|
Budżet partycypacyjny
Idea, by to mieszkańcy miasta bezpośrednio decydowali o kształcie jego budżetu wciąż wydaje się w Polsce nieomal jakobińska. Tymczasem już dziś, choć w różnych formach, ma to miejsce m.in. w Brazylii, Francji, Kanadzie i Hiszpanii. Na świecie rośnie liczba miast, w których wprowadzono budżet partycypacyjny, czyli mechanizm uchwalania budżetu miasta przez zwykłych ludzi, a nie polityków.
Pierwsze eksperymenty z ta metodą podjęto w latach osiemdziesiątych w Porto Alegre, stolicy brazylijskiego regionu Rio Grande do Sul. Działający tam od lat ruch społeczny skłonił nowego burmistrza do przekazania władzy nad budżetem miejskim zgromadzeniom mieszkańców. Do ich dyspozycji oddano 100 procent funduszy przeznaczonych na inwestycje. Przyjęto formułę rocznego cyklu spotkań: w styczniu mieszkańcy spotykali się na poziomie osiedli, by sformułować swoje priorytety i pomysły oraz wybierać (związanych instrukcją) reprezentantów, którzy w kolejnych miesiącach przedstawiali ich punkt widzenia na zebraniach dzielnic i w końcu na ogólnej Radzie Budżetu Partycypacyjnego. Na kolejnych etapach uzgadniano stanowiska i wypracowywano wspólny projekt, który następnie był wprowadzany w życie.
Okazało się, że mieszkańcy rozplanowali wydatki zupełnie inaczej niż urzędnicy we wcześniejszych latach. Po raz pierwszy przestał istnieć rozdźwięk między pracą administracji miejskiej a oczekiwaniami obywateli. Zrezygnowano z wielkich inwestycji na rzecz dziesiątków średnich i małych projektów lokalnych, a za najwyższy priorytet uznano wyrównanie rażących nierówności w dostępie do wody, kanalizacji i szkolnictwa między dzielnicami, co zresztą w większości udało się zrealizować. W latach 1989-2004 udało się znacznie poprawić standard życia mieszkańców miasta. Nie pojawił się chaos, rządy tłumu ani nie zwyciężyły egoizmy grup czy dzielnic.
To tylko jeden z dostępnych modeli uczestnictwa mieszkańców w wydawaniu ich wspólnych pieniędzy i praktycznie każde miasto wypracowuje własne instytucje. Wszystkie one oparte są jednak na założeniu, że w dziedzinie potrzeb i problemów dzielnicy/miasta, najlepszymi ekspertami są właśnie sami zainteresowani.
Narzekając na bierną postawę większości społeczeństwa i brak zainteresowania sprawami publicznymi warto się zastanowić, na ile wynika to z apatii, a na ile ze świadomości braku realnego wpływu na podejmowane decyzje, nawet na poziomie samorządu.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...