|
Przez ostatnie kilka miesięcy kwestia mieszkaniowa stała jednym z tematów regularnie powracających do debaty publicznej. O ile wcześniej prawem do mieszkania zajmowały się głównie grupy lokatorskie i anarchiści, o tyle teraz powoli zaczyna ono interesować mainstreamowe media i klasę średnią. Temat ten będzie jednym w wątków festiwalu Warszawa w Budowie 3 organizowanego w październiku przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Można też przeczytać o nim w ogólnopolskim wydaniu „Gazety Wyborczej”, gdzie znajdziemy coś zarówno o eksmisjach (najpierw do hoteli robotniczych, a potem na bruk), jak i o niskim standardzie osiedli kontenerowych.
Kwestia mieszkaniowa to nie tylko teksty, ale również protesty społeczne. W niedzielę 28 sierpnia o godzinie 12.00 spod Złotem Bramy w Gdańsku ruszy czwarty Marsz Pustych Garnków przeciwko podwyżkom czynszów i antyspołecznej polityce władz Gdańska. Z kolei we wtorek, 30 sierpnia, równolegle z posiedzeniem Rady Miasta Poznania odbędzie protest zorganizowany przez poznańską sekcję Federacji Anarchistycznej oraz Poznańską Komisję Międzyzakładową OZZ „Inicjatywa Pracownicza” przeciwko budowie osiedli kontenerowych w Poznaniu, zaprzestania eksmisji do hoteli robotniczych (będących w praktyce eksmisją na bruk), oraz odwołania ze stanowiska dyrektora Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, Jarosława Pucka, ze względu na jego antyspołeczną politykę.
Władze miast nie szukają rozwiązań mogących rozwiązać kwestię mieszkaniową, ale skupiają się na polityce zastraszania dłużników eksmisjami na bruk albo do kontenerów. Nie tylko z Poznaniu, ale również i w Łodzi mają powstać osiedla kontenerowe, których głównym celem jest odseparowanie kłopotliwych lokatorów, a nie ich resocjalizacja. Co więcej, w Poznaniu dyrekcja ZKZL najwyraźniej traktuje akcję eksmisyjną pokazowo i nie tylko nie interesuje się, kogo eksmituje (okazało się, że również rodziny z dziećmi, niepełnosprawnych, obłożnie chorych i… nieżyjących), ale również wrogo patrzy na jakiekolwiek próby pomocy lokatorom.
Dyrektor ZKZL Jarosław Pucek potępił akcję Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, którego pracownicy postanowili rozdać skazanym na eksmisję lokatorom ulotki z informacjami o prawach, jakie im przysługują. Zdaniem Pucka taka akcja to tylko odraczanie, a nie rozwiązywanie problemu. Co ciekawe, takim rozwiązaniem mają być osiedla kontenerowe i eksmisje, a nie na przykład zachęcanie mieszkańców do zamiany mieszkań na mniejsze przez Biuro Zamiany Mieszkań, które może pomóc wielodzietnej rodzinie zamienić się na większe mieszkanie z samotną osobą, której nie stać na opłacenie czynszu w dużym mieszkaniu. Nie myśli się również o szerokim programie budownictwa komunalnego, gdzie mieszkania będzie można wynajmować, a niekoniecznie trzeba będzie je kupić.
Jeśli pojawiają się jakieś pomysły na rozwiązanie problemu niepłacących lokatorów, to zwykle wbrew polityce władz miasta. Jednym z takich rozwiązań jest grupa anonimowych dłużników założona w Poznaniu przez Romana Pomianowskiego. Ma pomagać dłużników wychodzić ze spirali zadłużenia, która w wielu przypadkach kończy się właśnie eksmisjami. Pomianowski podkreśla, że większość osób zagrożonych eksmisją za długi wobec miasta nie płaci nie dlatego, że nie chce, ale znajduje się w sytuacji, kiedy trudno zdobyć pieniądze na podstawowe produkty żywnościowe, wówczas opłata za mieszkanie naprawdę przestaje być priorytetem. Co więcej, straszenie zadłużonych osób eksmisjami do kontenerów nie ma większego sensu, bo często są one w tak złej formie psychicznej, że już nie mają siły się bać. Nie mają również siły walczyć o swoje prawa.
Kwestia mieszkaniowa, zarówno w przypadku osób zagrożonych eksmisją, jak i tych, których wciąż stać na kredyt mieszkaniowy, jest ściśle związana z tym, w jaki sposób rozumie się prawa mieszkanek i mieszkańców miasta. Czy przysługuje im również prawo do mieszkania? Aby mieszkanie było prawem, a nie towarem, potrzebna jest radykalna zmiana podejścia do własności – nie tylko samego mieszkania, ale w ogóle gruntu. Jak zauważa Tom Wetzel, jeden z autorów książki Real Utopia*, „W kapitalizmie status gruntu i budynków mieszkalnych jako towaru wraz z cyklem inwestycyjnym budownictwa generują raz na jakiś czas upadek i obniżenie wartości osiedli robotniczych, a także migracje, kiedy to przedstawiciele wolnych zawodów i ludzie biznesu korzystają ze swoich wyższych dochodów, aby wypchnąć biedniejsze warstwy społeczne z ich mieszkań” (s. 84). Cytując planistę Petera Marcuse’a, Wetzel stwierdza, że przeciwieństwem rewitalizacji (kończącej się zazwyczaj gentryfikacją, czyli właśnie wypchnięciem biedniejszych z ich mieszkań), nie powinien być powolny rozpad i porzucenie nieruchomości, ale demokratyzacja mieszkalnictwa.
Zamiast własności prywatnej i strategii deweloperskich nastawionych na zysk Wetzel proponuje wspólnotowe fundusze gruntowe (community land trusts) i kooperatywy gruntowe, czyli zbiorowe formy własności ziemi, działające jak niekomercyjny deweloper budownictwa mieszkalnego, które byłoby zarządzane przez wspólnoty mieszkaniowe. Do takich funduszy czy kooperatyw należeliby mieszkańcy i mieszkanki danego osiedla. Wspólnotowy fundusz gruntowy może upoważnić swoich członków do kontrolowania przemian przestrzeni, rodzaju usług, jakie się tam pojawiają, oraz zapewnić odpowiednią liczbę mieszkań w cenach, które są dostępne nie tylko dla najbogatszych. Tego typu rozwiązanie pozwala uchronić dane osiedle przed negatywnymi skutkami spekulacji gruntowych. Zgodnie z propozycją Wetzela: „Mieszkania byłyby zazwyczaj sprzedawane w jakiejś formie ograniczonego prawa własności. Finansowa dostępność mieszkań byłaby na dłuższą metę generowane przez dzierżawę wieczystą. Dodatkowo osoba opuszczająca wspólnotę mieszkaniową byłaby zobligowana do odsprzedania mieszkania wspólnotowemu funduszowi gruntowemu po ustalonej cenie, co ma zapobiec wzrostowi cen nieruchomości. Idea funduszu sprzyjałaby uspołecznieniu gruntu i budynków” (s. 85).
Takie alternatywne podejście do własności gruntu i mieszkań nie tylko ucina spekulacje nieruchomościami, ale poprzez spadek cen mieszkań sprawia również, że obniżają się wydatki mieszkanek i mieszkańców miasta. Zwiększa się dzięki temu ilość wolnego czasu, który jest koniecznym warunkiem społecznego zaangażowania. Nawet najlepsze systemy konsultacji społecznych nie sprawdzą się, jeśli duża część zainteresowanych będzie zmuszona do pracy na dwóch etatach, żeby utrzymać siebie i swoje rodziny. Tańsze mieszkania nie powinny być traktowane jako nierealne żądanie grupki lewicowych radykałów, ale jako podstawa miejskiej demokracji. Czas wolny jest zasobem, który może zostać wykorzystany w budowaniu więzi społecznych istotnych do budowania miejskiej wspólnoty. Można go spożytkować na działania na rzecz okolicy: dbanie o budynki, ich otoczenie oraz pozostałe działania, które w innym wypadku trzeba zlecać odpłatnie zewnętrznym firmom. Czynsz za mieszkanie niekoniecznie trzeba płacić w całości w gotówce, może on być obniżany, jeśli ktoś będzie pełnił funkcję dozorcy, dokonywał małych napraw, czy w inny sposób działał na rzecz poprawy jakości przestrzeni publicznej lub półprywatnej, takiej jak kamienica czy blok.
Praca społeczna jako forma radzenia sobie z długami mieszkanek i mieszkańców lokali komunalnych byłaby znacznie lepszym rozwiązaniem niż eksmisje do kontenerów. Zwłaszcza, że głównym argumentem stojących za eksmisjami jest konieczność zdobycia środków na remont kamienic. Jednak, aby możliwe były takie rozwiązania, należy ostro protestować przeciwko obecnej polityce mieszkaniowej miasta.
*Real Utopia. Participatory Society for the 21th Century, red. Ch. Spannos, AK Press, Oakland | Edinburgh | West Virginia 2008
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...