|
W zeszły weekend (18 – 19 czerwca) odbył się pierwszy Kongres Ruchów Miejskich zorganizowany przez stowarzyszenie My-Poznaniacy. Do Poznania przyjechało ponad sto członkiń i członków z 48 organizacji zajmujących się szeroko rozumianą kwestią miejską, z mniejszych i większych miast. Wysoka frekwencja to niewątpliwy sukces organizatorów, którzy nie tylko czują to, co wiele z nas – że kwestia miasta zaczyna znowu być kwestią polityczną, ale również dołożyli wszelkich starań, żebyśmy mogli się spotkać i dookreślić ramy politycznego działania. W czasie Kongresu zostały sformułowane tezy o mieście, które były wynikiem pracy dziewięciu zespołów. Tezy stanowią punkt wyjścia do dalszej pracy. Mimo że większość uczestników i uczestniczek może się pod nimi podpisać, to ich ogólny charakter sprawia, że kluczowe starcia o ich polityczny wymiar jeszcze przed nami. Teraz, gdy już opadł pierwszy entuzjazm i podekscytowanie ze spotkania, czas postawić sobie pytanie – co dalej? W którą stronę nowo powstały ruch miejski powinien dążyć? Które z tez uznać za priorytetowe – te sporne? Czy raczej te, które wywołują mniej kontrowersji? Dalsza moderacja pracy nad postulatami nie jest tylko kwestią techniczną, ale również wyzwaniem, przed którym stoją My – Poznaniacy. To w dużej mierze od nich, jako mediatorów między grupami, zależy to, czy kolejny kongres będzie służył stworzeniu szerokiej platformy działania, czy raczej będzie lewicowym ruchem społecznym otwarcie stającym po stronie grup wykluczonych. Ważnym postulatem – poza dziewięcioma tezami – jest list solidarności z Łodzią. Kiedy Joanna Kusiak pisała w swoim tekście przedkongresowym, że na nic tak nie czeka, jak na Kongres, to zebranie setki podpisów pod listem solidarności z Łodzią było jednym z tych momentów, w których czułam, że to właśnie był taki moment, na który warto było czekać. Podpisanie listu przez prawie wszystkich uczestników i uczestniczki kongresu pokazało, że jesteśmy w stanie wyjść poza myślenie o partykularnych interesach i wyobrazić sobie działania miejskie, które będzie kierowane inną logiką niż walka z innymi miasta o środki europejskie, tytuł ESK czy inwestycje infrastrukturalne finansowane z budżetu centralnego. Mówienie o solidarności miast i działania nakierowane na realizację tego postulatu mogą mieć również istotny wpływ na relacje społeczne również w miastach uprzywilejowanych – jak Warszawa czy Wrocław. Gest solidarności może skutkować zmniejszeniem antagonizmu między rdzennymi mieszkankami i mieszkańcami a tymi napływowymi, którzy czują uzasadniony żal do dużych ośrodków, że korzystają z ich, nie dając wiele w zamian. Deklaracja solidarności jest również ważnym krokiem w stronę budowania ruchu miejskiego o zasięgu ogólnopolskim, a nie lokalnym.
Jednak mimo zgodności w kwestii listu solidarności z Łodzią dyskusje podczas kongresu pokazały istotne różnice pomiędzy jego uczestnikami i uczestniczkami. Kongres Ruchów Miejskich zgromadził osoby, nie tylko działające w różnych obszarach polityki miejskiej, ale też reprezentujące różne, a czasami wykluczające się poglądy. Bardzo szybko okazało się, że trochę inaczej rozumiemy „prawo do miasta”. Różni nas poziom optymizmu odnośnie przemian przestrzeni miejskiej oraz formy współpracy z władzami miasta. Reprezentujemy inne grupy mieszkańców. I o ile zgadzamy się, że mieszkańcy i mieszkanki mają niezbywalne prawo do miasta, że przestrzeń publiczna powinna być publicznie dostępna, oraz sprzeciwiamy się gentryfikacji i walczymy o zrównoważony rozwój, o tyle kwestią sporną jest sposób, w jaki te postulaty mają być realizowane. Punktem zapalnym jest przede wszystkim prawo do ograniczenia wolnego zarządzania własnością prywatna, a zwłaszcza kwestia mieszkaniowa. Wielu osobom twierdzenie, że prawo do mieszkania jest nadrzędne wobec prawa do zarządzania swoją nieruchomością, wydaje się postulatem zbyt radykalnym. Jeśli ruch miejski ma być szeroką platformą, w której skład będą wchodzić również prowolnorynkowe organizacje – kwestia mieszkalna zapewne nie będzie mogła stać się jednym z kluczowych postulatów. A skoro tak, to musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, o to, czy ważniejszy jest szeroki sojusz czy skupienie się przede wszystkim na kwestii solidarności społecznej.
Dodatkowo, okazało się, że o ile w miastach, w których władze miasta ignorują działania aktywistek i aktywistów, istnieje pewien rodzaj konsensusu odnośnie najważniejszych obszarów działania i kluczowych punktów oporu, o tyle tam, gdzie dochodzi do współpracy między władzami a mieszkańcami, taka spójna narracja jest niemożliwa. Szczególnie widoczne to było w obrębie grupy warszawskiej, co sprawiło, że format prezentacji spójnej listy obszarów zainteresowania i wyzwań z perspektywy danego miasta zaproponowany przez My – Poznaniacy był niemożliwy do utrzymania. Jedyne, czym mogliśmy się podzielić, to pęknięte częściowe narracje. Okazało się, że przekonanie, że władze Warszawy (nawet jeśli mamy im wiele do zarzucenia) są otwarte za współpracę z miejskimi aktywistami i aktywistkami, dotyczy tylko części z nas. Że urzędnicy i urzędniczki traktują nas nierówno, chętniej współpracując z osobami działającymi w kulturze niż zajmującymi się np. ochroną przyrody. Pokazuje to, że konieczne jest wypracowanie takiej formy współpracy ruchu miejskiego z władzami miasta, która będzie chroniła nas przed zbyt prędkim uznaniem, że częściowa realizacja postulatów jest maksimum, czego możemy żądać.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...