|
Przekazywanie pewnych obowiązków samorządom powinno być podyktowane troską rządu centralnego o ich jak najlepszą realizację: ze stolicy nie wszystko widać najlepiej. Niestety w praktyce najczęściej logiką przekazywania obowiązków kieruje „spychologia” – przekazuje się zadania, ale nie środki realizację. Na dodatek w stosunku do gmin i powiatów rząd stosuje taką retorykę, jakby ich celem było przede wszystkim konkurowanie: o inwestorów zagranicznych, o dotacje i fundusze. Problem w tym, że gmina to nie firma, która stara się wypchnąć konkurentów z rynku. Taka atmosfera niewątpliwie sprzyja podejrzliwości wobec mechanizmu solidarnościowego, jakim jest janosikowe.
Mechanizm ten działa następująco. Ministerstwo Finansów oblicza, ile średnio polskie gminy uzyskują z podatków. W 2010 roku było to 1180 zł na jednego mieszkańca. Pieniędzmi muszą się podzielić tylko te samorządy, których wskaźnik wpływów z podatków jest wyższy, niż 150% średniej. Te gminy, których wpływy podatkowe są niższe niż 92% średniej dla kraju, otrzymują część wyrównawczą subwencji ogólnej. Te same zasady obowiązują powiaty i województwa. W tym roku podzielić się dochodami musi 92 z 2479 gmin, 17 z 314 powiatów i 40 z 65 miast na prawach powiatu. W sumie powiaty i gminy przeznaczą do podziału prawie 1,8 mld zł. Mazowsze, jedyne województwo, które przekroczyło próg musi zapłacić 628 mln zł.
W położonej niedaleko Bełchatowa gminie Kleszczów, najbogatszej w Polsce, wpływy z podatków na jednego mieszkańca to ponad 30 tys. zł, zaś w najbiedniejszej małopolskiej Łukowicy – poniżej 258 zł. Wśród powiatów najbogatsza jest stolica, w której średnie wpływy w przeliczeniu na mieszkańca wynoszą ponad 500 zł, a najbiedniejsze Mońki – 48 zł na mieszkańca. Z województw najbogatsze jest Mazowsze – 327 zł, a stawkę zamyka Warmińsko-Mazurskie, gdzie na mieszkańca przypadają niecałe 63 złote.
Wbrew obowiązującej retoryce, zamożność gminy nie zależy tak bardzo od jej elastyczności i konkurencyjności. Nie w każdej gminie znajdują się przedsiębiorstwa zasilające budżet samorządu znacznymi środkami (jak choćby kopalnia węgla brunatnego czy elektrownia „Bełchatów” w przypadku Kleszczowa). Wiele gmin natomiast podlega ograniczeniom inwestycyjnym, np. ze względu na sąsiedztwo parku narodowego. Mieszkańcy biedniejszych gmin i powiatów mają prawo, by te zapewniły im dostęp do przychodni i szkoły czy PKS, który pozwoli im dojechać do pracy.
Ze szczebla centralnego zrzucono na samorządy świadczenie wielu usług publicznych, do których dostęp powinien być zagwarantowany niezależnie od miejsca zamieszkania. W praktyce jednak obywateli dzieli się na lepszych i gorszych. Mieszkańcy biedniejszych gmin i powiatów mają mniejsze możliwości skorzystania z lekarza czy wysłania dzieci do szkoły. A przecież są takimi obywatelami jak mieszkańcy Kleszczowa, czy drugiego na liście Nowego Warpna.
Rzecznicy zmian w ustawie z oburzeniem powtarzają, że mniejsze gminy dostają ogromne unijne środki, czego resort finansów nie uwzględnia. Zapominają jednak, że najwięcej unijnemu wsparciu zawdzięczają najbogatsi. Poza finansowanymi z budżetu centralnego stadionami, żadna duża budowa w Warszawie, Gdańsku czy Poznaniu nie jest realizowana wyłącznie z miejskich środków.
Głównym postulatem w projekcie jest likwidacja stałej subwencji. Jej miejsce miałby zająć system przyznawania funduszy na konkretne projekty. Projekt nie precyzuje, jaka instytucja w praktyce realizowałaby te wypłaty. Pomysłodawca akcji Stop Janosikowe, przedsiębiorca Robert Szczepański narzeka na biurokrację i niesprawiedliwość. Tymczasem rozdział środków na konkretne cele, jak zauważył w swoim tekście Jaś Kapela, spowodowałby konieczność zatrudnienia całej rzeszy dodatkowych urzędników, którzy zajmowaliby się czytaniem i analizowaniem projektów tak doniosłych, jak naprawa dwudziestu metrów podmytej drogi gruntowej. Obliczenia inicjatorów akcji Stop Janosikowe, według których Warszawa miałaby w nowym systemie zaoszczędzić 200 mln zł, wydają się zatem wątpliwe.
Wątpliwości nie miały osoby podpisujące projekt. Brak wątpliwości dotyczy również tego, że to nieszczęsny Janosik zatruwa życie bogatym samorządom. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że obecna sytuacja jest po prostu wynikiem wycofywania się centralnego rządu z kolejnych dziedzin. Po kieszeni uderzył też duże miasta Jarosław Kaczyński, likwidując najwyższą stawkę PIT. Według różnych szacunków, budżet Warszawy mógłby zyskać na przywróceniu najwyższej stawki nawet 300 mln zł.
Inicjatorzy akcji Stop Janosikowe chcą odebrać mieszkańcom biedniejszych regionów prawo do usług publicznych. Pieniądze, które zostawałaby w kieszeni bogatszych samorządów, mogłyby zostać przeznaczone na spełnienie oczekiwań warszawiaków czy poznaniaków, którzy chcą żyć na „europejskim poziomie”.
Janosikowe jest jedynym obecnie mechanizmem solidarnościowym. Jedyną korektą systemu, w którym prawa socjalne i dostęp do infrastruktury zależą nie od potrzeb, ale od miejsca zamieszkania. Powieszenie Janosika oznacza zgodę na ostateczny podział na Polaków A i Polaków B.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...