|
Jestem politycznym kibicem piłkarskim. Uwielbiam futbol i marzę o innym świecie. Kibicowsko-polityczna synteza jest więc oczywista: Ameryka Południowa. To tam dzieją się rzeczy, o których w naszej części świata tylko rozprawiamy z wypiekami na twarzy (jeśli widzieliście film Odzyskiwanie fabryk w reżyserii Naomi Klein, to wiecie, o czym piszę, jeśli nie widzieliście, to poszukajcie).
Mnie, politycznego kibica piłki nożnej, Mikołaj Pancewicz nie namówił do konwersji na kibicowanie Europejczykom, a zwłaszcza sąsiadom. Bynajmniej nie dlatego, że nie lubię sąsiadów (pozostaję wierny przesłaniu plakatu Loesje, który lata świetlne temu rozklejaliśmy na kaliskich murach: „Wszystko jest łatwiejsze, kiedy kochasz swojego sąsiada, a nie swoje państwo”), ale dlatego, że moje kibicowanie ma za przedmiot polityczne projekty unoszące się nad klubami (FC St. Pauli, Livorno, RTS!) i drużynami (Meksyk, Brazylia, Argentyna, Chile, Urugwaj), a nie geografię. A Europa to wciąż - mimo braku granic między Polską a Czechami (za to z rosnącymi zasiekami dookoła strefy
Schengen) - niewiele więcej niż geografia.
Gdy więc do finału prze Holandia, która wyrzekła się piękna i finezji na rzecz postideologicznej skuteczności, oraz równie zimni w dochodzeniu do celu Niemcy, ja pozostaję pod wpływem gorączki latynoamerykańskiej. Zwłaszcza że - czy to przypadek? - w futbolu z Innego Świata w pełni dochodzi do głosu piękno, finezja i wolność karnawału. A zatem: Hasta la victoria siempre! Do boju, Urugwaju!”
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...