|
Jakub Majmurek: Co cię zainteresowało w mszy? Rytuał, jego estetyczna strona, społeczne oddziaływanie tej formy, silne zwłaszcza w Polsce?
Artur Żmijewski: Co mnie zainteresowało? To, że to jest spektakl. I że taki spektakl, jako cytat z rzeczywistości, można przenieść do teatru. I jak przedstawienia czasem podróżują od teatru do teatru, tak to, specyficzne, podróżuje z kościoła do teatru.
Przed spektaklem mówiłeś: „Msza codzienna wystawiana jest w tysiącach kościołów, wystawmy ją na scenie i sprawdźmy, czy to nie szmira”. I jak, jest to szmira?
Moim zdaniem nie. To dość nudny spektakl, ale na pewno nie jest to szmira. Jest lekko kiczowaty, ale taki charakter ma też msza w kościołach. Czekałem, aż któryś z recenzentów napisze, że to szmira – byłby to jednocześnie komentarz do innych klonów tego spektaklu, granych po wszystkich kościołach codziennie z wyjątkiem jednego dnia w roku – Wielkiej Soboty.
Msza w kościele jest takim rodzajem spektaklu, w którym publiczność bierze pasywno-aktywny udział. Jest oddzielona od „sceny”, na której stoi ołtarz i kapłan, ale jednocześnie wymaga się od niej aktywności: śpiewania pieśni, wstawania w odpowiednich momentach itd. Czego ty oczekiwałeś od publiczności, jaki efekt chciałeś uzyskać?
Zasadniczo taki, jaki się zdarzył: miałem nadzieję, że to się wszystko posypie.
W jakim sensie „posypie”?
W takim, że jak ludzie dostaną wezwanie, żeby wstali, to będą siedzieć, że nie będą się żegnać, że słuchając ewangelii, nie odcisną na czole, ustach i sercu znaku krzyża. Sypie się to wszystko dość konkretnie, nie działa – a jednocześnie działa. Nie spodziewałem się naiwnie, że ludzie zaczną śpiewać – choć i to byłoby ciekawe.
Część śpiewała, niektóre osoby przystąpiły do komunii.
Inni z kolei śmiali się histerycznie. Na pewno wydarzyło się to, co się wydarza w trakcie każdej mszy: ludzie zebrali się, by słuchać słowa bożego.
Czy Msza miała być, tak jak inne twoje prace, z Powtórzeniem na czele, artystycznym eksperymentem, w którym wrzucasz publiczność w pewną sytuację i obserwujesz, co się dzieje?
Zawsze coś się dzieje. Nawet jak jesteś zupełnie konserwatywnym twórcą, to wzywasz
publiczność do konformizmu.
To do czego wzywa publiczność Msza?
Do pewnej konfuzji. Konfuzji w sensie fizycznym – twoje ciało przeszło trening, który nauczył je w odpowiednim momencie klękać, składać ręce. A teatr daje ci możliwość biernego oporu – możesz tego nie robić, nie czeka cię za to sankcja wspólnoty. W czasie podniesienia wiemy, że powinniśmy klęczeć, ale siedzimy na miejscu, łamiąc pewne tabu. Duch wieje wszak, kędy chce, spiritus flat, ubi vult, może naprawdę tam obecne jest żywe ciało Chrystusa? Ulegamy w ten sposób bezwiednie trybom machiny teatralnej, która tam, gdzie rytuał wzywa nas, by reagować, wzywa nas do czegoś przeciwnego – biernej obserwacji. Widz się emancypuje – nie robiąc nic, robi bardzo wiele, po prostu patrząc. Teatr publiczny, sfinansowany z pieniędzy miasta, umożliwia ci taką świecką emancypację.
Tylko czy to nie jest emancypacja bardzo indywidualna, z bezpiecznej pozycji widza?
W takim społeczeństwie jak nasze, nerwowo reagującym na wszelkie „wybryki sztuki”, potrzebne są być może takie mechanizmy indywidualnej emancypacji. Tu nie tylko podważamy za pomocą teatru rytuał kościelny, ale za pomocą rytuału mszy zmuszamy widza do analitycznego przeżycia doświadczenia teatru – tworzymy widza bezwiednie krytycznego.
Problemem jest skala. Teatr Dramatyczny to jedna z największych, poza Teatrem Narodowym, scen dramatycznych w stolicy – co to jest wobec dziesiątek tysięcy kościołów? Oczywiście to przedstawienie oddziałuje szerzej przez media, więc nie tylko na bezpośrednich widzów. To oddziaływanie jest częścią szerszego procesu, w ramach którego nasza wspólnota jakoś negocjuje z Kościołem.
Odebrałeś katolickie wychowanie i brałeś kiedyś udział w spektaklu mszy jako wierny czy zawsze patrzyłeś na to z zewnątrz?
Tak, chodziłem do kościoła, wysyłano mnie tam. Ale nigdy nie byłem wiernym. Byłem uczestnikiem czekającym, aż to się skończy.
Msze nigdy nie fascynowały cię nawet estetycznie?
Nie, choć gdy teraz pracowaliśmy nad spektaklem, to zauważyłem, jak bardzo jest to dopracowana forma, jeśli chodzi o gest, rytuał, a zwłaszcza tekst. Tekst jest świetnie wymyślony, w swoich intencjach piękny, szlachetny i lewicowy.
Lewicowy?
Wzywa do miłości, szacunku dla innego, tworzy pewną wspólnotę.
Wasza wypowiedź w programie wyraźnie umieszcza ten spektakl w kontekście posmoleńskim. Na ile był on ważny dla ciebie i Igora Stokfiszewskiego?
Minęło trochę czasu i ten kontekst nieco wyblakł. Na pomysł, żeby wystawić mszę w teatrze, wpadłem około dziesięciu dni po katastrofie. Z Dorotą Sajewską, dramaturgiem Teatru Dramatycznego, zastanawialiśmy się nad reakcjami ludzi, nad tym, że wszystko zamknięto, jedyną otwartą przestrzenią zostały kościoły. A przecież równie dobrze można by dla ludzi potrzebujących jakiegoś wspólnotowego rytuału żałoby otworzyć teatry. Dlaczego żałoba musi się właściwie odbywać w kościele? Stąd przyszła mi do głowy ta msza.
Dziś, choć Smoleńsk wyblakł, ten rytuał ciągle jest wszechobecny. Jest w mediach publicznych, w internecie, kazania przedrukowywane są w gazetach – i tak pełnych pobożnych treści. Te treści pojawiają się też w wypowiedziach przedstawicieli rządu – także polityka w Polsce skorodowana jest przez Kościół.
W reakcji na to w ostatnich miesiącach pojawił się mocno artykułowany głos antyklerykalny. On też wyznacza kontekst dla waszego spektaklu. Część katolików może odbierać Mszę jako przedrzeźnianie rytuału. Chciałeś przedrzeźniać?
Nie. Jeśli się przyjrzałeś spektaklowi, to na pewno zauważyłeś, że cały rytuał jest odtworzony na scenie z największym możliwym pietyzmem. Ja mam dla niego olbrzymi szacunek, bo on wiele daje ludziom, którzy w nim uczestniczą. Niezwykle uwodzi, o czym świadczy sama liczba wiernych. Jego odpowiednik wynalazła do tej pory wyłącznie telewizja, może też kino i teatr; one też tworzą swoje rytuały o zmiennej treści.
Dlaczego przenosisz ten rytuał właśnie w przestrzeń teatru, a nie np. rejestrujesz na taśmie filmowej albo inscenizujesz jako performance w galerii?
Filmujemy go. Ale żeby móc zanalizować ten rytuał, wyjść z tego cało, a przy tym wykonać pewną pracę, potrzebowaliśmy drugiej świątyni – świątyni teatru. Musiałem rozpracować „jedną świątynię drugą świątynią”.
A świecka lewica może tu znaleźć cokolwiek dla siebie, czegoś się z tego rytuału nauczyć?
Wydaje mi się, że świecka lewica ostatnio wynajduje własny rytuał – wszystkie te radykalnie demokratyczne debaty na placach i ulicach, od Puerta del Sol po Wall Street, są takim świeckim, radykalnie demokratycznym świętem.
Polityka potrzebuje rytuału?
Na to wygląda. Rytuał dostarcza pretekstu do tego, żeby wyjść z prywatnych ról, spotkać się i działać razem.
Wkrótce nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukaże się Żmijewski. Przewodnik Krytyki Politycznej.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...