|
Osiedlowy sklep samoobsługowy, Gdańsk, Żabianka. „Kurwa mać, gówno, kurwa, gówno jebane, ile ten ciemny lud będzie to – ciekawa jestem – znosił, kurwa mać. Skurwysyny!” – z taką mniej więcej wiązanką ekspedientka wybiega z zaplecza i zmienia ceny towarów na „warzywach”. „Pomidor, kurwa, 7,50, już kurwa 8.90, od teraz kurwa. Żeby to chociaż był pomidor, kurwa. Seler 4,30, kurwa – od dziś 5,40, kurwa.” Cenowy taker trzaska, kobieta się drze, ruch w sklepie ustaje. Ze sklepowych głośników wylewa się słodycz cichej nocy. Szanowni klienci. Z okazji wesołych świąt postanowiliśmy podnieść ceny niektórych naszych towarów takich jak pieczywo, nabiał, warzywa, owoce, napoje, mięso, wędliny oraz odzież i środki czystości. Wybraliśmy do tego ten wyjątkowy, pełen miłości i namysłu czas – żeby konieczne podwyżki nie były w nowym roku aż tak przejebanie przykre.
Wrocław. Centrum handlowe Carrefour. „Ja pierdolę, kurwa – nie wytrzymam tego!” Trzydzietokilkuletni facet rzuca się na starannie ułożone pudła z bombkami choinkowymi i desperacko rozpierdala je wrzeszcząc i klnąć. Krzyczy o podwyżkach i „kurwa jebaniu tych kurwa świąt”. Ochrona reaguje błyskawicznie – facet zostaje wyprowadzony ze sklepu. Jingle Bells.
W trosce o waszą noworoczną godność już dziś postanowiliśmy dać wam przedsmak ekonomicznego przesrania, jakie czeka was w nadchodzącym 2011 roku. Liczymy, że przywiązanie do radosnego obchodzenia świąt i tak każe wam zrobić świąteczne zakupy. A po nowym, kurwa, roku nowe ceny będą już tylko jednym z noworocznych wyzwań. Warto więc już dziś pomysleć o przyszłorocznym budżecie i skutecznych sposobach radzenia sobie z naszymi cenowymi innowacjami.
„Co to kurwa jest, w tej kuwecie, do chuja jasnego? Smród nie do wytrzymania, kurwa, po pierwszym szczaniu. O kupie nie wspomnę, bo jestem z dobrego domu. Chyba zacznę srać do kibla. Prosiłam, kurwa: pochłaniający zapachy, lawendowy «Benek», a nie to gówno z dyskontu” – nasza Krysia Kotek jest bezwzględna. Nie przyjmuje argumentu, że piasek „Benek” w ciągu ostatniego roku podrożał o 70 proc. Odwiedzający nas znajomi też tego argumentu nie przyjmują: „może byście przewietrzyli, strasznie tu czuć czymś”. (Oczywiście, oczywiście nie mają innych zmartwień artyści i ich koty).
Mamy też nadzieję, że z naszej bogatej światecznej oferty wybierzecie również, drodzy klienci, coś czym obdarujecie swoich najbliższych, gdyż święta są tym szczególnym czasem, kiedy nawet najbliższa rodzina przestaje rozumieć waszą przejebaną sytuację finansową i nie wybaczy wam świąt bez podchoinkowych drobiazgów.
Tu powinien nastąpić akapit o tym, kto stoi za decyzjami o podwyżkach, ale zagadnienie jest zbyt skomplikowane jak na jeden akapit, więc zamiast tradycyjnie obwiniać rząd z VAT-owym premierem na czele, uznamy, że za podwyżki odpowiedzialny jest Szef Wszystkich Szefów – czyli nie wiadomo kto. Szef Wszystkich Szefów to figura uosabiająca przesuwanie odpowiedzialności gdzieś poza obszar widocznych decyzji.
Szef Wszystkich Szefów prostym zabiegiem wprowadzenia innowacyjnych cen w okresie przedświątecznym udziela głosu tym, którzy na co dzień głosu nie mają. Ekspedientka z Gdańska, klient Carrefoura z Wrocławia, nasza potulna kotka Krysia – niełatwo sprowokować ich do mówienia. Świąteczne podwyżki cen zawiesiły sytuację milczenia. Szef Wszystkich Szefów w hołdzie wigilijnej tradycji stworzył warunki, które uruchomiły aparat ludzkiej mowy. Aparat gniewu, frustracji i histerii.
Na razie te wybuchy furii nie są zjawiskiem częstym. Ale będzie ich coraz więcej. Być może za jakiś czas całkiem powszednim widokiem będą wrzeszczący w sklepach ludzie demolujący piramidy konserw i rzucający sie na kruszony lód i podgniłe rybie zwłoki w promocji. Być może trzeba uprzedzić moment, w którym obudzimy się z nosem w wiejskich serkach w lodówce Carrefoura, a ochrona będzie nam wykręcać ręce. Być może trzeba zacząć się otwarcie przyznawać, że od pewnego czasu nasze portfele i konta opróżniają się w takim tempie, że zaczynamy rozmyślać czy parowanie pieniędzy nie jest przypadkiem realnie zachodzącym zjawiskiem.
Rosnące ceny dotykają nas wszystkich – nie tylko najuboższych – choć dla nich są zapewne najbardziej dotkliwe. Czasy, kiedy dobrze usytuowani obywatele z pogardą obchodzili Lidla i maszerowali do ekskluzywnej Almy, powoli mijają. Nawet bardziej zasobne portfele przestają upijać się markowym winem, a pleśniowe sery też raczej dobre, bo polskie, bo tanie. Ale konsternacje podczas przypadkowych spotkań w Lidlu nie prowokują raczej rozmów o pogarszającej się sytuacji finansowej. Niezręczność maskuje się uwagami w rodzaju: „co za straszny sklep. Jestem tu przypadkowo, po raz pierwszy i ostatni”.
Może właśnie przy okazji najbliższych świąt klasa średnia, która zaczyna odczuwać w swoim portfelu podwyżki cen, przemówi ludzkim głosem i zamiast coświątecznych zachwytów o powszechnej dostępności światecznych karpi i świątecznych szynek na święta, zachwytów podpartych PRL-owskim zaoctowaniem sklepowych półek, przyzna się przed sobą do frustracji związanej z podwyżkami cen żywności i że przestaje to być wygodne. Zdarzało się już w naszej historii najnowszej, że decydującym momentem organizującym lud był gniew związany z podwyżkami cen żywności. Tylko że lud najpierw musi się do tego gniewu przyznać.
Felietony Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego publikujemy we wtorki.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...