|
Futbol bywał jednak nie tylko instrumentem w rękach tyranów i politycznych manipulatorów, lecz również medium wyrażania nastrojów emancypacyjnych: wykorzystywano go do manifestowania poglądów przeciwnych niedemokratycznej władzy. Mimo zakazów reżimu generała Franco, drużyny baskijskie i katalońskie nieraz stawały się ośrodkami demonstrowania narodowych odrębności i separatyzmów. To od tamtych czasów datuje się tak wściekła rywalizacja „proreżimowego” Realu Madryt i „opozycyjno-separatystycznej” FC Barcelony. Duch stadionu Barcy Camp Nou był wywrotowy, ale nigdy nie przekraczał pewnych granic – dokładnie tak jak Katalończycy, inaczej niż Baskowie, nie uciekali się do taktyki terroru indywidualnego w walce z dyktaturą. Na stadionie manifestowano wrogość wobec generała Franco, lecz z drugiej strony – Franco nigdy nie zdecydował się na zdławienie stadionowej opozycji. Jak wyjaśnia Foer, wolał „skanalizować energię polityczną Katalończyków w bezpiecznej rozgrywce”. Futbol posłużył obu stronom konfliktu.
Antyreżimowe i nacjonalistyczne nastroje „kanalizowały się” także na stadionach piłkarskich w Związku Radzieckim. W eseju „Futbol jest wojną” Ramonet zauważa, że mecze rosyjskiego Spartaka Moskwa z gruzińskim Dynamem Tbilisi czy ukraińskim Dynamem Kijów nieraz kończyły się bitwami kibiców, których nie da się zredukować do kibolskich wybryków. Żeby zademonstrować swoją odrębność, jednym z pierwszych kroków, jakie władz sportowych niepodległej Litwy i Gruzji, było wycofanie drużyn klubowych z radzieckiej ligi piłkarskiej. W Polsce pamiętamy, że w czasach Edwarda Gierka władza lubiła fotografować się ze legendarną dzisiaj drużyną Kazimierza Górskiego, jednak w czasie Mundialu’82 w Hiszpanii, kiedy polska reprezentacja zajęła ponownie trzecie miejsce, piłka wpadała też czasem do bramki generała Jaruzelskiego: na trybunach hiszpańskich stadionów pojawiały się sztandary „Solidarności”. Na stadionach klubowych niektórych polskich miast zdarzało się wtedy, że manifestowano sympatię dla ruchu sprzeciwu wobec generalskich rządów (choć z tego, co pamiętam, nie było to chyba zbyt częste; w każdym razie od czasu do czasu mówiło się, że ktoś miał na stadionie transparent „Solidarności”, albo że wykrzykiwano hasła na cześć Lecha Wałęsy …).
Rozumiejąc, że kultura popularna, w tym futbol, może mieć zgubne skutki dla islamskiej rewolucji mułłowie przez pewien czas próbowali ograniczać jej wpływy za pomocą zakazów. „… kiedy ta ścisła kontrola doszła do futbolu, stanowisko władzy stało się nie do zniesienia – pisze autor książki „Jak futbol wyjaśnia świat”. – Nowa władza zakwestionowała wielką pasję Irańczyków. Mułłowie bardzo szybko zrozumieli, że za wyeliminowanie futbolu mogą zapłacić zbyt wysoką cenę. To im się nie opłacało. Ponieważ nie mogli go zniszczyć, zdecydowali się na najlepsze, co mogli zrobić w tej sytuacji. Starali się zawłaszczyć tę grę i maksymalnie wykorzystać do własnych celów. Przez pewien czas agenci władzy infiltrowali tumy kibiców i próbowali ich zachęcać do śpiewania pieśni sławiących Allaha. Władze próbowały także umieścić swoje hasła na barierkach otaczających boisko. Zmiask reklam Toshiby i Coli plakaty krzyczały >Precz z USA< lub >Izrael musi zginąć<. Rząd jednak prawdopodobnie nigdy na serio nie brał możliwości, że te slogany mogą trafić, nawet nieświadomie do rozszlałych kibiców. W rzeczywistości tłumy robiły coś zupełnie przeciwnego do wymachiwania pięściami i wywrzaskiwania islamskich pieśni. Wyśmiewali religijnych cheerleaderów ze stadionu. Było to niedwuznaczne przesłanie, żeby nie przerabiać stadionu na meczet. Władza je usłyszała.”
Czego tak naprawdę obawiali się ze strony futbolu mułłowie? Przecież to tylko gra, widowisko, zabawa.
„W poruszająco zabawnej scenie filmu Abbasa Kiarostamiego >Życie płynie dalej< mężczyźni szarpią się, żeby ustawić antenę, by móc obejrzeć mecz Austria – Szkocja. Należy dodać, że ani Austria, ani Szkocja nie należą do gigantów współczesnego futbolu. Ale mniejsza o to. Irańczycy uwielbiają międzynarodowe rozgrywki, ponieważ gra łączy ich z nowoczesnym, kapitalistycznym nieislamskim Zachodem. Kiedy nadają mecze Pucharu Świata , nie mogą nie widzieć afiszów naokoło boiska, reklamujących PlayStation, Doritos i Nike – styl życia, którego zabrania się Irańczykom. Konserwatyści rozumieją ten związek. W ich gazetach edytorzy wycinają reklamy, które zdobią zachodnie koszulki.
I to jedyne szkody, jakie konserwatyści są w stanie uczynić. Mogą wyciąć reklamy, ale zawodników już nie. Każde zdjęcie Davida Beckhama z jego proteuszowymi włosami uosabia ideę wolności. Jest to idea, którą przejęli również irańscy zawodnicy. Reprezentacja narodowa niemal co do jednego gra bez bród i z wystylizowanymi włosami. Są obiektami kobiecych westchnień, a wielu z nich robi międzynarodową karierę w Niemczech, Anglii, Singapurze i innych zakątkach globalnej gospodarki. Nie mogliby się bardzoej różnić od modelu pobożnej irańskiej męskości, którą chcieliby wprowadzić duchowni ze świętego miasta Qum”.
Przykład ten jest jeszcze jednym potwierdzeniem tezy, jaką usłyszłem od brazylijskiego socjologa: poprzez futbol można przyglądać się społeczeństwu, jego poglądom, marzeniom, uprzedzeniom, lękom, modom. Sam profesor podał taki przykład: gdy w 1950 r. Brazylia przegrała w finale z Urugwajem 2:1 wyszły z Brazylijczyków uprzedzenia rasowe. Wicemistrzowska drużyna była bowiem etniczną mieszanką i właśnie temu faktowi przypisywano źródło finałowej porażki z Urugwajem (nie dostrzegając, że mieszanką etniczną była również drużyna zwycięzców). Odżyły rasistowskie teorie znane w Brazylii dużo wcześniej. Na kolejny mundial drużynę „wybielono” – takie były zalecenia brazylijskich władz piłkarskich – i „wybielona” reprezentacja wypadła gorzej niż mieszana. (W „wybielonej” reprezentacji znalazł się m.in. młodziutki Pele, był jednak zawodnikiem rezerwowym.)
Dzisiaj walka z rasizmem jest leitmotivem wielu przedmeczowych manifestacji samych piłkarzy – to też uzmysławia drogę, jaką przeszedł świat w ostatnim półwieczu. Hasło „No Racism” pojawiło się zresztą jakiś już czas przed mundialem w Republice Południowej Afryki. Jednym ze źródeł tej kampanii są nie tylko uprzedzenia wielu kibiców, którzy – także w Polsce – potrafią wykrzykiwać rasistowskie obrzydlistwa wobec ciemnoskórych piłkarzy, lecz także – jak sądzę – postawy społeczeństw europejskich wobec imigrantów: mówiąc łagodnie, nie zawsze tak otwarte i tak przyjazne, jak Europejczycy lubią o sobie myśleć.
Podteksty rasowe miewają konflikty wewnątrz drużyn. Michał Pol przypomniał na łamach „Gazety” jak w 1996 roku trener Holandii Guus Hiddink wyrzucił z reprezentacji Edgara Davidsa, gdy ten zarzucił mu faworyzowanie białych piłkarzy. W czasie mundialu w RPA Hiddink opowiedział publicznie, że wybitny reprezentant Niemiec pochodzenia tureckiego Mesut Ozil ma prawdopodobnie fałszywy paszport i nie powinien grać w niemieckiej reprezentacji. Zarówno kampania przeciwko rasizmowi, jak i podszyte niechęcią do „obcych” wypowiedzi opowiadają nam coś o wielokulturowym świecie, w jakim żyjemy. Choć grubą przesadą jest powiedzenie, że kapitalną niemiecką maszynerię do wygrywania tworzą Polacy i Turcy, to jednak wielokulturowość i wieloetniczność jest w narodowych reprezentacjach zjawiskiem stosunkowo nowym, mającym nie więcej niż kilkanaście, w porywach do 20 lat. Najbardziej niesamowitym przykładem tej zmiany byli w czasie mundialu w RPA dwaj grający przeciwko sobie bracia Boatengowie z Ghany: jeden w reprezentacji „czarnych gwiazd”, drugi – w niemieckiej.
Od strony marketingowo-ekonomicznej dzisiejszy futbol nieźle ilustruje opisaną przez Thomasa L. Friedmana („Lexus i drzewo oliwne”) jedną z naczelnych zasad globalizacji: „zwycięzca bierze wszystko”. Friedman opisywał ją na przykładzie słynnego koszykarza Michaela Jordana: jego umiejętności nie różnią się tak znacząco od umiejętności innych wybitnych koszykarzy z drużyny, za to jego zarobki – zarówno te z pensji, jak i reklam – a także jego wkład w zarobki innych (bilety, transmisje) – różnią się i to bardzo. W futbolu jest podobnie: Messi, Ronaldo, Rooney jeszcze do niedawna Beckham czy Zidane „biorą wszystko”, ich zarobki wielokrotnie przewyższają dochody kolegów z tej samej jedenastki. Niektórzy komentatorzy sportowi sądzą nawet, że sława piłkarza lub drużyny miewa wpływ na przebieg widowiska futbolowego: w razie kontrowersji sędziowie nieraz faworyzowali sławniejszych być może dlatego, że to oni przyciągają publiczność, a to znaczy – także reklamodawców i sponsorów.
O ile o tezę taką można się pokłócić, bo twardych dowodów być tu nie może, to inna jest już zupełnie niekontrowersyjna: futbol w swoim wymiarze instytucjonalno-finansowym aż za bardzo wydaje się produktem kapitalizmu kolesiów, nepotyzmu, korzystania z rajów podatkowych i tym podobnych wynalazków prawno-ekonomicznych, które chronią oszustów w białych kołnierzykach. Deale z wielkimi markami, nie zawsze czysty lobbying, kupowanie głosów w wyborach do władz FIFA, defraudacje funduszy na transmisje telewizyjne, łapówki, lukratywne zlecenia dla firm krewnych i znajomych…
Również w tej ciemnej części futbolowego lustra przegląda się nasz dzisiejszy świat.
Tekst pochodzi z bloga Artura Domosławskiego. *Artur Domosławski - reporter, publicysta, pracuje w „Gazecie Wyborczej”, opublikował m.in. książki Gorączka latynoamerykańska, Ameryka zbuntowana. Siedemnaście dialogów o ciemnych stronach imperium wolności., a ostatnio głośną biografię słynnego reportera Kapuściński. Non fiction.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...