Projekt Ligi ma niestety jeden mankament: sprawdzian z zasad wiary ma być nieobowiązkowy. Lewica powinna stanowczo pomysł poprzeć i ośmielić kunktatorskich narodowców poprawką wprowadzającą obowiązek zdawania religii. Z równym zaangażowaniem posłowie SLD powinni także zacząć się modlić, żeby Jarosław Kaczyński przestał tylko mówić o wprowadzeniu cenzury obyczajowej, ale wziął się do roboty i zadbał czynem o naszą moralność.
Wówczas możemy być spokojni, że licea zamienią się jak różdżką dotknął w kuźnie lewicowych kadr, sprawdzających się w boju podczas licznych i efektownych procesów obyczajowych. Jarosław Kaczyński, polityk zdolny i ciągle rozwijający się, znalazł jeszcze krótszą drogę do szybkiej dechrystianizacji Polski.
Kiedyś, w każdym razie w ubiegłym wieku, katolicyzm w naszym kraju opisywany był jako ludowy, rytualny, jako barwny i archaiczny. To był katolicyzm procesji wśród łanów zbóż, katolicyzm morza białych koszul przed kościołami w słoneczne niedzielne przedpołudnia, katolicyzm rubasznych proboszczów wśród gromadki katechizowanej dziatwy, katolicyzm gorączkowych prób generalnych przed dniem pierwszej Komunii świętej, katolicyzm nas, tych słabych, którzy „uciekali się pod obronę”, w odziedziczonej po przodkach nadziei, że Ten, co Polskę, może raczy ją zwrócić … .
I jeśli nawet tak rzeczywiście było, to było bardzo dawno temu.
Dziś, prezydent państwa, które aspiruje do czynnego udziału w budowaniu świata dla wszystkich (czy rzeczywiście?), jest autorem opinii o katolickim światopoglądzie jako dominującym, a więc – jak go zrozumiałem – jedynym naturalnym w tym kraju. Prezydent wyraźnie i nie raz utożsamia się z tym jedynym, naturalnym światopoglądem. Więcej, instytucjonalny wyraz tego światopoglądu przekształca w ceremoniał państwowy. Pozwala się filmować (a może aranżuje to przez swe biuro) w kościołach i katedrach, z hierarchami w gronie otaczających go notabli i u celu swych podróży, na klęczniku i przed ołtarzem, gdy się żegna i gdy się modli. A wszystko to w trakcie wykonywania swej funkcji publicznej, państwowej. Bo każda minuta życia prezydenta państwa, spędzona „na widoku”, publicznie, jest wypełnianiem funkcji państwowej. Tak demonstrowana religijność pełni więc funkcję publiczną, państwową. Pełni funkcję ściśle polityczną. Nie może więc – w tym kontekście – być traktowana jako przejaw wiary, która jest przeżyciem głęboko osobistym, dyskretnym, intymnym. Taka, „państwowa” (upaństwowiona?), religijność jest wyzwaniem rzuconym wszystkim tym, których pogląd na świat jest inny. Wyzwaniem popartym mocą państwa.
I wcale nie jest równoważne publiczne wyrażanie swej wiary i okazywanie religijności z pozostawaniem neutralnym. Szczególnie przez osoby sprawującej funkcje publiczne, państwowe. To nie tak, że jeśli prezydentowi, premierowi czy innemu urzędnikowi nie wolno w trakcie pełnienia funkcji publicznej wyrażać swych poglądów religijnych, to nie wolno mu też ich nie wyrażać, bo byłoby to publiczne okazywanie swej areligijności, agnostycyzmu czy ateizmu. To pierwsze – zakreśla granice, które stają się dla obywateli coraz trudniej przekraczalne. To drugie – daje wolność. Oczywiście, prezydenta wybiera większość.
Premier państwa postępuje tak, jak prezydent. I ministrowie tak samo. I dalej, i dalej. Premier i ministrowie wiele ze swych funkcji publicznych (a taką jest na przykład komunikowanie się ze społeczeństwem) pełnią w instytucji i formalnie, i rzeczywiście związanej z katolicyzmem. A przecież muszą zdawać sobie sprawę z tego, że odrzucenie wyrażanej neutralności światopoglądowej, religijnej, że takie preferowanie zaangażowania religijnego (i to poprzez rytuał i instytucje jednej religii) przez pełniących funkcje publiczne dezawuuje te funkcje jako publiczne dla całej społeczności. Ale robią to, prowokacyjnie wręcz, podkreślając wyznaniowy od teraz, katolicki charakter państwa. Widzę w tym jakąś satysfakcję biorących teraz rewanż. Te publiczne wizyty urzędników państwowych w świątyniach katolickich, ściśle związane z momentami pełnienia przez nich obowiązków publicznych, i w trakcie ich pełnienia, to też wyzwanie rzucone w twarz innym. Tak jak – na innym poziomie kulturowym – wyzwaniem upokorzonych, którzy wreszcie biorą rewanż, były, pokazane przez TV, okrzyki rozrajcowanych „moherowych beretów”, wrzeszących do mikrofonów przed katedrą w Warszawie (podczas intronizacji prezydenckiej), z dziką satysfakcją na twarzach: „Modlić się! Modlić się!” i grożących palcami do kamery. Zauważmy: nie – módlcie się, a - modlić się! To znamienne.
Równie znamienne jest to, że mówi się tylko o katolicyzmie, że tu istnieje tylko katolicyzm. Nie chrześcijaństwo, a właśnie katolicyzm. Na chrześcijaństwo patrzą jakby z podejrzliwością. Chrześcijaństwo to świat, to Europa, to wreszcie protestantyzm. Jestem pewien, że chrześcijaństwo uważane jest przez naszych narodowych katolików za niewiele lepsze niż liberalizm. Za to katolicyzm! Polski, narodowy, na naszą modłę, swojski (pewnie tak bardzo, że nie do poznania gdziekolwiek indziej). Jeśli Państwo to Naród, a ten Naród jest katolicki, to to państwo jest wyznaniowe. Katolickie. Słyszałem sprzeciwy, że to nieprawda, cytowano Tischnera, który pisał, że państwo nie może być katolickie, tak jak katolicka nie może być matematyka czy biologia. Czyżby? To właśnie wynik tego podstawienia katolicyzmu w miejsce chrześcijaństwa. Państwo (ani matematyka czy biologia) nie może być chrześcijańskie, bo te dwie kwestie znajdują się na zupełnie innych, nie mających żadnych punktów wspólnych, poziomach. Ale państwo katolickie? Oczywiście, że może być. A co teraz powstaje, jak nie państwo katolickie?
Powstanie państwa katolickiego to projekt stricte polityczny. Do jego realizacji używa się religii (nie mylić z wiarą). Marszałek Sejmu, druga po prezydencie osoba publiczna w państwie, klarownie przedstawia ten mechanizm: jego historyczny rozwój, użycie opinii katolickiej i, początkowo, tylko katolickich mediów, a teraz już szerokiego forum, w celu kształtowania wyboru kulturowego ludzi, kształtowania współczesnej cywilizacji. A wiemy przecież jakie konkretne decyzje, ściśle polityczne, mające na celu tworzenie, przekształcanie i zawłaszczanie instytucji państwowych i publicznych, podejmuje partia rządząca dla stosownego poszerzania tego forum „debaty publicznej”, dla realizacji tego zadania cywilizacyjnego. Jakie to zadanie? Marszałek Sejmu, w wywiadzie, wyjaśnia: formowanie światopoglądu Europejczyków, wpływ na polityczne struktury świata (co przedtem nie było możliwe), decydowanie, co jest, a co nie jest wartością godną obrony, co jest dobrym życiem, a co nie, itd., itp. On, katolik, wie.
Kontekst polityczny całkowicie zdominował w Polsce konfesyjny aspekt katolicyzmu. Tak rozumiany katolicyzm używany jest przez zwycięską siłę polityczną jako medium jej autorytarnego planu politycznego. Stał się symbolem wściekłego sprzeciwu wobec nowego i wobec przyszłości, sprzeciwu wobec innego i wobec wolności. Symbolem używanym w bezpardonowej walce politycznej. Słowem rzuconym nam w twarz przez zaciśnięte zęby.
Oświadczenie Improwizowanego Kongresu Wolnego Internetu w sprawie obywatelskiej debaty z udziałem Prezesa Rady Ministrów Pana Donalda Tuska dotyczącej wolności i praw w internecie. Krytyka Polityczna solidaryzuje się ze stanowiskiem wyrażonym w oświadczeniu i również nie pojawi się na debacie u premiera.
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...