|
W 25. rocznicę powstania „Solidarności” mówi się o jej wielkości niemal wyłącznie w czasie przeszłym. Ale śmierć idei solidarności będziemy mogli ogłosić dopiero wtedy, gdy zlikwidujemy biedę i niesprawiedliwość. Urodziłem się zbyt późno, by na własne oczy oglądać narodziny tego ruchu i związanych z nim nadziei, więc wsłuchuję się w świadectwo tych, którzy go tworzyli. „Historia przecież - notował ks. Józef Tischner, autor „Etyki Solidarności” - po to wymyśla słowa, aby następnie słowa mogły kształtować historię”. Kiedy słyszę słowo solidarność, łączę z nim pojęcia wolności, godności, sprawiedliwości. Czyżby nie niosły one już ze sobą tej powagi i nie brzmiały tak dobitnie, jak 25 lat temu? Nawet w ustach członków „S” nabierają one szlachetniejszego sensu dopiero wtedy, gdy mowa jest o nich w czasie przeszłym. Dlaczego słowo „solidarność”, które powtarzamy jako symbol najnowszej historii Polski, traci na znaczeniu? Dlaczego nie pobudza do działania i heroizmu? KIEDY RODZI SIĘ WSPÓLNOTA „Solidarność” dokonała nie tylko rewolucji, która ogarnęła potem całą Europę Środkowo-Wschodnią. „Solidarność” chciała także - nie do końca świadomie - położyć podwaliny pod nową filozofię społeczną demokratycznej wspólnoty. Było to możliwe, bo „S” nie była tworem tylko jednej grupy społecznej, ale całego niemal uciskanego społeczeństwa. Był to sojusz uciśnionych i skazanych na wegetację robotników i duszących się brakiem wolności intelektualistów. Młodych, domagających się otwarcia na Zachód studentów, ale także ludzi starych, którym PRL kradła życie. „Solidarność” łączyła ludzi Kościoła i tych, którzy przyznawali się do swojej niewiary. W uchwale programowej czytamy, że „S” zawiera w sobie „dziedzictwo niezależnych działań robotników, inteligencji i młodzieży, wysiłków Kościoła o przechowanie wartości, dziedzictwo walk o godność ludzką w naszym kraju”. Dość powszechnie uważano, że z komunizmem można walczyć o tyle, o ile da się zbudować wspólnotę - nie kolektyw, nie partię, ale wspólnotę ludzi, którzy wierzą, że zasada etyki „Solidarności” mówiąca o tym, że „jeden drugiego brzemiona niesie” nie jest tylko „drewnianym żelazem”. Siła tej wspólnoty brała się z wiary, że społeczeństwo nie jest tylko zbiorem poszczególnych „ja” i „ty”. Że stoi przed nim zadanie troski o człowieka. „Solidarność” stanowi szczególne więzi międzyludzkie - pisał Tischner - człowiek wiąże się z drugim człowiekiem dla opieki nad tym, kto potrzebuje opieki. Ja jestem z tobą, ty jesteś ze mną, jesteśmy razem - dla niego. My - dla niego. My, ale nie po to, by patrzeć na siebie, ale dla niego. Co tu jest pierwsze? Czy pierwsze jest „my”, czy pierwsze jest „dla niego”? Wspólnota „Solidarności” różni się od wielu innych wspólnot tym, że w niej pierwsze jest „dla niego”, a „my” przychodzi potem. Najpierw jest ranny i jego krzyk. Potem odzywa się sumienie, które potrafi słyszeć i rozumieć ten krzyk. Dopiero stąd rodzi się wspólnota. A zatem siła „Solidarności”, podpowiada Tischner, brała się przede wszystkim z poczucia zobowiązania wspólnoty wobec istoty ludzkiej. Z wrażliwości, która przejawia się w trosce o człowieka wykluczonego, zepchniętego na margines, pozbawionego głosu. Solidarność znaczyła heroizm. A dziś? WOLNOŚĆ PRZECIW „SOLIDARNOŚCI” Dziś można odnieść wrażenie, że ten ruch powstał i działał wedle innej zasady. Ludzi łączyło nie tyle wspólne poczucie konieczności dokonania zmiany ku wyzwoleniu i sprawiedliwości, ale wyzwanie wspólnego wroga, jakim był komunizm. „Przyjaźń to kwestia znalezienia wspólnego wroga” - twierdził Jean Paul Sartre. Klejem, który łączył ludzi „Solidarności” o różnych rodowodach, była nie przede wszystkim troska o bliźniego, ale wspólny wróg, którego uosabiała PZPR. Okazało się, że odzyskana w 1989 roku wolność doskonale obchodzi się bez idei solidarności. Że im więcej wolności politycznej, gospodarczej, światopoglądowej, tym mniej solidarności. Nie ma wspólnego wroga, nie ma i solidarności. Na jej miejsce powrócił egoizm, prywata, chęć szybkiego i łatwego zysku. „Solidarność” załamała się w każdym z trzech podstawowych wymiarów: gospodarczym, politycznym i światopoglądowym. Odejście od gospodarki planowej do wolnego rynku wywróciło polski świat do góry nogami. Wszyscy mieli świadomość, że koszty tej zmiany oznaczają wyrzeczenia. Łatwo się rozgrzeszano, gdy rosła grupa ludzi wykluczonych. Ale czy proces ten musiał oznaczać brak solidarności? Bieda i poniżenie robotników, którzy wczoraj strajkowali i ponosili ofiary w imię demokracji i sprawiedliwości społecznej, stała się ceną, jaką musieli po raz kolejny zapłacić za normalne państwo. „Solidarność” walczyła o pluralizm i demokrację. Ale pluralizm i wolność przekuto w wojnę polsko-polską. „Wojna na górze” pozwoliła na odrodzenie się postpezetpeerowskiej formacji. Ludzie o korzeniach solidarnościowych dostali jeszcze jedną szansę w 1997 roku, przejmując władzę za sprawą Akcji Wyborczej Solidarność. Partia „grzesznych moralistów” - wedle celnego określenia Aleksandra Smolara - ostatecznie dobiła ideę „Solidarności”. Dziś, kilka dni przed 25. rocznicą, wojna polsko-polska przybrała nowe oblicze. Celem walki na teczki nie jest ustalenie prawdy o najnowszej historii Polski, ale „załatwienie” raz na zawsze przeciwników politycznych. Ten, kto wczoraj uchodził za bohatera obrońcę wolności i demokracji, dziś na podstawie dokumentów „pismaków” z SB może zostać pomówiony lub oskarżony o to, że był agentem. SOLIDARNOŚĆ JEST NA CZASIE Ustanowienie demokratycznych reguł nie znaczy, że rodzi się wspólny dom. Pękła więź między robotnikiem a intelektualistą. Ten drugi jeszcze nie tak dawno uważał tego pierwszego za partnera do rozmowy i działania. Profesor historii i stoczniowiec, ekonomista i górnik prowadzili ze sobą dialog na temat wspólnego dobra. Jednak to intelektualiści w przeciwieństwie do większości robotników okazali się beneficjentami transformacji. Zasiadają w radach nadzorczych prywatnych i państwowych koncernów, pojawiają się w mediach, doradzają firmom konsultingowym, pisząc ekspertyzy o polskiej biedzie. Dbanie tylko o własną zagrodę bądź zagrodę korporacji, do której się należy, sprawiło, że rozmowa przerodziła się w rzucanie oszczerstwami. Dialog, który budował poczucie solidarności, przerodził się we wzajemne oskarżenia, w licytację doznanych w przeszłości cierpień. Doznane krzywdy stały się argumentem przy ubieganiu się o przywileje. Do licytacji przyłączył się Kościół, który był jedną z głównych sił oporu wobec PRL, a w wolnej Polsce nie potrafił pogodzić się z soborową zasadą rozdziału Kościoła od państwa. Zabrakło pokory. Zabrakło przywódcy. Jan Paweł II był daleko. Kościół stawał się służebny i ubogi tylko wtedy, gdy papież odwiedzał kraj i głosił narodowe rekolekcje. Na miejscu był prymas Józef Glemp, który wyzywał swych adwersarzy od kundelków. Wszystko to sprawia, że dla młodego człowieka idea „Solidarności” może być dziś niemodna. Sojusz intelektualisty i robotnika budzi zazwyczaj uśmieszek młodego człowieka. Związek „Solidarność” traci członków i znaczenie w kraju, który ma 20-procentowe bezrobocie. Zmienia się struktura gospodarki, nie ma już wielkich zakładów pracy, które stanowiły bazę związków zawodowych, a struktura pracy nie sprzyja solidarności. To jednak nie wystarczający powód, by mówić, że idea „Solidarności” umiera. Nie powtórzy się już Sierpień, ale - by raz jeszcze przywołać Tischnera - nie tyle idzie tu o „Solidarność” w kształcie, jaki przybrała w polskim, sierpniowym wydaniu, ale o samą ideę solidaryzmu. Dlatego być może nadchodzi renesans solidarności. Dziś powtarza się dogmat, że dla neoliberalnej polityki gospodarczej nie ma alternatywy. Solidarność musi być na czasie, kiedy się nam wmawia, że nasze życie nie zależy już od pracy rąk ludzkich, ale od decyzji Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy ceny ropy na giełdzie w Nowym Jorku. ZAWRÓCIĆ WISŁĘ KIJEM Solidarność tym bardziej ma rację bytu, im bardziej próbuje się nas przekonać, że nie można zawracać Wisły kijem, czyli próbować zmieniać obecnej formy globalizacji. Solidaryzm nie godzi się na powab ideologii spod znaku TINA: „there is no alternative” („nie ma alternatywy”). Nastąpiło łamanie granic i odsuwanie na bok mechanizmów odpowiedzialności i regulacji. Rynki, destrukcja środowiska, zorganizowana przestępczość, terroryzm i przekazy elektroniczne wolne są od lokalnych skrępowań. Natomiast demokratyczne instytucje i mechanizmy politycznego działania wciąż, jak dawniej, operują w granicach państwowych. Te drugie nie są na miarę tych pierwszych. Zygmunt Bauman, przenikliwy badacz przemian społecznych, powiada, że zadaniem na dziś jest poddać politycznemu i demokratycznemu nadzorowi zerwane z uwięzi globalne siły. Bolączki dzisiejszego świata wynikają, jego zdaniem, z uwolnienia ekonomii z sieci powiązań socjalnych i etycznych, w jaką niegdyś społeczności lokalne i państwa ją opakowywały. Gospodarcze poczynania uznano za „moralnie obojętne”, sprowadzając je tylko do kryteriów „wydajności”, „efektywności”, „konkurencyjności” czy „zyskowności”. Od tego, czy i kiedy się zabierzemy do przywracania naszemu życiu sensu moralnego, zależy los wszystkich innych celów, jakie sobie stawiamy. Czy w globalizującym się świecie jest to możliwe? Widmo idei solidarności krąży po naszej planecie. Polaka zbuntowanego przeciw hurtowni Tesco w Dublinie okrzyknięto już nowym Lechem Wałęsą. Zorganizował on pracujących tam rodaków, zdobył poparcie związków zawodowych i walczy o równe z Irlandczykami prawa pracownicze. A czyż solidaryzm nie daje się zauważyć w działaniach ludzi wyzyskiwanych i nisko opłacanych przez amerykańskiego giganta Wal-Mart, którzy wnieśli sprawę do sądu przeciw tej globalnej sieci? Być może rosnące nierówności i niesprawiedliwy podział dóbr zmusi nas do większego solidaryzmu. Łatwiej pisze się o rewolucji, niż ją przeprowadza. Jednak tylko podejmując się realizacji tego drugiego - jak pokazuje świadectwo „Solidarności” - na trwałe zmienia się oblicze świata. Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” z 18 sierpnia 2005.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...