|
Kiedy 10 kwietnia 2010 roku samolot z polską elitą polityczną na pokładzie, z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele, rozbił się pod Smoleńskiem, przez głowy wielu Ukraińców przemknęła myśl: „Jakby tak nasz establishment wysłać takim samolotem…”. Te słowa stały się częścią codziennych komentarzy na temat polskiej katastrofy. Już wtedy zmęczenie ciągłym kryzysem politycznym na Ukrainie dawało się we znaki. Do tego stopnia, że fizyczna likwidacja kluczowych postaci ukraińskiej polityki mogła nawet bardzo rozsądnym ludziom wydać się katartycznym wyjściem z sytuacji.
Katastrofę Artura Żmijewskiego można uznać za odpowiedź na to niezrealizowane ukraińskie pragnienie. Żmijewski nie koncentruje się na samym wypadku, lecz pokazuje skonstruowaną a posteriori katastrofę jako wydarzenie o charakterze dyskursywnym – reakcję przeciętnych i znanych Polaków, którzy wyszli na polskie place; niekończące się procesje i grupowe śpiewanie psalmów; kiełkowanie w społeczeństwie (i pośród polityków prawicy) spiskowych teorii na temat udziału Rosji w wypadku, wstydliwe wezwania liberałów do otrzeźwienia z narodowo-religijnej bezmyślności oraz walkę o usunięcie lub ocalenie krzyża postawionego obok Pałacu Prezydenckiego.
Katastrofa świetnie ilustruje sytuację, w której obecnie znajduje się Polska, gdzie scena publiczna w znacznym stopniu ogranicza się do sporów między konserwatystami i liberałami. I choć formalnie pozostaje demokratyczna, to zdradza wszelkie oznaki Gramsciańskiej hegemonii. W tak ukształtowanym hegemonicznym dyskursie nie ma form adekwatnych, by wyrazić niezgodę z innych pozycji, choćby klasowych.
W Katastrofie przed kamerą w przeważającej większości przypadków pokazują się konserwatyści. Głębokie przekonanie, że pamięci zmarłego prezydenta nie można uszanować w żaden inny sposób, jak tylko stawiając przed pałacem pamiątkowy krzyż, nadaje realnych kształtów ich pozycji politycznej. Kiedy przed kamerą zjawiają się osoby odwołujące się do świeckich wartości („krzyże mają stać w kościołach”, „nie trzeba przekształcać tragedii, w której zginęli ludzie, w pole popisu dla ideologicznych spekulacji”) – wezwania te z jakiegoś powodu są zawsze pojedyncze, nieco wstydliwe i wypowiedziane przyciszonym głosem.
Ta sytuacja jest źródłem niepokoju i refleksji polskiej lewicy: jaka może być racjonalna politycznie odpowiedź na fanatyzm katolickich konserwatystów, charyzmę ich liderów, niemal bojową gotowość wierzących do wyjścia na ulicę i walkę w obronie swoich przekonań? Kiedy Żmijewski naświetla problem braku tego utopijnego pierwiastka w działaniach sił niekonserwatywnych, może się wydawać, że jest to flirt z prawicową martyrologią, utożsamienie się z konserwatywnymi bohaterami filmu.
Skąd ta asymetria w układzie sił? To niezadane wprost pytanie towarzyszy kolejnym scenom filmu Żmijewskiego. Można spróbować odpowiedzieć na nie w ten sposób: wydarzenia nie istnieją w symbolicznej próżni, muszą zostać wprowadzone w pewien dyskurs. Żmijewski pokazuje, że traumatyczne doświadczenia są w różnym stopniu „pożywką” dla poszczególnych dyskursów (ale nie z powodu charakteru tych wydarzeń, tylko odmiennych „apetytów” różnych dyskursów). Dla zwolenników liberalnych wartości i świeckiego państwa śmierć przedstawicieli elity politycznej jest po prostu ludzką tragedią; w młynie prawicowej ideologii realna śmierć niemal stu osób zostaje zredukowana do najbardziej znaczącej śmierci prezydenta (ewentualnie pary prezydenckiej).
Katastrofę z 10 kwietnia próbowano ochrzcić polskim 11 września, ale pomimo pewnych podobieństw w przypadku Polski mamy do czynienia z niezwykle silnym sakralnym wymiarem władzy, którego nie było w atakach terrorystycznych w USA. Oto prezydent, którego za życia szczuto, z którego się naśmiewano, raptem staje się święty. Dlaczego? Dla postronnego obserwatora odpowiedź jest tak samo absurdalna, jak dla uczestników religijnych procesji jest oczywista: ponieważ zginął, walcząc o narodową jedność Polski. To nie przypadek, że ta „walka” sprowadzała się do wizyty w Katyniu, miejscu pamięci narodowej i źródle niekończących się projekcji, które pogłębiają syndrom ofiary obecny wciąż w polskim społeczeństwie. Stąd masowa histeria, z całym arsenałem charakterystycznych organicznych metafor, w których Polskę po śmierci Kaczyńskiego porównuje się do sieroty, a nawet ciała bez głowy.
Wyobraźmy sobie, że ukraiński prezydent rzeczywiście zginął na skutek jakiejś katastrofy razem z najwyższymi urzędnikami państwa. Nauka, która płynie z filmu Żmijewskiego, jest następująca: szanse na społeczne oczyszczenie i uzdrowienie na skutek takiego wydarzenia są bliskie zeru. Jakie więc mogą być jego skutki? Odpowiedź jest złożona. W lepszym wypadku nie ma żadnych, bo prawdziwe zmiany w społeczeństwie możliwe są tylko dzięki wyjściu poza hegemoniczne granice, podważenie postideologicznego konsensusu, co oznacza zatrzymanie liberalno-konserwatywnego wahadła i wyartykułowanie nowych dyskursywnych pozycji, a nie przetasowanie na szczytach władzy. W gorszym – szok i wstrząs wywołane przez katastrofę są momentalnie absorbowane i wykorzystywane przez nacjonalistyczne ideologie, dla których pasożytowanie na tragicznych wydarzeniach już od dawna jest czymś oczywistym.
Tłum. Urszula Sadkowska-Petryszyn
Tekst ukazał się na stronie commons.com.ua.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...