|
Nad polską cichą wigilijną nocą, gdzieś w telekomunikacyjnych sieciach rozchodziły się jęki.
Przed wigilią, w trakcie wigilii i po wigilii dotarła do nas cała masa rozpaczliwych jęków, które przesłane zostały do nas w smsach, wpisach na facebooku i telefonicznych kwikach. Znajomi żalili się, narzekali i przeklinali święta. „Mam w dupie te święta!”, „Nie mam siły na te święta!”, „jakoś te dwa dni przeżyję, a w niedzielę - dzięki bogu i partii - wracam do siebie” i tak dalej, i tak dalej. Co ciekawe, nie wysyłali tych jęków wyłącznie zbuntowani studenci, nieobchodzący świąt ateiści czy pokłóceni ze swoimi rodzinami geje. Jęki pojawiały się również ze strony matek, ojców… czyli generalnie tych, dla których zbuntowani studenci wsiadają w nocne pociągi, żeby nie zrobić na wigilię przykrości rodzicom.
Wigilia przyniosła obu stronom wielkie rozczarowanie. W pierwszym odruchu można by pociągnąć krytykę wigilijnych tradycji w duchu znanym i przez krytyków lubianym - „chcieliście konserwatywnych katolickich wartości? - no to macie”. „Przynajmniej zobaczyliście, jak to wszystko naprawdę wygląda - wy i wasza fikcyjna wigilia”. Jednak gdyby wsłuchać się w wigilijne jęki - dość wyraźnie słychać, że niechęć do wigilii bierze się z rozczarowania, że mogłoby być jednak jakoś fajnie, że są ludzie którym wigilia się udaje, że kiedyś nam się przecież udawała. Nie można chyba porzucać ludzkiej tęsknoty za tym, żeby przy stole przeżyć wspólnie parę godzin z czasem i obowiązkami zawieszonymi na kilka dni, jak nie przymierzając bombki na choince. Zwłaszcza jeżeli życie jest nieznośne, ciężkie i wymęczone i tęskni się do dziecięcych nadziei i emocji związanych z wigilią.
Demirski w ramach gwiazdkowych prezentów kupił sobie w Empiku książkę o piłce nożnej. Książka jest fatalnie przetłumaczona z angielskiego i jej polski tytuł brzmi Kompletnie konkretnie. O tym, co jest nie tak ze współczesną piłką nożną (pierwsze słowa tytułu odnoszą się do wypowiedzi Marcina Wasilewskiego znanej powszechnie jako „spodenki Wasilewskiego”). Książka Modern Football is Rubbish jest zbiorem przemyśleń dwóch brytyjskich maniaków futbolu: Nicka Davidsona i Shauna Hunta. W króciutkich rozdziałach autorzy wymądrzają się na piłkarskie tematy, a na samym jej początku piszą, że nie ma już prawdziwego futbolu, że ostatnie dobre mecze rozgrywane były w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych i że kiedyś to było, a teraz to nie ma. Jako czujni tropiciele konserwatywnych resentymentów chcieliśmy książkę oddać Jeremiemu do rysowania. Jednak kiedy Jeremi trzymał już w paluszkach swoje świecówki, Strzępka przekartkowała kilka rozdziałów i musieliśmy Jeremiemu dać rysunkowy blok.
Otóż autorzy książki nie wiążą upadku futbolu z upadkiem obyczajów, wartości, abstrakcyjnym duchem czasu czy cywilizacją śmierci futbolu. Autorzy na przykładzie historii rozgrywek europejskich pucharów dowodzą, że futbol został zniszczony przez rynek.
Oczywiście już widzimy miny co poniektórych czytelników, którzy prychają myśląc - „też mi odkrycie, tak to już jest i wszyscy o tym wiedzą.” Jednak to, co dla nas w Kompletnie konkretnie jest najbardziej ciekawe przede wszystkim - to nie powyższy wniosek autorów ani ich tęsknota za robotniczym sportem sprzed inwazji stacji telewizyjnych, reklamodawców i irracjonalnych cen za piłkarskie transfery.
Autorzy książki nie dość, że w rozdziale „Lewoskrzydłowi” wymieniają lewicowe wypowiedzi piłkarzy i trenerów, ciesząc się z każdej z nich jak ze strzelonego gola, nie dość, że tropią seksizm i sami piszą o tym, żeby przestać używać sformułowania „męski sport”. Nie dość, że kpią z gwiazdorskich sportowych zwyczajów. Robią coś więcej. Dają alternatywę. Proponują inną formułę uczestnictwa w zjawisku jakim jest futbol. Wracają - jakkolwiek to zabrzmi - do korzeni tego sportu, do robotniczych drużyn zakładanych przez pracowników. Podają znane i mniej znane przykłady drużyn, które powstały z gniewu i rozczarowania polityką władz ich klubów. Przyjrzymy się jednej z nich - zawiązanemu przez kibiców Manchesteru United nowemu klubowi FC United of Manchester a dokładniej regulaminowi tego klubu:
1. Zarząd będzie demokratycznie wybierany przez członków klubu. 2. W podejmowaniu decyzji uczestniczyć będą wszyscy członkowie klubu; każdy członek będzie dysponował jednym głosem. 3. Klub będzie dbał o kontakty z lokalną społecznością i dołoży wszelkich starań, aby być otwartym na wszystkich i wykluczyć jakakolwiek dyskryminację. 4. W trosce o zdobycie jak najszerszej publiczności, klub będzie dążył do utrzymania biletów wstępu na mecze w jak najbardziej przystępnych cenach 5. Klub, kiedy to możliwe, będzie zachęcał lokalną młodzież do wstepowania do klubu - jako zawodnicy oraz kibice. 6. Zarząd, w miarę możliwości, będzie dążył do unikania komercjalizacji 7. Klub pozostanie organizacją non-profit.
Czy w kontekście tego rodzaju działalności, nie powinniśmy bardziej przychylnym okiem spojrzeć na działania ruchu „koniec z PZPN” czy „koniec z ITI”? Oczywiście można narzekać, że w Polsce taka książka raczej by nie powstała. Że Włodzimierz Szpakowski, czy redakcja zczuba.pl nie zajmuje się społecznym wymiarem piłki nożnej. Że piłka nożna kojarzy się w Polsce albo z Ligą Mistrzów i Mastercard albo z prawicowymi chuliganami. Chodzi jednak o to, że wygodnie jest mówić np. o teatrze jako o miejscu, które integruje lokalną społeczność itd. Ok. Może i integruje. Ale co w takim razie ze sportem, który podobnie jak teatr, jest miejscem, gdzie rodzi się wspólnota. Gdzie rozpalają się emocje większości tych, którzy do teatru nie chodzą. Własny klub piłkarski o który się dba, z którym się żyje i na temat którego uprawia się politykę? To wspaniale, że powstają Orliki, ale futbol może być zjawiskiem znacznie szerszym niż łączenie się raz w tygodniu w drużyny. Może powinniśmy przestać myśleć o futbolu jako o efektownej ekstrawagancji części inteligentów, która w ich mniemaniu dodaje im hemingwayowskiego uroku. Albo o bezsensownym kopaniu piłki i byciu dumnym z niewiedzy kto właściwie z kim gra - co lubi robić niehemingwayowska część naszych znajomych?
Niby wiemy, że komercjalizacja sportu i tak dalej i tak dalej, ale jednak przeciętny kibic jakim jest np. Demirski z pewnym przerażeniem myśli o tym, żeby zamiast siedzieć przed telewizorem z „We are the Champions Ligą Mistrzów” jeździć po okręgowych ligach za lokalnym klubem. Pytanie jednak, czy nie jest to sposób, żeby piłka nożna stała się znowu tym samym emocjonującym przeżyciem z dzieciństwa? Kiedy z rozgrzanymi policzkami krzyczeliśmy „wyyyygraliśmy!!!!!!” i nie był nam do tego potrzebny żaden święty coca-cola Mikołaj. Czy nie jest to właśnie sposób żeby wyrwać te emocje ze świata wielkich pieniędzy, reklamowych kontraktów i szowinistycznych działaczy, którzy zniszczyli nie tylko piłkę nożną?
Felietony Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego publikujemy we wtorki.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...