NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Zaremba: Wciąż jestem idealistą Drukuj
Z Maciejem Zarembą* rozmawiają Magdalena Błędowska i Agnieszka Wiśniewska   
13.07.2010

Magdalena Błędowska, Agnieszka Wiśniewska: Pracuje pan w szwedzkich mediach od lat i zna je od środka, a jednocześnie śledzi pan, jak się zmieniają środki masowego przekazu w Polsce. Jak by wypadło porównanie obu krajów pod tym względem?

Maciej Zaremba: Nie wiem, czy jestem dobrą osobą, żeby odpowiadać na to pytanie, bo mam bardzo wysokie wymagania w stosunku do mediów. Ciągle jestem idealistą.

My też, dlatego szukamy dobrych wzorców.

Szwedzkie media mają bardzo dużo zalet, których brakuje polskim gazetom czy telewizji. Ale mają też wady, z którymi z kolei nie spotykamy się w Polsce. Są na przykład na ogół wiarygodne – a jednocześnie nieciekawe. Można to chyba tłumaczyć historią, która u nas bywa dramatyczna. Szwedzi nie stoją przed tak istotnymi dylematami czy ideowymi wyborami jak Polacy. Historia nie budzi w nich emocji. Jak mi kiedyś tłumaczył Jacek Kuroń: w Szwecji wszystkie najważniejsze postulaty polityczne zostały już spełnione. Odkręcasz kran – leci woda. Naciskasz kontakt – zapala się światło. Chcesz zmienić rząd – idziesz na wybory. Chorujesz – zabierają cię do szpitala. A jak skończysz pracować, dostajesz emeryturę. Coś w tym jest: względne ubóstwo szwedzkiej debaty politycznej i brak wielkich sporów ideowych wynikają z faktu, że jest nam po prostu dobrze. Właściwe całe szwedzkie życie polityczne, od lewicy do prawicy, zmieściłoby się w niemieckiej socjaldemokracji. Konsekwencje tego w przypadku prasy są takie, że od trzydziestu lat trwają próby stworzenia tygodnika społeczno-politycznego z prawdziwego zdarzenia, takiego jak „Polityka” czy „Newsweek”. Wszystko pada. Nikomu nie udało się pokonać progu, jakim jest piętnaście tysięcy prenumerat. W Polsce jest z pięć takich pism, nawet w maleńkiej Finlandii czy Danii są, a Szwecja wciąż ma z tym problem. Sam byłem świadkiem upadku trzech takich inicjatyw. Przetrwał jedynie „Fokus”, który powstał dwa lata temu, ale jest nieciekawy. Opiera się na założeniu, że przeciętny szwedzki inteligent fascynuje się kulisami gry politycznej w rządzie. Jakby to co najmniej Biały Dom był. Podniecają się przeciekami, kto zostanie wiceministrem rolnictwa. Kogo to interesuje?

To o czym piszą codzienne gazety?

Pominąwszy zwyczajne doniesienia, często o problemach zastępczych: czy król powinien poprowadzić swoją córkę do ołtarza? Panele, debaty, artykuły dyskusyjne…

Echa tego sporu dotarły nawet do nas. Tylko że takie zastępcze tematy, podobnie jak drugorzędna literatura, czasem dużo mówią o danym społeczeństwie – w Polsce wypowiedź arcybiskupa, że prowadzenie panny młodej do ołtarza przez ojca kłóci się z kilkusetletnią tradycją równouprawnienia i wolności kobiety, byłaby rewolucyjna.

To nieporozumienie. Jaka tradycja wolności kobiety? Przecież ten Kościół jeszcze do niedawna był urzędem państwowym. Przez czterysta lat nie zdarzyło się, żeby w ważnej kwestii miał odmienne zdanie niż król czy rząd. Do 1920 roku obowiązywało na przykład prawo, że mąż może bić żonę i służących. Kiedy parlament w 1934 roku uchwalił, że będziemy pod przymusem sterylizować biedne kobiety, bo rodzą za dużo „niewartościowych” dzieci, przez co obciążają budżet, Kościół nie tylko się na to zgodził, ale wynalazł teologiczne argumenty na poparcie takiej reformy. Kiedy parlament uznał, ze także kobiety mogą być pastorami – zostały nimi. A dzisiaj wydaje mu się, że jest feministyczny. Tylko że to w dużej mierze powierzchowny feminizm narzucony przez partie polityczne, które do dzisiaj zarządzają Kościołem. Dlatego taka wypowiedź arcybiskupa nikogo tu nie bulwersuje ani nie dziwi. […]

Pomimo jednak pewnej monotonii życia publicznego, na którą pan wskazuje, pana reportaże w szwedzkiej prasie odbiły się dość szerokim echem.

Bo ja ciągle jestem w połowie Polakiem, więc szukam dziury w całym [śmiech]. No i moje tematy nie bardzo pasują do szwedzkiej „liturgii”. To jest właśnie plus bycia imigrantem. Człowiek do szkoły tu nie chodził, więc nie wie, że o niektórych sprawach pisać nie wypada. Ostatnio opublikowałem serię artykułów o mobbingu w pracy, który z wielu różnych powodów jest tu prawdopodobnie większym problemem niż w Polsce. To był temat tabu dla wszystkich, a głównie dla związków zawodowych. I nagle wszyscy zdziwieni, że cała Szwecja o tym rozmawia. Jest wiele takich tematów, które mało kto chce ruszyć, bo są drażliwe, ranią dobre samopoczucie Szwedów. Na przykład służba zdrowia. Kłopot z nią w Szwecji ma charakter nie finansowy, a moralny: czy dochodzi do wartościowania ludzi w momencie, gdy lekarz musi podjąć decyzję, komu pomóc? Na jakiej zasadzie odbywa się to wartościowanie? „Użyteczności dla społeczeństwa”? Pisałem też o braku gwarancji prawnych w opiece społecznej. Teraz państwo przeprasza za odebranie rodzicom dzieci, które później były maltretowane w rodzinach zastępczych. Być może przesłanki tych decyzji były słuszne, ale zupełnie zabrakło kontroli. Czy wreszcie problem imigracji. Na czym polega integracja? Co oznacza słowo „obywatel” w epoce globalizacji? Czy imigrant musi mówić po szwedzku? To są teraz istotne pytania.

Dlaczego według pana szwedzcy dziennikarze omijają te tematy?

Nie mam dobrej odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego pokolenia polskich dziennikarzy omijały Jedwabne? Źle rozumiany patriotyzm? Nabyta z zawodem powierzchowność? Większość dziennikarzy nie ma na ogół wystarczającej wiedzy, żeby podejmować pewne problemy. Robią newsy z dnia na dzień, więc nie mają czasu niczego zgłębić. A jeśli już się na to zdecydują, to z piętnastu możliwych sposobów ugryzienia problemu imigracji wybierają czternaście sztampowych: o, tym się powiodło, a tym nie; o, a tu rasiści prześladują przyjezdnych. Bo tak ich nauczono. Z kolei ci, którzy naprawdę wgryźli się w temat i potrafią pisać, nie trafiają do wielkich mediów, poza kilkoma wyjątkami. Trzeba mieć specyficzne walory, żeby się dostać do telewizji czy gazety. Kapuściński nie zdałby na tutejsze studium dziennikarskie. Na polskie chyba też nie. Ja miałem wyjątkowego farta, zostałem ściągnięty do „Dagens Nyheter” przez szefa, Arne Rutha, który się uparł, że będzie u niego reportaż literacki.

A jakie cechy są premiowane w szwedzkich mediach?

Będę złośliwy: szwedzką publicystykę przenika ciągła chęć moralizowania. Dziennikarzom się wydaje, nawet jeśli się do tego nie przyznają, że ich zadaniem jest pokazywać, kto jest dobry, a kto zły, i stanąć po tej słusznej stronie. To ich odciąga od naprawdę ciekawych, złożonych tematów. Rzadko zdarzają się wyjątki – niedawno jeden z reporterów, wybitnie wrażliwy, taki odpowiednik Włodzimierza Nowaka, opisał naszą partię ksenofobów, czyli Szwedzkich Demokratów. Potraktował ich wyborców jak ludzi i nagle się okazało, że to sfrustrowani socjaldemokraci, a nie żadni faszyści.

A jeżeli już się poruszy istotny temat, i to w niebanalny sposób, to społeczny rezonans ogranicza się do wpisów pod artykułem na stronie internetowej czasopisma, czy jest szansa na wywołanie szerszej dyskusji? A może odzew jest jeszcze większy i udaje się wpłynąć na postępowanie władz?

O tak. Czasem udaje się zmienić punkt widzenia dużej liczby ludzi, w tym innych dziennikarzy i polityków. Po artykułach o mobbingu zostałem zaproszony do parlamentu, żeby porozmawiać z posłami. Przyszło też mnóstwo ludzi ze związków zawodowych. W takim momencie reporter czuje się spełniony. Okazało się, że ci ludzie nie tylko są gotowi podjąć temat, ale też dojrzeli do niego, przemyśleli go, tylko brakowało im słów, pojęć, nazewnictwa. Czasami wydaje mi się, że powołaniem reportera-publicysty jest praca chrzciciela. Musi wynaleźć język dla tego, co nas nurtuje. […]

A jakie jest podejście w mediach do spraw międzynarodowych?

Jeśli coś ważnego dzieje się na świecie, to przestaję czytać szwedzkie gazety i przerzucam się na „Financial Times” albo internetowy portal „Gazety Wyborczej”. Doniesienia szwedzkie są na ogół płytkie i naiwne. Z bardzo prostej przyczyny: Szwedów stać na to, żeby mieć słabą publicystykę międzynarodową. Szwecja właściwie nie prowadzi polityki zagranicznej, bo jej nie potrzebuje. A Polska musi ją prowadzić na sto pięćdziesiąt procent. I tak jest w Szwecji od stu lat, więc nikomu nie przeszkadzają te zdawkowe prasowe raporty ze świata. Nie ma tu nikogo, kto by pisał o Bałkanach tak jak Konstanty Gebert albo rozumiał Zakaukazie tak jak Wojciech Jagielski. Byłem kiedyś na seminarium w Waszyngtonie. Amerykańscy publicyści utyskiwali, że przeciętny Amerykanin nie odróżnia Bułgarii od Belgii. Ale po co ma odróżniać? Do czego jest mu ta informacja potrzebna? Oczywiście, można powiedzieć, że światły obywatel powinien się orientować w takich sprawach, ale tak naprawdę to nie jest wiedza, która wpływa na warunki bytowe obywatela Alaski.

Ten brak zainteresowania wynika więc z odcięcia się od problemów niezwiązanych bezpośrednio ze Szwecją?

Powiedziałbym raczej, że to kwestia geografii politycznej oraz tradycji neutralności.

To ciekawe, bo szukając informacji o szwedzkich mediach, można się natknąć na przykład na opisy sporów o to, jak przedstawiany jest konflikt palestyńsko-izraelski.

To jest zupełnie inna sprawa. Kilka lat temu mój kolega, korespondent zagraniczny, znawca Ameryki Łacińskiej, wściekły na swoją redakcję, narysował „mapę świata wedle szwedzkich mediów”. Afryki na niej praktycznie nie było. Ameryka Południowa, gdzie tyle się dzieje, była pięć razy mniejsza od Izraela i Palestyny – ten skrawek ziemi okazał się największym kontynentem na planecie. Milion zgwałconych kobiet w Kongu to newsowe zero w szwedzkich mediach w porównaniu z jeszcze jedną próbą negocjacji palestyńsko-izraelskich, terrorystą w Tel Awiwie czy zburzonym palestyńskim domem. Co pokazuje, że w szwedzkich mediach ma miejsce rodzaj projekcji moralnej. Palestyna i Izrael to nie realne kraje, tylko ekran, na który rzutujemy nasze biblijne wyobrażenia o sprawiedliwości, dobru i złu. Możemy to robić spokojnie, bo nikt poza Szwecją nie przejmuje się tym, co piszemy. […]

A czy Szwedów interesują problemy lokalne, z ich regionu, miasteczka czy wsi? Bo w Polsce tematy debaty publicznej wyznacza raczej centrum. Jeśli chodzi na przykład o politykę, to ludzie żyją przede wszystkim tym, co się dzieje w Warszawie.

W Szwecji jest inaczej, ale to wynika trochę z geografii: to większy kraj, silnie zregionalizowany. Do tego regiony nie wstydzą się, że nimi są.

Jaka jest kondycja lokalnej prasy?

Całkiem niezła. W Malmö na przykład moja gazeta, czyli „Dagens Nyheter”, ma jakiś jeden procent abonentów. Właściwie nie istnieje. Prenumerują ją dyrektorzy gimnazjów, politycy, dziennikarze, może parę innych osób. Za to lokalna „Sydsvenska Dagbladet” jest dostarczana codziennie do osiemdziesięciu procent mieszkań w tym mieście. I tak jest właściwie wszędzie. Przy czym „Sydsvenska Dagbladet” to gazeta pełną gębą: serwis zagraniczny, dużo kultury, świetna strona polityczna i jeden z najlepszych w kraju reporterów. A i tak w każdym miasteczku w tym regionie ma konkurencję.

U nas te lokalne tytuły są nierzadko wykupywane przez wielkie koncerny prasowe, a potem łączone albo likwidowane. W wielu miejscach lokalna gazeta to zaledwie dodatek do ogólnopolskiego tytułu.

Popularność lokalnej prasy w Szwecji ma związek z poziomem czytelnictwa. To jest największa różnica między naszymi krajami. Uwarunkowania historyczne, przede wszystkim wczesna alfabetyzacja, stara tradycja lokalnych samorządów, a także poziom życia sprawiły, że Szwedzi czytają codzienne gazety jak mało kto na świecie. Suma nakładów codziennej prasy jest gigantyczna. Smutne jest tylko to, że pismami ogólnokrajowymi są już tylko popołudniówki, bo najważniejsze dzienniki, jak „Dagens Nyheter” czy „Svenska Dagbladet”, nie mają takiego zasięgu. Po prostu się to nie opłaca. W Szwecji od stu lat funkcjonuje abonament, gazety są wrzucane bezpośrednio do skrzynki o piątej rano. Dostarczenie egzemplarza gdzieś daleko na północ kosztuje pięć razy więcej niż jego wyprodukowanie. Dlatego na przykład „Dagens Nyheter” skupiły się na regionie sztokholmskim, nasza konkurencja również. To jest niebezpieczne, bo ogólnokrajowym medium pozostają już tylko brukowce i telewizja.

Jest to fragment wywiadu z książki Szwecja. Przewodnik nieturystyczny, która już wkrótce ukaże się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej.


*Maciej Zaremba – szwedzki dziennikarz polskiego pochodzenia. W 1969 wyemigrował do Szwecji. Pracuje w dzienniku „Dagens Nyheter”, pisze na tematy związane z kulturą i polityką. Autor nagradzanych reportaży. Po polsku ukazał się Polski hydraulik i inne opowieści (2008). Jest też tłumaczem literatury polskiej.

  

Komentarze
Dodaj nowy
kot_w_golebniku   |14.07.2010 12:26:10
Ogólnie wywiad nawet ciekawy. Pokazuje kulisy "cichej cenzury" w
szwedzkich mediach.
Przyczepię się tym razem jednego zdania:
"Być może
przesłanki tych decyzji były słuszne, ale zupełnie zabrakło
kontroli."

Wiele osób sądzi, że problemem jest zazwyczaj niedobór rządowej
kontroli. Zupełnie jakby nie widzieli że ilekroć da się rządom więcej uprawnień
i więcej prawa do kontroli czegokolwiek oraz wprowadzi nowe regulacje to rodzi
to wyłącznie kolejne patologie, które znów próbuje się rozwiązywać "dając
więcej kontroli" I tak krążymy w zaklętym kole stając się niewolnikami pod
pełną kontrolą rządów.
Boyszewik   |14.07.2010 18:51:40
Pan Zaremba najlepszą cenzurkę wystawia sobie stwierdzeniem, że wiedzę o świecie
czerpie z twórczości… Węglarczyka, Stasińskiego i Bosackiego. I to mieszkając
w Szwecji. Niesamowite. Jak to się mówi, przechodzi ludzkie pojęcie :-)
step  - o, misiek w ulu   |16.07.2010 23:35:26
czyli kolejny misio, który wierzy w oficjalne slogany o "deregulacji" i
"dekontrolizacji".

Powiedzmy tak:

Wiele osób sądzi, że problemem jest
zazwyczaj nadmiar rządowej
kontroli. Zupełnie jakby nie widzieli że ilekroć
zmniejsza się kontrolę, daje się większe pole do działania największym graczom
(korporacjom), którzy niszczą słabszych: dławią mniejsze firmy, trują
konsumentów i zmuszają do niewolniczej pracy pracowników (misio nie słyszał o
zwolnieniach in blanco, o czerwonych kropkach, o bezpłatnych nadgodzinach, o
wielomiesięcznych zaległościach w płaceniu pensji, o 900 złotych za 288 godzin
pracy fizycznej i braku alternatywy w takich miejscach jak Łódź czy Szczecin, a
dla niewykształconych nawet w takich miejscach jak Kraków czy Warszawa).
Im
więcej korporacje pozbawione są kontroli, tym bardziej wprowadzają swoje
praktyki i rzeczywiście rodzi
to wyłącznie kolejne patologie, które znów próbuje
się rozwiązywać "dając
więcej wolności". I tak krążymy w zaklętym kole
stając się niewolnikami pod pełną kontrolą korporacji - a równocześnie mamy gębę
pełną wolności.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 14.07.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.76063 Seconds