz słuszności liczy się również pewna wrażliwość, zrozumienie potrzeb ludzi, które nie mieszczą się na bezosobowych wykresach i w tabelach. Ważne są ciepłe słowo i empatia”.

To nieprawda. Wrażliwości nie mierzy się ciepłymi słowami, bo słowa są tanie. Miarą empatii są polityczne decyzje w sprawach ważnych dla biednych i wykluczonych - podatków, emerytur, zasiłków, polityki wobec związków zawodowych, wobec rodziny i edukacji. Ten sprawdzian z wrażliwości liberalna inteligencja oblała. Co więcej, zrobiła to bez żalu, bo uwierzyła, że ku nowoczesnej Polsce wiedzie liberalny kapitalizm - i takie instytucje jak chociażby związki zawodowe stoją mu tylko na drodze.

1.

Zanim dojdziemy do polityki, zajmijmy się ideologią, czyli wiarą w to, że kapitalizm przyniesie Polsce nowoczesność.

Liberalny inteligent uważa Polskę za część Zachodu, od którego odcięły nas nieszczęśliwe przypadłości historyczne: zabory, wojny i komunizm. Myśli, że gdyby nie 200 lat nieszczęść, byłaby tu Szwajcaria, a co najmniej Francja. Po 1989 r. naturalną receptą na zacofanie wydawało mu się przyspieszone wprowadzenie zachodnich instytucji, zwłaszcza liberalnego kapitalizmu, który - w odróżnieniu od demokracji - ma w Polsce wątłą historyczną tradycję. Po prostu wracamy do rodziny: im szybciej, tym lepiej.

Pytanie, na ile należeliśmy do niej kiedykolwiek. Historia podpowiada, że problem polskiego zacofania - jak pisał jeden z XIX-wiecznych autorów, „zaodłożenia” - wobec Zachodu leży znacznie głębiej.

Jeden z wielu - za to barwny - przykład historyczny. W 1733 roku Stefan Garczyński - właściciel Zbąszynia i okolic, później wojewoda poznański - pisze książkę pod wymownym tytułem „Anatomia Rzeczypospolitey Polskiey. Synom Oyczyzny ku przestrodze y poprawie […] mianowicie, o sposobach: zamnożenia Polskę ludem pospolitym, konserwowania dziatwy wieiskiey przez niedostatek y niewygody marnie ginącey, y wprowadzenia handlow y manufaktur zagranicznych”. Książka przez 16 lat krąży w rękopisie, drukiem ukazuje się w 1749 r.

Garczyński porównuje Polskę z Niemcami. Zauważa, że w Polsce - poza zbożem - nic się nie produkuje, a miasta są biedne i małe. Gdyby nawet w Polsce ślusarz chciał produkować zamki do drzwi, to by zbankrutował, bo chłopi i mieszczanie są za biedni, żeby je kupić, i zamykają drzwi na skobel. Szlachcic zaś sprowadzana zamki z Anglii.

W książce pojawia się także jedna z najwcześniejszych w polskiej publicystyce pochwał przemysłu i kapitalizmu. Garczyński używa nawet tych właśnie, wówczas nowych, słów - „fabryka” i „kapitalista”. Jednego i drugiego w Polsce wtedy nie ma, a korzyści społeczne (jak byśmy dziś powiedzieli) wydają się oświeceniowemu publicyście oczywiste. Wylicza kilkanaście różnych zawodów, które żyją z jednej fabryki. „Y tak naprzykład reprezentuię [przedstawię] warsztat Sukiennicki, iak wiele on ludzi ubogich y podłych sustentuie [utrzymuje] y żywi? […] Niechże każdy zważy, takiey manufaktury Dyrektor, co tu ludzi i bliźnich swoich, a sług Chrystusowych żywi, do roboty zachęca y im sposob podaie życia. Viceversa ci co nad warsztatem siedzą, przy pracy sustentuią ubogie pospólstwo, które im robot dopomaga, a tym sposobem praecluditur [zamknięta jest mu] droga do żebranki”.

Przygnębiające, jak wiele wątków z tej publicystyki odnajdziemy bez trudu w dzisiejszej. U Garczyńskiego jest narzekanie na polski nierząd (w odróżnieniu od zachodnich rządów prawa). Państwo jest słabe, a elity chciwe i niekompetentne - potrafią tylko bogacić się kosztem słabszych. Garczyński pisze np., że dzieci biednych wychowują się w złych warunkach i nie ma się kto nimi zajmować, a przez to są niedokształcone i chorowite.

Warto zajrzeć do jego książki, i to nie tylko dlatego, że pełna jest smakowitych cytatów. W bibliotekach jest trudno dostępna, ale zeskanowany oryginał znalazłem w amerykańskiej bibliotece internetowej Google Books. Jest to, nawiasem mówiąc, niepozbawiony ironii przypis do kwestii „polska nowoczesność”.

2.

Wielki historyk francuski Fernand Braudel wprowadził pojęcie „długiego trwania”. W każdym społeczeństwie są problemy i obyczaje, które są trwalsze od zmieniających się ustrojów i rządów.

Polacy, oczywiście, żyją dziś lepiej niż w czasach Garczyńskiego, a i Polska jest krajem lepiej rządzonym. Warunki się zmieniają, ale dystans dzielący nas od Zachodu pozostaje niepokojącą stałą (Garczyński pisał w okresie największej prosperity czasów saskich, na wiele dziesięcioleci przed zaborami).

Tak jak zacofanie było stałym - niezależnym od epok i ideologii - problemem i wyzwaniem dla polskiej inteligencji, tak samo regularnie pojawiał się spór o modernizacyjny wpływ kapitalizmu. Odnotujmy konkluzję jednej z tych debat opisanej przez Jerzego Jedlickiego w znakomitej książce „Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują”. „Przemożny wpływ ekonomii klasycznej wychował dwa pokolenia intelektualistów naszych w przekonaniu, że uprzemysłowienie robi się samo, byle tylko nie stwarzać prawnych przeszkód” - pisał o polskich zwolennikach „pracy u podstaw” w XIX w. „Toteż program pracy u podstaw zajmował się głównie tym, co samo zrobić się nie mogło, to znaczy oświatą ludu oraz wychowaniem klas wyższych w duchu mieszczańskiego racjonalizmu. Trzeba było czasu, aby uświadomić sobie, że angielski model industrializacji samorzutnej nie powtórzy się już w Europie Środkowej i Wschodniej”.

Tutaj tkwi klucz do postawy tej części polskiej inteligencji, którą Rafał Kalukin nazywa liberalną, i zarazem jej błąd: po 1989 r. uwierzyła, że kapitalizm wyrwie Polskę z zacofania. Był to akt wiary, bo przeczyło mu wcale bogate historyczne doświadczenie.

Po jego opis warto sięgnąć do esejów pisanych w latach 50. i 60. przez Witolda Kulę, wybitnego historyka gospodarki. Znaczna część jego dorobku to próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego nowoczesność „udała się” samorzutnie na Zachodzie, a „przyjmowała się” z oporami w Polsce - i, szerzej, w naszej części Europy. Kula pisał m.in. o manufakturach zakładanych przez polskich oświeconych arystokratów w XVIII w. Nie pomagały pieniądze i sprowadzani z Zachodu specjaliści: przemysł „nie przyjmował się” i permanentnie deficytowe przedsięwzięcia upadały, kiedy tylko sponsor tracił zainteresowanie.

Kula pisał również o kapitalizmie na ziemiach polskich w XIX w. i w II RP. Zauważył, że powstające u nas nowoczesne fabryki nie powodowały wcale wyparcia archaicznych sposobów produkcji - np. wiejskiego rzemiosła (a tak się stało na Zachodzie). Przeciwnie: wyspy nowoczesności idealnie wpisywały się w wiejsko-feudalny kraj (m.in. dlatego, że siła robocza była tania, więc produkcji nie opłacało się mechanizować, co było zyskowne, ale utrwalało zacofanie kraju jako całości). W napisanym w 1960 r. eseju Kula opisywał ten mechanizm na licznych przykładach: „Szewstwo rzemieślnicze pokrywa większość zapotrzebowania ludności również aż do okresu międzywojennego - tyle że garbarstwo jest całkowicie skartelizowane; przy zachowaniu pozorów rzemieślniczej samodzielności szewc jest faktycznie robotnikiem pracującym na rzecz wielkiego przemysłu, tyle że pozbawionym wszelkich uprawnień socjalnych”.

Brzmi znajomo? Dziś mamy wielkie korporacje w Warszawie i supernowoczesne fabryki elektroniczne pod Wrocławiem - oraz popegeerowskie wsie i ścianę wschodnią. To dwa światy. Nie ma nic oczywistego w tym, że obecność jednego „unowocześni” to drugie. Doświadczenie podpowiada, że mogą istnieć obok siebie bardzo długo.


3.

„Kraj bardziej rozwinięty […] wskazuje mniej rozwiniętemu tylko obraz jego własnej przyszłości” - to sławne zdanie Marksa z przedmowy do I wydania „Kapitału” wskazywało, paradoksalnie, drogę polskiej liberalnej inteligencji w latach 90.

Szkoda, że jest nieprawdziwe. Nowoczesność chadza krętymi ścieżkami. Nie ma na nią oczywistej recepty: nie był nią peerelowski socjalizm (co do tego panuje, jak sądzę, zgoda, chociaż wierzyło w to kiedyś wielu ludzi rozsądnych i prawych) i nie jest kapitalizm.

Kiedy przypominam sobie początek lat 90. i czytam gazety z tego czasu, rozumiem, dlaczego wtedy wszyscy starali się o tej wiedzy nie pamiętać. Doświadczenie klęski centralnie sterowanej gospodarki PRL kazało patrzeć nieufnie na każdą formę państwowej interwencji w rynek. Miliony absurdalnych przepisów, demoralizacja ludzi zatrudnionych w zakładach produkujących rzeczy niedobre i niepotrzebne, wzbierająca przez lata frustracja ludzi, którzy wielką część życia marnowali w kolejkach do sklepów z pustymi półkami… „Niewidzialna ręka rynku” - sformułowanie, którego, nawiasem mówiąc, Adam Smith użył tylko trzy razy - wydawała się obiecywać wyzwolenie. Była to propozycja, w którą wtedy mogli uwierzyć ludzie rozsądni i prawi. Mówienie o usterkach liberalnego kapitalizmu kojarzyło się z kłamliwą propagandą PRL.

Moment historyczny też miał swoje znaczenie. Na Zachodzie liberalizm ekonomiczny był właśnie modny - i to w najbardziej radykalnej, neoliberalnej postaci. Po stanie wojennym w podziemnym obiegu zaczęły się ukazywać książki Friedmana i Hayeka. W latach 90. międzynarodowe instytucje zalecały krajom rozwijającym się - takim jak Polska, ale także biedniejszym - prywatyzować, co się da (bo prywatne zawsze działa lepiej niż państwowe), ciąć wydatki na cele społeczne (bo są „nierozwojowe”), zmniejszać deficyty budżetowe (im mniej państwa, tym lepiej) i ograniczać wpływy związków zawodowych (bo zwiększają koszty pracy). Reformy były bolesne, ale ból miał być przejściowy - bo wierzono, że dobrobyt gospodarczy „spłynie” od najlepiej zarabiających do tych, którzy stoją na dole społecznej drabiny (Anglosasi nazywają to trickle-down economics).

Zapatrzeni w te idee polscy liberałowie nie zauważyli, że już od końca lat 90. zaczęły one na Zachodzie wychodzić z mody. Bank Światowy zaczął zmieniać zdanie w sprawach pomysłów na rozwój krajów najbiedniejszych już kilka lat temu, pisząc coraz więcej o kluczowej roli instytucji państwa w rozwoju. Joseph Stiglitz, głośny krytyk idei Friedmana i Hayeka, dostał Nagrodę Nobla w 2001 r. W zeszłym roku dostał ją inny krytyk neoliberalizmu Paul Krugman. Odwrót wynikł częściowo z doświadczenia: okazało się, że trickle-down economics nie działa - i w najbogatszych krajach świata, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, bogactwo elit wcale nie „spływa” na dół. Także światowy kryzys finansowy odgrywa swoją rolę. W odróżnieniu od wcześniejszych recesji nie wywołała go decyzja polityczna (np. skok cen ropy albo podniesienie stóp procentowych). Nieomylne i „racjonalne” rynki finansowe okazały się zadziwiająco samowywrotne - nieświadome ryzyka, które niesie łatwe udzielanie kredytów ludziom, którzy nigdy nie będą mogli ich spłacić.

Ojczyzna kapitalizmu łatwo też porzuciła swoje dogmaty. Nie pozwolono upaść źle zarządzanym bankom (czego domagałaby się liberalna ortodoksja), ale wpompowano w nie miliardy publicznych dolarów - w imię wspólnego dobra! W dodatku ta operacja napotkała zaskakująco słaby protest tych, którzy do niedawna uwielbiali Miltona Friedmana. Równie niespodziewanie okazało się, że deficyt budżetowy nie jest niczym złym, kiedy mają go Stany Zjednoczone - które na pakiet stymulujący gospodarkę przeznaczą prawie bilion pożyczonych dolarów.

To dygresja. Warto jednak pamiętać, że klimat intelektualny się zmienia, a ekonomia - wbrew temu, co twierdzą niektórzy liberałowie - jest bardziej podatna na takie zmiany niż, dajmy na to, matematyka. Do intelektualnych mód nie należy przywiązywać się nadmiernie. Oparcie na jednej z nich pomysłu na polską nowoczesność było błędem.

4.

Tutaj wracamy do tego, co Rafał Kalukin nazywa „społeczną wrażliwością”.

W grudniu ukazała się zbiorowa praca socjologiczna pod redakcją prof. Henryka Domańskiego „Zmiany stratyfikacji społecznej w Polsce”. Tytuł mało zachęcający, ale zawartość fascynująca. Jest to bowiem kompendium wiedzy o nierównościach społecznych w Polsce po 1989 r. - od różnic w zarobkach po dostęp do wykształcenia, pracy i opieki zdrowotnej.

Wnioski? Nierówność w dostępie do edukacji jest dziś taka sama jak w schyłkowych latach PRL. Wprawdzie więcej Polaków ma dyplomy, ale są one coraz mniej warte - największe kariery robią i tak przede wszystkim inteligenckie dzieci. W porównaniu z PRL zwiększyły się za to różnice w zarobkach. Najbardziej wzrosły zarobki dobrze wykształconych specjalistów, czyli inteligencji właśnie. Dziś w Polsce cieszy się nie tylko największym prestiżem, ale też najwyższymi dochodami.

Nie ma więc nic zaskakującego w tym, że - jak wynika z sondaży - to właśnie inteligenci są najbardziej skłonni uznawać całą transformację za udaną. Nie ma też nic zaskakującego, że „lud” wystawił im za to rachunek - zgodnie nie głosując na partię, która ucieleśniała wartości liberalnej inteligencji.

„Uważam, że ten ostatni okres [mego życia] zasługuje na najsurowszą ocenę - karę wręcz. Przedtem byłem po prostu gówniarzem, zaś po roku 1989 powinienem być odpowiedzialnym ministrem, a zachowywałem się jak zakompleksiony ekonomista, który małpuje liberalny kapitalizm” - mówił Jacek Kuroń w wywiadzie udzielonym w 2002 r. Takie głosy przechodziły jednak bez szerszego echa.

Wyrwanie się z zacofania - z tradycją sięgającą tak głęboko jak w Polsce - udało się zaledwie kilku krajom. Zawsze jednak było rezultatem świadomego, wieloletniego wysiłku państwa - czy to w Japonii, Singapurze, czy w Finlandii. Czy ktoś wierzy, że stale spóźniający się zegarek wyreguluje się sam? Do tego potrzeba zegarmistrza.

Inaczej z polską nowoczesnością będzie jak poprzednio - czyli jak u Mrożka. Pamiętasz, co pisał 50 lat temu, Rafale?: „Wy nam mówicie: Europa. A tu, co postawimy mleko na kwaśne, to skądś wyłażą garbate karzełki i szczają nam do garnków”.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 31 stycznia 2009.


Komentarze
Dodaj nowy
Rylew   |06.02.2009 12:28:28
Ładniutki tekst salonowy dla koneserów.
Na co komu takie miaukanie.
:)
kot   |06.02.2009 13:38:13
Ważny tekst!
Rylew   |06.02.2009 14:48:09
To może ja przytoczę to co napisałem na forum GW:

I bym chciała i się boję
pomyślała Gazeta Wyborcza i pozwoliła w końcu jednak na na napisanie
cieniutkiego chociaż rozwlekłego tekstu
Adamowi Leszczyńskiemu.
No bo jeszcze
nie wiadomo co i jak, lepiej ostrożnie.

W sumie tekst kojarzy się ze
strzelaniem z lufki grochem do ściany, a teraz jest właśnie taki czas i
okoliczności, że trzeba ryknąć ze wszystkich grubych rur i to zarówno z lewej
jak i z prawej burty, żeby wreszcie neoliberalny kościół rozleciał się w
gruzy.

No ale tego od redakcji gazety należącej do spółki akcyjnej, która jak
deszczu potrzebuje wznowienia dmuchania w bańkę spekulacyjną
spodziewać się
nie można.
kot  - ,,Nasza kiełbasa przegoniła ich kiełbase   |06.02.2009 22:16:18
W Internecie każdemu wolno pisać i wygłaszać swoje poglądy. Ale ta swoboda nie
mniej ale bardziej narzuca dbałość o miejsce, w którym zamieszcza się posty,
jeśli nie ma zamienić się w śmietnik jakich w Internecie wiele (administrator
witryny jeśli sami nie będziemy o nie dbali, nie wiele jest w stanie zrobić ).

Rylew zaczął używać słów, których znaczenia nie rozumie. Pisząc, o
tekście Adama Leszczyńskiego, że to ,,ładniutki tekst salonowy ,, obwieścił
tylko fakt, że nie zrozumiał tego co przeczytał. Co nie byłoby jeszcze takie
najgorsze, gdyby ze swojej niezdolności zrozumienia tekstu nie uczynił
czegoś z czego jest dumny. ,,Nie zrozumiałem, a więc jest to złe,, Jeżeli
ochota do pisania przeważa ochotę do rozumienia tego co się czyta, to zaczyna
być niedobrze.
Rylew  - Nowy cenzor tej witryny ?   |07.02.2009 07:43:17
Chcesz pisać o mnie czy o tekscie Leszczyńskiego ?
Jeśli o mnie to ja pasuję.
Jeśli o tekscie to napisz na czym polega jego wartość, bo oświadczenie ważny
tekst nie jest zbyt komunikatywne.

A jeśli chcesz mi ubliżać pisząc, że
zaśmiecam to forum swoimi uwagami to wal się, nie musimy rozmawiać, szkoda na to
czasu.
kot   |08.02.2009 13:41:18
Śmieci informacyjne to, banalne powtórzenia i zdania typu lubię, nie lubię,
te, które nic nowego nie wnoszą do tematu. Koszmarne jest mylenie pojęć,
których znaczenie łatwo znaleźć w Wikipedii.
kot   |09.02.2009 01:38:12
kot się myli  to zbytnie zawężenie wypowiedzi, które dotknęłoby także jego
samego.
To jednak Rylew miał racje także co do tego walenia się.
kot
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 02.02.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.83738 Seconds